Gruzja to eksplozja smaków. My byliśmy zaledwie 3 dni, jednak nasze kubki smakowe były pobudzone na maksa, a nasze oczy nie wiedziały w którą stronę się zwrócić. Może nie posmakowaliśmy zbyt wielu rzeczy, jednak to co spróbowaliśmy zdecydowanie zasługuje na chociażby wzmiankę.
Dlatego poniższy post poświęcam informacjom dotyczącym tego co dobrego można spożyć w Gruzji, gdzie zjeść i co przywieźć. Gruzja jest bardzo tanim krajem (jeden lari to w przeliczeniu 1,32), więc my Polacy, możemy się tam czuć jak bogacze. Ceny są bardzo niskie, wiec chciałoby się dużo przywieźć, niestety wielu rzeczy nie można, gdyż po pierwsze Gruzja nie należy do UE, więc nie możemy zakupić żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego. Nie mówię tylko mięsie, ale również np o serach. Dodatkowo w grudniu 2019 roku wyszła dyrektywa, która mówi o tym, że nie można do UE przywozić również owoców, ponieważ możemy na nich przewieźć różnego rodzaju wirusy, bakterie oraz jaja owadów, które zagrażają uprawom w Unii. Szukałam takiego pełnego wykazu produktów. Niestety nigdzie nie mogę go znaleźć. Na oficjalnej stronie UE znalazłam @, gdzie można skierować zapytanie. I tak też zrobiłam. Jeżeli dostanę konkretną odpowiedź - zaktualizuję post. Na tą chwilę wiem, że jedyne owoce, które można przywieźć to banany, kokosy, daktyle oraz duriany (nie przeczytaliście źle, tak własnie duriany). Nie znalazłam ani słowa na temat suszonych owoców. Zakaz dotyczy również nasion, sadzonek oraz kwiatów. Poza tym trzeba pamiętać o kwestiach pojemnościowych. Jeżeli mamy bagaż podręczny, możemy ze sobą zabrać maksymalnie 100ml płynu w jednej butelce. Jeżeli posiadamy duży bagaż, który oddajemy do luku, nie obowiązuje nas jako tako norma dotycząca płynów, ale już alkoholi, miodów i innych trunków płynnych tak. Podobnie jest z papierosami. Więc winko i czacza owszem, ale tylko na terenie Georgii.
Kaki (zarówno suszone jak i żywe)
Jedną z lepszych rzeczy jakie jadłam jest suszony owoc kaki. Nie wiem czy go kojarzycie. Można go bardzo często dostać w dużych marketach. Persymona czy też kaki sharon jest owocem żółtym, albo lekko pomarańczowym, wyglądającym trochę jak pomidor. W smaku przypomina coś pomiędzy gruszką a jabłkiem. Suszone kake wygląda może trochę mało apetycznie, jednakże to jest tak jak z durianem. Jak się przełamiesz, to stwierdzisz, że jest przepyszne. Sprzedawane na sznurkach. Można kupić pojedynczo. Można również całymi sznurkami. Mieszkańcy suszą je bardzo często na swoich tarasach. Kiedy udacie się gdzieś za miasto albo chociażby do dzielnicy mieszkalnej w Kutaisi, zobaczycie mnóstwo kake. Zarówno tych na drzewach jak i na balkonach. Persymonę możecie zakupić oczywiście na bazarze. Proponuję spróbować również tych "żywych". My zakupiliśmy pomarańczowe i żółte. W smaku są trochę inne. A jaka jest różnica pomiędzy tymi kupionymi w Polsce? Te w Gruzji są niesamowicie soczyste, miękkie i mają pestki!
Nie wiem jeszcze czy można je przywozić do Polski, gdyż dyrektywa UE o której wspominałam wcześniej, nie mówi nic o owocach suszonych. W internecie jest głośno o tym, ale mowa tylko o żywych owocach. Już samym absurdem jest dla mnie przywożenie duriana. W Azji wszędzie, czy to na terenie obiektów, czy w autobusach i samolotach, są nalepki "no smoking, no animals, no durian". Durian jest przepyszny, ale przeraźliwie śmierdzi. Nawet jeżeli się go włoży w trzy torebki, to i tak będzie śmierdzieć jak stara, przechodzona skarpeta. Skąd zatem w UE takie przyzwolenie?? I czemu nie można przywozić kaki? Bo podobno mogą się tam znajdować grzyby, bakterie i wirusy, które mogą zniszczyć uprawy...

Sery
W wielu państwach dawnego bloku wschodniego oraz w krajach bałkańskich, można zakupić białe sery, które nie są serami twarogowymi. Rozpisywałam się o nich już przy wycieczkach min w Serbii i Rumunii. I zawsze smakują tak samo. Inaczej niż w Polsce i przepysznie. Sery są przeróżne. Wyrabiane z mleka koziego, krowiego, owczego, solone, wędzone. Jest ich cała masa. Nie zapamiętałam ich nazw, a czytać po gruzińsku nie potrafię, jednak jaki byście nie spróbowali, każdy będzie pyszny. Choć przepraszam. Pamiętam jeden z serów, który się nazywał sulguni. Często dodawany do wielu potraw w kuchni gruzińskiej.
Niestety tego produktu nie możecie przywieźć do Polski, gdyż jest on pochodzenia zwierzęcego, co oznacza, że UE jest zakazany. Najlepszym miejscem na kupno jest bazar. Koszt? Parę lari...


Wino
Oczywiście w tym akapicie piszę o domowej roboty winie. Nie twierdzę, że gruzińskie wino wytworzone w winiarniach jest złe, jednak takowego nie próbowałam (przynajmniej tam), poza tym staramy się zachowywać jak lokalesi, wiec pijemy winiacza zakupionego na bazarze, sprzedawanego po butelkach coli. Wino trzeba próbować, gdyż nie każde smakuje tak samo. My kupowaliśmy słodkie, jednakże jest bardzo dużo win wytrawnych i półwytrawnych. Jak już znajdziecie sobie stoisko, to najlepiej je zapamiętać i przychodzić tylko tam - my tak akurat robiliśmy. Oczywiście jak wszystko na bazarze, tak i wino, można próbować. Niektórzy podają plastikowych kubeczkach, ale większość nalewa do nakrętki. Brzydzisz się? Nie pij. To nie jest wycieczka dla dam i dżentelmenów. Litr wina na bazarze kosztował około 5 lari. Cena oczywiście zależy od stoiska.
Wino akurat można przywieść do UE. Pod warunkiem, że macie wykupioną dużą walizkę (oczywiście określoną ilość). Jeżeli nie, to tylko max 100 ml w jednej buteleczce. Oczywiście musi się mieścić w woreczku foliowym.

Kawa
Kupić ją można jak większość produktów, na bazarze. Jak widać poniżej jest spory wybór, a cena śmiesznie niska, bo 2 lari za 100 gram. Ja zakupiłam brazylijską, arabikę oraz jedną mocniejszą. Kawy są naprawdę bardzo dobre, ale te co pan powie, że są mocne, rzeczywiście takie są. Nawet bym powiedziała, że są bardzo mocne. Na szczęście kawę do UE możecie zabrać.

Przyprawy
Przypraw jest cała masa. Zaczynając od chili, poprzez kurkumę, szafran, masala, majeranek, andżika, goździki i jeszcze inne przyprawy, których nigdzie indziej nie kupicie, bo są mieszanką gruzińskich przypraw. Można podarować komuś w prezencie. A kosztują dosłownie parę lari.

Orzechy
Orzechy włoskie kosztowały nas za kilo 30 zł. Myślę, ze to jest dobra cena. Jeżeli chodzi o smak, to raczej nie odbiegają od tych naszych, poza tym, że są dużo mniej suche i nie są zjełczałe. Uwielbiam młode orzechy, a te smakowały prawie tak jakbyśmy je dopiero zebrali i kilka dni poleżały bez skorupki. Lekko przyciemniały kolor, ale smak prawie jak świeżych. Miejsce zakupu - bazar. Orzeszki mogą przylecieć z nami do Polski.

Czurczchela
Z tym przysmakiem spotkaliśmy się wcześniej w Serbii. W Gruzji nazywają ją gruzińskim snickersem. Nazwa ta przyjęła się również wśród miejscowych, gdyż na bazarze wszystkie panie krzyczały ze swoich stoisk aby kupować gruzińskiego snickersa. Co to właściwie jest? Na wstępie wyprowadzę wszystkich czytelników z błędu. Czurczchela nie smakuje jak snickers. Są to orzechy nawinięte na sznurek (nie tylko włoskie, mogą być przeróżne), oblane sokiem z winogron bądź innych owoców. Ta "galaretka" to właśnie ten sok, który powstaje min z mąki i cukru. Zielone są z kiwi, czerwone najczęściej z winogron, żółte z kaki bądź ananasa czy mango. Smaków jest cała masa. Jest lekko dziwny, inny niż wszystko co dotychczas jadłam, ale dobry. Nie są słodkie. Polewa z owoców sprawia, że tak naprawdę orzechy nie smakują jak orzechy. Czurczchelę można przywieźć do UE, więc na prezent nadaje się idealnie. Zakupić można ją oczywiście nigdzie indziej jak na bazarze. Koszt jednej to zaledwie parę lari.


Suszone papryczki chilii
Po tej dyrektywie UE z grudnia 2019 nie jestem przekonana czy można je przywieźć do Polski. Ale o ile dobrze pamiętam to zakaz dotyczyć miał owoców a nie warzyw. Wiązka kosztuje zaledwie kilka lari, a jest ich na niej naprawdę bardzo dużo. Ja sobie zakupiłam taka w Serbii. I tak sobie wisi od października (2019). Idealna na prezent dla tych co lubią gotować. I jak zwykle miejsce zaopatrzenia w cudowne papryczki to bazar.
Piekarenki
Piekarenek w całym mieście jest po prostu masa. Można w nich zakupić tradycyjne chaczapuri oraz inne przekąski. Polecam spróbować bułki z fasolą zwaną lobiani. Jeżeli macie jeść w McDonald's to lepiej odwiedzić piekarenki. Ceny w Mc są podobne jak w Polsce, tymczasem w tych sklepikach możecie się zaopatrzyć w przepyszne bułeczki od 1 lari. Nic dziwnego, że McDonald's świecił pustkami.
Polecam szczególnie te bułeczki po lewej. Są przepyszne. To w środku to nie jest mięso. Wydaje mi się, ze był to kotlet z ciecierzycy z domieszką brokuł. Bułka nie posiada sosu, ale nie jest sucha. Bardzo dobrze przyprawiona. To się nazywa zdrowy hamburger.

Te bułeczki poniżej to o ile dobrze pamiętam, również chaczapuri, tylko trochę w innej wersji. Różnią się ciastem.
Khinkali (Chinkali)
Są to bardzo duże pierogi, które wyglądają jak sakiewki z zakładkami, albo po odwróceniu jak płaskie grzyby. Ciasto jest identyczne jak na nasze pierogi, natomiast farsz niby podobny, ale inaczej smakuje niż ten w Polsce. Kchaczapuri można dostać z serem (często jest to ser sulguni), z mięsem (baranie, wieprzowe, wołowe, właściwie to chyba z każdym podawane), ziemniakami, oraz z grzybami. Te z mięsem przyprawione bardzo intensywnie gruzińskimi przyprawami. Może dzięki temu mają zupełnie inny smak niż nasze. W środku pierożka znajduje się bulion, który po ugryzieniu się wylewa. Tak więc trzeba je jeść w określony sposób. Podczas pierwszego ugryzienia, należy wyssać bulion. Końcówki khinkali, czyli ogonki, Gruzini raczej zostawiają, gdyż są grube i bez farszu. Aczkolwiek jak ktoś lubi to oczywiście można zjeść do końca.
Zrobienie chinkali nie jest wcale takie proste. Próbowałam je zrobić na święta. Niestety wyszły bardzo "pokrakie". Poza tym najlepiej je robić na bieżąco. Wałkujemy, wykrawamy ciasto, farsz i zwijamy. Nie zostawiamy ich na blacie, gdyż się szybko do niego przykleją. Od razu po zrobieniu, wrzucamy do wody, pilnując aby nie przyczepiły się do dna. Uwierzcie mi, że robi się je trudniej niż nasze pierogi. Być może dlatego, że farsz nasączony jest bulionem.
Kchaczapuri (chaczapuri)
Jest to gruziński chlebek zapiekany z serem. Występuje w różnych postaciach min z serem i jajkiem (chaczapuri adżaruli), z serem i pastą z czerwonej fasoli (chaczapuri imeruli) oraz z podwójną iloscią sera na wierzchu (chaczapuri megrelskie). My jedliśmy taki zapiekany w kieszonce (jak na zdjeciu ponizej), gdzie w środku kieszonki znajduje się jajko i ser.
Drugim jakie jedliśmy było chaczapuri imeruli. Okrągły w placek podobny do pizzy, który na wierzchu posiada gruby puszek sera. Te chaczapuri było zdecydowanie lepsze niż w kieszonce. Choć obydwa były bardzo dobre. Musicie koniecznie spróbować.
A tu chaczapuri z małych piekarenek za zaledwie 1,20 lari.
Soko-sulguni
Są to grzyby podane na gorącym półmisku, w całości, polane serem sulguni. Dla miłośnika grzybów jakim ja jestem, to danie jest po prostu przepyszne. Ser lekko ciągnący.

Restauracje
Restauracja Bagrati Brewery (ulica Tamar the Queen St. 45)
Restauracja Bagrati Brewery (ulica Tamar the Queen St. 45)
Bardzo fajne i tanie miejsce. Kiedy my ją odwiedziliśmy, było niewieli gości. Jednak nie oznacza to, że jedzenie nie jest dobre. Tu na pewno zjecie pysznie i tanio. Danie można zakupić już za 6 lari, a jedno khinkali za zaledwie 0,80 lari. Poniżej wstawiam zdjęcia menu wraz z cenami. My zamówiliśmy wszystkie rodzaje khinkali (z grzybami, serem, mięsem oraz z mięsem na ostro), chaczapuri z serem i jajkiem, oraz Soko-sulguni, czyli grzyby zapiekane z serem sulguni. Wszystko było po prostu wyborne. Porcje bardzo duże i przede wszystkim w dobrej cenie.


A jakby ktoś chciał, to do menu dołączone są zdjęcia potraw.
Poniżej dania, które zamówiliśmy.
Cafe Tiflisi (ulica Tsminda Nno St. 1)
Kolejna bardzo tania restauracja w Gruzji, która serwuje lokalne jedzenie.Kuchnia tradycyjna. Ceny równie niskie jak we wcześniejszej restauracji. Wystrój równie ładny, ale chyba najważniejsze jest jedzenie. Jeżeli wszystkiego nie wpałaszujecie, kelnerzy sami zaproponują zapakowanie na wynos. Załączam poniżej menu. Jak widać ceny zaczynają się od 8 lari.
Poniżej na zdjęciu Chickirtma, czyli zupa z kurczakiem, jajkiem i zieleniną. Przepyszna. Cena 9 lari.
Poniżej mushroom soup. Bardzo dobra. Porcja taka średnia. Cena 8 lari.
Braised mushroom - warzywa z grzybami i ziemniakami, podawane w gorącym naczyniu. Przyjemne danie, ale bez fajerwerków.
I ostatnie danie - Chaxoxbili, czyli mięso warzywa, i]orzechy włoskie. Potrawa lekko na ostro, podawana na gorącym, kamiennym półmisku. Porcja jest olbrzymia. Nie zjadłam jej do końca. W sumie to to mogłam się domyśleć, bo cena wynosi 25 lari.
I ostatnie już miejsce w którym jedliśmy. Niestety nie pamiętam nazwy. Zrobiliśmy zdjęcie lokalu jednakże Ursynowi zepsuł się telefon i zdjęcie przepadło. Lokal znajduje się zaraz za tym dużym budynkiem, który położony jest na przeciwko ronda. Tak jak widzicie budynek na zdjęciu, udajecie się na prawo. Tuż zaraz w miejscu gdzie się budynek kończy i jest szlaban, wchodzimy na parking. I tam właśnie znajduje się wejście do lokalu. Przy ulicy stoi jego reklama z informacją o darmowym internecie, którego nie było... Dodam tylko, że ważne jest aby wejść na ten parking, ponieważ przy ulicy znajdują się inne restauracje, ale to nie o nie mi chodzi. A czemu tak upieram sie na to miejsce? Ponieważ jest bardzo tanie i dobre. Przede wszystkim jest to rodzinny biznes, gdzie stołują się lokalesi. A skoro oni tam chodzą to oznacza, że jest tanio i pysznie. Poniżej zdjęcia lokalu.
Myślę, że w powyższym poście opisałam chyba wszystko co było godne uwagi podczas naszej krótkiej wycieczki. Jeżeli chcecie przeczytać więcej na temat Gruzji, zachęcam do przeczytania drugiego posta z opisem miejsc, które mieliśmy okazję zobaczyć - tu.



























