Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

czwartek, 18 lipca 2019

OBALAMY STEREOTYPY - JEDZIEMY DO MOŁDAWSKIEGO KISZYNIOWA


Tym razem trafiły się w miarę tanie bilety do Mołdawii. A że na Kiszyniów polowaliśmy już dawno, to wypadało tylko skorzystać. Jak zwykle zaczynam od ceny biletu. W dwie strony dla jednej osoby to koszt 340 zł. To jak na nasze flagowe (i jedyne...) linie  LOT - bardzo tanio. Podróż trwała 1,5h. Kiedy lądujemy, od razu telefony przestawiają się nam na lokalny czas tj. jedną godzinę do przodu. 
Do centrum udajemy się autobusem/marszrutką nr 30. 
Odjeżdża tuż z przed lotniska (po wyjściu po lewej stronie przystanek). Poniżej zamieszczam zdjęcie rozkładu. Najpierw wsiadamy, później kierowca chodzi po autobusie i zbiera pieniądze. Oczywiście nie wydaje biletu... Koszt przejazdu to 5 mołdawskiego leja. Z lotniska do centrum jedziemy około 30 minut. 


Najpierw udajemy się do apartamentu, który wynalazł Ursyncio jeszcze w Polsce. Rezerwacja tak jak zwykle, odbyła się przez booking. Osoba z którą się kontaktowaliśmy po zamówieniu mieszkania, napisała, że będzie na nas czekać o wyznaczonej godzinie tuz pod blokiem. Kiedy docieramy na miejsce, okazuje się, że nikogo tam nie ma, poza przypadkowym chłopakiem, który stara się nam pomóc. O dziwo podchodzi sam. Nie zna ani słowa po angielsku, więc wpisuje w translator w Google co chce powiedzieć (z rumuńskiego na angielski). Całe szczęście, że kupiliśmy na lotnisku kartę Orange (tak, tak, i tam Orange zapuściło swoje macki), wysyłamy smsa do właściciela. Kiedy nie odpisuje, dzwonimy. Okazuje się, że miał awarię ciepłej wody w mieszkaniu i nie możemy tam nocować (nie napisał nam nawet wiadomości na booking). Jednakże chce nam zaproponować inne mieszkanie kilka ulic dalej. Lekko zirytowani sytuacją odpowiadamy, że ok pod warunkiem, że pokaże nam zdjęcia lokum. Przecież nie chcemy nocować w spelunie. Po dłuższej wymianie zdań smsami (problem z wysłaniem zdjęć, bo nie chce wysłać mmsem, tylko viberem, którego ja już nie mam - odinstalowałam), podaje nam adres mieszkania. Wkurzeni udajemy się pod wskazany adres. Nie wiem czy to niedogadanie, czy po prostu zlewanie gości, ale właściciel informuje, że nie przyjedzie aby nam dać klucze, ale wyśle za to przyjaciela, który się spóźnia, bo prawdopodobnie przyjechał pod inny adres (nie wiem czy ten poprzedni, czy jeszcze inny...). Kiedy przyjeżdża, udajemy się do zupełnie nowego bloku, na jedno z najwyższych pięter, aby zobaczyć mieszkanie, które okazuje się naprawdę bardzo spoko. Spory apartament nas przekonuje (dwa duże pokoje, nowoczesna kuchnia, ładna łazienka z wanną z hydromasażem). 
Poniżej załączam zdjęcia. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, to samo mieszkanie mogę polecić. Bardzo ładne i tanie (koszt za 3 osoby to 342 zł za 4 doby). Na booking znajdziecie pod nazwą Central Park Apartment (nasze mieszkanie znajdowało się przy ulicy V. Alecsandri 147). 
Na odchodnym, umówiliśmy się, że możemy zostać ostatniego dnia w mieszkaniu jak długo chcemy. Mamy tylko dać im chwilę wcześniej znać, aby zjawili się po klucze. Kiedy wybija godzina umówienia w dniu wyjazdu, okazuje się, że nikt nie przyjechał. Wysyłam smsa,  informującego, że niedługo mamy lot, odpisują aby klucze wrzucić do skrzynki. Szkoda, że chłopaki okazali się nie do końca solidni, choć trzeba im to oddać, że byli bardzo uprzejmi i pomocni (jeden z nich powiedział co zwiedzić, gdzie zjeść). 







Nareszcie możemy wyjść na miasto. Od razu rzucamy się na kwas chlebowy, który jest wszechobecny na ulicach Kiszyniowa. A że gorąco, to ten miód jest jak dar z nieba. Na każdym kroku stoją budki z napojem. Jest to chyba trochę przypadłość Wschodu, gdyż nie słyszałam aby na Zachodzie go pito. Choć podobno w Polsce też można go kupić. Słyszałam nawet, że stał się ostatnio bardzo modny. Szczególnie podczas odchudzania. 



Jaki  ma smak? Lekko palony, trochę przypomina ciemne piwo zmieszane z colą, ale nie jest tak mocno gazowany. Naprawdę bardzo dobry. 





Dochodzimy do dworca autobusowego. I pierwsze co nam się rzuca w oczy to niesamowity gwar i ruch. Ludzie ciągle na coś czekają. Stale czymś handlują. Przy dworcu znajduje się olbrzymi bazar, który zajmuje kilka sąsiednich ulic. Stare babinki siedzą na ulicy, handlując czym popadnie. Jedna siedzi z samym czosnkiem, druga z orzechami, trzecia jeszcze z czymś innych co ma akurat w ogródku. Straganiki jak kiedyś za komuny w Polsce. To zupełnie inny świat, inny wiek...
Bazar przypomina te, które były kiedyś u nas. Szczególnie te w latach 90 XX wieku. Z tą różnicą, że tu można kupić po prostu wszystko. Kosmetyki, ciuchy (jak u nas za czasów komuny, nie ma nic ciekawego), "oryginalne" ciuchy znanych marek, które kosztują tyle ile u nas w sklepie po przecenie, ciuchy "abibasa" - nazwa coś przypomina, prawda?, owoce, warzywa i cała masa innych rzeczy.



W halach, które znajdują się przy dworcu można zakupić sery, nabiał oraz to co widać poniżej na zdjęciach, czyli surowe mięso. Kiedy tam weszliśmy, myślałam, że zemdleję. Olbrzymie tusze dosłownie wszystkiego, mózgi, głowy, podroby... A śmierdziało mięchem niemiłosiernie... 





Jeszcze tego samego dnia udajemy się do Katedry Mołdawskiego Kościoła Prawosławnego - Sobór Narodzenia Pańskiego (adres The Great National Assembly Square 12 - wstęp za darmo). Sobór znajduje się samym w centrum Kiszyniowa, w bardzo ładnym parku, na  Placu Wielkiego Zgromadzenia Narodowego, tuż zaraz obok Łuku Triumfalnego. 
My zwiedzaliśmy katedrę pierwszego dnia tylko z zewnątrz. Do wewnątrz udaliśmy się innego dnia. Jednakże nie będę opisywać dwa razy. Tak więc poniżej wrzucam Wam zdjęcia również wnętrza. 
Katedra została oddana do użytku w latach trzydziestych XIX wieku, tak więc jest to całkiem młody obiekt. Kiedy wchodzimy do środka, naszym oczom ukazują się trzy ołtarze. Jeden główny i dwa boczne. Cerkiew, jak to większość, jest bardzo ładna. Piękne malunki, wysokie, zdobione sufity, bogate ołtarze. Kto nigdy nie był w  cerkwi, informuję, że nie wolno robić zdjęć. Bardzo często spotykaliśmy się z krytyką ze strony wiernych, kiedy widzieli, że wyciągamy aparat. W wielu takich przybytkach chodzą starsze panie, które pilnują odwiedzających. 
Oczywiście nigdy się do tego nie stosuję, gdyż uważam to za bzdurę (co się stanie jak zrobię jedno foto? wyssie duszę z obrazu???), tak więc po kryjomu, tak jak zwykle robiłam zdjęcia. Jednakże chyba już na wejściu byłam na cenzurowana, ponieważ miałam na sobie krótkie spodenki. Kiedy wchodziłam, pani w sklepiku, w środku budynku, spiorunowała mnie wzrokiem. Dodatkowo okazało się, że chodził za mną tzw kościelny, który chyba świecił mi lampą, kiedy chciałam robić zdjęcia. Po prostu wygnał mnie ze świątyni, wcześniej pokazując, że nie można robić zdjęć i trzeba być odzianym. No cóż, dwa grzechy w jednej sekundzie... ale zdjęcia zrobiłam! Przepraszam tylko, że są mało ostre i lekko rozmyte, ale trudne warunki panowały...







Wieża stojąca tuż przed soborem.


Łuk Triumfalny znajduje się tuż obok katedry. Widzieliśmy już wiele łuków w Europie. Wszystkie napotkane dotychczas zbudowane były na cześć Francuzów lub w podziękowaniu im albo dla nich. Ten zbudowany został  na cześć bitwy Rosjan z Turkami. Podobno dzwon, który znajduje się w środku, został przetopiony z tureckich armat. Pierwotnie miał się znajdować w soborze, jednak w związku z tym, że był zbyt ciężki, umieszczono go w środku łuku. 





Przechadzamy się ulicami Kiszyniowa. Przy głównej ulicy znajdują się bardzo ładne kamienice, które są budynkami rządowymi. Urzędy, ministerstwa, ambasady... 




Niewiele jest takich ładnych budynków mieszkalnych. Wydaje mi się, że ten poniżej był własnie kamienicą. 


A tu fajne ujęcie. Nowoczesność i stara architektura odbijająca się w szklanym budynku.


Już następnego dnia udajemy się do jednej z winnic znajdującej się niedaleko Kiszyniowa. Cricova to jedna z największych winnic na świecie. Jeżeli planujecie się wybrać do jakiejś winnicy, to obligatoryjnie musi to być ta. Winnica znajduje się w miasteczku o tej samej nazwie, które położone jest około 20 kilometrów od Mołdawii. Miasteczko liczy zaledwie około 10 tysięcy mieszkańców. Jednakże wino znane jest na całym świecie. 
Udajemy się tam marszrutką, która odjeżdża  z ulicy obok tej przy której jest dworzec. Za szybą marszrutki znajduje się tablica na której napisane jest dokąd jedzie. Nie ma jako takiego rozkładu, jednakże przy ulicy stoi ich bardzo dużo. Jak odjedzie jedna, zaraz przyjeżdża kolejna. Do winnicy jedziemy około 30 minut. Można również wsiąść w autobus numer 2, który zatrzymuje się zdecydowanie bliżej winnicy aniżeli marszrutka. My musieliśmy dojść chyba jeszcze ze dwa kilometry. I gdyby nie bardzo uprzejmy pan, który nas pokierował i narysował mapę, ciężko byłoby nam tam trafić. 
Rezerwacji dokonaliśmy będąc jeszcze w Polsce poprzez stronę internetową. My mieliśmy zwiedzanie + degustację kilku win oraz przekąski. Jeżeli ktoś zainteresowany - podaję link https://cricova.md/tururi/. 
Ceny są różne. Wszystko zależy od tego ile chcemy win spróbować. 

Po drodze do winnicy mijaliśmy takie piękne widoki...



Tak jak wspomniałam wcześniej, zdecydowaliśmy się na zwiedzanie za 610 lei, w którego w skład wchodziła degustacja 5 win oraz przekąski + jedno dodatkowe wino dla wszystkich. Zwiedzanie trwało około dwóch godzin. 
Nie będziemy chodzić po polu. Nie będziemy oglądać krzaczków. Zwiedzanie zaczynamy od podziemnych korytarzy, które ciągną się pod całą miejscowością. Podobno liczą ponad 120 kilometrów! Oczywiście nie chodzimy piechotą. Poruszamy się samochodzikiem. Pod ziemią widzimy ulice, sygnalizację świetlną oraz znaki. To istne podziemne miasteczko. Podobno tunele powstały w skutek wydobywania wapienia, który przeznaczony był do odbudowania stolicy oraz miasta w którym znajduje się winnica. 
Na początku widzimy same olbrzymie beczki, w których przechowywany jest słynny trunek. Warunki są idealne do przechowywania wina, gdyż panuje tu przez cały rok taka sama temperatura (od 12 do 14 stopni). Dodam tylko, że nie trzeba się jakoś ciepło ubierać, gdyż przed wjazdem do podziemi przewodniczka proponuje nam koce. 
Dowiadujemy się co nieco o produkcji wina. Szczególnie tego musującego. Zobaczymy stare maszyny oraz w jaki sposób jest przechowywane. 






Przechodzimy dalej do pięknie zdobionych pomieszczeń. Korytarze wyglądają jakby były wyjęte z pałacu. Pięknie zdobione ściany kamiennymi freskami, marmurowe podłogi, kamienne rzeźby... po prostu cudo. 






Po zwiedzaniu podziemnych korytarzy, przechodzimy do tej części bardziej reprezentatywnej, gdzie przechowuje się wina robione specjalnie dla słynnych osobistości (szczególnie polityków). Znajdziemy tu wino Jurij Gagarina, który podobno kiedyś zgubił się w winnicach. Widzimy przy butelkach nazwisko Władimira Putina, Angeli Merkel oraz... Donalda Tuska. Podobno wino otwierane jest zawsze podczas wizyty danej osobistości w Mołdawii. Pytałam się pani przewodniczki czy można taką butelkę zakupić. Niestety nie jest to możliwe. Podobno każdy kto przechowuje tam swoje wina, musi za nie zapłacić. Czytałam, ze nie są to duże kwoty, ale nie chcę przytaczać sum, bo nie wiem czy to prawda. 
Winnicę odwiedziło bardzo dużo osobistości z życia politycznego całej Europy i świata. Już w wejściu do bogato zdobionych komnat widzimy olbrzymią ścianę na której widnieją zdjęcia wcześniej wspomnianego Donalda Tuska, Angeli Merkel, Władimira Putina, Bronisława Komorowskiego i wielu innych prezydentów i premierów min z Włoch, Francji, Gruzji...

Wcześniej wspomniana ściana z fotografiami znanych polityków. Była dosyć oblegana, wiec udało mi się uchwycić tylko w zbliżeniu.


Poniżej wina znanych osobistości. Każde z nich ma swoją przegródkę opatrzoną imieniem i nazwiskiem oraz często flagąę kraju z którego pochodzi polityk. 





I ta część bardziej reprezentatywna gdzie odbywają się spotkania znanych person. Każda sala zbudowana jest w innym stylu. 






A to już degustacja win. Pani przewodniczka pytała się nas za każdym razem (po angielsku) co myślimy o danym winie. Opowiadała nam jak jest produkowane, z czego, w jaki sposób powinno się trzymać kieliszek, czy nim poruszać i kiedy. Kiedy wypiliśmy ostatni kieliszek, pani przewodniczka porozlewała wszystkie butelki tak aby ani kropla wina się nie zmarnowała. Tak więc de facto nie była to degustacja 5 win...



A tu już w sklepie w winnicy gdzie można kupić wino. Ceny są naprawdę dobre. Na pewno nie są droższe niż w normalnym sklepie. Tak więc nie wahać się tylko kupować. Fajne było to, że pani przewodniczka doradziła nam jakie wino wybrać. Powiedziała które jest słodkie czy półsłodkie, ile mają lat, które jest delikatniejsze, które mocniejsze... warto z takiej profesjonalnej pomocy skorzystać. W markecie jej na pewno nie uświadczycie.


Po powrocie z winnicy, jeszcze tego samego dnia, udajemy się do parku Ștefana cel Mare (nazwa ulicy taka sama). Tuż obok stoi pomnik Stefana Wielkiego. Miejsce bardzo ładne. Zadbane. Ani jednego papierka. Równe alejki. Sporo ławek i przepiękna fontanna. Podczas spaceru możemy zobaczyć popiersia znanych mołdawskich osobistości. 
Jeżeli ktoś ma ochotę, może się przejechać po parku  małymi rowerkami. Dostępne na dwie osoby (jedna pedałuje), bądź na cztery (dwie pedałują). Koszt za 15 minut to zaledwie 40 leja. Ale uwierzcie mi, że to jest dużo czasu. Ursyn się strasznie na pedałował. Rowerki nie są zwrotne, więc ciężko nimi wyhamować. Po tych 15 minutach był cały spocony. 







Zupełnie przez przypadek trafiamy na kaskady Valea Morilor. Tak naprawdę szliśmy do jeziorka, które znajduje się tuż obok kaskad. Pogrzebałam trochę w Internecie i wyczytałam, że jezioro jest sztucznie wytworzone. Wykopane rękoma mieszkańców, bez żadnego osprzętu. Podobno w 2006 roku jezioro zostało osuszone, gdyż zaleziono tam szkodliwe substancje chemiczne. W 2011 roku zostało ponownie zalane wodą.
W parku mieszkańcy uprawiają jogging, jeżdżą na rowerze, grają w szachy. Wzdłuż głównej alejki jest cała masa małych kawiarenek, gdzie można kupić kawę (w śmiesznie niskiej cenie), herbatę, loda, wodę.




Kiedy pójdziemy dalej wzdłuż głównej ścieżki ciągnącej się obok jeziora, natrafimy na przepiękne kaskady. Kiedy je zobaczyłam, poczułam się jak w Rzymie. Na samej górze znajduje się altanka. Jednakże aby do niej dotrzeć, trzeba wejść po schodach po środku których spływa mały wodospad. Po drodze, na piętrach, mijamy pięknie rzeźbione fontanny. 







Po wyjściu z kaskad przechadzamy się trochę bez celu po mieście. Po drodze mijamy kolejne budynki rządowe. Przyznacie sami, ze robią wrażenie?



Poniżej pałac prezydenta. Ten budynek widać z każdego bloku. I nie tylko dlatego, że jest bardzo wysoki. W nocy jest cały oświetlony. Przez kilka dni zastanawialiśmy się co to za budynek. Dopiero jak wracaliśmy z parku kaskadowego, zobaczyliśmy przed bramą budynku strażników z bronią. 
Budynek został zbudowany w latach 1984-1987. Pierwotnie miał być siedzibą Rady Najwyższej Mołdawskiej SRR. Kiedy Mołdawia uzyskała niepodległość, stał się siedzibą prezydenta. W 2009 roku pałac został zniszczony podczas zamieszek. W tym samym roku rozpoczęto jego odbudowę, jednakże z powodu braku pieniędzy budowa została zatrzymana. Po wielu latach rząd turecki postanowił pomóc w sfinansowaniu odbudowy pałacu. Miał to być prezent dla Mołdawian. W ramach podziękowania, przynajmniej dwa razy w miesiącu miał być dzień otwarty, podczas którego Mołdawianie mogli zwiedzać pałac za darmo.  
Czy pałac jest brzydki? Ja bym tego nie powiedziała. Jest lekko toporny, ale złote szyby dodają mu klasy. Dla mnie taka architektura jest bardzo interesująca. 



Omijam celowo jeden dzień, gdyż wtedy udaliśmy się do Naddniestrza. Uważam, ze ta wycieczka zasługuje na osobny post, dlatego przechodzę do kolejnego dnia, w którym odwiedzamy Orheiul Vechi, czyli monastyr wykuty w skale. Ale zacznijmy od początku. Do miejscowości oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od Kiszyniowa, udajemy się nie czym innym jak marszrutką, która odjeżdża z głównej ulicy przy której znajduje się dworzec autobusowy. Proponuję przyjść jakieś pół godziny przed odjazdem pojazdu, gdyż jak to marszrutki, są one bardzo małe, więc nie zabierają zbyt wielu osób. My spokojnie się załapaliśmy, ale poznani wcześniej przez nas inni Polacy, mieli już problem. Jednakże kierowca widział, że im bardzo zależy, dlatego przyniósł dwa krzesełka, które ustawił w przejściu maleńkiego busika. Trochę trudne warunki do jazdy, jednakże lepsze to niż czekać na kolejny, który odjeżdżał za dwie godziny. 
Należy zwrócić jeszcze uwagę na kierunek marszrutki. Zauważycie na pewno, że jest sporo busów, które odjeżdżają do miejscowości Orcheiul. Nie jest to dokładnie to samo miejsce. Kierunek autobusów do monastrów to Trebujeni. A wysiadamy w wiosce Butuceni, 
Poniżej umieszczam rozkład.


Bilet kupujemy u kierowcy. Dostajemy wydarty w ręce kawałek papieru. Nie zgadza się cena, dlatego nie każe na nią patrzeć. Hmm ciekawe doświadczenie. Jak oni się później rozliczają?
Jest tak gorąco, że kładziemy na siedzeniach gazety, torby, cokolwiek, aby tylko zarezerwować miejsce. Następnie wychodzimy przed bus. 
Ruszamy o czasie. W autobusie bardzo sympatyczny pan zagaduje nas oraz naszych nowo poznanych kolegów z Polski. Mówi, że pracował kiedyś w Gdańsku. Opowiada trochę o sobie. Niestety po rosyjsku, więc nie rozumiemy zbyt dużo. Po chwili, przyłącza się do niego jedna z pań. 
Kiedy wysiadamy w Butuceni, naszym oczom ukazują się niezbyt wysokie, ale piękne góry. Zbyteczne jest opisywanie. To co czujemy odzwierciedlają poniższe zdjęcia. 







Kierujemy się w stronę widocznego z daleka kościółka. Po drodze, mijamy mały straganik, gdzie można zakupić drobne pamiątki, typu magnesy, male naczynia i inne drobnostki. Nadmienię tylko aby zachować trochę pieniędzy na datek dla mnicha, który zamieszkuje monastyr.


Widoczna na zdjęciach Cerkiew Narodzenia Matki Boskiej została zbudowana na początku XX wieku. Cerkiew otoczona jest przepięknym ogródkiem. Kiedy my byliśmy, akurat kończyło się nabożeństwo. Niestety nie weszłam do środka, ponieważ kiedy stałam na schodach, wychodzący mnich spiorunował mnie wzrokiem. Było bardzo gorąco, więc miałam na sobie krótkie spodenki i koszulkę na ramiączka. A jak wiemy, do cerkwi można wejść pod warunkiem, że ma się zakryte nogi i ramiona. 




Cofamy się w kierunku dzwonnicy, w której znajduje się wejście do monastyru. Oczywiście trafiliśmy tam przez przypadek. Przed wejściem siedziało kilku tubylców. Pytamy ich czy dobrze trafiliśmy. Potwierdzają. Międzyczasie mija nas mnich - wydaje mi się, że to był ten sam, który wychodził z cerkwi. 
W wejściu znajduje się taca na datki. Kiedy schodzimy ciemnym, kamiennym korytarzem w dół, widzimy wiszące chusty, którymi należy się okryć. 
Po wyjściu z korytarza naszym oczom ukazuje się bardzo dziwne, mistyczne miejsce. Ołtarz w skale, obrazy świętych oraz biurko przy którym stoi mnich sprzedający pamiątki min magnesy i świeczki, które trzeba zapalić. Mnich nie odzywa się do nikogo. Panuje tu kompletna cisza... 




Zobaczcie, że obok biurka mnicha, znajduje się wykute w skale posłanie. Strasznie surowe warunki. Trzeba mieć naprawdę bardzo dużo pokory aby tu mieszkać. Podobno jest to jedyny mnich, który zamieszkuje ten kamienny monastyr. W XIII wieku znajdowało się tu więcej takich miejsc. Mnisi zamieszkiwali je do XVIII wieku. Pewnego dnia po prostu zniknęli. Szukałam jakiejś wzmianki na ten temat. Jedni pisali, że nie mogli się dogadać z właścicielami ziemskimi, drudzy, że ciągłe wspinaczki w pewnym momencie stały się trudne albo niemożliwe. Mnisi nie wchodzili tak jak my przez starą dzwonnicę. Wspinali się od strony rzeki po bardzo stromym wzniesieniu, które zresztą jest widoczne na poniższych zdjęciach. Jak było naprawdę? Chyba nikt już tego nie wie...




Tuż za ścianą, gdzie znajduje się biurko mnicha, mieszczą się "komnaty", gdzie kiedyś inni mnisi spali. Warunki są naprawdę bardzo ciężkie. Po prostu wykuta w skale dziura gdzie jest tylko jedno niewielkie okno... "Pomieszczenie" bardzo niskie, co widać na poniższym zdjęciu. Ja mam 168 cm wzrostu i jak widać jestem mocno pochylona.


Widok z monastyru. 



Po wyjściu z monastyru kierujemy się do wioski Butuceni, która znajduje się u stóp gór. Stara wioska, ze starymi domkami, które pomalowane są na niebiesko. Na początku wioski można zakupić bilet wstępu do niektórych chatynek. W niektórych chatkach znajdują się tradycyjne hotele. Weszliśmy do jednej aby coś zjeść. Rzeczywiście wnętrze wyglądało tak jakbyśmy się cofnęli o jakieś 200 lat... 








Wchodzimy do jednej chatki, gdzie znajduje się restauracja. wygląda niepozornie, ale atmosfera po prostu sielska. Niebieski domek, piękny ogród. Zupełnie jak u babci na wsi...







Zasiadamy w altanie. Gospodyni podaje nam skromne menu, w którym widzimy zaledwie kilka potraw. Gołąbki, zupa (podana ze śmietaną i papryczką chili), sałatka, mamałyga z pokrojonym wieprzowym mięsem oraz placinta z trzema rodzajami sera do wyboru (min z bryndzą). Ja zamawiam  zupę, która okazuje się bardzo dobra. Konsystencja coś ala nasz rosół, ale smak zupełnie inny dzięki śmietanie i papryczce chili. Naprawdę bardzo dobra. Na drugie danie postanawiam spróbować placinty z bryndzą. Placki po prostu pyszne. Chłopaki zamawiają również zupy oraz mamałygę z mięsem i sałatkę. Do tego prosimy o dwie karafki wina (podane w  dwóch przepięknych glinianych półlitrowych dzbanuszkach). Za wszystko płacimy zaledwie 300 lei. Żyć nie umierać...  Jedzenie przepyszne, wino również. Czego chcieć więcej...









No własnie... czego chcieć więcej... Kiedy w końcu postanawiamy udać się w kierunku początku wioski aby zakupić bilet do chatynek, nasz plan lęgnął niespodziewanie w gruzach. Tuż przy drodze stała bardzo sympatyczna pani, która sprzedawała wino domowej roboty oraz bimber. I oto nasz spiritus movens. Postanawiamy zakupić 1 butelkę (1,5 litra), która kosztowała śmieszne 8 zł. O ile dobrze pamiętam, na jakimś innym blogu, ktoś opisywał rok temu, ze kupił wino za 6 zł. Jak widać inflacja zrobiła swoje 😀 Od razu po zakupie próbujemy trunku. Okazuje się przepyszny.
Postanawiamy zboczyć trochę z drogi, gdyż zauważamy mały amfiteatr. Krajobraz jest naprawdę przepiękny.  



Idziemy dalej. Okazuje się, ze za amfiteatrem płynie rzeczka. Za to na niej znajduje się bardzo urokliwy mostek. Zmieniamy zdanie w kwestii kupna biletów. Postanawiamy trochę przycupnąć na urokliwym mostku i pokontemplować. Dalej chyba powinnam wprowadzić cenzurę... Po jednej butelce wina, zakupiliśmy kolejną i kolejną 😀 A że mieliśmy około dwóch godzin do autobusu, to nie musieliśmy się spieszyć. Ominę pewne wątki. Bo to co zdarzyło się w Vegas musi tam pozostać 😁



Czas ruszyć tyłek do autobusu. Zbieramy się na 14:55. Czekamy i czekamy. Marszrutka nie przyjeżdża. Albo jechała, tylko z powodu przepełnienia się nie zatrzymała. Kolejny bus przyjeżdża po ponad godzinie, bo o 16:15. Jest tak przepełniony, że szybko pcham się do drzwi powtarzając "three persons". Udaje się nam jakoś wepchać do autobusu. Niestety przez prawie całą drogę stoimy. W dwudziestoosobowym autobusie jedzie czterdzieści osób (policzyłam). Okazuje się, że wraca z nami pani, która towarzyszyła nam w drodze do Butuceni. Wdaje się w rozmowę z naszym kolegą Piotrasem. Pyta się o naszych towarzyszy z rana (z którymi się rozdzieliliśmy po zwiedzeniu monastyru). Po czym daje Piotrasowi trzy morele. Czy to nie jest urocze? Mieszkańcy są tak sympatyczni, że sami nas zaczepiają. Mnie za to pani siedząca z dzieckiem pyta czy nie potrzymać mi plecaka. Rzadko sie spotyka takie uprzejmości w Polsce. 

Poniżej zdjęcie rozkładu.


Niestety zbliża się czas wyjazdu. Ostatni dzień spędzamy na chodzeniu trochę bez celu po mieście. Jest poniedziałek, więc praktycznie większość obiektów muzealnych w mieście jest zamknięta (trochę zaszłość komuny, w niedzielę się pracuje, w poniedziałek się świętuje). Mijamy piękną Cerkiew św. Pantelejmona. Cerkiew nie jest taka stara, bo zbudowana zaledwie pod koniec XIX wieku. Grube i fikuśne wieżyczki wznoszące się nad dachem. Wyczytałam, że została zbudowana na potrzeby greckiej społeczność oraz że nawiązuje do ormiańskiej architektury. Niewątpliwie jest piękna. Zarówno wewnątrz jak i zewnątrz. Oczywiście nie można robić zdjęć, więc tradycyjnie je zrobiłam.








Kilka razy przechodziliśmy koło dawnej wieży ciśnień, w której znajduje się muzeum Kiszyniowa (A. Mateyevich st., 60a) Czynne od 9 do 17 w miesiącach listopad - marzec oraz od 10 do 19 od kwietnia do października. Niestety w poniedziałek była zamknięta.  Podobno muzeum jest średnio ciekawe, ale widok z góry niesamowity.


O dziwo w poniedziałek czynne jest Muzeum Historii (ulica 31 August 1989 St 121A). Budynek wygląda bardzo zachęcająco, jednakże trzeba byłoby poświęcić na nie minimum dwie godziny, natomiast my za dwie godziny musimy się zbierać na lotnisko a jeszcze chcemy coś zjeść. Tak więc zaliczmy tylko fotki.



,

KISZYNIÓW MOIMI OCZAMI

Przed wyjazdem jak i również po, przeczytałam bardzo dużo blogów na temat Kiszyniowa. Niestety w większości opinie były niezbyt pochlebne. Ludzie pisali, że nie ma tu co zwiedzać, że miasto jest brzydkie, komunistyczne. Mam więc trudne zadanie aby obalić takie mniemanie. 
Dla mnie Kiszyniów jest zdecydowanie niedocenionym miejscem. Ma niezwykły klimat. Czujemy trochę oddech komuny na plecach, ale widzimy powoli wkraczającą europejskość. Mołdawia nie należy do UE, tak więc nie ma dofinansowań. Praktycznie wszystko to co powstaje, jest wynikiem ich pracy. A widok jest całkiem ciekawy. Dziurawe chodniki powoli zastępowane są równą kostką, powstają ścieżki rowerowe. Niestety drogi pozostają wiele do życzenia, dlatego wycieczka kilkanaście kilometrów za miasto trwa kilkadziesiąt minut. 
Lekka próbka tego co pisałam wcześniej. Dziura na środku chodnika przykryta oponą aby nikt w nią nie wpadł...


I kolejna zaszłość. Budki telefoniczne są wszechobecne w Kiszyniowie. I wszystkie działają!! U nas chyba już tylko w muzeach...

Bardzo podoba mi się to, że praktycznie na każdym rogu powstają małe kawiarenki, które serwują przepyszną kawę na wynos. Klimat o którym pisałam wcześniej widoczny jest choćby w restauracyjkach. Jest sporo miejsc gdzie można dobrze zjeść i to niekoniecznie w prestiżowych restauracjach. Wchodzimy do niepozornego baru, w którym zaserwują nam przepyszne jedzenie. 

Ciekawym doświadczeniem jest również komunikacja. Po mieście jeżdżą bardzo nowoczesne trolejbusy, które zmieniają się w elektryczny autobus, kiedy kończą się linie. 
Choć niektóre pojazdy są tzw "starymi krypami" jak te jeszcze kilka lat temu w Polsce. I nie ważne czy wsiądziemy do nowego pojazdu czy starego, zawsze pracuje tam pani bądź pan (najczęściej pani), która chodzi po całym autobusie i sprzedaje bilety. Nawet kiedy w autobusie jest taki tłok, że się nie da przecisnąć.


W Kiszyniowie niestety jest bardzo dużo zabytków, które są po prostu ruinami jak np ta poniżej. Zostają ogrodzone aby nikt tam nie wchodził. I tak stoją, stoją... W UE to raczej byłoby niemożliwe aby coś tak ładnego się marnowało.


Kiszyniów jest bardzo zalesionym miastem, Gdzie nie pójdziemy, wszędzie są drzewa. 


Mołdawianie są bardzo uprzejmym i gościnnym narodem. Pisałam już wcześniej, że ludzie sami zaczepiali nas na ulicy czy też w marszrutkach i autobusach. Z zadowoleniem opowiadali, że byli kiedyś w Polsce. Sprawiali wrażenie, że cieszą się, że nas spotkali. W dniu wylotu, Ursyn usiadł na schodach z torbami przed sklepem. Tymczasem ja i Piotras weszliśmy na chwilę do sklepu. Kiedy wyszliśmy, Ursyn mówił, że przechodnie zatrzymywali się przy nim, gdyż myśleli, że źle się czuje i jest potrzebna mu pomoc! Takie bardzo ludzkie gesty, a takie u nas obce. 
Nawet jeżeli nie mówicie po rosyjsku (tam chyba wszyscy mówią w tym języku), to i tak się dogadacie. Dużo ludzi rozumie trochę po polsku. Poza tym jak wiemy, nasz język jest zbliżony do rosyjskiego. Językiem urzędowym w Mołdawii jest rumuński, aczkolwiek Mołdawianie uważają, że jest to mołdawski. Można powiedzieć, że jest to pewien dialekt, odmiana rumuńskiego. Coś na zasadzie angielski i amerykański, albo śląski i polski.

Mołdawia jest bardzo tanim dla nas krajem. Za naprawdę niewielkie pieniądze, możemy totalnie zaszaleć. Zjeść przepyszne jedzenie, zamówić litr najlepszego wina i zapłacić 20-30 zł. Niestety nie jest to popularny kierunek pośród Polaków, ponieważ nie mają dostępu do morza. 

CO NALEŻY ZJEŚĆ BĘDĄC W MOŁDAWII

Przede wszystkim, chciałabym polecić Wam miejsce, gdzie można naprawdę dobrze zjeść. I do tego tanio! Widziałam, że to miejsce było często opisywane na wielu blogach, ale jest naprawdę godne polecenia. W "La Placinte" zjecie mołdawskie potrawy, napijecie się wina, zjecie deser za parę złotych. Tych restauracji jest kilka w Kiszyniowie. My, stołowaliśmy się przy ulicy Bulevardul Mircea cel Bătrîn 12/5, ponieważ leży w samym centrum. Poniżej zdjęcia menu z restauracji wraz z cenami. 



Mołdawianie lubią warzywa. Podawane są one praktycznie do każdej potrawy. Dlatego nie zdziwcie się, że zobaczycie mnóstwo przystawek właśnie z samych warzyw. 
Pierwsza przystawka którą trzeba zjeść to faszerowane bakłażany.  Dostajemy dokładnie taką porcję jak na zdjęciu karty. Nie lubię bakłażanów, ale te były mistrzostwem. Wypełnione farszem chyba z majonezem/jogurtem/serem białym (może bryndza?), z orzechami zmielonymi w środku, oraz z bardzo wyczuwalną nutką czosnku. Jadłam je chyba ze trzy razy. 



Jak widać poniżej, naprawdę lubią przystawki z warzyw. Jedną z nich jest cwikolnik. Delikatna potrawa podawana jako starter z buraczków, czosnku majonezu, albo jogurtu. Podobno odstawia się ją na 12 godzin aby nabrała smaku. Podawana ze śliwkami suszonymi. Nie bójcie się nowych smaków i łączenia słodkiego z warzywami. Nie lubię buraków, ale to naprawdę warto spróbować.


A to zdjęcie na żywo prosto z mojego talerza. 



I wszelkiego rodzaju ciorby, czyli zupy. Nie są taki ciężkie jak nasza fasolowa, ale sa naprawdę bardzo pożywne. Jak zwykle dużo warzyw, często kapusta kiszona i kawałki mięsa. Popularna jest również solianka, choć nie jest tak słona jak u nas się czasami robi. 



Nie pamiętam jak się nazywały te naleśniczki, ale były naprawdę bardzo dobre. Farsz albo z kapusty albo z mięsa. Nazwałam je naleśnikami, ale ciasto ma zupełnie inną konsystencję. Jest kruche, tak jakby wyciągnięte prosto z pieca.





Ostatni rondelek na dole to strogonow. Góra  mięsa przykryta serem. Bardzo dobry, ale strasznie tłusty. 


I sarmale. Koniecznie trzeba o nich wspomnieć. Są to maleńkie gołąbki owijane w liście winogron i kapusty. W środku farsz robiony z ryżu, mięsa i warzyw. Niebo w gębie. Gołabki są naprawdę maleńkie. Rozmiar jednego zbliżony jest do kciuka. 


Kuchnia mołdawska czerpała przez lata inspiracje min z kuchni rosyjskiej. Tak wiec nie zdziwcie się, kiedy zobaczycie pierogi, które są zresztą daniem charakterystycznym dla kuchni wschodu. W smaku prawie identyczne jak nasze.


Kolejny specjał to kiszonki. Mołdawianie mają tendencję do kiszenia wszystkiego. I wszystko to możecie kupić na bazarze przy dworcu. Kiszona marchew, kalafior, grzyby, algi morskie, seler, papryka, a nawet świńskie uszy... Wszystko było bardzo dobre - poza uszami. Można zakupić na wagę. Panie dają spróbować. 



Wino jest wszechobecne w Mołdawii. Dla Mołdawian jest ono niczym herbata. Niektórzy robią je sami. Szczególnie Ci co mieszkają na wsi. Trzymają je w wielkich beczkach z kranikiem. Chcesz czerwone czy białe? Wszystko jest w piwnicy...
Najczęściej spotykane jest to wytrawne i półwytrawne. Ale jak się dobrze poszuka można znaleźć również półsłodkie. Choć nie mają mocno wyczuwalnej goryczy. Wino to część kultury. Czym byłaby Besarabia bez wina? Niestety wina mołdawskie są bardzo często niedoceniane, ponieważ są tanie. A szkoda, ponieważ są naprawdę wyśmienite. Wiele z nich można dostać w Polsce. Te najsłynniejsze to Purcari i Circova. 
W Mołdawii pije się również samogon czyli bimber. Jednakże aby go skosztować najlepiej udać się gdzieś na wioskę za miastem, gdzie panie sprzedają przy drodze w plastikowych butelkach. Na pewno możecie go zakupić w Orheiul Vechi, a właściwie w Butuceni. 
Jak wino i bimber to musi być również koniak. Najpopularniejszym z nich jest chyba Kwint, który produkowany jest w Naddniestrzu. Jeżeli ktoś chciałby go spróbować a nie chce się wybierać do tzw. separatystów, to można go spokojnie zakupić w Kiszyniowie w sklepach, na lotnisku a nawet w Polsce. 
Być w Kiszyniowie i nie spróbować lokalnego piwa, to trochę słabo. Dlatego też próbujemy piwa Kiszyniów w ulicznym barze, w centrum miasta. Jak dla mnie nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ot zwykłe piwo. 


Chałwa ze słonecznika - nie bez powodu o niej wspominam, ponieważ w Mołdawii rośnie bardzo dużo słoneczników. Chałwa jest bardzo tania. Za zaledwie kilka złotych kupicie olbrzymi blok. 
Kolor słonecznikowej chałwy jest dużo ciemniejszy niż tej sezamowej. W smaku jest zupełnie inna, ponieważ oczywiście czuć słonecznik, ale jest naprawdę bardzo dobra. Nie widziałam sprzedawanej z bakaliami, albo w rożnych smakach. 
No i must have, który trzeba koniecznie zaliczyć to kwas. Wspominałam już o nim wcześniej. Jest to kwas chlebowy, z lekkim posmakiem jakby coli i piwa. Nie jest mocno gazowany. I w zależności gdzie go kupimy, smakuje trochę inaczej i ma inny kolor. Mi najbardziej smakował ten ciemny. Ten świetny trunek można zakupić dosłownie wszędzie. Na każdym rogu ulicy stoją budki z kwasem. 
I czas na bryndzę, która jest po prostu wyśmienita. Mołdawianie dodają ją do bardzo wielu potraw. Bryndzę można kupić na targu koło dworca. 
Popularne są również suszone owoce. Podobnie jak z kiszonkami, Mołdawianie suszą dosłownie wszystko. Nawet truskawki, które pierwszy raz w życiu jadłam w suszonej postaci.  Można je zakupić oczywiście na targu koło dworca. Najlepiej zapytać pani sprzedającej skąd pochodzą, ponieważ dużo suszonych owoców przywożą np z Turcji.  

CO PRZYWIEŚĆ Z MOŁDAWII

W Kiszyniowie jest bardzo mało miejsc, gdzie można zakupić tzw souveniry. Znalazłam chyba jeden sklep z magnesami i różnymi innymi pamiątkami (Aleksandr Puskin 30). Tam możecie zaopatrzyć się w różnego rodzaju wyroby regionalne. 










I drugie miejsce gdzie można zakupić pamiątki, to malutki bazarek (ulica Ştefan cel Mare). Znajdziecie tam dużo ręcznie robionych rzeczy. Są również magnesy.




  • oczywiście wcześniej wspomniana bryndza
  • suszone owoce
  • orzechy włoskie - są bardzo tanie. Najczęściej sprzedawane przez jakąś starszą babinkę na bazarze
  • wino
  • chałwę ze słonecznika
  • regionalne wyroby np karafki do wina, dzbanuszki, miski w regionalne wzory
  • karafki w różnych, pięknych kształtach (np szpilka damska, świnka, byk, broń), które są wypełnione jakimś procentowym trunkiem

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU