Myśl o wyjeździe do do Tajlandii w głowie była już dawno. Trzeba było się tylko zastanowić jak się do tego zabrać. Czy jechać samemu czy z wycieczką zorganizowaną (tak jak do Wietnamu). Postawiliśmy na to pierwsze. Upolowaliśmy bilety za 1920 zł w dwie strony dla jednej osoby. Mało i nie mało. Stwierdziliśmy, ze z wycieczką i tak byłoby drożej. Całą organizacją zajmował się oczywiście nie kto inny jak Ursyncio. Ja i Piotras tak naprawdę daliśmy mu wolną rękę, czasami akceptując lub nie jego pomysły - zwykle akceptując :D
Tak więc jeszcze przed wylotem wszystko zostało zarezerwowane. I bynajmniej nie przez biuro podróży. Postanowiliśmy wszystko zorganizować sami. Oczywiście nie wyobrażaliśmy sobie Tajlandii bez zwiedzania Bangkoku. To był absolutny must have naszej wycieczki. Hotel kosztował nas 30zł za noc od osoby. Znajdował się zaledwie kilka ulic od słynnej Khao San. Może na początek wyjaśnię co to za ulica. Na nasze można powiedzieć, ze to takie Krupówki w Zakopanem. Przy czym ta ulica żyje zarówno w dzień jak i w nocy. Nie polecam przy niej noclegu, gdyż gwarantuję Wam, ze nie uśniecie. Gdzieś poniżej zamieszczę Wam krótki filmik jak ona wygląda w godzinach nocnych. Ulica backpackerów, zabawy na okrągło, drinków, dyskotek, pingpong show (wyjaśnię za chwilę co to jeżeli ktoś nie wie), straganów, jedzenia ulicznego. Ta ulica to najlepsze miejsce, jeżeli ktoś chce zwiedzać stary Bangkok. Niedaleko znajduje się mnóstwo zabytków, świątyń no i rzeka, po której pływa prom (pełni funkcję autobusu miejskiego). Ta ulica żyje zarówno w nocy jak i w dzień. Za dnia można się do syta najeść za dosłownie parę polskich złotych. Soczek z naturalnych owoców za 5/6 zł - passion fruit, mango, granat... nie smakują jak nasze soki!! Koniecznie trzeba spróbować. A może pad thai za 5zł? Tu go na pewno znajdziesz. Z krewetkami, kurczakiem, wegetariański... Każdy coś dla siebie znajdzie. Siedząc koło straganiku na którym kupiliśmy pad thaia i zajadając się nim, usłyszeliśmy nieznajomych Polaków, którzy stwierdzili do siebie "nie kupujcie tego, to jest bardzo słodkie". Otóż moi drodzy, nie. To nie jest słodkie. Do prawdziwego pad thaia, owszem, dodaje się cukier, ale dobrze zrobiony, nie jest absolutnie słodki. Nawet jeżeli jedliście gdzieś tam w Polsce, albo i nie, koniecznie spróbujcie tego na Khao San street. Wspomniałam, że spożywaliśmy posiłek koło straganu. Otóż tak... Ta ulica to istny street food w dosłownym znaczeniu. Jesz na stojąco, albo siedząc gdzieś na krawężniku. Nikt nie przegania, nikogo to nie dziwi. Jest to naturalne. Można wziąć również na wynos. Tajowie wszystko pakują w foliowe woreczki. Nawet jeżeli Wam się wydaje, że nie można tego zjeść na ulicy, to oni udowodnią, ze tak nie jest. Pakunek dostajesz w dwie foliowe torebki, polewają sosem (w zależności oczywiście co kupujesz), dostajesz wykałaczkę długą drewnianą, albo plastikowy widelec i do przodu.
W nocy ulica przekształca się w miejsce pełne barów, które wyrastają jak grzyby po deszczu nie wiadomo skąd. W jednej chwili na chodniku ustawiają kilka stolików drewnianych, krzesełka rozkładane, kilka olbrzymich głośników, bar z alkoholem na wózku i jest lokal, jest impreza, jest zabawa. Drinki w kubełkach litrowych z angielskiego zwane "bucket", gaz rozweselający przy każdym stoisku, obok jedzenie, dyskoteka... Ta ulica to kult.
Ulica zasłynęła również dzięki książce, a właściwie filmowi z Leonardo Di Caprio "Niebiańska plaża". Przyznaję się bez bicia, nie oglądałam i nie czytałam, a przynajmniej nie przed wycieczką. Po przyjeździe przeczytałam... I? No cóż... To nie portal lubimy.czytac abym pozostawiała opinię. Przeczytajcie to się sami dowiecie.
Poniżej widać panią, która przygotowuje tajskie pierożki, które są popularne w całej Azji (w Chinach zwane Dim sum, w Wietnamie Won Ton). A to zielone, to nie wiem co to było, ale też było przepyszne. Na pewno była tam jakaś zielenina, smażone w kostkę, polewane sosem i oczywiście pakowane w torebkę.
A tu charakterystyczna dla Azji plątanina kabli. Wszystkie idą górą, nie tak jak u nas pod ziemią.
A tu kokosek do picia za 40 bahtów, czyli jakieś 4 zł :) (z tego co pamiętam w Wietnamie były tańsze, ale Wietnam to jeszcze dziewiczy kraj dla turystów, więc korzystajcie póki nie ma tam jeszcze tłumów). Pan/Pani obcinają maczetą górę, wkładają słomkę i można pić przepyszny kokoskowy soczek. I do tego naturalny!!! A jak wypijesz to wyrzucasz? No jasne, że nie! Wybierasz przepyszny miąższ.
Niebo w gębie...
A tu mnich, który cieszy się specjalnymi względami w całej Azji. Kiedy lecieliśmy samolotem na wyspę Phuket, mnisi zajęli miejsca w samolocie pewnych dziewczyn. Załoga nawet nie zainterweniowała. Mnich może, ty oczywiście nie. Dziewczyny musiały przesiąść się na inne wolne miejsca.
Król jest ubóstwiany przez Tajów. Wszędzie są jego podobizny. Na ulicach jest mnóstwo takich obrazów. Spotkacie je w świątyniach, w sklepikach.. Dosłownie wszędzie. Absolutnie nie można króla obrażać, ponieważ grozi za to więzienie. I nie jest ważne czy jesteś obcokrajowcem czy mieszkańcem Tajlandii. Kiedy zmarł wcześniejszy król Rama IX (było to w 2016 roku), żałoba narodowa trwała rok czasu. Dopiero po tym czasie pochowano króla. Jego miejsce zajął oczywiście syn. Pewnie się zdziwicie kiedy dodam przymiotnik - marnotrawny. Tak, tak, młody król (który nie jest już taki młody) nadużywał alkoholu, narkotyków. Prowadził rozpustne życie. Podobno choruje na AIDS. Do momentu koronacji mieszkał w Niemczech. Ma kilkoro dzieci, kilka byłych żon. Pomimo to, mieszkańcy go kochają i uwielbiają. Dziwne??
A tu na promie, który kursuje po rzece Menam (zwana też Chao Phraya). Szukaliśmy go dosyć długo, tymczasem okazało się, że mamy go tuż pod nosem. W formie wstępu, nadmienię, ze Tajowie są bardzo sympatyczni i pomocni. A przynajmniej tak się na pierwszy rzut oka wydaje. Kiedy widzą turystę od razu biegną aby pomóc. Pytają się gdzie chcesz jechać. Kiedy im powiesz, oni zaproponują Ci inne miejsce, niby ciekawsze, a przy okazji zawiozą Cię do jakiegoś przybytku jego znajomego, rodziny aby ściągnąć kasę. Kiedy szukaliśmy przystanku, pewna pani chciała nam zaproponować wycieczkę promem za jakieś 100zł. Tymczasem my wiedzieliśmy (oczywiście dzięki Ursynowi), że prom kosztuje 15 bahtów i ma wiele przystanków. Za jakiś czas ponownie zatrzymał nas pewien pan, który już na wstępie stwierdził, ze nie chce od nas nic, nie chce nas naciągnąć, chce nam tylko pomóc, jest nauczycielem w pobliskiej szkole. Kiedy powiedzieliśmy mu, ze szukamy przystanku promu, zaczął nas namawiać na wycieczkę promem, która kwotowo była zbliżona do tej wcześniej wymienionej. Kiedy nie okazaliśmy zainteresowania, nie byliśmy też zbyt rozmowni, wkurzył się na nas, zaczął machać rękami i w końcu zostawił nas w spokoju.
Rzeka tu traktowana jest jak droga. Pływają po niej promy, które funkcjonują jak autobusy. Lokalsi korzystają z tego środka komunikacji jeżdżąc do pracy, do domu, do szkoły...Bilet kupuje się w budkach na pomostach. Jest kilka linii, które różnią się kolorami. Pomarańczowa linia jest przyspieszona, nie zatrzymuje się na wszystkich przystankach. Mapki znajdują się na pomostach. Jednakże dużą pomocą może okazać się tu również mapa google, z której my korzystaliśmy przez cały wypad.
To jest kolejny must have jaki trzeba zaliczyć będąc w Bangkoku. Podczas wsiadania na "łajbę" (jaki wygląd, takie określenie), pomost się cały czas niemiłosiernie huśta. Trzeba się skupić aby nie wpaść do wody. Ale cumowanie wcześniej wspomnianej łajby, to dopiero atrakcja. Do pomostu przyczepione są gumowe opony, które podczas cumowania promu pełnia funkcję amortyzującą. Łódź uderza głośno o opony, skrzypi, następnie w locie wyskakuje z niego kanar/"cumacz" :D nie wiem jak go określić, może lepiej pan od wszystkiego, przywiązuje cumę do pomostu, kierowca w tym czasie ostro gazuje aby utrzymać w jednym miejscu łódź (spalin wtedy mnóstwo), co ma na służyć temu, żeby pasażerowie do niej wsiedli. Pan od wszystkiego ostro wszystkich pogania, krzyczy aby pasażerowie się pośpieszyli. Kiedy wsiadamy do łodzi, musimy zrobić bardzo duży krok, inaczej wpadniemy do wody.
Przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Kiedy łódź płynie trzeba również uważać, ponieważ może chlusnąć woda, która oblewa wszystkich, którzy stoją przy oknach, których oczywiście nie ma. Byliśmy świadkami takiego zdarzenia. Ba! nawet go doświadczyliśmy na własnej skórze. Zostaliśmy zlani wodą z rzeki, choć nie aż tak mocno jak ci co stali przed nami, min mnich :D
Prom to bardzo wygodny środek lokomocji i przy tym tani. Można nim dopłynąć do wszystkich okolicznych zabytków (łącznie z pałacem króla), gdyż tak jak wspominałam wcześniej, ulokowane są tuż przy rzece.
Acha i jeszcze jedno. proponuję nie płynąć na gapę. I tak was dorwie pan od wszystkiego u którego można kupić również i bilet. Choć zauważyliśmy, ze jak był bardzo duży tłok, to nie sprawdzał.
Poniżej mapka z trasy łodzi.


A tu wnętrze świątyni. Jak zwykle kolorowo. Przyznacie, że jest przepięknie?

Kolejne must have to Pałac Królewski (ulica Phra Lan Rd, zaraz obok Wat Phra Kaeo ). Czynne od 8:30 do 15:30. Oczywiście można również dopłynąć do niego promem albo dojechać tuk tukiem. Cały kompleks jest olbrzymi. Proponuję przeznaczyć sobie na niego około 3 godzin. Czytałam, że kolejki do pałacu są olbrzymie, więc najlepiej przyjść rano. Niektórzy pisali, że kolejka, którą się widzi przychodząc o 9 rano, jest bardzo długa, ale w rzeczywistości jest bardzo bardzo krótka. Kiedy ktoś przyjdzie za kilka godzin, kolejka już nie będzie długa, ale bardzo bardzo bardzo długa. Należy pamiętać, że kobiety nie mogą wchodzić z odkrytymi nogami oraz ramionami. Spodenki czy też sukienka muszą sięgać koniecznie kolan. Mężczyźni muszą mieć zakryte nogi. Przed świątynią stoją straganiki w których można kupić wszelkiego rodzaju odzienie. Oczywiście ceny są odpowiednio wyższe. Jeżeli ktoś nie wziął ze sobą, może wypożyczyć zaraz po wejściu na teren kompleksu (tuż po lewej stronie), ale musi zostawić dokument tożsamości. niektórzy pisali, ze sprawdzali im dokumenty. Ja nie pamiętam nic takiego. A może mi wyleciało z głowy? W każdym razie dobrze jest posiadać i tak dokumenty przy sobie. Przy wejściu stoją strażnicy, wiec mogą skontrolować bagaż.Tajowie nie muszą płacić za wstęp. Turyści oczywiście tak. Wstęp kosztuje 500 batów. niby dużo, ale naprawdę się opłaca.
Na bilecie napisane było, że każdy dostanie za darmo wodę. Niestety my jej nie znaleźliśmy. Nie wiemy gdzie ją rozdawano. Na terenie kompleksu znajduje się min świątynia Phra Kaew oraz Szmaragdowy Budda. W budynkach pałacu odbywają się najważniejsze uroczystości. Część budynków wykorzystywana jest do działalności państwowej. Król już nie mieszka na terenie pałacu. Kiedyś oczywiście kompleks zamieszkiwały głowy państwa oraz ich rodziny. Komnaty pełne były żon króla oraz ich dzieci.
Poniżej załączam zdjęcia. Architektura powala na kolana. Przepiękne zdobienia, figury...
To nie dywan. to kolumna!
A tu Szmaragdowy Budda. Nie można robić zdjęć, ale mi się jakoś udało po kryjomu. Chyba budda mnie nie przeklnie?
Przed ołtarzykiem siedzi pan strażnik, który pilnuje odwiedzających.
Szmaragdowy Budda, to dla Tajów taka Matka Boska z Częstochowy dla nas. Ludzie przyjeżdżają z całego kraju aby go zobaczyć. Budda, w zależności od pory roku, ma inny strój. Ten który miał założony jak my byliśmy, był zimowy (nadmienię tylko, ze był to styczeń i 30 stopni w cieniu).
Przepiękne ściany oraz kolumny. Oczywiście podtrzymywane przez stwory.
Zbliżenie kolumny.
Strażnik pilnujący wejścia do świątyni.
A może tak pomogę trochę podtrzymywać świątynię?
Czy to lustro? Nie, to przejście!
Szkiełka na kolumnie i mój nochal.
W Bangkoku można pływać nie tylko główną rzeką, ale również kanałami. Łodzie kursujące po nich, mają normalne przystanki (tak jak po głównej rzece). Jest to naturalny i codzienny środek lokomocji, który pozwala uniknąć korków. Bilety można kupić na pomostach. nie wybierajcie małych łódek do których może wsiąść kilka osób, ponieważ zapłacicie za niego jak za zboże, czyli jak turysta... Wodny autobus pomieści kilkadziesiąt (jak nie sto...) osób. Ma kilkanaście rzędów od samej rufy do końca, Podobnie jak wcześniej, wsiadanie to prawdziwy hardcore. Można się poczuć jak w azjatyckich filmach. Cena biletu? kilkanaście batów. Kolejny must have!
Poniżej zdjęcia z łodzi.
Kolejny mus have. Durian. Śmierdzący owoc, którego my już poznaliśmy w Wietnamie. Niesamowicie cuchnie, ale jest całkiem niezły w smaku. Trzeba tylko przeżyć ten zapach... W Azji jest zakaz wchodzenia z durianem na teren hoteli, autokarów, samolotów. Jest napisane: "no smoking, no animals, no durian". A jeżeli ktoś wejdzie z durianem, spokojnie... obsługa na pewno wyczuje. Nawet jak zapakujecie w pięć reklamówek.
Smak? Ciężko porównać do czegokolwiek w Polsce. Konsystencja budyniowa. Owoc dostępny na każdym rogu.
Chodząc po mieście napotkaliśmy przy jednej ze świątyń taki o to występ. Czyż nie jest uroczy? Piękne stroje, orientalna muzyka, egzotyczny taniec. Oto smak Azji.
A tu jedna z "knajpek" w której postanowiliśmy coś przekąsić. Słowo "knajpka" ujęłam w cudzysłów, gdyż wystarczy zobaczyć za plecami Piotrasa jakie panują warunki. Iście Azjatyckie! I dlatego było takie dobre!
Zapewne większość z nas nie weszłaby do takiego miejsca w Polsce. Ale to Azja. Tu wszystko gotowane na kolanie, w warunkach streetowych zawsze smakuje wybornie.
Udając się do Chińskiej dzielnicy po drodze mijamy słynny targ kwiatowy Pak Khlong Talat (Jakkrapet Road). Kompozycje kwiatowe przepiękne. Wszystko ręcznie robione. Tajowie te małe arcydzieła składają w świątyni. Targ nie jest zbyt duży (spodziewałam się większego wow), ale warto go zwiedzić, tym bardziej, że i tak jest po drodze.
A po drodze spotkaliśmy taki oto obelisk świątynny. Można wejść na górę po schodkach i pstryknąć fotkę. Niestety nie wiem co to był za wat (świątynia), ale w całym mieście sporo takich przybytków.
W Bangkoku jest naprawdę bardzo dużo do zwiedzania. Nawet więcej niż podają przewodniki. Gdybyśmy chcieli zwiedzić tylko to co opisane w przewodniku, to i tak musimy poświecić na to kilka dni. Chyba, że ktoś leci na łeb na szyję, byle zobaczyć jak najwięcej. No mi to nie do końca odpowiada. Musi być czas na regenerację, na kawkę, śniadanko... Ale do sedna. Staram się opisywać takie rzeczy, które są albo must must have albo must have :) Tak więc poniżej kolejny słynny kompleks świątynny Wat Pho (2 Sanamchai Road). Wstęp 100 bahtów. Położenie to stare miasto, zaraz obok Wielkiego Pałacu. Jest to największy i najstarszy obiekt sakralny na terenie Tajlandii. Na terenie świątyni znajduje się szkoła masażu oraz zakon. Jeżeli ktoś ma życzenie, można zażyć również masażu. Podobno kosztuje koło 30zł. Na khao san można wyhaczyć taniej. Przepiękne obeliski zrobione min z ceramicznych płytek ułożone w misterne wzory, robią niesamowite wrażenie.
Na terenie kompleksu znajduje się ponad 1000 figurek Buddy. A największą z nich jest 46 metrowy, leżący złoty Budda, który osiąga nirwanę. Figura zrobiona jest z gipsu, który pokryty jest złotem. Wysokość Buddy to 15 metrów.
Nie wolno tak siadać jak na zdjęciu. Skierowanie stóp w stronę Buddy jest absolutnie zakazane. Stopy są uważane za nieczyste. Ale na potrzeby fotki Budda mi wybaczy :)
Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie uderzyli na najsłynniejszy bazar w Bangkoku. Patpong Night Market (Silom and Surawong Roads), to nocne targowisko na które uderzyć najlepiej tuż po zmroku. Ten targ to mieszanka wszystkiego. Seks, młode dziewczyny do wynajęcia, jedzenie, podróbki... Hulaj dusza. Byle była kasa. Dziewczyny siedzą gotowe na krzesłach w rządku, w oczekiwaniu na klienta. Młode, ładne, niektóre całkiem skromnie ubrane. Jak się dobrze człowiek przypatrzy, to wypatrzy również wśród nich mężczyznę - niezwykle ciężko ich odróżnić.
Tuż przed zapadnięciem zmroku....
Czym byłaby wizyta w Tajlandii bez masażu tajskiego? Na pewno byłaby niepełna. Tak więc mamy kolejny must have, Salonów masaży jest cała masa. Większość z nich proponuje ceny bardzo zbliżone do siebie. Już za jakieś 250 bahtów za godzinę można zażyć masażu tajskiego w bardzo ładnym lokalu, z profesjonalną obsługą. Tych co myślą dwuznacznie, od razu wyprowadzę z błędu. to nie był erotyczny masaż. Oczywiście można takowego zażyć. Od "normalnego" różni się tym, że przed lokalem stoją niezbyt odziane damy. Ale przejdźmy do sedna. Czy masaż tajski boli? Cholernie. Ci co byli kiedyś tam na jakimś masażu, absolutnie nie mogą przyrównać tradycyjnego tajskiego do normalnego. Ale nie wyprzedzam faktów, opowiem po kolei. Jeżeli decydujecie się na masaż całego ciała, panie zapraszają Was do zakrytych pomieszczeń, ale wcześniej obmywają nogi. Zwykle przechodzi się do długiego pomieszczenia, w którym znajduje się rząd materacy leżących na podłodze. Dla mnie jest to zwykłe łóżko azjatyckie - posiadam takie u siebie w domu w sypialni, więc jestem przyzwyczajona do takiego widoku. Wszystkie łóżka oddzielone są od siebie kotarami, które są zasłaniane podczas masażu (chyba, że przychodzi się ze znajomymi). Czasami są to zwykłe, wysokie łózka przeznaczone do masażu. Podkreślam, ze nie zawsze, ale często, otrzymujemy do założenia bardzo luźną koszulę oraz spodnie, które ułatwią wykonywanie masażu. Niekiedy zostajemy w samej bieliźnie. Następnie przychodzi niepozorna, szczuplutka pani (czasami jest to pan) i zaczyna masować. Najpierw delikatnie uciskając mięśnie, zaczyna od nóg. Z każdą chwilą robi to coraz mocniej i mocniej. Wygina całe ciało, każe rozszerzyć nogi aż bolą pachwiny, uciska mocno na wszystkie mięśnie, siada na nas, chodzi po nas... Brzmi mało zachęcająco? Uwierzcie mi, że warto. Podczas masażu można się zrelaksować, ale ma on służyć rozciągnięciu wszystkich naszych mięśni. Jest bardzo bardzo bolący, ale po nim człowiek czuje się jak nowo narodzony. Można się zdecydować na inny rodzaj masażu - jeżeli ktoś nie chce tajskiego. Zwykle są trochę droższe niż ten tradycyjny.
Poniżej jedna z pań, która nas masowała. Wygląda bardzo niepozornie prawda?
Kolejne miejsce, które postanowiliśmy ogarnąć na naszej wycieczce to Wat Ratchanatdaram Woravihara (inaczej Loha Prasat albo Metal Castle) znajdujący się przy ulicy Maha Chai Road. Wat jest po drodze do Złotej Góry, więc można go ogarnąć za jednym zamachem. Zresztą wszystkie te miejsca staram się opisywać chronologicznie, więc zwiedzamy je jedno po drugim (chyba, że mam na sobie inny ciuch niż na wcześniejszym zdjęciu :D). Tłumów w świątyni nie ma ponieważ nie jest to główny wat.
Ten akurat zapraszał na Złotą Górę inaczej zwana jeszcze Wat Saket, Phu Khao Thong albo Golden Mount (ulica 344 Chakkraphat Diphong Road). Wstęp 20 bahtów. Wspinamy się po olbrzymich schodach. Jeżeli ktoś nieprzyzwyczajony - może dostać sporej zadyszki. Na samej górze znajduje się sporej wielkości złote chedi (około 60 metrów), gdzie podobno przechowywane są relikwie Buddy. Podobno góra jest sztucznie usypana. Widok - zapierający dech... Widać całą panoramę starego miasta min Pałac Króla, Wat Phra Kaew oraz Wat Arun. Na samą górę wchodzimy w butach, jednakże do watu na samej górze, buty należy zdjąć i cały obiekt obchodzić boso.
Bardzo popularne jest uderzanie w wielki dzwon. Ma to przynieść szczęście i pomyślność. Z tego co pamiętam trzeba koniecznie uderzyć trzy razy.
W Bangkoku można nie tylko poruszać się tramwajami wodnymi, lądowymi i autobusami. Do turystów dyspozycji pozostają również tuk tuki. Tuk tuk to nic innego jak dawniej rikszarz, przy czym już taki zmotoryzowany. Nie ciągnie nas człowiek, tylko motor... Malutka budeczka, która pomieści na upartego trzy osoby. Nie muszę wspominać, że to kolejny must have? A jakie wrażenia? Niesamowite. Korzystaliśmy z tego środka lokomocji dosyć często, ponieważ czasami mieli lepsze ceny niż taksówki. Poza tym panowie stoją na każdym rogu, zakręcie, chodniku... Jechaliśmy zarówno w dzień jak i wieczorem. Pomimo, ze to taki mały motorek, zapierdziela bardzo szybko i wszędzie się wciśnie. Pęd, widok mijających nas samochodów i motorów na wyciągnięcie ręki wywołuje niesamowite emocje. Poczujemy również po co Azjaci noszą maseczki... Spaliny w takim tuk tuku czuć niemiłosiernie. Pamiętajcie aby się targować. Jednakże jeżeli podejdziecie do trzech tuk tuków i każdy zaśpiewa Wam taką samą cenę albo i wyższą, oznacza to, że raczej nie spuszczą z ceny. Ale zawsze można próbować... Aha i jeszcze jedno. Kierowcy tuk tuków mają licencje!
Poza tuk tukami korzystaliśmy również z taksówek. Jednakże nie tych, które sobie jeżdżą ot tak sobie ulica i trukają na przechodniów (w celu zachęty oczywiscie). Zainstalowaliśmy sobie taką apkę jak grabb (dostępna w google play). Proponuję to zrobić w Polsce (tak, można!), ponieważ przychodzi kod smsem do aktywacji. Jeżeli nie będziecie mieć aktywnej karty - nici z apki. Za pomocą apki można zamówić taksa, który przyjedzie do miejsca w którym się aktualnie znajdujecie (lokalizator zlokalizuje). Można pisać z kierowcą, który po Was jedzie - aplikacja sama tłumaczy. Wyświetla sie Wam jego zdjęcie w konwersacji. Ponadto wysyłana jest wiadomość jakim samochodem porusza się kierowca (model, kolor). Czemu akurat grabb a nie zwykły tax? Abo oszukują albo zawyżają cenę, a w grabie pokazuje się na apce cena jaką kierowca od Was weźmie. Nic nie daje zapytanie kierowcy taksówki o taxi meter (chodzi o to, ze jak tak powiemy, to oznacza, ze domagamy się włączenia taksometru aby nam nie zaśpiewał ceny z kosmosu). Nawet jak powie, ze Yes yes, nie oznacza, że włączy - trzeba obserwować. Jeżeli nie włączy - trzeba się kłócić, albo łapać inny pojazd. Nawet jeżeli na samochodzie jest napisane "taxi meter", nie oznacza, ze go ma albo włączy. Trzeba być czujnym!
Ściśnięci w tuk tuku.
A tu Park Lumphini, znajdujący się w centrum miasta. Miejsce, nie tylko spotkań mieszkańców, ale również park rozrywki. Mieści się tam siłownia, place do grania w piłkę, mnóstwo alejek do biegania, jezioro, rowery wodne... a w nim? Mnóstwo spacerujących waranów, które są bardzo spokojne. Nie atakują, a wręcz uciekają przed ludźmi. Park jest zamykany. Na teren mozna wejść maksymalnie do 21. Na bramie parku znajduje się lista co wolno robić a czego nie. Proponuje przeczytać, aby później nie być zdziwionym.
Poniżej wspomniana wcześniej kultowa ulica Khao San. Gwarno, głośno, tłoczno... Zabawa na całego :)
Poniżej Wat Arun wieczorem (bilet 100 THB wstęp od godziny 8:30 do 17:30). Niestety jak przybyliśmy było już zamknięte. Postanowiliśmy wrócić ponownie za kilkanaście dni, tuż przed wylotem. A czemu? Bo to najpiękniejsza świątynia w Bangkoku. Dotrzeć do niej można promem, gdyż znajduje się po zachodniej stronie rzeki. Olbrzymi falliczny kształt Wat Arun otaczają cztery mniejsze tzw prangi, które są charakterystyczne dla kultury Khmerów (w Wietnamie również można było spotkać ich budowle). Te kolorowe szkiełka, to tłuczona chińska porcelana. Całą budowlę podtrzymują figurki hinduskich bogów, które tak często możemy spotkać w świątyniach buddyjskich. Schody są bardzo strome i wysokie. Niestety kiedy my byliśmy nie można było się wspiąć na sam szczyt. Tymczasem poniżej zdjęcia o zmroku.
A tu Wat Arun w dzień. Robi wrażenie?
Panorama Bangkoku z autobusu.

Mówiłam już, ze jesteśmy miłośnikami bazarów. To na nich można poczuć lokalny klimat. Więc? Uderzamy na atrakcję na która czekałam przez cały wyjazd. Pływający targ Talin Chan inaczej zwany Floating Market (324 Chakphra Rd). Przewspaniały pływający bazar, który może troszkę zrobiony pod turystów, jednakże jak najbardziej godny odwiedzenia. Pierwsza część zadaszona, druga część wodna na wielkich pomostach. Panie siedzą w swoich lodżiach, na których gotują jedzenie. Na targu można kupić przepyszne jedzenie, łakocie, kosmetyki, makarony... Nie widziałam jeszcze tylu dziwnych słodyczy. Nie ma tam ciuchów. Niezwykle klimatyczne miejsce.
A tu przepiękne mydełka, których nakupowałam dla wszystkich najbliższych znajomych. Przewspaniałe. Kosztują parę groszy. Oczywiście lepiej kupować większe ilości.
Przedziwne soczki, a jakie pyszne! Większości nazw nie znałam...
I ostatni punkt w Bangkoku to chatuchak market (Kamphaeng Phet Road | Lat Yao, Chatuchak). Jest to chyba największy bazar w Azji. Można na nim kupić wszystko. Ciuchy, buty, pamiatki, meble do domu, przedmioty sakralne w sensie buddyjskie, kwiaty, zwierzęta, przedziwne ryby, rozgwiazdy, jedzenie no i larwy do jedzenia.
Stoisko z larwami. Nie mogliśmy go ominąć. Niektórzy się rozpływają w tych specjałach. Dla mnie najlepsze są pasikoniki, aczkolwiek smakują jak suche chipsy. Spróbować można, ale czy chciałabym je jeść na co dzień?
To i owo na temat Tajlandii i Bangkoku.
- Walutą obowiązującą w Tajlandii jest baht (wymawia się po prostu bat). Jego przelicznik na rok 2019 to 0,12 PLN.
- Tajlandia wciąż jest dla nas tanim krajem. Pomimo, że już nie jest tak dziewiczy jak np Wietnam, to ceny są bardzo przystępne. Przykładowo pad thai 5 zł, soczek 5 zł,
- Szacunek do króla przede wszystkim. Absolutnie nie można wyrażać się o władcy w sposób niekulturalny, Można za to pójść do więzienia.
- Popularnymi środkami komunikacji są tramwaje wodne. Można bardzo tanio poruszać się po rzece, przy której znajdują się główne zabytki. Podobnie jest z okolicznymi kanałami. Bilet kupuje się na pomoście. Nie dajcie się namówić na rejs turystyczny.
- Korzystanie z taksówek jest bardzo popularne, jednakże aby nie dać się oszukać najlepiej zamówić graba, albo jak łapać taksówkę to koniecznie trzeba pytać czy kierowca ma taxi meter. Jeżeli ma - pilnujcie aby go włączył! Inaczej zostaniecie oszukani.
- Nie wierzcie, kiedy podchodzi do Was Taj, który mówi, ze świątynia do której idziecie jest zamknięta. On chce Was po prostu zawieźć do miejsca, gdzie ma swój biznes, albo ma jego znajomy znajomego...
- Udając się do świątyni należy koniecznie być odzianym. Dotyczy to zarówno kobiet jak i mężczyzn. Kobiety muszą mieć okryte ramiona i nogi do kolan, mężczyźni również. Pamiętajcie, że stopy są nieczyste. Wchodząc do świątyni zdejmujemy buty, zostawiamy je przed budynkiem. Nigdy nie odkręcamy się tyłem do ołtarza.
- Pamiętajcie, że kupno narkotyków jest zabronione. Kara za to, to oczywiście więzienie. A tajskie więzienia nie są takie słodkie jak te europejskie... Więc jeżeli ktoś na ulicy zaproponuje Wam jakiś dopalacz (tak, robią to), to lepiej odmówić.
- Jeżeli liczycie na smakołyki w postaci larw, skorpionów pasikoników itp to muszę Was rozczarować. Oczywiście można je kupić np targach (ale tych dużych), na Khao San chodzą ze skorpionami na patyku, ale nie jest ich wiele. Poza tym mam wrażenie, że Tajowie traktują to jako atrakcję dla turystów. Są strasznie drogie, jeżeli ktoś chce zrobić zdjęcie, musi zapłacić. Na dużych targach są dostępne wszelkiego rodzaju robaki, ale też nie powiedziałabym, ze jest ich jakiś wysyp.
- Kiedy my byliśmy, w Tajlandii akurat była pora zimowa. A była to połowa stycznia!!! Nie było aż tak wilgotno i duszno jak o tej samej porze w Sajgonie, jednakże trzeba się przygotować na zdecydowaną zmianę klimatu.
- Będąc na patpongu i nie tylko (na Khao San też proponują), usłyszycie słowa ping pong show. Co to takiego jest? Przedstawienie zarówno dla mężczyzn jak i kobiet, choć częściej dla płci przeciwnej, podczas którego kobiety wkładają sobie do pochwy piłeczki pingpongowe (choć nie tylko). Następnie rozszerza nogi i strzela piłeczkami w publiczność. Takie show ma na celu wyłudzenie kasy. Płacisz za wejście na to zacne widowisko. Następnie doliczają Ci za wypite drinki i za towarzystwo pań...
- Różne opinie słyszeliśmy, różne czytaliśmy, jednakże wyjeżdżając do obcego kraju trzeba być bardzo ostrożnym. Więc do rzeczy... Czytaliśmy, ze kiedy nie ma się biletu powrotnego, może być problem już po wylądowaniu na lotnisku. Podczas odprawy może paść pytanie czy mamy bilet powrotny. Jeżeli nie masz, można mieć problem z wylotem. Tak jak wspomniałam, nas nikt o to nie pytał, jednakże my mieliśmy lot wykupiony. Ponadto w samolocie wypełnialiśmy deklaracje, w której trzeba było wpisać adres hotelu, datę wylotu, oraz numer lotu.
- W Tajlandii podstawa to targowanie się, aczkolwiek są miejsca w których ceny są stałe. Co przywieźć znajomym? Przepiękne rzeźbione mydełka, szaliki z kaszmiru (10zł), przyprawy, red bulla, który pochodzi z Tajlandii, można przywieźć tzw durnostojki na komody regały, przepiękne lampy (składają się - zajmują mało miejsca)... Nie polecam przewozić duriana. Śmierdzi nawet przez kilka torebek...


















































































































































































