Jak w każdym poście, nadmienię na wstępie, że bilety kosztowały nas 300 zł w dwie strony. Wylot 19 maja, powrót 22 maja. Taki krótki city break. Wiz air otworzył tanie loty do krajów afrykańskich, więc i my się skusiliśmy. Lot trwał jakieś 4,5 h. Lokum zostało tak jak zwykle, zarezerwowane przez booking. Cały pobyt za trzy osoby, kosztował nas 436 zł za trzy osoby i trzy doby. Mogę śmiało polecić ten hotelik. Fajna atmosfera i bardzo dobra lokalizacja (5 minut od placu). Nazwa Riad Mamma Hous ulica 18 Derb Raouia, Bab Doukala, Medina Marrakesz.
Riad okazał się bardzo marokański. W jednej z komnat, mieszka rodzina, a przy okazji wynajmuje pozostałe pokoje przejezdnym. Jak widać na poniższych zdjęciach, typowo marokański dom. Patio wewnątrz, na około pokoje. Na patio kanapy przy których odpoczywają zarówno gospodarze jak i goście.
A to nasz pokój utrzymany w klimacie marokańskiej komnaty. Skromny, ale bardzo klimatyczny.
Poniżej zdjęcia tarasu w naszym riadzie, na którym spożywaliśmy śniadania i piliśmy poranną herbatę.
CO NALEŻY KONIECZNIE ZJEŚĆ W MAROKU.
Tadżin
Tadżin to nic innego jak marokański gulasz, który przygotowywany jest nad rozżarzonym węglem bądź drzewem w glinianym, charakterystycznym naczyniu o takiej samej nazwie. Tadzin, czy tadżin (są jeszcze inne podobne określenia tej samej potrawy), może być warzywny, z mięsem najczęściej z baraniną, wołowiną (ale nie tylko) albo jakimś mięsem mielonym (coś ala klopsiki w sosie). Podawany często ze śliwkami, daktylami. Polecam spróbować zarówno jednego jak i drugiego. Jadłam chyba wszystkie wymienione powyżej i każdy zarówno wyglądał jak i smakował inaczej. Dla mnie najlepszy z baraniną.
Poniżej tadzin z mięsem mielonym i jajkiem.
A tu tadzin z warzywami.
Harira
Hariria to nic innego jak zawiesista berberyjska zupa, taka trochę ala nasza fasolowa albo fasolka po bretońsku. Składnikiem podstawowym jest soczewica, ciecierzyca, bób i groch. Podawana często z mięsem i suszonymi figami. No i oczywiście ważne są zioła, które dodają jej lekko orientalnego smaku. Nie jest zbyt słona ani ostra. Ja bym tam mogła wsypać sporo chili. No ale moje podniebienie już dawno jest wypalone... Podobno zupa ma właściwości rozgrzewające. Miała za zadanie odbudowanie ciała Marokańczyków po wyczerpującym ramadanie.
Ta pożywna zupa smakuje i wygląda za każdym razem inaczej. Punktem wspólnym są oczywiście rośliny strączkowe.
Ta pożywna zupa smakuje i wygląda za każdym razem inaczej. Punktem wspólnym są oczywiście rośliny strączkowe.
Placuszki
Nie wiem jak one się fachowo nazywają, ale Marokańczycy bardzo często jedzą je na śniadanie. Każdy z nich miał trochę inny smak. Cienki był lekko chrupiący, okrągły puszysty. Zawsze podawane były do nich w małej miseczce masło i dżem figowy albo z ciemnych owoców. No i oczywiście sok świeżo wyciskany oraz marokańska herbatka. Takie proste śniadanie ale naprawdę było przepyszne. Po prostu niebo w gębie. Musicie koniecznie spróbować.
Nie mylić tych placuszków z chlebkami, które wyglądają podobnie, ale smakują zupełnie inaczej.
Nie mylić tych placuszków z chlebkami, które wyglądają podobnie, ale smakują zupełnie inaczej.
Łakocie czyli słodkości
W krajach arabskich, bardzo popularne są słodycze na bazie orzechów, daktyli, miodu i oleju orzechowego. Miałam okazje jeść tradycyjne ciastka robione przez osobę pochodzącą z Algierii i muszę powiedzieć, że to były najlepsze ciastka jakie jadłam w życiu. Te z Maroka, bardzo je przypominały. Są bardzo słodkie, niektóre mocno orzechowe. Przeróżnej maści, kolorów, wzorów smaków. Są naprawdę pyszne. Nie wyobrażam sobie aby być w Maroko i ich nie spróbować. Warto również spróbować nugatów, które wyglądają podobnie do naszych (długie, prostokątne paski), jednakże smakują zupełnie inaczej. Polecam szczególnie te pistacjowe oraz pistacjowo -kokosowe. Niebo w gębie. Niestety za nim zrobiłam zdjęcie, spałaszowałam je... Musicie mi wybaczyć.
Soki
Na głównym placu, jest bardzo dużo stanowisk, gdzie już za 4 dirhamy, możemy wypić świeżo wyciskany sok. Najpopularniejszy jest pomarańczowy. I nie jest on wcale przereklamowany! Smakuje zupełnie inaczej niż ten nasz. Oczywiście dostępne są również mixy, albo po prostu z innych owoców np mango, morelowy, cytrynowy, arbuzowy... Soki są naturalne, nie ma w nich ani krzty cukru. Żeby nie było, pytałam pana!
Popularne są również soki/drinki coś ala smoothi (oczywiście bez alkoholu) np z awokado lub z innych owoców.
Poniżej zestaw dla turysty w gorący, trzydziestostopniowy dzień. Marokańska herbata, kawa na zimno i sok z awokado i domieszką innego owocu.
W jednej z lokalnych restauracji spróbowaliśmy bezalkoholowego drinka mohito. Chyba jeszcze nie piłam tak dobrego. Składniki: cukier trzcinowy, liście mięty, kostki lodu, woda mineralna gazowana. Wygląda obłędnie i tak też smakuje. A ten obłęd można było kupić za 40 dirhamów.
Marokańska whisky - czyli marokańska herbata
To jest coś o czym trzeba koniecznie wspomnieć. Ale najpierw krótka opowiastka. Kiedy zameldowaliśmy się w naszym riadzie, wspominałam, że gospodarz zaprosił nas na dach na herbatę. Jednakże pierwsze co powiedział, to to, że zaprasza nas na marokańską whisky. Zapytał czy ją lubimy. Wiec ja, jako smakosz alkoholi powiedziałam, ze bardzo lubię whisky. Tymczasem okazało się, że była to po prostu herbata. Zaciekawiona nazwą, postanowiłam pogrzebać w Internecie, aby dowiedzieć się czemu ta herbata tak się nazywa.
Otóż okazało się, że nazwa pochodzi od koloru wywaru, który przypomina własnie whisky. Ale to nie jest zwykła herbata. Podawana niby na gorąco ale jednak orzeźwia. czemu tak się dzieje? Podstawowym składnikiem jest zielona herbata, najczęściej odmiana gunpowder (podobno może być również chun mee), do tego świeża mięta syryjska nana, albo taka zwykła też się nada i masa cukru. Choć nasz gospodarz podał nam mało słodzoną, dzięki czemu byłam w stanie ją wypić i naprawdę była bardzo dobra. Podobno w Maroku napój ten przygotowują jedynie mężczyźni. Zielona herbata, pomimo upału, chłodzi organizm i swoje robi mięta, która orzeźwia. Bardzo podobało się nam podanie jej. Nalewana do specjalnego, metalowego imbryczka, w małych szklaneczkach prawie jak do wódki, nalewa się ją z dużej odległości od szklanki. Zaczyna się nisko, aby następnie cały czas podwyższać i podwyższać. Zagięty nosek imbryczka nie pozwala na wylanie herbaty. A czemu to robimy? A po to aby powstała warstwa pianki na wierzchu. Podobno im więcej piany, tym herbata jest bardziej łagodniejsza w smaku. Herbata jest przepyszna. Minus dla mnie był taki, że praktycznie wszędzie podawali ją z cukrem, a ja nie słodzę...
Podobną herbatę piliśmy w Grecji na Kos. Pamiętam, ze była tam dosłownie patelnia. Chyba z 45 stopni. Tymczasem pani, w ogrodach Hipokratesa podała nam do picia gorącą herbatę. Już po pierwszym łyku nie byliśmy zdziwieni czemu tak postąpiła.
Pastilla
Podobno przywieziona z Hiszpanii. A co to takiego? Mielone mięso, najczęściej z kurczaka lubi gołębi, wymieszane z jajkiem. Uformowane w placek z ciasta francuskiego. Powyższy opis nie wprowadza żadnych dziwności. Więc przejdę do konkretów. Mięso przyprawione jest ziołami i cynamonem oraz cukrem pudrem. Smak słony, wymieszany ze słodkim. Coś przedziwnego, ale muszę powiedzieć, że mi smakowało. Inne zdanie miał na ten temat Ursyncio. Nie będę mówić do czego przyrównał - kłaczek - ale nie odpowiadało mu takie połączenie, ponieważ nie lubi mieszania ostrego, słonego ze słodkim.
Ślimaki gotowane w rosole
Na palcu Dżami al-Fana znajduje się przynajmniej kilka obwoźnych stoisk ze ślimakami. Możemy kupić małą miseczkę za 5 dirhamów, dużą za 10 dirhamów i bardzo dużą za 20 dirhamów. Ślimaki i rosół w którym się pitraszą w wielkim garnku, mają lekko ostry smak. Dostajesz wykałaczkę, wyjmujesz winniczka z muszli, jesz i wyrzucasz skorupkę do wielkiej misy obok. Ciekawe doznanie, tym bardziej, że siedzisz na środku placu gdzie przechadzają się ludzie.
Marokański Omlet
Różnie wyglądał, w zależności w jakiej jadłodajni się było. My jedliśmy go tylko raz, ale z ciekawości przyglądałam się jak inni klienci zamawiają w restauracjach. Nasz omlet to było rozbite jajko, zatopione w sosie pomidorowym z kawałkami pomidorów. Dosyć tłusty, bo chyba z oliwą z oliwek. Lekko pikantny i dosyć aromatyczny. Wyczuwało się w nim zioła. Może nie było to najlepsze danie jakie jadłam, ale dało się zjeść. Myślę, że warto spróbować, ponieważ trzeba być otwartym na inne kuchnie. Bo podróże to też jedzenie.
Kuskus
Kuskus to tradycyjny posiłek w Maroku. Potrawę serwuje się praktycznie na każdym przyjęciu. Kuskus podawany z warzywami na osobnym talerzu, absolutnie nie jest suchy. Zamówiliśmy kuskus z warzywami i do tego krewetki. Myślałam, ze wszystko będzie podane na jednym talerzu. Tymczasem okazało się, że najpierw dostaliśmy kuskus, na osobnym talerzu warzywa. Dopiero jak wszystko zjedliśmy otrzymaliśmy same krewetki smażone na tłuszczu. Zupełnie inny sposób podania niż u nas. Kuskus nie był zły, ale chyba największą furorę robiły warzywa, które okazały się naprawdę pyszne.
Grillowane warzywa
Są naprawdę przepyszne. Chyba nie jadłam jeszcze tak dobrych warzyw. Szczególnie bakłażana za którym dotychczas nie przepadałam. Ale ten w Marrakeszu był idealny. Koniecznie spróbujcie. Raczej się tym nie najecie, ale warto wziąć jako dodatek.
Falafel
Niestety nie udało mi się spróbować go w Maroku, gdyż akurat skończyły się w restauracji, w której byliśmy. Jednakże jadłam kiedyś przy innej okazji. Jest to mały kotlecik z ciecierzycy. Z wierzchu chrupiący. Delikatnie przyprawiony. Tym co negatywnie nastawieni są do ciecierzycy, mogę obiecać, ze nie smakuje jak humus.
Brochettes
To nic innego jak szaszłyki. Najczęściej z baraniny, wołowiny i kurczaka. Podawany z warzywami i niekiedy z frytkami - niestety. Przypadłość europejska. Nie zdążyłam spróbować, ale wszyscy je polecają.
Sałatki marokańskie
Znajdują się w każdym menu. Lekkie. Często podawane jako przystawka przed daniem głównym. Składniki przeróżne. Ogórek, pomidor, cebula, papryka, ziemniak. Sałatka jak sałatka. Nie było fajerwerków.
Kefta
Wymieniłam aby spróbować, ale to nic innego jak różnego rodzaju mięso mielone, podawane w różnej formie. Podawane w tadzinie, bądź w innych daniach. Dobre, bo dobrze przyprawione orientalnymi przyprawami takimi jak min kminek, imbir.
CO NALEŻY WIEDZIEĆ NA TEMAT MAROKA
Ramadan
Nasz wyjazd przypadł w ramadan. Dla tych co nie wiedzą co to jest, postaram się krótko objaśnić. Ramadan to nic innego jak taki nasz post. Marokańczycy, a właściwie wszyscy muzułmanie, nie mogą spożywać od wschodu do zachodu słońca, żadnego jedzenia ani picia. Nawet wody! Są również inne obostrzenia, np nie może uprawiać seksu, palić tytoniu, być obłudnym w stosunku do innych. Słyszałam, że niektórzy się również nie kąpią. Ci, którzy poszczą, wchodzą do raju. Są oczywiście pewne wyjątki. Z postu wyłączone są min osoby starsze, chorzy, podróżni, kobiety w ciąży.
Ramadan, albo jak niekiedy mówią w innych państwach muzułmańskich - ramazan - jest okresem ruchomym. Zawsze jest to 29 bądź 30 dni i przypada na dziewiąty miesiąc kalendarza muzułmańskiego.
Tak naprawdę życie toczy się wtedy w miarę normalnie. Aczkolwiek nasz gospodarz wspomniał, że na nowym mieście, pozamykane są w większości restauracje, sklepiki. Nie dotyczy to centrum miasta - czyli medyny - w którym cały czas była kupa ludzi i wszystkie przybytki czekały na turystów.
Tak się teraz zastanowiłam, że my nieświadomie popełniliśmy gafę, ponieważ szliśmy ulicą jedząc ciastka, co mogło zostać przez muzułmanów odebrane w sposób negatywny.
Należy również pamiętać, że podczas ramadanu wszystkie muzea, pałace i inne obiekty do zwiedzania, czynne są o jakąś godzinę, dwie krócej.
Należy również pamiętać, że podczas ramadanu wszystkie muzea, pałace i inne obiekty do zwiedzania, czynne są o jakąś godzinę, dwie krócej.
Kobiety i ubiór - czyli jak się ubrać na wyjazd do Maroka?
Kolejną kwestią jaką trzeba poruszyć, to ubiór. Młodzi Marokańczycy są dosyć postępowi. Dlatego niektóre kobiety chodziły ubrane po europejsku. Niektóre miały chusty na głowie i jeansy, inne bez chusty paradowały w "normalnym" dla nas stroju. Inne za to, zakryte od samej głowy po palce u stóp. Ubrane całe na czarno. Kobiety w Maroku noszą się naprawdę różnie. Pomimo, ze to kraj muzułmański, nie wszystkie chodzą ubrane tak samo. Niektóre zakładają burkę (zakrywa całkowicie twarz, pozostawiając niewielką siatkę na oczach, występuje w różnych kolorach), inne nosiły nikab (całkowicie zakrywa twarz i całe ciało, widać jedynie przez wąską szparkę oczy), jeszcze inne czador i chimar (podobne do siebie, w kolorze czarnym, zniekształcające sylwetkę - workowate) a jeszcze inne hidżab (chusta zakrywająca głowę, ale odkrywająca owal twarzy). Nie spodziewałam się aż takiej różnorodności w śród Marokanek. Niektóre ubrane całe na czarno, inne w piękne kolorowe, długie stroje. Te, które pracują w bankach, na lotnisku, na policji, w placówkach urzędowych, nosiły się zupełnie po europejsku.
A jak my Europejki powinniśmy się ubrać? Najlepiej długie sukienki, bądź przynajmniej takie, które zakrywają uda. Dekolt zakryty, plecy również. Najlepiej zakrywająca lekko ramiona. Ja sama chodziłam w sukienkach do kolan, najczęściej w takich szytych z koła. Jednakże przyznam się , że cały czas się na mnie patrzyli miejscowi mężczyźni. Może to też dlatego, ze były w intensywnych kolorach (żółta - kanarkowa i biała w czerwone kwiaty). Wiadomo, że my nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego klimatu, więc nie możemy się okutać od góry do dołu. Lecz trzeba, jak we wszystkim, mieć umiar. Jak to się mówi, strzeżonego Pan Bóg strzeże. My, Europejczycy, jesteśmy dla Marokańczyków klientami, więc nie powinniśmy się z ich strony obawiać przemocy. Oczywiście nagabywania będą zawsze, ale jadąc do takiego kraju trzeba być po prostu na to przygotowanym.
Wielu Marokańczyków szuka sobie żony wśród Europejek. Więc niech Was nie zdziwi kiedy podejdzie do Was jakiś mężczyzna i powie, ze jesteście piękne, albo będzie łapać za rękę. Zwykle obrączka, albo towarzystwo mężczyzny ich odstrasza.
My miałyśmy z szwagierką do towarzystwa mojego męża. Kiedy byliśmy w jednej z restauracji, kelner zapytał czy jesteśmy obydwie jego zonami. Trochę się uśmieliśmy. Próbowałam wyjaśnić, że to żona męża brata, ale chyba nie zrozumiał.
My miałyśmy z szwagierką do towarzystwa mojego męża. Kiedy byliśmy w jednej z restauracji, kelner zapytał czy jesteśmy obydwie jego zonami. Trochę się uśmieliśmy. Próbowałam wyjaśnić, że to żona męża brata, ale chyba nie zrozumiał.
Wspominałam już o różnorodności strojów Marokanek. Podobnie jest z ich wychowaniem i stylem życia. Muszę nadmienić, że przeczytałam na jednym z portali, iż Maroko jest podobno najbardziej otwartym i postępowym krajem arabskim. Choć ja bym powiedziała, że jest to Turcja.
W 2004 roku król Maroka, zapoczątkował zmiany w prawie kobiet. Przede wszystkim zezwolił na rozwód inicjowany ze strony kobiety, z możliwością pozostania w domu męża. Podniósł wiek minimalny od którego kobiety mogą wyjść za mąż. Wcześniej było to 15 lat, aktualnie jest to 18. Do poślubienia mężczyzny kobieta nie potrzebuje zgody ojca czy najstarszego z braci.
Mężczyzna może posiadać kilka żon, ale tylko za zgodą tej pierwszej oraz sądu.
Czy tak jest naprawdę? Na pewno w teorii tak. Być może również w niektórych, bardziej postępowych rodzinach, głównie w miastach.
Będąc w Marrakeszu widziałam kobiety, które wychodziły ze znajomymi do restauracji. Widziałam jak kobieta w hidżabie i długiej sukni, siedziała sama w restauracji, kiedy po chwili obcy mężczyzna zaczął z nią rozmawiać, pokazywać coś w telefonie. Nawiązała się pomiędzy nimi rozmowa. Widziałam Marokanki ubrane po europejsku. Ale widziałam również te same kobiety ubrane w nasze stroje, posiadające identyfikatory ze zdjęciem na których miały nikab zakrywający prawie całą twarz i ciało. I co straszniejsze widziałam kobietę w czarnym nikabie, która szła w towarzystwie innych kobiet z wiadrem na głowie!
Czytałam kiedyś, że kobietę może spotkać taka kara ze strony męża, kiedy dopuści się jakiegoś przewinienia względem niego lub rodziny.
Widziałam kobiety, które pracują, malując tatuaże. Widziałam kobiety, które na głównym placu biły się między sobą. W lokalach i bazarach pracują głównie mężczyźni. Właściwie to w kramikach widziałam sprzedających tylko mężczyzn.
I jeszcze jedna rzecz, którą zauważyłam. Jeżeli będziecie w Maroku, zwróćcie uwagę na mała liczbę okien. Wszystkie budynki okolone są grubymi murami. Jeżeli okna od ulicy się już pojawiają, zwykle są małe i zakratowane. Często nawet maja specjalną szybę, w której wszystko się z zewnątrz odbija. Więc nawet nie jesteśmy w stanie zobaczyć co jest w środku. Zauważyłam, że nawet nowoczesne budynki, nowe bloki mają mała liczbę okien i odbijające szyby. Czemu ma to służyć? Oczywiście ukrywaniu kobiet, które często nawet w swoim mieszkaniu nie mogą chodzić odkryte.
Czytałam kiedyś, że kobietę może spotkać taka kara ze strony męża, kiedy dopuści się jakiegoś przewinienia względem niego lub rodziny.
Widziałam kobiety, które pracują, malując tatuaże. Widziałam kobiety, które na głównym placu biły się między sobą. W lokalach i bazarach pracują głównie mężczyźni. Właściwie to w kramikach widziałam sprzedających tylko mężczyzn.
I jeszcze jedna rzecz, którą zauważyłam. Jeżeli będziecie w Maroku, zwróćcie uwagę na mała liczbę okien. Wszystkie budynki okolone są grubymi murami. Jeżeli okna od ulicy się już pojawiają, zwykle są małe i zakratowane. Często nawet maja specjalną szybę, w której wszystko się z zewnątrz odbija. Więc nawet nie jesteśmy w stanie zobaczyć co jest w środku. Zauważyłam, że nawet nowoczesne budynki, nowe bloki mają mała liczbę okien i odbijające szyby. Czemu ma to służyć? Oczywiście ukrywaniu kobiet, które często nawet w swoim mieszkaniu nie mogą chodzić odkryte.
Celebrowanie posiłków
Każdy posiłek to uczta. Często w restauracjach można kupić pakiet kilku dań. Czyli przystawki, herbatę, sok, zupę, danie główne i deser. Nawet jeżeli zamawiamy jedno danie, to i tak bardzo często otrzymamy do niego herbatkę oraz deser w postaci owoców.
Marokańczycy przy posiłku spędzają bardzo dużo czasu. Są to spotkania towarzyskie. Jedzą, piją, rozmawiają, śmieją się. Potrafią siedzieć przy posiłku godzinami. W jednej restauracji kelner zaproponował nam po posiłku odpoczynek na kanapach przy stoliku. Powiedział, że możemy się nawet położyć i skorzystać z krótkiej drzemki. Tymczasem my Europejczycy jemy szybko i gnamy dalej.
Samo zamówienie i przygotowanie posiłku to również oczekiwanie. Tak więc nie denerwujcie się jeżeli złożycie zamówienie i po 20 minutach nic nie dostaniecie, po czym przyjdzie do was po raz kolejny kelner aby zapytać co zamawialiście. Kelnerzy nie spisują na kartce zamówienia. Starają się zapamiętać. Jednakże spotkaliśmy się z sytuacją, ze podchodził do nas chyba ze cztery razy aby dopytywać o nasze zamówienie. Jeżeli zamówicie kilka rzeczy, to prawdopodobnie zdarzy się tak, że odstęp pomiędzy przyniesieniem jednego posiłku a drugiego, albo herbaty czy coli, będzie trwał kilkadziesiąt minut.
Targowanie i sposób bycia Marokańczyków
Targowanie to pewnego rodzaju romans jak to chyba kiedyś powiedział Cejrowski. Sprzedawca wychodzi od ceny najwyższej, czasami śmiesznie wysokiej (może być nawet trzy razy wyższa niż ta za którą kupicie w ostateczności dany przedmiot), która od razu powinna nas odstraszyć niezależnie jakimi bogaczami jesteśmy. Pamiętajcie aby wychodzić od ceny najniższej, ale nie takiej za jaką chcecie kupić. Kwota musi być jeszcze niższa aby mieć możliwość dojścia do tej, która Was satysfakcjonuje. Jeżeli nie wytargujemy tej ceny, którą chcemy, odejdźmy od stoiska i udajmy, że odchodzimy. Najczęściej sprzedawca będzie biegł za nami. Wtedy poda cenę taką jaką proponowaliśmy ostatnio.
Zasada jest taka, że jeżeli się targujecie i otrzymacie taką cenę jaką chcecie, trzeba już ten przedmiot kupić. Oczywiście nikt Wam głowy nie obetnie jeżeli tego nie zrobicie, ale traktowane jest to jako obraza. Marokańczycy, jak większość sprzedawców z krajów muzułmańskich, ma bardzo dobrą pamięć, wiec może się okazać, że sprzedawca Was zapamięta i nie będzie chciał Wam sprzedać towaru następnego dnia.
Podeszliśmy pewnego razu do jednego ze stoisk z sokami na głównym placu. Oczywiście każdy sprzedawca krzyczy z daleka aby podejść do niego. My z Ursynem zamówiliśmy u jednego pana sok, tymczasem po kilku minutach nawoływania, szwagierka podeszła do pana obok, który wcześniej nas zachęcał aby podejść do niego. Jednakże spotkała ją niemiła niespodzianka, ponieważ powiedział, że nie ma miłości, nie ma soków i jej nie sprzeda. Później łypał na nas chmurnym wzrokiem.
Podczas targowania trzeba uważać aby się nie dać oszukać. Ostatniego dnia nakręciłam się na zrobienie marokańskiego tatuażu z henny na dłoni. Wieczorem udaliśmy się na plac Dżamaa al-Fina gdzie Marokanki robiące tatuaże miały swoją "siedzibę". Zapytałam o koszt tatuażu. Jedna z pań powiedziała, że za jedną rękę bierze 300 dirhamów. Oburzyłam się i powiedziałam, ze to za dużo. Ostatecznie stanęło na mojej cenie 60 dirhamów. Kiedy powiedziałam, że chcę na dwóch dłoniach, ta powiedziała, że muszę zapłacić 200. Oburzyłam się, że za jedną płacę 60, a za dwie 200. Po kilku minutach kolejnego targowania, stanęło na 120. Na to się zgodziłam. Kiedy przyszło do płacenia, Marokanka sypnęła cenę znowu wyższą, o ile dobrze pamiętam - 150 dirhamów. Wkurzona, że inną cenę wytargowałam, kłócę się z nią, że ustalałyśmy 120. Tymczasem Marokanka obniżyła cenę na 130. Byłam już tak zirytowana sytuacją, że powiedziałam Ursynowi aby już jej dał te 130. Zastanawiam się czy zrobiła to specjalnie, czy po prostu jak wiele Marokanek, nie potrafiła liczyć.
Wniosek z tego taki, że cenę należy ustalać zawsze przed usługą, najlepiej chyba napisać na kartce sumę wytargowaną i nigdy nie płacić przed wykonaniem, czy zjedzeniem czegokolwiek! Choć jak ona nie potrafiła liczyć, to pewnie czytać też nie...
Kolejna podobna sytuacja. Zapłaciliśmy przed zjedzeniem ślimaków. Kiedy zaczęliśmy odchodzić, sprzedawca posądził nas, że mu nie zapłaciliśmy. Udało się wykłócić, jednakże następnym razem kiedy przyszliśmy na ślimaki, zapłaciliśmy już po zjedzeniu...
Kolejna sprawa to wydawanie. Wielu Marokańczyków, moim zdaniem, celowo wydaje. Czemu tak uważam? Bo spotkaliśmy się już z tym kilka razy. Wiedzą, że nie bardzo ogarniamy ich pieniądze, więc myślą, że klient nie zorientuje się jak dostanie mniej. Czasami wydawali mniej i jakby nigdy nic, przechodzili do swoich kolejnych obowiązków. Dopiero po zwróceniu uwagi, przepraszali i oddawali pieniądze. Czasami było tak, że wydał mniej, po czym kiedy się zorientowaliśmy, że jest za mało, udawał, ze idzie na zaplecze po kasę. Znikał na przynajmniej 5 minut. Może myślał, że zrezygnujemy.
Niestety w Maroku trzeba za wszystko zapłacić. Ale mówię tu dosłownie za wszystko. Kelner sam się upina o napiwek dla siebie. Kiedy chcemy skorzystać z toalety, po zjedzeniu posiłku na placu głównym w jednej z restauracji (to za dużo powiedziane... ławka, koc, barak, stół i oto restauracja), jeden z kelnerów, prowadzi nas do toalety, która znajduje się jakieś 150 metrów dalej. Nie dość, że muszę zapłacić za toaletę, za papier, to jeszcze kelner upomina się o napiwek za to, że nas przyprowadził...
Jeżeli nie znacie drogi do miejsca do którego podążacie i ktoś podejdzie aby Wam pomóc, uwierzcie mi, ze będzie chciał za to kasę. Owszem zaprowadzi do miejsca, ale należy mu się napiwek. Często Marokańczycy sami zaczepiają, pytają gdzie chcemy iść i podobnie jak w Azji, powiedzą, że obiekt do którego podążacie jest zamknięty, co jest oczywiście kłamstwem. Czemu ma to służyć? Zaproponuje Wam inny obiekt do zwiedzania, gdzie np jego syn, brat, ojciec ma swój biznes.
Często kelner może Wam zaproponować jeszcze jedną porcję herbatki. Pamiętajcie, zostanie Wam to doliczone do rachunku. To nie jest podziękowanie za to, ze przyszliście. Podczas zamawiania jedzenia wciskają jak najwięcej. Myślisz sobie, że to jedno danie, bo u nas pewnie by tak było, tymczasem tu dostaniesz trzy odrębne i oczywiście za każde trzeba zapłacić.
Marokańczycy bardzo nie lubią robienia zdjęć. Chyba, że zakupi się u nich jakiś towar. Jeżeli zapytasz czy możesz zrobić zdjęcie, powiedzą "no foto", albo każą sobie za nie zapłacić. Ja swoje zdjęcia robiłam z ukrycia. Choć raz mi sie zdarzyło, że jeden z panów machał do mnie abym tego nie robiła.
I ostatnia kwestia, to nagabywanie. Kto był już w krajach arabskich, albo afrykańskich, wie, ze jest to powszechne zjawisko. Wystarczy, że zawiesisz na czymś wzrok przez dwie sekundy, już Ci proponują, natarczywie każą przymierzać. Podczas 5 minutowego spaceru podeszło do nas chyba z dwadzieścia osób, proponując różnego rodzaju towary.
Bardzo często robią to nawet małe dzieci. Często podchodzą z duperelami np chusteczkami i proszą aby je kupić. Nie róbcie tego. Nie oznacza to, że głodują. Po prostu od małego uczą się biznesu. W takiej sytuacji uważajcie na portfele, telefony i torebki.
Kolejna podobna sytuacja. Zapłaciliśmy przed zjedzeniem ślimaków. Kiedy zaczęliśmy odchodzić, sprzedawca posądził nas, że mu nie zapłaciliśmy. Udało się wykłócić, jednakże następnym razem kiedy przyszliśmy na ślimaki, zapłaciliśmy już po zjedzeniu...
Kolejna sprawa to wydawanie. Wielu Marokańczyków, moim zdaniem, celowo wydaje. Czemu tak uważam? Bo spotkaliśmy się już z tym kilka razy. Wiedzą, że nie bardzo ogarniamy ich pieniądze, więc myślą, że klient nie zorientuje się jak dostanie mniej. Czasami wydawali mniej i jakby nigdy nic, przechodzili do swoich kolejnych obowiązków. Dopiero po zwróceniu uwagi, przepraszali i oddawali pieniądze. Czasami było tak, że wydał mniej, po czym kiedy się zorientowaliśmy, że jest za mało, udawał, ze idzie na zaplecze po kasę. Znikał na przynajmniej 5 minut. Może myślał, że zrezygnujemy.
Niestety w Maroku trzeba za wszystko zapłacić. Ale mówię tu dosłownie za wszystko. Kelner sam się upina o napiwek dla siebie. Kiedy chcemy skorzystać z toalety, po zjedzeniu posiłku na placu głównym w jednej z restauracji (to za dużo powiedziane... ławka, koc, barak, stół i oto restauracja), jeden z kelnerów, prowadzi nas do toalety, która znajduje się jakieś 150 metrów dalej. Nie dość, że muszę zapłacić za toaletę, za papier, to jeszcze kelner upomina się o napiwek za to, że nas przyprowadził...
Jeżeli nie znacie drogi do miejsca do którego podążacie i ktoś podejdzie aby Wam pomóc, uwierzcie mi, ze będzie chciał za to kasę. Owszem zaprowadzi do miejsca, ale należy mu się napiwek. Często Marokańczycy sami zaczepiają, pytają gdzie chcemy iść i podobnie jak w Azji, powiedzą, że obiekt do którego podążacie jest zamknięty, co jest oczywiście kłamstwem. Czemu ma to służyć? Zaproponuje Wam inny obiekt do zwiedzania, gdzie np jego syn, brat, ojciec ma swój biznes.
Często kelner może Wam zaproponować jeszcze jedną porcję herbatki. Pamiętajcie, zostanie Wam to doliczone do rachunku. To nie jest podziękowanie za to, ze przyszliście. Podczas zamawiania jedzenia wciskają jak najwięcej. Myślisz sobie, że to jedno danie, bo u nas pewnie by tak było, tymczasem tu dostaniesz trzy odrębne i oczywiście za każde trzeba zapłacić.
Marokańczycy bardzo nie lubią robienia zdjęć. Chyba, że zakupi się u nich jakiś towar. Jeżeli zapytasz czy możesz zrobić zdjęcie, powiedzą "no foto", albo każą sobie za nie zapłacić. Ja swoje zdjęcia robiłam z ukrycia. Choć raz mi sie zdarzyło, że jeden z panów machał do mnie abym tego nie robiła.
I ostatnia kwestia, to nagabywanie. Kto był już w krajach arabskich, albo afrykańskich, wie, ze jest to powszechne zjawisko. Wystarczy, że zawiesisz na czymś wzrok przez dwie sekundy, już Ci proponują, natarczywie każą przymierzać. Podczas 5 minutowego spaceru podeszło do nas chyba z dwadzieścia osób, proponując różnego rodzaju towary.
Bardzo często robią to nawet małe dzieci. Często podchodzą z duperelami np chusteczkami i proszą aby je kupić. Nie róbcie tego. Nie oznacza to, że głodują. Po prostu od małego uczą się biznesu. W takiej sytuacji uważajcie na portfele, telefony i torebki.
Ceny
Maroko nie należy do krajów drogich. Oczywiście niech Was nie zdziwi to, że zapłacicie za jakiś towar więcej niż lokalsi (przeczytałam na jakimś blogu, że ktoś się oburzył za to). Ale zacznijmy od waluty. Dirham trzeba pomnożyć razy 0,40 (po kursie z maja 2019).
My staraliśmy się jeść prawie, że na ulicy, ale zdarzało nam się wstąpić do restauracji przy jakimś obiekcie, który zwiedzaliśmy. Więc ceny były trochę wyższe. Na placu Dżami al-Fana zjedliśmy posiłek składający się z kilku dań, herbaty, kawy za 120 dirhamów (za dwie osoby). Cena soku na placu, waha się od 10 dirhamów (4zł).
Poniżej załączam Wam ceny w jednej z restauracji przy pałacu.
Jeżeli chodzi o ceny towarów, to tak jak pisałam wcześniej, wszystko zależy od ceny jaką wytargujecie. Jednakże myślę, że za skórzane klapki z wielbłąda cena 60 zł to nie jest zbyt dużo...
Moja opinia na temat Maroka
Jest to naprawdę przepiękny kraj, z bardzo bogatą kulturą. Swobodnie mogę pokusić się o stwierdzenie, że jest to chyba jeden z fajniejszych krajów w jakim byłam. Co nie oznacza, że chciałabym tam mieszkać. Ten klimat na bazarach, straganiki, zaklinacze węży, pałace, niezwykle aromatyczne jedzenie... Aby to wszystko poczuć, trzeba tam koniecznie jechać.Nie pisałam tych wszystkich rzeczy po to aby odstraszyć Was, tylko po to aby uświadomić i przestrzec. Jadąc do tego kraju trzeba być niezwykle świadomym, gdyż możemy wrócić bez telefonu czy też pieniędzy. Podróże kształcą i wychowują. Dlatego warto się do nich w odpowiedni sposób przygotować.
CO PRZYWIEŚĆ Z MAROKA
- naczynie Tadzin na marokański Tadzin. Jest to gliniane naczynie, więc dosyć ciężkie, ale myślę, ze do Maroka nie można jechać tylko z małym plecakiem... Zbyt dużo jest tam wspaniałych rzeczy do kupienia. Można dostać jak widać poniżej już za 10 dirhamów (4zł)
- Marokańskie naczynia w przepiękne wzory, trochę podobne do tureckich.
- Metalowy imbryczek na marokańską herbatę. Widziałam różne wzory i wielkości. Ceny również różne. Oczywiście przy każdej należy się targować. Można dostać już taki imbryczek za 20 zł (mały).
- słodkości o których pisałam wcześniej. Przeróżne ciasteczka, nugaty.
- Marokańską sukienkę dla kobiet. Mają przepiękne wzory i kolory. Delikatny materiał. Trzeba za nią liczyć koło 80 PLN. Choć to wszystko zależne jest od tego z kim się targujecie i ile rzeczy kupujecie u tego sprzedawcy. Im więcej tym lepiej.
- Magnesy w marokańskie mozaiki. Przepiękne kolory i wzory.
- Podkładki w marokańską mozaikę. Niestety również ciężkie, ale myślę, że warto się na nie skusić. Można je również powiesić na stanie jako ozdobny mozaikowy obraz.
- Skórzane torebki, buty, paski. Kupiłam skórzane klapki, które wytargowałam za 60 zł. Przywiozłam torebki. Skórzana listonoszka z wielbłąda kosztowała około 110 zł. Oczywiście wszystko jest kwestią dobrego targowania. Nie mówię, ze moje było dobre. To jest po prostu loteria.
- Wiklinowe torebki, kosze. Przepiękne wzory i kolory. Skórzane uchwyty. Wytargowałam olbrzymi kosz (torebkę) za około 70zł.
- Herbatki i przyprawy. Jest tego cała masa. Wspaniałe aromaty. Olbrzymia różnorodność. Myślę, że nawet jeżeli trochę droższe niż w Polsce - to opłaca się kupić aby posmakować.
- Fajne zakładki do książki z kolorowymi frędzlami.
- Kosmetyki do ciała i twarzy na bazie olejku arganowego, oliwek, pieprzu i innych składników. Krem do twarzy 50ml kupiłam za około 10 zł.
- Oliwki. Jest ich naprawdę cała masa ze względu na sprzyjający klimat. Ja nie lubię oliwek, więc oczywiście nie kupiłam. Trzeba pamiętać, że te w zalewie nie przejdą do bagażu podręcznego, bo to liquid.
- Ozdobne frędzle na zasłony/firany. Występują w różnych kolorach i wielkościach. Fajny, klimatyczny prezent.
Jeżeli jesteście zainteresowani co zwiedzić w Marrakeszu, zapraszam do wcześniejszego posta.







































