Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

wtorek, 29 października 2019

PASTELOWE MIASTO I KRAINA WINEM PŁYNĄCA - DALSZE UROKI SERBII


Jeden cały dzień, postanawiamy przeznaczyć na wyjazd do miejscowości Sremski Karlovci oraz Novi Sad. Z samego rana udajemy się na dworzec autobusowy w Belgradzie. Sremski Karlovci oddalony jest o jakieś 80 kilometrów od stolicy. Bilet kupujemy w kasie na dworcu (koszt 640 dinarów, czyli jakieś 24 zł). Bez niego nie wejdziecie na peron. W kasie dostajemy żetony, które należy wrzucić do maszynki przed wejściem na stanowisko autobusowe. Jedziemy jakieś 2,5 godziny. Czemu się tam udajemy?
Ponieważ miasteczko słynie z win. Znajduje się tam przynajmniej kilkanaście winiarni! 

Na wstępie, umieszczam mapkę miasta z zaznaczonymi zabytkami. Może się komuś przyda. 



Poniżej widok jaki ukazuje się nam po opuszczeniu autokaru.


Samo miasto nie jest zbyt duże. Powiedziałabym raczej, ze jest to miasteczko, bo posiada zaledwie niecałe 9 tysięcy mieszkańców. Z punktu widzenia historycznego, miasto Sremski Karlovci pełniło dosyć istotną funkcję. To tu został podpisany traktat pokojowy z Imperium Osmańskim. To tu znajdował się sobór katedralny metropolii karlovieckiej oraz najstarsze gimnazjum w Serbii. 
Same miasteczko nie jest jakoś specjalnie ładne. Dosyć mocno zaniedbane, obdrapane budynki, złażąca farba, krzywe chodniki, albo ich brak, dziury... Niewielu ludzi na ulicach. Widać, że nie dzieje się tu dużo. Raczej bym pokusiła się o stwierdzenie, że ludzie stąd uciekają. Przy czym, mając tę wiedzę, którą mam teraz, wiedząc jaka jest Serbia, wiem, że tu po prostu tak jest.
Ale są też i ładne widoki, o czym świadczą poniższe zdjęcia. Piękne, starodawne kamienice, z równie pięknymi ornamentami. Główne ulice są dosyć zadbane. Ustawiono nawet donice z kwiatami.




W związku z tym, że opuściliśmy hotel bez żadnego śniadania, szukamy na gwałt czegoś do jedzenia. Najlepiej tradycyjnej serbskiej restauracyjki. W mieście nie ma niestety zbyt wielu punktów gastronomicznych. Restauracja ze zdjęcia poniżej była jedyną, która serwowała lokalną kuchnię (tak naprawdę to poza tą, były chyba jeszcze jakieś dwa fast foody). 
Menu wydawało się całkiem ciekawe, jednakże w porze śniadaniowej proponowanych było zaledwie kilka posiłków i to głównie tosty, kanapki i jajecznica. Ceny nie były specjalnie wysokie. Sałatka kosztowała około 220 dinarów. Tosty podobnie. Niestety potrawy śniadaniowe, zarówno z nazwy jak i smaku, były typowo europejskie. Więcej o potrawach opiszę w kolejnym poście.



Będąc jeszcze w Polsce, zarezerwowaliśmy tour w jednej z lokalnych winiarni wraz z degustacją. Wspominałam wcześniej, ze winiarni w tym mieście jest przynajmniej kilkanaście. Niestety poza tą jedną, żadna nie odpowiedziała na naszego maila. Jednakże nie żałujemy. Muzeum Pszczelarstwa (ulica Metropolita Stratimirovica 86b ) zaoferowało nam za 650 dinarów, czyli jakieś 24 zł, zwiedzenie muzeum wraz podziemiami gdzie przechowywane jest wino. Przewodnik w cenie (pani mówiła po angielsku). Dodatkowo czekała na nas konsumpcja 7 win oraz 3 miodów.
Ale zacznijmy od początku. Karlovice, tak jak pisałam powyżej, są niewielkim miasteczkiem, więc trasa od restauracji do muzeum, zajęłaby nam z 5 minut, gdyby nie to, że trochę zabłądziliśmy. Właściwie to w mig znaleźliśmy ulicę, jednak numery domów były poukładane nie po kolei. Pomimo, że wydaje nam się, że minęliśmy już winiarnię, trzeba kierować się cały czas prosto ulicą Metropolita Stratimirovica, aż w końcu natrafimy po prawej stronie (kierując się od strony restauracji) na bramę z poniższego zdjęcia. 


Kiedy ją przekraczamy, naszym oczom ukazuje się zwykłe gospodarstwo agroturystyczne, które zupełnie nie przypomina winiarni. Ale zapach nas nie oszuka. Już z daleka czuć przetrawiające się owoce.  Widzimy dosyć prowizoryczny garaż z również prowizorycznymi sprzętami. Trochę wygląda to jak przydomowa winiarnia a nie muzeum. 

Od pani przewodnik dowiadujemy się, że muzeum, założył wnuk profesora Jovana Zivanovic, w 1968 roku. Po tym jak zdiagnozowano u profesora gruźlicę, powrócił on w rodzinne strony, aby podleczyć zdrowie miodem zalecanym przez lekarzy. Pomiędzy wykładaniem języka serbskiego oraz teologii na lokalnym uniwersytecie, oddawał się pasji jaką było pszczelarstwo. W 1907 roku, jego pasieka mogła poszczycić się aż 400 ulami, które sam zbudował. Jednym z takich uli, jest przepiękny kościół, który możemy podziwiać w muzeum. Zivanovic  wydał również sporo książek na temat pszczelarstwa. Niektóre z jego dzieł możemy zobaczyć podczas zwiedzania. W gablotkach znajdują się również dwa olbrzymie ule. 

Po zwiedzeniu obiektu, przechodzimy do części degustacyjnej. Otrzymujemy do posmakowania 7 win (zarówno białe jak i czerwone), talerz przekąsek, oraz 3 miody. Miody nie są pitne. Ich konsystencja jest raczej stała. Każdy z nich jest innego pochodzenia. Jeden był sezamowy, z lekkim posmakiem orzechów. Po prostu przepyszny. Kolejny z lekkim posmakiem ryby i ostatni raczej taki zwyklaczek. Baniaczki są całkiem sporawe. Pomimo, że dostajemy je na dwie osoby, nie jesteśmy w stanie ich opróżnić. 
Ale jeszcze na chwilę wróćmy do wina. Winiarnia nie prowadzi sprzedaży detalicznej alkoholu. Możecie go zakupić, ale tylko na miejscu. Ewentualnie można skosztować go na odbywających się tam imprezach. Na terenie obiektu mieści się sala, w której odbywają się również przyjęcia prywatne, gdzie trunek jest serwowany.
Okolica słynie głównie z wina nazywanego Bermet, które podobno znalazło się w karcie win na Titanicu. Wino jest dosyć mocne, bo może mieć nawet 18 procent. W smaku lekko ziołowe, ale nie ciężkie. Jest naprawdę bardzo dobre. Jedno z lepszych jakie piłam. Możecie to winko zakupić w sklepiku przy muzeum, jednak niech Was nie zdziwi, że ktoś z mieszkańców zaproponuje wam kupno tego trunku. Nie ma jednego przepisu na to wino. Tak jak nie ma jednego producenta. Ten cudny miód możecie spotkać pod postacią czerwonego jak i białego trunku. Obydwa polecam. Są wyśmienite. Jeżeli zamierzacie zaopatrzyć się w buteleczkę w sklepiku przy muzeum, powiadam Wam. Wstrzymajcie się. Pozwólcie swoim stopom pobłądzić po mieście. Skręćcie w jedną z bocznych uliczek (kierując się w stronę kościoła), by następnie zapuścić żurawia do przydomowego ogródka. Po przekroczeniu bramy może okazać się, że trafiliście na morze wina Bermet w dużo niższej cenie... 
Ale o tym później.

Jeżeli ktoś jest zainteresowany, poniżej podaję adres @ pod którym można zarezerwować tour muzejpcelarstva@gmail.com. 




Wspomniany wcześniej ul. Aż trudno w to uwierzyć, że to nie makieta...


I gigantyczne ule...




Piwnice winiarni


Sala degustacyjna



Jedną z głównych atrakcji miasta, jest Sobór św. Mikołaja. Cerkiew została zbudowana w latach 60 XVIII wieku. W 1799 roku miał miejsce pożar, w wyniku którego świątynia została gruntownie wyremontowana. Barokowa fasada w kolorze białym, wraz z dwiema dzwonnicami, dodaje cerkwi atrakcyjności. Wnętrze, jak to w cerkwiach, bogato zdobione. Ikony, które zobaczycie poniżej pochodzą z XVIII wieku.








Poniżej pałac patriarchalny, w którym znajduje się siedziba biskupa Sremu. Kiedyś mieściła się tu biblioteka. 




Jest jeszcze jedno miejsce z którego słyną Karlovice. Jest nim Gimnazjum, które zostało założone w 1791 roku. Budynek pochodzi z końca XIX wieku. Podobno jedno z pierwszych jakie powstało w Serbii.


A teraz wróćmy do tematu, który był głównym motywem tej wycieczki. Wino. Wspominałam już wcześniej abyście dali się ponieść nogom. Kiedy skręciliśmy trochę bez celu w boczną uliczkę, napotkaliśmy taką oto bramę jak na poniższym zdjęciu. Za chwilę wychylił się z niej pan, który po angielsku zapraszał nas na degustację wina. Nieśmiało weszliśmy z nim do piwniczki. Wtedy naszym oczom ukazała się mała, przydomowa winiarnia, z wielkimi baniakami wina i rakiji. Zachęceni przez gospodarza, wzięliśmy po kieliszku czerwonego wina. Oczywiście był to Bermet. Smakował tak samo dobrze jak ten w muzeum pszczelarstwa. Ale za to był o wiele tańszy. Wypiliśmy jeszcze parę kieliszków winka, zakupiliśmy po butelce i ruszamy dalej. 





Tym razem udajemy się na najbliższy przystanek, aby złapać autobus do Novego Sadu. Z jednego miasta do drugiego, można się przemieścić autobusem miejskim. Niestety nie pamietam ile kosztował bilet miejski, jednakże było to dosłownie parę dinarów. Pomimo, że to zaledwie 12 kilometrów, podróż trwała chyba z 40 minut, gdyż akurat była remontowana droga. 
Miasto nazywane jest również Wojwodina. Czemu? Ponieważ region jest autonomiczną częścią Serbii (min wraz ze Sremskim Karlovci), który posiada własnego prezydenta i premiera. Stolicą Wojwodiny jest Novy Sad. Najbardziej liczną narodowością są Serbowie, bo stanowią w okolicach 66% populacji, następnie Węgrzy, Słowacy, Romowie, Chorwaci, Rumuni... W sumie można wyróżnić 25 różnych narodowości. Jest to najbogatszy region Serbii. Miejmy tylko nadzieję, że nie przyjdzie im do głowy walczyć o całkowite oddzielenie od Serbii jak to zrobiło Kosowo. 
Jeżeli ktoś wymiotował na widok Wiednia, to tu również pojawi mu się ten odruch. Miasto jest usiane pastelowymi kamienicami. Zresztą wyczytałam gdzieś, że jest nawet nazywane pastelowym miastem. No cóż, gusta są różne, ale muszę powiedzieć, że mi się naprawdę podobało. Zadbane, czyste i przyjemne w odbiorze. Tak więc, poniżej zdjęcia kolorowego rynku. Podczas bombardowań w latach 90, miasto dosyć mocno ucierpiało. Zniszczone zostały również wszystkie mosty na Dunaju prowadzące do miasta. Podczas jazdy autobusem w drodze powrotnej, widzimy przez okno, słupy zniszczonego mostu, które wystają z rzeki. 




Nie mamy zbyt wiele czasu, bo tak naprawdę przyjechaliśmy tu na kilka godzin, więc zwiedzanie skupiamy wokół rynku. Napotykamy po drodze białą cerkiew pod wezwaniem św. Jerzego (Nikole Pašića 4). Sobór nie jest starą świątynią, bo wybudowany na początku XX wieku. W środku widzimy bardzo ładny ikonostas składający się z 33 ikon. Poza tym świątynia jest w środku dosyć mocno zniszczona. Przyblakłe ściany, na których przebijają się delikatnie malunki, sprawiają wrażenie mroczne i przytłaczające. Z zewnątrz, jak widać na poniższym zdjęciu, wygląda jak z pocztówki.




Tuż obok cerkwi stoi równie ładny z zewnątrz co cerkiew, pałac biskupi. A przed nim, pomnik serbskiego poety Jovana Jovanovica.


Ale tak naprawdę chyba najładniejszym budynkiem jest tu katolicki kościół pod wezwaniem św Marii. Świątynia robi naprawdę niesamowite wrażenie. Jest tak duża, ze nie da się jej objąć aparatem. Oczywiście do mediolańskiego Duomo się nie umywa, ale i tak robi bardzo dobre wrażenie. Zbudowana z jasnego kamienia, z ogromną wierzą, w której umiejscowiono z każdej strony zegar. 
Zbudowany pod koniec XIX wieku, zaprojektowany przez węgierskiego architekta. Kościół posiada trzy nawy. Wysokie, łukowate sklepienia dodają mu rozmachu. No cóż, co tu dużo gadać, jest naprawdę ładny. 











Poniżej ratusz miejski



Jeżeli chcecie zakupić pamiątki czy też cokolwiek co pragniecie przywieźć ze sobą do domu, to to miejsce jest naprawdę bardzo dobre. Tu mieszczą się stoiska z magnesami, bibelotami, czy też lokalnymi wyrobami. My zakupiliśmy tu min miód w małym słoiczku oraz kosmetyki z miodu (mają takie do 100 ml). Na niektórych stoiskach znajdziecie też przyprawy i nalewki.

A tymczasem.,.. kolejna partia zdjęć z pastelowego rynku...



Nie bez przyczyny zrobiłam zdjęcie kamienicy, w której mieści się sklep odzieżowy H&M. Sama kamienica jest oczywiście piękna, ale zajrzyjcie do środka. Zobaczycie perłę nad perłami. Wnętrze sklepu, a właściwie ściany i sklepienie wyglądają jakby były wyjęte z muzeum. Taki widok trzeba koniecznie zobaczyć.







Hmmm ten budynek przypomina mi Bank Gringota z Harry'ego Potter'a...


I trochę pięknej, ale zniszczonej architektury, już po drodze na stację autobusową. Pomimo zniszczeń, wyglądają trochę jakby ktoś je namalował kredkami...



I na koniec dodam jeszcze jedno miejsce, które trzeba odwiedzić. Aczkolwiek tu, raczej doznania kulinarne. Restauracjo-bar o nazwie  Žar Mance - ulica Kisačka 6, Novi Sad  (na paragonie nazwa brzmi Drago Żar) -  to prawdziwa uczta dla podniebienia. A i ceny bardzo przystępne. Więcej na temat menu w drugim poście.


Poniżej umieszczam rozkład jazdy autobusów jadących do Belgradu. Na koniec dodam, że w tym czasie co akurat my byliśmy, nie można było dojechać koleją. Zarówno do Karlovic jak i do Novego Sadu. Kolej akurat była remontowana. Bilet autobusowy w powrotną stronę kosztuje 750 dinarów.



Sremski Karlovci i Novi Sad naszymi oczami

Zwykle pada pytanie czy te miasta są drogie. Odpowiedź brzmi nie. Ceny są bardzo przystępne. Koszt kawy w Sremskim Karlovci to 140 dinarów, czyli jakieś 5,50. Kawa w Novi Sad,  w McDonald,  kosztuje 240 dinarów, czyli w okolicach 8,80 zł. Obiad w składający się z trzech posiłków, kosztował nas 810 dinarów, czyli około 30 zł. 

Jeżeli miałabym stwierdzić, które miasto jest ładniejsze, to powiedziałabym, że zdecydowanie Novi Sad. Wizualnie przypomina zachodnią Europę (przynajmniej rynek). Sremski Karlovci jest bardziej nieokrzesany, dziki i lekko obumarły. Jednakże sprzedają tam pyszne wino, więc plasuje się zdecydowanie wyżej niż Wojwodina. 

Podczas tej wycieczki, nie spotkała nas żadna nieprzyjemna sytuacja. Ludzie byli wręcz pomocni i serdeczni. 

W wielu miejscach, szczególnie w Karlovicach, nie można płacić kartą. Tak wiec trzeba się zaopatrzyć w banknoty. W Sremskich jest bardzo dużo bankomatów. Choć widzę to dopiero na mapie, bo jak szukaliśmy, to jakoś nie mogliśmy znaleźć.  Mapa bankomatów tu. Jeden z nich znajduje się na pewno w pawilonie, na rynku, tuż na przeciwko wielkiego, bardzo ładnego, żółtego budynku. 

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU