Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

niedziela, 8 września 2019

NORWEGIA W JEDEN DZIEŃ


Nigdy nie uderzaliśmy na nasze wycieczkowe wojaże do Skandynawii. Przyczyna oczywiście była jedna - drogo. Jednakże kiedyś trzeba i tam jechać, a ceny raczej nie stanieją w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat. Tym bardziej, że Norwegowie cały czas wydobywają ropę, która miała się już skończyć, a podobno starczy im jeszcze na kolejne 40 lat. Tak więc postanowione. Ruszamy do Norwegii. Na bilety jakoś specjalnie nie trzeba polować, bo zawsze są tanie. Nasze kupujemy za 78 zł za osobę w dwie strony od osoby.
Naszym celem nie jest stolica, gdyż oddalona jest o jakieś 100 km od lotniska na którym lądujemy. Wiadomo - tanie linie lotnicze zawsze są na wygnaniu. postanawiamy zwiedzić miasto Sandefjord, leżące kilka kilometrów od lotniska.


Postanawiamy zabrać ze sobą swój prowiant. Może to brzmi trochę dziadosko, ale nie chcemy wydać dużo pieniędzy. Tak więc jeszcze w domu pakujemy do plecaka pokrojoną wcześniej paprykę, pomidorki koktajlowe, kiełbaskę i paczkowanego łososia. Śniadanie mamy w cenie hotelu, więc tak naprawdę potrzebujemy zapas na dwa posiłki.

Lot mamy w sobotę po południu o godzinie 18:40. Na miejscu jesteśmy po 21. Hotel mieliśmy zamówiony w miejscowości w której leży port lotniczy- Torp. Za dobę za dwie osoby płacimy 434 zł ze śniadaniem. Normalnie bym powiedziała, że dużo, ale nie zapominajmy, że jest to Skandynawia. Hotel jest naprawdę na w dobrym poziomie. W sumie nie ma się co dziwić - posiada trzy gwiazdki. Pokoje całkiem spoko, piękna restauracja i stołówka. Kawa i herbata za darmo przez całą dobę. A śniadania? Bardzo dobre i obfite asortymentowo. Oczywiście w formie szwedzkiego stołu. Do wyboru były przynajmniej 4 rodzaje serów, wędlin, papryka, ogórki, pomidory, jajecznica, kilka rodzajów ryb, pasztet, kiełbaski, płatki z owocami i jogurtem i cała masa innych rzeczy. A jeżeli komuś śniadanie nie zasmakuje, to na przeciwko hotelu znajduje się McDonald. 
Poniżej zdjęcia hotelu oraz namiary na niego jeżeli ktoś by chciał skorzystać. 
Torp Hotel Fokserødveien 21, 3241 Sandefjord (właściwie to bardziej miejscowość Torp).  






Następnego dnia, zaraz po śniadaniu udajemy się do Sandefjord. Torp jest małym miasteczkiem, więc nie ma tu co zwiedzać. Do miasta idziemy piechotą. Trasa, która nas czeka to jakieś 6,5 kilometra. Niestety autobus, którym moglibyśmy się dostać do centrum, jeździ tylko od poniedziałku do soboty.
Spacer jest dosyć długi, więc mamy czas podziwiać lokalne domki oraz widoki, które są naprawdę piękne. Siding domków przypomina trochę styl farmerski. Najczęściej białe i niebieskie sprawiają wrażenie surowości. Typowy styl skandynawski. Domki zwykle są nieogrodzone, albo mają bardzo niski płotek. W Norwegii społeczeństwo charakteryzuje się małym zróżnicowaniem klasowym. Większość mieszkańców zarabia podobne kwoty, mają podobne domy i podobnie dobre samochody. Dlatego nie ma potrzeby aby odgradzać się od innych, gdyż zwyczajnie każdego stać na to samo. Bezpieczeństwo i wolność unosi się tu w powietrzu. Zauważyłam bardzo dużo pięknie zrobionych chodników i ścieżek rowerowych, tymczasem spacerowiczów i biegaczy - garstka. Wszyscy jeżdżą tu samochodami.  



Przy wielu domach stała mała miniaturka tego większego. Oczywiście domek przeznaczony dla dzieci.





Krajobraz w Norwegii wygląda zupełnie inaczej niż ten w Polsce. Od razu rzucają się w oczy skały, które są naprawdę wszędzie. Nawet domy na nich stoją. Jeżeli podłoże na którym stoi dom jest płaskie, bardzo często jest kamienne.  Kamień jest wszechobecny. Na jednym z poniższych zdjęć widnieje apartamentowiec wbudowany w skałę. 




Dotarliśmy do miasta. Zaczynamy zwiedzanie od cmentarza. Od razu rzuca się w oczy skromność i inność. Pomniki wyglądają zupełnie inaczej niż u nas. Małe płyty ozdobione kwiatami pośród wielkiego trawnika. Przez sam środek cmentarza biegnie piękna aleja osadzona pomiędzy wysokimi drzewami. A w tle kościół protestancki. Ludzie tak naprawdę przychodzą tu jak do parku na spacer czy też po to aby wyjść z psem. 




Sandefjord Kirke to kościół protestancki. Kiedyś na tym miejscu stał drewniany kościół, jednakże po pożarze, podczas którego spłonął, na tym miejscu wybudowano murowany - ten, który stoi aktualnie. Ukończono go w 1903 roku. W latach późniejszych został odnowiony. Przeczytałam, że otwarty jest tylko podczas uroczystości kościelnych. Kiedy my byliśmy, świątynia była otwarta. Może dlatego, że akurat była to niedziela.
Wejście do kościoła znajduje się od ulicy Landstads gate, a na cmentarz od strony Stockfleths gate.









Jesteśmy w  centrum miasta. Naszym oczom ukazują się ładne, zgrabne kamienice. Zadbane i czyste ulice. Aż miło popatrzeć.





W mieście jest kilka ciekawych murali. Te poniżej znajdują się w centrum na przeciwko mniejszej fontanny. Dla ułatwienia powiem, ze tuż obok znajduje się najstarsza ulica w mieście. Murale mają promować otwartość, szacunek, tolerancję oraz różnorodność. Jest ich więcej na mieście. Niestety my akurat nie natrafiliśmy na inne. 




Ulica Bjerggata to tak jak wcześniej wspomniałam, najstarsza ulica w mieście pochodząca z XIX wieku. Polacy zwykle szukają zabytkowych kamienic, starówki. Tymczasem to co widzimy, to małe domki, z najczęściej białą, drewnianą elewacją. Niektóre domki są naprawdę bardzo małe, a drzwi wychodzą praktycznie na samą ulicę. Domki nie maja ogrodów, ponieważ tuż za nim stoi kolejny mały domek. Kiedyś mieszkali tu rzemieślnicy oraz marynarze. Niestety z tamtych czasów nie zostało zbyt wiele, ponieważ pożar, który miał miejsce 1900 roku strawił praktycznie całe miasteczko. 










Najstarsza ulica miasta znajduje się tuż u podnóża Wzgórza Prestasen. Roztacza się stamtąd przepiękny widok na całe miasto oraz na morze. Krajobraz inny niż ten u nas. Wszechobecne skały sprawiają, że krajobraz staje się surowy. Zachęcam aby pójść jeszcze wyżej. Im dalej, tym więcej niespodzianek. Więc idziemy wyżej... 





...a kiedy już dojdziemy, naszym oczom ukazuje się przepiękna kamienna fontanna a przy niej ławeczka. Piętro wyżej jest jeszcze jedna. I kolejna niespodzianka dla naszych oczu jest jeszcze wyżej...


Mijamy bardzo urokliwy domek, kierujemy się cały czas na lewo, aż w końcu dochodzimy do pięknego, zaciemnionego jeziorka. Niesamowita uczta dla oczu. Zrobiłam tak dużo pięknych zdjęć, że nie wiedziałam, które Wam pokazać...




Schodząc z wzgórza kierujemy się w stronę portu. Mijamy ala mural z nazwą miasta. Napisałam ala, dlatego, że z daleka wygląda jak mural, ale tak naprawdę jest to materiał przyczepiony do budynku. Mimo to całkiem ładnie wygląda.


Jeden z wielu pomników. Babuszka, która wiezie ryby. Ten znajduje się na przeciwko portu. Jednak w całym mieście jest wiele takich. Kilka zdjęć wcześniej pokazywałam Wam pomnik norweskich dzieci. Tuż obok fontanny w centrum znajduje się matka podnosząca dziecko. Jest ich naprawdę sporo. Mam wrażenie, że każdy z nich nawiązuje do wody oraz dzieci. 


Przy samym brzegu znajduje się jedna ze słynniejszych restauracji La scala, w które podobno serwują wieloryba. Miasto słynie z wielorybnictwa, tak więc nie dziwi mnie, że serwują tu go również na talerzu, choć prawie na całym świecie polowanie na ten gatunek jest zabronione. A szczególnie w Unii Europejskiej. No, ale my w Unii nie jesteśmy... Nie zdecydowaliśmy się na skosztowanie. Nie ze względu na przekonania, ale również na ceny jakie serwowane są w restauracji. Aby nie być gołosłowną, poniżej menu. Sałatka to koszt 186 norweskich koron. W przeliczeniu wychodzi jakieś 81 zł!!! Portfel boli. Obchodzimy się smakiem. Przecież mamy swój prowiant przywieziony z Polski...



Port składa się z wielu pomostów przy których cumują statki mniejsze bądź większe. Odchodzą stąd promy do innych miast oraz również do Szwecji. Na wodzie unosiła się barka z piękną, maleńką kapliczką, która w środku miała wystrój morski. Niestety nie udało mi się zrobić zdjęć wewnątrz, gdyż była zamknięta. Tak więc nasze zwiedzanie ograniczyło się do zaglądania przez okno. 



Nawet z pomostu można było dojrzeć meduzy. Było ich naprawdę sporo. 



Tuż przy brzegu zacumowany jest statek, który w przeszłości służył do łowienia wielorybów. Zbudowany w 1950 roku, odrestaurowany w 1995, teraz otwarty dla zwiedzających. Bilet nie kosztuje zbyt dużo, bo zaledwie 20 koron. Niestety nam się nie udało wejść, ponieważ pani sprzedająca bilety przyjmowała tylko gotówkę... No cóż, wielka szkoda. Poniżej zamieszczam zdjęcie  z cennikiem oraz godzinami otwarcia.
Postanawiamy usiąść na ławce obok statku aby spożyć posiłek, który leciał z nami tyle kilometrów... Nie ma to jak łosoś z Biedronki spożywany w norweskim porcie.





Moglibyśmy połazić jeszcze trochę po mieście, ale chcemy udać się na słynne norweskie fiordy. Tak więc ruszamy na przystanek autobusowy, który znajduje się niedaleko portu. Oczywiście znajdujemy go dzięki wujkowi google. Jedziemy na plażę Asnses autobusem numer 3. Poniżej umieszczam rozkład autobusu. 

Za bilet w jedną stronę dla jednej osoby płacimy 17 zł. Kosmiczna cena jak na polskie realia, prawda? Ale nie chce się nam już iść piechotą. I tak zrobiliśmy dużo kilometrów, a przed nami jeszcze 6 kilometrowy spacer na lotnisko. Jedziemy jakieś 20 minut.


I nareszcie jesteśmy. Okolica przepiękna. Przyroda lekko dzika i surowa. Zapiera dech. Tu fiordy nie są aż tak widoczne jak w dalszej części Skandynawii. Widzimy małe, wystające skałki z wody. Skalne brzegi na których ludzie wybudowali osiedla. Podczas jazdy autobusem widzieliśmy małe skały na środku wody, na których znajdowały się domy mieszkalne. Na taką wysypkę można się dostać jedynie łódką. 
To miejsce to taka odskocznia od miasta. Mieszkańcy Norwegii przyjeżdżają tu swoimi kamperami na weekend, albo na urlop. Jest tu bardzo dużo pól kempingowych i namiotowych. Na moje szczęście są również publiczne toalety (darmowe). 
Idziemy usiąść na dużej skałce, przy której znajduje się trampolina. Tuż na przeciwko pływa platforma na którą oczywiście Ursyncio się wspina. 

Poniżej filmik z tego pięknego miejsca oraz kilka fot.










Obchodzimy zatokę dookoła. Znajdujemy ławkę na której ja przysiadam aby poczytać książkę, a Ursyncio idzie dalej pływać. Woda bardzo czysta i chłodna. 






Siedząc na ławce, nagle widzę Ursyncia idącego w moją stronę z wielką, różową breją. Okazuje się, że to ... meduza! Przyniósł ją tak po prostu na patyku...


I już ostatnia atrakcja po powrocie do miasta. Whaler's Monument, który znajduje się przy Strandpromenaden. Pomnik obraca się na około. Prace nad tym monumentem trwały aż 7 lat. Odsłonięty w 1960 roku. Rzeźba przedstawia łódź rybacką, podniesioną przez płetwę wieloryba. Wokół pomnika, przepiękna fontanna z tryskającą na różnych wysokościach wodą. Podobno wieczorem jest podświetlana. Naprawdę piękna. 



Na lotnisko, tak jak wspominałam wcześniej, udajemy się piechotą. Nie chcemy wydawać pieniędzy na komunikację miejską, dlatego decydujemy się na spacer. Wprawdzie jest on dosyć długi, bo aż 6 kilometrów, ale dystans rekompensują widoki. W sumie podczas tej wycieczki, tylko w niedzielę, zrobiliśmy 23 kilometry. 

SANDEFJORD NASZYMI OCZAMI

Zapewne większość z Was zada pytanie czy opłaca się jechać na jeden dzień. Odpowiedź brzmi - tak. Czy Polacy nie wyjeżdżają na Mazury na jeden dzień? Albo nad morze? To właśnie taki wyjazd. Oczywiście odległość tu jest zdecydowanie większa, ale nie ma to dla nas znaczenia, ponieważ przemieszczamy się samolotem. Ponadto jeżdżenie po kilka czy też kilkanaście razy w to samo miejsce, staje się mniej ekscytujące. Podczas takiego zagranicznego wypadu poznajemy inną kulturę. Spotykamy się z innym społeczeństwem, z innym krajobrazem, z inną architekturą. 
Spotkałam się ze stwierdzeniami, że w Sandefjord nie ma co robić. Z tym też się nie zgodzę. Nawet jeżeli miasto nie oferuje nam tylu atrakcji co Warszawa, Madryt czy też Paryż, nie oznacza, że nie jest godne odwiedzenia. Można pochodzić po mieście, zobaczyć inną architekturę. A te krajobrazy... Takich w Polsce nie zobaczycie. Nie mówię, ze nasze są brzydsze. Są po prostu inne. I właśnie dla tej inności warto tu przyjechać. 
I kolejne pytanie, które zapewne by padło, to ceny. Tak, niestety są wysokie i to nawet bardzo. Jesteście w stanie to obejść jedynie tak jak my. Czyli przyjechać z własnym prowiantem i chodzić dużo piechotą. Plusem jest to, że miasto jest małe (zaledwie 40 tysięcy mieszkańców). Jeżeli chodzi o jedzenie, to najtańsza była kawa w McDonald (kosztowała w okolicach 10zł). Jedzenie w Maku też nie było jakoś specjalnie drogie. 

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU