Postanowiłam opisać wycieczkę nad wodospad w odrębnym poście, gdyż stwierdziłam, że jest to zupełnie inne miejsce. Ponadto nie chciałam Wam za bardzo komplikować czytania.
Nadmienię jeszcze, ze wycieczkę zakupiliśmy już na miejscu, w jednym z wielu biur znajdujących się w mieście. Z pośród wielu propozycji, zdecydowaliśmy się na wodospady, gdyż nie mieliśmy wygodniejszego obuwia.
Na początku chcieliśmy udać się w góry Atlas, bądź na pustynię. Niestety nie pomyśleliśmy aby zabrać buty trekingowe, poza tym, nawet po wykupieniu jednego bagażu podręcznego, zajmują zbyt dużo miejsca (w końcu lecieliśmy tanimi liniami...wiecie o co chodzi...).
Ale przejdźmy do rzeczy. Wycieczka kosztowała 180 dirhamów od osoby, czyli jakieś 73 zł. W związku z tym, że trzeba było zarezerwować na nią cały dzień, postanowiliśmy, że pojedziemy tam w ostatni dzień naszego pobytu. Zaczynamy tuż zaraz po śniadaniu, czyli o godzinie 8 rano. Pod hotel podjeżdża po nas bus. Za nim wyruszamy w trasę, zabieramy jeszcze innych pasażerów. Niestety trwa to ponad godzinę. O stosunku, jaki mają do czasu Marokańczycy, pisałam już przy okazji zamawiania w restauracji... Tu jest więc podobnie. Tak wiec despacito...
Trasa trwa jakieś 3h w jedną stronę. To tylko 150 km, ale droga jest dosyć kiepska. Niby asfalt, ale taki trochę żwirowaty. Poza tym jedziemy pod górę, więc wiadomo, że prędkość nie będzie zawrotna.
Po drodze mijamy przepiękne widoki. Można poobserwować maleńkie wioski, jak chodzą ubrane kobiety, jak żyją.
Po dojechaniu na miejsce, czeka na nas już przewodnik. Poza podstawowymi informacjami na temat miejsca (mówi po angielsku i francusku), przekazuje nam również informację, że na koniec naszej podróży powinniśmy mu dać napiwek w wysokości 25 dirhamów. Nie jest to dużo, po kieszeni nie boli, poza tym jesteśmy już przyzwyczajeni do dawania napiwków...
Jeżeli Wam mogę jeszcze coś zaproponować... Wybierając się na tą wycieczkę nie bierzcie japonek ani żadnych klapek. Zejście do wodospadu jest strome, cały czas idziemy w dół, gdyż wodospad jest usytuowany bardzo nisko. Ursyn szedł w japonkach, które mu się później zepsuły, przez co część drogi pokonał boso. Najlepiej brać sandały, albo baleriny.
Za nim dojdziemy do wodospadu, przechodzimy przez olbrzymi gaj oliwny. Wzdłuż zejścia ustawione są straganiki, na których możecie zakupić jakieś pamiątki. No cóż, nie ma tego jakoś strasznie dużo. Handlarze to okoliczni mieszkańcy. Wiadomo, na czymś trzeba zarobić. Jednakże nie jest to aż tak natarczywe jak w Marrakeszu. Czytałam na jakimś blogu, że ktoś był tym zniesmaczony... Trochę mnie to dziwi, ponieważ naturalnym jest, że jeżeli jedziemy do turystycznego miejsca, to zawsze napotkamy jakieś straganiki. Nie chcesz ich widzieć? Zorganizuj sobie wycieczkę sam, wynajmij samochód i znajdź jakieś odludne miejsce.
Ale do rzeczy. Skąd nazwa wodospadu? Po prostu, uzud - czyli oliwka. Po kilkuminutowej przechadzce, dochodzimy do wodospadu.
Przepiękne, bo nie jeden a kilka! Wysokie, na 110 metrów, opadają z pluskiem do jeziora.
Jeżeli chcecie, możecie tylko pokontemplować, popływać łódką albo popływać w jeziorze. Czasu dla siebie mamy jakieś 40 minut, więc spokojnie można iść na łódkę (20 dirhamów przejazd) a później popływać. Kiedy Ursyncio moczył swój tyłek w wodzie, my postanowiłyśmy udać się do pobliskiej restauracyjki na marokańską herbatkę oraz świeżo wyciskany sok. Restauracyjka kryta strzechą, z widokiem na wodospad... Żyć, nie umierać... Wspaniały dzień.
Po atrakcjach nad wodospadem, udajemy się trochę wyżej, do odkrytej restauracji, na obiad. Obiad nie był w cenie, ale wycieczka i tak była śmiesznie niska, więc nietrudno było przełknąć te 100 dirhamów (40 zł od osoby) za posiłek składający się z herbaty regionalnej, soku, sałatki, zupy harira, omleta marokańskiego (do wyboru był jeszcze tadźin albo szaszłyki), chlebka marokańskiego (inny niż nasz), frytek i arbuza na deser. Na koniec byliśmy tak przejedzeni, że nie mogliśmy się podnieść. A czekała nas jeszcze przechadzka do makaków.
Muszę powiedzieć, że w przeciwieństwie do małpek w Wietnamie, które mnie zaatakowały, makaki były naprawdę bardzo grzeczne i sympatyczne. Może to też dlatego, że te w Wietnamie były dzikie, pomimo, że biegały koło świątyni. Te małpki były po prostu tak nauczone przez tubylców, którzy wykorzystując okazję, wytresowali sobie tak makaki, że te, po pokazaniu przez pana, wskakiwały na plecy. Po czym dostawało się od jednego z panów orzeszki, którymi się karmiło makaka. Oczywiście nic za darmo. Za przyjemność trzeba zapłacić. Ursyncio dał 20 dirhamów (8 zł), choć mówili, że można dać co łaska...
Na początku chcieliśmy udać się w góry Atlas, bądź na pustynię. Niestety nie pomyśleliśmy aby zabrać buty trekingowe, poza tym, nawet po wykupieniu jednego bagażu podręcznego, zajmują zbyt dużo miejsca (w końcu lecieliśmy tanimi liniami...wiecie o co chodzi...).
Ale przejdźmy do rzeczy. Wycieczka kosztowała 180 dirhamów od osoby, czyli jakieś 73 zł. W związku z tym, że trzeba było zarezerwować na nią cały dzień, postanowiliśmy, że pojedziemy tam w ostatni dzień naszego pobytu. Zaczynamy tuż zaraz po śniadaniu, czyli o godzinie 8 rano. Pod hotel podjeżdża po nas bus. Za nim wyruszamy w trasę, zabieramy jeszcze innych pasażerów. Niestety trwa to ponad godzinę. O stosunku, jaki mają do czasu Marokańczycy, pisałam już przy okazji zamawiania w restauracji... Tu jest więc podobnie. Tak wiec despacito...
Trasa trwa jakieś 3h w jedną stronę. To tylko 150 km, ale droga jest dosyć kiepska. Niby asfalt, ale taki trochę żwirowaty. Poza tym jedziemy pod górę, więc wiadomo, że prędkość nie będzie zawrotna.
Po drodze mijamy przepiękne widoki. Można poobserwować maleńkie wioski, jak chodzą ubrane kobiety, jak żyją.
Po dojechaniu na miejsce, czeka na nas już przewodnik. Poza podstawowymi informacjami na temat miejsca (mówi po angielsku i francusku), przekazuje nam również informację, że na koniec naszej podróży powinniśmy mu dać napiwek w wysokości 25 dirhamów. Nie jest to dużo, po kieszeni nie boli, poza tym jesteśmy już przyzwyczajeni do dawania napiwków...
Jeżeli Wam mogę jeszcze coś zaproponować... Wybierając się na tą wycieczkę nie bierzcie japonek ani żadnych klapek. Zejście do wodospadu jest strome, cały czas idziemy w dół, gdyż wodospad jest usytuowany bardzo nisko. Ursyn szedł w japonkach, które mu się później zepsuły, przez co część drogi pokonał boso. Najlepiej brać sandały, albo baleriny.
Za nim dojdziemy do wodospadu, przechodzimy przez olbrzymi gaj oliwny. Wzdłuż zejścia ustawione są straganiki, na których możecie zakupić jakieś pamiątki. No cóż, nie ma tego jakoś strasznie dużo. Handlarze to okoliczni mieszkańcy. Wiadomo, na czymś trzeba zarobić. Jednakże nie jest to aż tak natarczywe jak w Marrakeszu. Czytałam na jakimś blogu, że ktoś był tym zniesmaczony... Trochę mnie to dziwi, ponieważ naturalnym jest, że jeżeli jedziemy do turystycznego miejsca, to zawsze napotkamy jakieś straganiki. Nie chcesz ich widzieć? Zorganizuj sobie wycieczkę sam, wynajmij samochód i znajdź jakieś odludne miejsce.
Ale do rzeczy. Skąd nazwa wodospadu? Po prostu, uzud - czyli oliwka. Po kilkuminutowej przechadzce, dochodzimy do wodospadu.
Przepiękne, bo nie jeden a kilka! Wysokie, na 110 metrów, opadają z pluskiem do jeziora.
Jeżeli chcecie, możecie tylko pokontemplować, popływać łódką albo popływać w jeziorze. Czasu dla siebie mamy jakieś 40 minut, więc spokojnie można iść na łódkę (20 dirhamów przejazd) a później popływać. Kiedy Ursyncio moczył swój tyłek w wodzie, my postanowiłyśmy udać się do pobliskiej restauracyjki na marokańską herbatkę oraz świeżo wyciskany sok. Restauracyjka kryta strzechą, z widokiem na wodospad... Żyć, nie umierać... Wspaniały dzień.
Muszę powiedzieć, że w przeciwieństwie do małpek w Wietnamie, które mnie zaatakowały, makaki były naprawdę bardzo grzeczne i sympatyczne. Może to też dlatego, że te w Wietnamie były dzikie, pomimo, że biegały koło świątyni. Te małpki były po prostu tak nauczone przez tubylców, którzy wykorzystując okazję, wytresowali sobie tak makaki, że te, po pokazaniu przez pana, wskakiwały na plecy. Po czym dostawało się od jednego z panów orzeszki, którymi się karmiło makaka. Oczywiście nic za darmo. Za przyjemność trzeba zapłacić. Ursyncio dał 20 dirhamów (8 zł), choć mówili, że można dać co łaska...














