Lanzarote to była jedna z pierwszych zagranicznych wycieczek na jakiej byliśmy. Było to kilka lat temu, więc wybaczcie proszę za pobieżność tego posta, ale po takim czasie trochę wspomnień ucieka. Wyjazd zorganizowany był przez biuro podróży. Od czegoś trzeba zacząć. Jeżeli ktoś nie wie jak zacząć wyjeżdżać na własną rękę, myślę, że taki wyjazd na początek jest dobrym rozwiązaniem. Jednakże trzeba pamiętać, żeby nie siedzieć cały czas w hotelu z basenem. Warto pokręcić się po najbliższym mieście. Poczytać w internecie o ciekawych miejscach w pobliżu. Jest wiele sposobów na podróżowanie. Jak to mówi Ursyncio: w podróżowaniu jest jedna trudna rzecz - trzeba najpierw zacząć to robić, a później samo przyjdzie...
Nie mniej jednak, opisany wyjazd w tym poście, jest wyjazdem zorganizowanym. Wycieczka zakupiona dosłownie kilka dni przed wyjazdem za 2500 tyś. Czemu czekaliśmy na koniec? Bo jest naprawdę taniej. Kiedy przekonujemy znajomych aby nie kupowali wycieczek rok przed wylotem, oni nie chcą nam uwierzyć, że można je kupić w niższej cenie. Po czym zaczyna się masa obiekcji, abo muszą zarezerwować wcześniej urlop i nie mogą czekać do ostatniej chwili, abo nic nie znajdą. Co jest oczywiście nieprawdą. Jednakże nie jest to post o rezerwacji wycieczek, węc przejdźmy do rzeczy.
Skoro już opisuję wycieczkę zorganizowaną, to warto wspomnieć o miejscu, które wybraliśmy. Be Live Resort (nie przywiązujcie się do nazwy, ponieważ bardzo często ja zmieniają - wystarczy wpisać w wyszukiwarkę obecną nazwę i pokażą nam się wszystkie jego oferty) jest naprawdę wysokiej jakości. Czterogwiazdkowy hotel, położony w miejscowości Costa Teguise i jakieś 7 kilometrów od stolicy wyspy Arrecife. Minusem jest plaża, która choć znajduje się tuż za ogrodzeniem, jest kamienista, ciężkie zejście, nie da się tam ustawiać leżaków. No, ale Lanzarote jest tak małą wyspą, ze spokojnie można znaleźć inną przepiękną plażę, z których zresztą wyspa słynie.
Hotel ma cztery pietra, zbudowany kaskadowo. W okolicy hotelu znajdują się butiki i sklepiki z ciuchami, butami. Oczywiście w większości z nich to podróbki znanych marek, które kupimy dużo taniej jeżeli udamy się do miasta, które oddalone jest o jakieś 2 kilometry od hotelu. W niektóre dni, można udać się na zakupy na bazar - niestety nie pamiętam w które dokładnie, więc musicie poszperać w necie.
Poniżej wcześniej opisana plaża przy hotelu.
Następnego dnia postanawiamy zobaczyć najwyższy budynek na wyspie - Gran Hotel and Spa. Budynek ma 15 pięter. Aby zachować naturalną architekturę i wygląd wyspy, postanowiono, że będzie to jedyny taki obiekt. Można wjechać na samą górę (oczywiście bezpłatnie), gdzie znajduje się taras widokowy wraz z restauracją. Taras mieści się pod dachem, ale posiada szklane szyby, przez które roztacza się piękny widok na miasto i plażę. Spokojnie można zakupić tam kawę i chwilę posiedzieć, po delektować widok. Obiecuję, ze nie zrujnuje waszego budżetu.
Jedna z plaż w stolicy wyspy.
I ulice...
Jeżeli nie chcemy siedzieć w hotelu przez cały pobyt, możemy zakupić u rezydenta jedną z fakultatywnych wycieczek. Teraz staramy się unikać takich wycieczek. Czemu?
- po pierwsze - w hotelu zawsze jest drożej, Lepiej udać się do miasta i tam znaleźć jakieś lokalne biuro podróży
- po drugie często rezydenci mają prowizje od tego, że przywiozą Was do konkretnego miejsca. Uwierzcie mi, że to jest bardzo uciążliwe. Nie chodzi o to, że zawiozą Was do jakiegoś zabytku. Chodzi tu bardziej o sklepy i to bardzo, bardzo drogie
- po trzecie - ograniczenie czasowe. Nie można iść tam gdzie się chce, tylko tam gdzie chce przewodnik
Ale są również i plusy
- nie trzeba się o nic martwić, wszędzie zawiozą, przywiozą i dadzą jeść
- przewodnik zawsze po polsku
- można się dowiedzieć bardzo wielu ciekawych rzeczy, bez szperania w internecie
Pamiętam, że my wtedy zakupiliśmy wycieczkę znaną pod dwiema nazwami - "Zwiedzanie Wyspy" albo "Grand Tour Lanzarote". Oczywiście jeszcze wtedy od rezydenta. Program wycieczki poniżej:
- zwiedzanie Parku Narodowego Timanfaya.
- El Golfo – szmaragdowe jeziorko ukryte w kraterze wulkanu
- Los Hervideros czyli Wrzące Wybrzeże
- Widok na Salinas del Janubio – największe saliny Wysp Kanaryjskich.
- La Geria czyli kraina wina. Degustacja najlepszego wina Wysp Kanaryjskich.
- Jameos del Agua – tunel wulkaniczny zaaranżowany przez najsłynniejszego artystę Lanzarote – Cesara Manrique.
Zatrzymujemy się na chwilę na Wybrzeżu Los Hervideros. Miejsce jest tak często odwiedzane przez turystów, ponieważ w XVIII wieku, wybuchł wulkan, z którego następnie wylała się gorąca lawa, która w zetknięciu z zimną, oceaniczną wodą spowodowała uformowanie się tuneli, jaskiń, klifów, które do dnia dzisiejszego możemy podziwiać. Ciemne, wręcz czarne skały, które zawdzięczają swój kolor wybuchowi wulkanu, w obecności niebieskiej, oceanicznej wody, prezentują się imponująco. Poniżej na zdjęciach wspomniane wcześniej klify.
Po drodze zajeżdżamy do zakładu produkującego kosmetyki z aloesu Aloe Vera. Właściwie to nawet nie był zakład, tylko sklep. I to jest to właśnie miejsce, gdzie przewodnik przywozi Cię tu specjalnie, bo ma prowizję od zakupów. Pani przewodnik ewidentnie znała obsługę sklepu. Pomijam cały proces "zwiedzania" tego przybytku, gdyż po prostu nie hyło tam co zwiedzać.
I nareszcie dotarliśmy do Parku Timanfaya. Nie jest to zwykły park. Park powstał w skutek serii erupcji wulkanów, które miały miejsce w XVIII wieku. Aktualnie Park Timanfaya nazywany jest również Górami Ognia, ponieważ cały obszar jest stale gorący i aktywny. Podobno temperatura parę centymetrów pod ziemia wynosi nawet 100 stopni Celsjusza. Uczestniczyliśmy w pokazie geotermalnym. Poniżej na zdjęciu widać komin w ziemi, na którym znajduje się ruszt z jedzeniem, które oczywiście po kilku minutach było gotowe do spożycia.
Kolejną atrakcją było jezioro Charco de los Clicos (El Golfo), czyli zielone jezioro. Na zdjęciu nie widać aż tak mocno tego zielonego koloru, więc musicie mi uwierzyć na słowo. W słońcu woda jest wściekle zielona. Skąd się wzięła ta zieleń? Przez plankton, który znajduje się w wodzie. Jezioro oddalone jest jakieś 20 kilometrów od Parku Timanfaya.
Po drodze zajeżdżamy do zakładu produkującego kosmetyki z aloesu Aloe Vera. Właściwie to nawet nie był zakład, tylko sklep. I to jest to właśnie miejsce, gdzie przewodnik przywozi Cię tu specjalnie, bo ma prowizję od zakupów. Pani przewodnik ewidentnie znała obsługę sklepu. Pomijam cały proces "zwiedzania" tego przybytku, gdyż po prostu nie hyło tam co zwiedzać.
I nareszcie dotarliśmy do Parku Timanfaya. Nie jest to zwykły park. Park powstał w skutek serii erupcji wulkanów, które miały miejsce w XVIII wieku. Aktualnie Park Timanfaya nazywany jest również Górami Ognia, ponieważ cały obszar jest stale gorący i aktywny. Podobno temperatura parę centymetrów pod ziemia wynosi nawet 100 stopni Celsjusza. Uczestniczyliśmy w pokazie geotermalnym. Poniżej na zdjęciu widać komin w ziemi, na którym znajduje się ruszt z jedzeniem, które oczywiście po kilku minutach było gotowe do spożycia.
Park jest przepięknym miejscem. Wygląda tak jakbyśmy byli na innej planecie. Jednakże należy pamiętać, że udając się na wycieczkę nie będziemy mogli wysiąść z samochodu/autokaru i sobie ot tak pochodzić. Czemu? Ponieważ jest to park narodowy, który jest chroniony. po wybuchu wulkanów, wszystko zostało pozostawione same sobie, aby mogły rosnąć zgodnie z naturą. Naukowcy badają i obserwują rośliny, które pojawiają się na zboczach. Można samemu wynająć samochód, jednakże nie wjedziemy nim na teren Gór Ognia. Auto należy zostawić na parkingu, przez wjazdem, po czym przesiadamy się i tak w autokar.
Tak wiec wszystkie zdjęcia wulkanów, robione były z okna autokaru. Miejsce jest naprawdę piękne. Warto tam pojechać aby zobaczyć czarne zbocza, które wytworzyły się dzięki zalaniu lawą.
Tak wiec wszystkie zdjęcia wulkanów, robione były z okna autokaru. Miejsce jest naprawdę piękne. Warto tam pojechać aby zobaczyć czarne zbocza, które wytworzyły się dzięki zalaniu lawą.
Zobaczcie jaka wąska momentami była droga. Autobus się tam ledwo mieścił.
Zatrzymujemy się na obiad w miejscowości Yaiza. Wchodzimy do niskiego, białego budynku, który okazuje się restauracją (bar Tapas). Oczywiście posiłek wliczony był w cenę wycieczki. Serwują tu tradycyjną kuchnię. Nie pytajcie mnie co jadłam. Niestety po takim czasie po prostu nie pamiętam. I to jest właśnie plus pisania bloga na bieżąco. Niestety wtedy jeszcze nie sądziłam, że będę to robić...
Po obiedzie, mamy jeszcze kilkanaście minut, więc postanawiamy pokręcić się po okolicy. Podobno miejscowość została uznana kilka razy za najładniejsze miasteczko w Hiszpanii. W sumie nie ma się co dziwić, bo leży u podnóża parku Timanfaya.
Natrafiamy na mały kościółek znajdujący się przy placu Plaza de los Remedios. Kościół Iglesia de Santa Maria de los Remedios. Kościółek mały, ale urokliwy. Widać, że zbudowany dla małej społeczności.
Po obiedzie ruszamy do winnic La Geria. Wspaniałe winnice, które wyglądają zupełnie inaczej niż te we Włoszech. Czemu? Ponieważ podłożem dla nich jest czarna ziemia wulkaniczna. Otoczone małymi murkami z kamieni wulkanicznych, rosną osłonięte przed wiatrem. Dodatkowo smaczku dodaje przepiękny krajobraz parku Timanfaya. Czarna ziemia sprawia, że trunek jest po prostu przepyszny. Kupiliśmy po jednej butelce słodkiego białego i czerwonego. Nie lubię białych win, ale to było po prostu boskie. Naprawdę warto było poświęcić te kilkanaście euro. Wino jest słynne w całej Europie. Oczywiście w winnicy znajduje się sklepik, choć o ile dobrze pamiętam widziałam je w jakimś okolicznym sklepie w niższej cenie. No, ale kto wiedział... I kolejne miejsce, gdzie przewodnik ma zapewne zapłacone za przywiezienie wycieczki. Choć tu nie było jeszcze tak nachalne jak np w Turcji (pisałam o tym w poście o wycieczce na Kos).

Po drodze do następnego miejsca zatrzymujemy się nad tarasem widokowym, gdzie znajduje się sklepik, w którym można zakupić przepyszne alkoholowe miodki z rumem i bitą śmietaną. Dziwne, inne, ale tak smaczne... Koniecznie musicie ich skosztować. Oczywiście zakupujemy butelkę do domu, aby po powrocie powrócić myślami do tej pięknej wyspy.
Wyspa znana jest dzięki słynnemu artyście, którym był Cesar Manrique. Wszechstronnie uzdolniony człowiek (min. malarz, rzeźbiarz) właśnie tu się urodził. Podróżował po całym świecie, jednakże gdy usłyszał, że jego ukochana wyspa ma się stać popularnym kurortem, rzucił wszystko i powrócił do swojego domu. Nie do końca mu się to udało, gdyż wyspa jak wiemy, i tak stała się kurortem, jednak jego osoba oraz praca jaką włożył jest widoczna wszędzie.
Jednym z takich miejsc, które zostało zaprojektowane przez patrona Lanzarote jest Jaskinia Jameos del Agua.
Podobno jaskinia zlokalizowana jest w jednym z najdłuższych wulkanicznych tuneli na świecie, który powstał w wyniku erupcji wulkanu de la Corona. Tunel ciągnie się przez 6 kilometrów do samego oceanu. W grocie znajduje się sala wykładowa na ponad 500 osób. Panuje w niej bardzo dobra akustyka, dzięki temu mogą się tam odbywać różnego rodzaju koncerty czy też teatralne przedstawienia, które nie potrzebują sztucznego nagłośnienie.
Ciężko mi było oddać piękno tej jaskini, gdyż nie miałam wtedy zbyt dobrego aparatu, wiec musicie mi uwierzyć na słowo. Zostały tam stworzone piękne kompozycje roślinne i wodne. Dzięki temu, że jaskinia wygląda jak sala wykładowa czy też teatralna, można tam zaobserwować niesamowitą grę światła. Dodatkowo do ścian, zostały przytwierdzone olbrzymie lustra, które sprawiają, że wnętrze jest naprawdę imponujące.
Sama jaskinia Jameos del Agua składa się tak jakby z trzech wejść/miejsc. Nawet nie wiem jak to ująć. W drugiej części zwanej Jameo Grande, znajduje się sztuczny basen otoczony roślinnością tropikalną. Woda w nim jest dosłownie błękitna. Dodatkowo w środku jaskini, znajduje się naturalne jezioro.
W tym samym miejscu znajduje się centrum badawcze, w które zajmuje się badaniem geologii Wysp Kanaryjskich.
Ostatnie miejsce z planu wycieczkowego. Czas na Jardín de Cactus, czyli ogród kaktusów, który znajduje się w małym miasteczku Guatiza. Pierwsze co rzuca się w oczy to oczywiście tytułowe kaktusy. Jest ich cała masa i są dosłownie wszędzie. Podobno znajduje się tu około 1400 różnych gatunków. Widzimy małe, duże, grube jak pufy, smukłe, z kwiatami i bez... Część z nich jest lokalna, bo pochodzi z wyspy. Jednak są też takie, które przybyły z najróżniejszych części świata min z Peru, Chin czy Madagaskaru. Kaktusy rosną na kaskadowo ułożonych, kamiennych wzniesieniach. Fajnym tłem dla roślinności jest wiatrak pochodzący z XVIII wieku. Choć kojarzy mi się bardziej z Holandią i tulipanami...
Tak Ursynciu, usiądź na pufkę... Jest bardzo wygodna...
Tak własnie wyglądają drogi na Lanzarote. Bardzo, bardzo wąskie. I do tego często nad przepaścią. Jednakże miejscowi kierowcy mają bardzo dobre oko. W taką wąską szczelinę zmieści się nawet duży autokar. Chyba lepszych rajdowców widziałam jedynie w Wietnamie...
Bardzo żałuję, że wtedy jeszcze nie prowadziłam bloga. Robiłam zdecydowanie za mało zdjęć. A te, które udało mi się zrobić, nie oddają piękna tej wyspy i plaż. To co mnie zadziwiło w pierwszej chwili, to czarny piasek. Oczywiście to było jeszcze przed zwiedzaniem wyspy, gdzie poznałam jej historię. Bo jak się domyśliliście już, jest to wyspa wulkaniczna.
Wyspa, choć formalnie należy do Hiszpanii, to terytorialnie jest to Afryka. Wchodzi w skład archipelagu, do którego należą min Fuerteventura, Teneryfa, Gran Canaria oraz La Palma.
Lanzarote jest bardzo wietrznym miejscem. A bliskość Afryki sprawia, że temperatura w zimie rzadko spada poniżej 14 stopni. Wyspa słynie głównie z pięknych plaż. Nie ma na niej zbyt wielu zabytków. Większość wycieczek to zwiedzanie krajoznawcze, sporty wodne, bądź rejs na okoliczną wyspę Fuerteventurę. Rok wcześniej byliśmy na Fuercie, więc wycieczka, którą opisałam powyżej, wydawała się nam najciekawsza.
I poniżej szczątkowe zdjęcia plaż jakie udało mi się zrobić. Acha. I ciekawostka na koniec od Ursyncia. Kiedy pójdziecie pływać, weźcie ze sobą koniecznie banany. Podpłyną do Was duże ryby, które jedzą je dosłownie z ręki.
Coś co Ursyncio lubi najbardziej. Rzucanie się na fale...
















































































