W ostatnim czasie Izrael to jedno z częściej odwiedzanych państw. W telewizji ciągle można zobaczyć reklamy lotów do Tel Avivu. My jednak zdecydowaliśmy się udać do Eilatu, miasta najdalej wysuniętego na południe, które położone jest nad Morzem Czerwonym. Eilat ma zaledwie 10 kilometrów linii brzegowej. Już z plaży możemy zobaczyć brzeg Jordanii, państwa sąsiadującego z Izraelem. A kiedy udamy się kilka kilometrów dalej, natrafimy na przejście graniczne z Egiptem. Miasto Eilat, czy też Ejlat, jest podobno najbardziej słonecznym miastem Izraela. Nam to bardzo odpowiada, gdyż w Polsce mamy zimę (początek grudnia), więc liczymy na wysokie temperatury.
Bilety kupujemy za 112 zł w dwie strony dla jednej osoby (wizzair). Lot mamy wcześnie rano, bo o 6 godzinie, więc musimy wstać w nocy aby dojechać na lotnisko. Wylot w sobotę, powrót we wtorek. W powietrzu spędzamy około 4h. Do Izraela Polacy nie muszą mieć żadnych wiz. Jednak na lotnisku musimy się spodziewać serii pytań ze strony pracowników granicznych, którzy nas inaczej nie wypuszczą z lotniska. Czytaliśmy wiele informacji na ten temat. Jedni pisali, że byli przesłuchiwani kilka godzin. Inni pisali, że pieczątki w paszporcie z krajów muzułmańskich powodowały problemy i serię kilkugodzinnych pytań. Może i kiedyś tak było, jednak wydaje mi się, że miało to miejsce jeszcze przed uruchomieniem tanich lotów. My mieliśmy w paszporcie pieczątkę z Turcji i Maroka i nie mieliśmy żadnych problemów. W prawdzie otrzymaliśmy serię pytań - po co tu przyjechaliśmy, jakie mamy plany, gdzie będziemy nocować (dokładny adres), z kim przyjechaliśmy, na ile dni - jednak po kilku minutach wypytywań zostaliśmy wszyscy puszczeni.
Za nim przejdę do opisywania wycieczki, wspomnę jeszcze tylko o samym powrocie. Przystanek autobusowy na lotnisko znajduje się tuż za rondem. Nie dajcie się wkręcić w sugestie taksówkarzy, którzy są strasznie nachalni i oszukują, że autobus nie przyjedzie bądź się nie zatrzyma. Na lotnisko trzeba przybyć trochę wcześniej niż zwykle, gdyż musimy się ponownie ustawić w kolejce (zgodnie z miejscem do którego lecimy). Do każdego podejdą panie, które będą pytać czy mówimy po angielsku. Po czym dostaniemy do wypełnienia kartkę z pytaniami typu gdzie byliśmy, co widzieliśmy itp. Jeżeli nie mówimy po angielsku, dostaniemy ją po polsku. Po czym udajemy się ponownie do okienka (jak przy przylocie), otrzymujemy serię kolejnych pytań min czy z kimś rozmawialiśmy podczas pobytu, czy ktoś nas do czegoś przekonywał, czy z kimś spotkaliśmy się na miejscu, czy mamy przy sobie broń itp. W sumie nie ma się co dziwić, gdyż Izrael położony jest pomiędzy krajami arabskimi i tylko z dwoma ma podpisane porozumienie pokojowe (Jordania i Egipt). Z pozostałych stron, ciągle padają groźby. Moim zdaniem trochę sami sobie są winni, gdyż uparli się aby stworzyć państwo na dawnych biblijnych, żydowskich terenach. Walka z Palestyną i innymi krajami arabskimi raczej nigdy nie zostanie zakończona.
Za nim przejdę do opisywania wycieczki, wspomnę jeszcze tylko o samym powrocie. Przystanek autobusowy na lotnisko znajduje się tuż za rondem. Nie dajcie się wkręcić w sugestie taksówkarzy, którzy są strasznie nachalni i oszukują, że autobus nie przyjedzie bądź się nie zatrzyma. Na lotnisko trzeba przybyć trochę wcześniej niż zwykle, gdyż musimy się ponownie ustawić w kolejce (zgodnie z miejscem do którego lecimy). Do każdego podejdą panie, które będą pytać czy mówimy po angielsku. Po czym dostaniemy do wypełnienia kartkę z pytaniami typu gdzie byliśmy, co widzieliśmy itp. Jeżeli nie mówimy po angielsku, dostaniemy ją po polsku. Po czym udajemy się ponownie do okienka (jak przy przylocie), otrzymujemy serię kolejnych pytań min czy z kimś rozmawialiśmy podczas pobytu, czy ktoś nas do czegoś przekonywał, czy z kimś spotkaliśmy się na miejscu, czy mamy przy sobie broń itp. W sumie nie ma się co dziwić, gdyż Izrael położony jest pomiędzy krajami arabskimi i tylko z dwoma ma podpisane porozumienie pokojowe (Jordania i Egipt). Z pozostałych stron, ciągle padają groźby. Moim zdaniem trochę sami sobie są winni, gdyż uparli się aby stworzyć państwo na dawnych biblijnych, żydowskich terenach. Walka z Palestyną i innymi krajami arabskimi raczej nigdy nie zostanie zakończona.
Po wylądowaniu od razu ruszamy do autobusu (numer 30), który odjeżdża bezpośrednio z pod lotniska co 20 minut. Jedziemy nim koło 20 minut. Bilet kosztował 4,20 szekli, czyli około 4,75 PLN (kurs 1 szekel - 1,1 zł). My nie kupiliśmy lokalnej karty sim, ale mieliśmy za to wgraną mapę Izraela w offline, którą trzeba pobrać jeszcze w Polsce (aplikacja here). Będąc jeszcze na lotnisku można wczytać trasę na google (darmowy internet). Dzięki temu, jeżeli nie wyłączymy jej, pomimo braku internetu będzie nawigować i pokaże nam przystanek na którym mamy wysiąść. Niestety autobus nie zatrzymywał się na wszystkich przystankach, więc liczenie ich zgodnie z tym co pokazuje google, okazało się bezsensowne. W efekcie autobus wywiózł nas kilometr dalej. Powinniśmy wysiąść na rondzie (nie da się go nie zauważyć). Od ronda mamy jeszcze do przejścia piechotą jakieś 15 minut. Za hotel płacimy 454 szekli (około 515 zł), za pokój czteroosobowy na 3 noce. Nocleg mamy zabukowany w Custo Club (ulica Mish'ol Shoshan 2). Hotelik bardzo kameralny i przyjemny. Spora willa pomalowana na biało, w przyjemnej okolicy. W środku duży salon z kanapami, dostępna dla wszystkich kuchnia, darmowe wi-fi a na zewnątrz basen z pięknym widokiem, z którego możemy korzystać. Jeżeli ktoś zainteresowany, to link do booking tu. A tymczasem poniżej zdjęcia naszego lokum.
Poniżej salon w naszym hoteliku. Marmurowa podłoga, duże okna z pięknym widokiem na basen i góry.
Hotelowy basen ze wspomnianym już kilkakrotnie widokiem.
Już pierwszego dnia udajemy się na plażę. Mamy jeszcze przynajmniej 3 godziny na opalanie. W grudniu mieć 23 stopnie w cieniu to prawdziwa radość. Jednak po 15 robi się już trochę chłodniej. Słońce mniej grzeje, wiaterek jest bardziej odczuwalny. Tak naprawdę my wzięliśmy tylko ubrania letnie. W tym cienkie materiałowe spodnie. Jedyną cieplejszą rzeczą jaką ja miałam, była skórzana ramoneska, która nadawała się jedynie na wieczory a i czasami w niej było gorąco.
Na pierwszą plażę, którą jest Moriya Beach udajemy się piechotą, gdyż znajduje się tuż za rondem i ciągnie się do samego centrum. Woda niesamowicie czysta, wręcz krystaliczna. Lekko orzeźwiająca. Proponuję jednak zabrać ze sobą buty ochronne do wody, gdyż niestety wejście do wody jest kamieniste i można sobie ostro poranić nogi.
Droga do naszego hotelu. A z tylu oczywiście piękny widok na góry.
Okoliczne domy niedaleko naszego lokum.
Park w centrum z wielkimi rybkami oraz potężnymi schodami.
W centrum, tuż nad wodą znajduje się wesołe miasteczko. Jednak atrakcje raczej dla hardcorowców. A i ceny powalają. Ta poniższa kosztowała około 100 zł...
Tuż zaraz niedaleko wielkich schodów z kolorowymi rybkami znajduje się olbrzymia fontanna, która nocą tańczy w takt muzyki. A dzięki podświetleniu w różnych kolorach staje się jeszcze bardziej interesująca. Pokaz trwa około 20 minut. Odbywa się dwa razy dziennie. Pierwszy o 19:30, drugi o 20:30. Niestety widowisko nie jest dostępne codziennie. Możemy je zobaczyć we wtorek, czwartek, piątek i sobotę. Muzyka z różnych gatunków. Ja pozwoliłam sobie nagrać mojego ulubionego artystę, którym był Freddie Mercury. Poniżej filmik z tego spektaklu. Niestety nie byłam w stanie objąć aparatem całej fontanny, dlatego wybaczcie mi za skakanie po jej częściach. Przepiękny spektakl. Koniecznie trzeba zobaczyć. Wejście darmowe. Fontanna znajduje się tuż przy Muzeum Historii Ejlatu (ulica Derekh Yotam).
A po drodze takiego oto dziwnego kitku spotkaliśmy. Ciasto zebra tylko w siwe paski.
Jeden z wypasionych hoteli tuż przy wybrzeżu.
Drugiego dnia z samego rana naszym punktem staje się ponownie plaża. Bo tak naprawdę po to tu przyjechaliśmy. Za cel obieramy Princess Beach, która znajduje się tuż przy samej granicy z Egiptem. Udajemy się tam tym samym autobusem, którym przyjechaliśmy z lotniska (przystanek tuż za rondem, albo przed). Cena biletu taka sama jak poprzednio, czyli 4,20 od osoby.
Plaża dosyć mało uczęszczana, przynajmniej tak było w tamtym okresie. Nieopodal znajduje się dosyć długi most, który z obydwu stron ma zejście do wody. Podczas nurkowania Ursyn zauważył tam całe mnóstwo przepięknych, kolorowych rybek. Niestety ja nie potrafię pływać, dlatego również nurkowanie odpada.
Na plaży znajduje się darmowe Wi-fi, które może nie działa super, ale zawsze to coś.
Później przemieszczamy się na plażę Coral Beach, która w dużej części jest płatna. Jednak my korzystamy z tej części bezpłatnej. Część płatna kosztuje około 30 szekli. W tym miejscu możemy zobaczyć rybki tuż przy samym brzegu. A dzięki temu, że woda jest bardzo czysta, widać je bardzo dobrze. Ryby są przepiękne. Kolorowe, niektóre wyglądają jak rybka Nemo, inne olbrzymie, tęczowe. I tak jak poprzednio, polecam wziąć ze sobą buty do wody. Na plaży siedzimy zawsze do 15 godziny. Później idziemy do hotelu aby się ogarnąć i później ruszamy na miasto aby coś zjeść.
Następnego dnia wypożyczamy samochód na cały dzień. Biuro nazywa się Eldan Transportation przy ulicy Hahaskala Blvd. 20. Koszt takiej przyjemności to 33 euro. Koniecznie trzeba mieć ze sobą paszport oraz białą karteczkę, którą dostajemy na lotnisku zamiast pieczątki do paszportu. Dzięki temu będziemy zwolnieni z vat. To było jedno z niewielu biur, które nie wymagało karty kredytowej (my takowej wtedy nie mieliśmy). Zwykła karta bankomatowa czy to visa czy master card nie przejdzie. Należy pamiętać, że na koncie trzeba mieć przynajmniej 1000 euro. W innym wypadku nie przejdzie rezerwacja, gdyż biuro obciąża od razu konto na wyższą kwotę. Płatność po wycieczce. Kwota zablokowana od razu nam została zwrócona. Jeżeli chodzi o bak paliwa, to dostajemy pełny i taki też musimy oddać. I tu się pojawia jeszcze jedna ważna kwestia. Podczas płacenia za paliwo kartą na stacji benzynowej, zablokowana zostaje sporo większa kwota. Jest nią około 500 zł. Jednak kwota została zwrócona na konto w ciągu kilku dni. Jeżeli płacimy gotówką to takiej sytuacji oczywiście nie ma.
Obok wypożyczalni znajdują się kramiki, w których kupicie magnesy. Jest to jedno z niewielu miejsc z magnesami, które widziałam w całym mieście.
Pierwsze miejsce, które postanawiamy zwiedzić to Red Canyon do którego jedziemy jakieś 30 minut (25 kilometrów). Trasa wiedzie wzdłuż granicy z Egiptem. Cały czas po lewej stronie mijamy metalowy płot. Kanion powstał w wyschniętym korycie rzeki Nahal Shan. To własnie tu woda i wiatr tańcząc wyrzeźbiły piękne wzory w kamieniu niczym malunki na płótnie. Kanion to nie tylko niewielkie skałki z pięknie wyrzeźbionymi wzorami, ale również głęboki rów, który biegnie pomiędzy górami skalnymi. W niektórych momentach trzeba wspinać się po skałach za pomocą metalowych klamr przymocowanych do skał oraz metalowych drabinek schodzących pionowo w dół. Dlatego konieczne jest zabranie ze sobą dobrych, płaskich butów, najlepiej nie klapek. Nie trzeba zakładać zaraz butów trekingowych, jednak buty sportowe będą dobrym wyborem. Skały, jak również w Eilacie, są mało ścisłe, składające się z wielu małych kamieni. W związku z tym strasznie rysują buty i wpadają do środka lekko kalecząc nogi. Tak naprawdę góry w całym Eilacie można byłoby przesypać w inne miejsce koparką. Nie są to takie góry jak u nas, zwięzłe, składające się z olbrzymich kamieni.
Jeżeli ktoś nie wynajmuje samochodu, czytałam, że do czerwonego kanionu można się dostać autobusem numer 392. Kiedy dotrzemy do parkingu, który znajduje się tuż obok drogi asfaltowej (tam też staje autobus), nie zatrzymujemy się, jedziemy dalej drogą kamienistą w dół, gdyż nie jest to docelowy parking. Jakiś 1 kilometr dalej znajduje się kolejny parking na którym zobaczycie inne samochody oraz autobusy. W drewnianej skrzyneczce na parkingu znajdują się papierowe ulotki z mapą na której oznaczone są szlaki górskie (jak w Zakopanem np czerwony, zielony, niebieski itp). Ulotka jest darmowa. Szlaków jest kilka, oznaczenie na kamieniach również dosyć dobre. Raczej nie da się zgubić. Miejsce jest bardzo nasłonecznione, w końcu jesteśmy na pustyni, więc proponuję wziąć ze sobą dużo wody oraz ochronę na głowę. Jeżeli ktoś liczy na restauracje albo sklepik to raczej może się przeliczyć, gdyż niczego takiego tu nie znajdzie. Jedynie jak wychodziliśmy zauważyłam na parkingu mały, obwoźny sklepik. Jednak rano go nie widziałam. Po kanionie chodzimy jakieś 1,5 godziny.
Wejście jest bezpłatne.
Obok wypożyczalni znajdują się kramiki, w których kupicie magnesy. Jest to jedno z niewielu miejsc z magnesami, które widziałam w całym mieście.
Pierwsze miejsce, które postanawiamy zwiedzić to Red Canyon do którego jedziemy jakieś 30 minut (25 kilometrów). Trasa wiedzie wzdłuż granicy z Egiptem. Cały czas po lewej stronie mijamy metalowy płot. Kanion powstał w wyschniętym korycie rzeki Nahal Shan. To własnie tu woda i wiatr tańcząc wyrzeźbiły piękne wzory w kamieniu niczym malunki na płótnie. Kanion to nie tylko niewielkie skałki z pięknie wyrzeźbionymi wzorami, ale również głęboki rów, który biegnie pomiędzy górami skalnymi. W niektórych momentach trzeba wspinać się po skałach za pomocą metalowych klamr przymocowanych do skał oraz metalowych drabinek schodzących pionowo w dół. Dlatego konieczne jest zabranie ze sobą dobrych, płaskich butów, najlepiej nie klapek. Nie trzeba zakładać zaraz butów trekingowych, jednak buty sportowe będą dobrym wyborem. Skały, jak również w Eilacie, są mało ścisłe, składające się z wielu małych kamieni. W związku z tym strasznie rysują buty i wpadają do środka lekko kalecząc nogi. Tak naprawdę góry w całym Eilacie można byłoby przesypać w inne miejsce koparką. Nie są to takie góry jak u nas, zwięzłe, składające się z olbrzymich kamieni.
Jeżeli ktoś nie wynajmuje samochodu, czytałam, że do czerwonego kanionu można się dostać autobusem numer 392. Kiedy dotrzemy do parkingu, który znajduje się tuż obok drogi asfaltowej (tam też staje autobus), nie zatrzymujemy się, jedziemy dalej drogą kamienistą w dół, gdyż nie jest to docelowy parking. Jakiś 1 kilometr dalej znajduje się kolejny parking na którym zobaczycie inne samochody oraz autobusy. W drewnianej skrzyneczce na parkingu znajdują się papierowe ulotki z mapą na której oznaczone są szlaki górskie (jak w Zakopanem np czerwony, zielony, niebieski itp). Ulotka jest darmowa. Szlaków jest kilka, oznaczenie na kamieniach również dosyć dobre. Raczej nie da się zgubić. Miejsce jest bardzo nasłonecznione, w końcu jesteśmy na pustyni, więc proponuję wziąć ze sobą dużo wody oraz ochronę na głowę. Jeżeli ktoś liczy na restauracje albo sklepik to raczej może się przeliczyć, gdyż niczego takiego tu nie znajdzie. Jedynie jak wychodziliśmy zauważyłam na parkingu mały, obwoźny sklepik. Jednak rano go nie widziałam. Po kanionie chodzimy jakieś 1,5 godziny.
Wejście jest bezpłatne.
Kanion widziany z dołu.
Skoro mamy już wynajęty samochód to korzystamy z okazji i ruszamy w inne miejsce, które oddalone jest od Ejlatu o jakieś 25 kilometrów a od Red Canyon o 50 kilometrów. Timna Park położony jest na pustyni Negew. Kiedy dojeżdżamy na miejsce widzimy niewielki budynek wraz z parkingiem. Wchodzimy do środka aby kupić bilety. Koszt jednego biletu to 45 szekli. W środku znajduje się mały sklepik, kawiarnia oraz toalety.
Zostajemy zaproszeni do wysłuchania 10 minutowego wykładu przez pana w kowbojskim kapeluszu, który jak o sobie mówi, jest strażnikiem tego miejsca. Informuje nas min o zachowaniu bezpieczeństwa, zabraniu ze sobą wody, nie wyrzucaniu śmieci oraz szanowaniu środowiska. Jeżeli ktoś ma ochotę i czas, może poruszać się pieszo bądź na rowerze, bądź na elektrycznym rowerze, który można wypożyczyć na miejscu. Dowiadujemy się, że znajdowała się tu pierwsza kopalnia miedzi na świecie, która rozpoczęła swoje funkcjonowanie już w XIII wieku przed naszą erą. Już będąc na pustyni zobaczymy szyby w ziemi, przez które przeciskali się kiedyż górnicy. Od obsługi otrzymujemy mapę na której zaznaczone są najważniejsze punkty do zwiedzania wraz z trasami. Całości chyba nie da się zwiedzić pieszo. Można ewentualnie rozbić biwak, ale tylko w jednym miejscu, nad sztucznie utworzonym jeziorem. Nieopodal jeziora znajdują się również kwatery do wynajęcia.
Nie będę opisywać wszystkich miejsc zaznaczonych na mapie, gdyż jest tego całkiem sporo. Postaram się skupić na tych najfajniejszych.
Jedną z pierwszych atrakcji jest wielka skała przypominająca grzyba i tak też się własnie nazywa. Tuż nieopodal znajdują się inne, mniejsze mushrooms.
Staramy się zobaczyć każde miejsce zaznaczone na mapie. Jednym z nich są skalne rysunki przedstawiające rydwany, ludzi i zwierzęta. Niestety rysunki są za szybą, bardzo słabo widoczne. Na szybie narysowane są odbicia rysunków aby łatwiej je było zobaczyć. Jeżeli mam być szczera to nie zachwyciły mnie. Takie tam nie wiadomo co.
Tuż obok rydwanów znajdują się łuki, które wyglądają jakby były wyjęte z pustyni w USA. Można się na nie wspiąć i wyjść z drugiej strony po pionowej drabince. Po drugiej stronie czeka nas wędrówka wąskim kanionem.
Poniżej Filary Salomona. Można na nie wejść (po schodach), gdzie znajduje się taras widokowy. Podobno na jednej ze skał wyryty jest obrazek Ramzesa III składającego ofiarę bogini Hathor. Gdzie on był? Nie mam pojęcia. Widoczność podobna jak w przypadku rydwanów. Tuż poniżej tarasu widokowego znajduje się ogrodzony niewielkim murkiem kwadrat, który jest pozostałością po świątyni bogini Hathor.
I już ostatnia atrakcja, którą jest Sfinks. Na początku ciężko było go dostrzec. Trzeba stanąć pod odpowiednim kątem. najlepiej jest go minąć i stanąć z tyłu przy drzewku, które chyba sporo przeżyło...
Sfinks widziany z przodu.
I z tyłu.
Poniżej wcześniej wspomniane, sztucznie wytworzone jezioro, które jest również źródłem wody dla żyjących tu zwierząt. W jeziorze nie można pływać, jednak istnieje możliwość wypożyczenia rowerów wodnych. Tuż obok, mieści się mały sklepik z pamiątkami oraz biżuterią. Jest sporo ciekawych rzeczy, ale są tak strasznie drogie, że postanawiam sobie odpuścić kupowanie czegokolwiek. Skusiliśmy się jedynie na lody, które i tak sporo kosztowały. W cenie biletu możemy zabrać ze sobą kolorowy piasek z piaskownic znajdujących się na przeciwko jeziora. Oczywiście nie możemy go przesypać w swoje butelki. Dostajemy małe lotnicze, plastikowe buteleczki od pani w kramiku. Butelki są za darmo, jednak jeżeli chcemy otrzymać większe bądź ładniejsze (np szklane), musimy za nie zapłacić. Nie pamiętam ile kosztowały, ale cena mnie odstraszyła. Poprzestajemy więc na darmowych. Obok kolorowych piaskownic znajdują się pojemniki z gliną, która służy do zaklejenia butelki. Niestety nam się i tak wysypał piasek do plecaka...
W środku sklepiku znajduje się restauracja oraz toalety. Park w niedzielę jest podobno zamknięty.
Sklepowe gifty.
JEDZENIE - GDZIE I CO ZJEŚĆ ABY NIE ZBANKRUTOWAĆ
Na plaży siedzimy praktycznie do godziny 15. Później udajemy się na miasto aby coś zjeść. Nie mamy w hotelu wykupionych posiłków, więc kolację trzeba zjeść na mieście. Izrael jest bardzo drogim państwem. Za posiłek w przeciętnej restauracji zapłacimy sporo ponad 100 zł od jednej osoby. My nie chcemy tyle wydawać, więc szukamy czegoś na naszą kieszeń. Znajdujemy ulicę przy której mieszczą się tanie bary z izraelskim jedzeniem. Przy ulicy Sderot HaTmarim jest sporo takich lokali. Niektóre posiadają również menu po polsku. Jedną z takich restauracji jest Omres's czy też Wide Heart. Ceny w tych barach kształtują się mniej więcej od 15 do 50 szekli. Jednak porcje są naprawdę spore a często do każdego posiłku dodawane są w małych miseczkach, różnego rodzaju przekąski. Dostajemy tych miseczek około 5. W zasadzie to możemy sami sobie wybrać z lodówek co chcemy dostać dodatkowo. Zwykle są to papryczki ostre, ogórki bądź różnego rodzaju sałatki. Naprawdę można się tym najeść. Do wielu dań dodawane są również frytki.
Poniżej restauracja Wide Heart (Sderot HaTmarim 38) wraz z menu i cenami. Jedzenie bardzo dobre. Zdecydowanie mogę polecić.
Schnitzel Baguette za 40 szekeli
Poniżej pita z menu za 20 szekli.
CENY
Niestety ceny w Izraelu są bardzo wysokie. Czytałam nawet, ze Izrael jest jednym z najdroższych państw świata. Ceny w sklepach są powalające. Poniżej zdjęcia z wybranymi produktami oraz cenami. I tak dla przykładu:
herbata - 19,90 szekli (około 23 zł)
jogurt - od 3,5 szekli (około 4 zł)
kilo parówek - 25,50 szekli (około 29 zł)
pasta colgate - 23 szekli (około 26 zł)
Tak naprawdę jedynymi w miarę tanimi rzeczami, był humus i chlebki pita. Z Polski wzięliśmy ze sobą trochę jedzenia min kanapki, kiełbasy drobiowe, łososia, pomidorki koktajlowe, paprykę. Właściwie to można zabrać wszystko poza tym co jest w płynie. Stołowaliśmy się w barach o których wspominałam wcześniej oraz w jednej z tańszych sieciówek, która się nazywa Shufersal. Jeden sklep znajduje się przy ulicy Sderot Sheshet HaYamim 310. W całym Ejlacie jest ich kilka. Tak naprawdę to kupowaliśmy tam jedynie pitę, która kosztowała 12 szekli (w opakowaniu było około 11 chlebków), humus, który kosztował około 10 szekli (duże opakowanie) oraz sałatki z warzyw (w plastikowych opakowaniach, leżały w lodówkach), które kosztowały również koło 12 szekli. Sałatki z różnych warzyw, niektóre z ogórkiem, inne ala meksykańskie. Swoją drogą sałatki mi nie smakowały, Ursyn natomiast się nimi zajadał. Polecam spróbować humusu. Smakuje zdecydowanie lepiej niż ten w Polsce. Kupcie również taki pod pierzynką z ala majonezu czy jogurtu. Przepyszny. My wzięliśmy go ze sobą do Polski.
I jako kawosz nadmienię słowo na temat kawy. W restauracjach i barach latte kosztuje podobnie jak w Polsce, czyli około 12 - 15 zł.
I jako kawosz nadmienię słowo na temat kawy. W restauracjach i barach latte kosztuje podobnie jak w Polsce, czyli około 12 - 15 zł.
EJLAT NASZYMI OCZAMI
Największym plusem samego miasta jest pogoda. Uwielbiamy ciepło, nie znosimy zimy. Tak więc już na wstępie miasto zyskuje sporego plusa. My lecimy w grudniu, więc spragnieni jesteśmy słońca. W samym Ejlacie nie ma za wiele do zwiedzania. Można pokusić się o zwiedzenie jakiejś synagogi, albo udać się do oceanarium (drogie), albo zrobić tak jak my, czyli przeskakiwać z plaży na plażę. Niestety cały Izrael jest bardzo drogi. I to jest największy minus. W normalnym sklepie za jednego pomidora zapłacić 8 zł to lekka przesada. Jeżeli ktoś chciałby spędzić tu dwa tygodnie urlopu, poszedłby z torbami. Na dłuższy weekend tak, na dłuższy urlop zdecydowanie nie. Jest dużo więcej tańszych i ciekawszych miejsc niż Izrael.
















































































