Ten pierwszy post trochę musiałam połączyć, ponieważ po spędzonych kilku dniach w Bangkoku, mieliśmy już wykupiony przelot na wyspę Phuket. Oczywiście bilet mieliśmy już wykupiony już w kraju. To nic trudnego. Oczywiście nie dla Ursyncia :) Bilet kupuje się na stronie przewoźnika jak na rayanair albo innym przewoźniku. Nasz kosztował około 120 złotych w dwie strony.
A poniżej zdjęcie z samolotu. Wstawiam bo mnie bardzo urzekło.
Zapewne niektórzy zapytają czemu Pukhet, a nie Krabi albo Pattaya. Kierowaliśmy się głównie tym gdzie są najładniejsze plaże i skąd jest najbliżej do tych pocztówkowych miejsc. Wyszło, że Phuket. Miejsce najlepsze do wypadu na wyspę Jamesa Bonda, Phi Phi, na maya beach (boska plaża do której dotarł równie boski Leo). Dużo osób twierdzi, że wyspa jest przereklamowana. Co mogę Wam powiedzieć... No chyba poniższe zdjęcia mówią same za siebie. Przepiękne plaże. Oczywiście może nie tak malownicze jak na zdjęciach - wyjaśnię zaraz dlaczego. Wyspa jest ulokowana w taki sposób, że jeżeli ktoś chce mieć dobry wypad na okoliczne wysepki, to dzięki zakwaterowaniu na Phuket nie straci dużo czasu na przemieszczanie. Poza tym wyspa jako jedyna ma swoje lotnisko, więc nie ma konieczności organizowania przejazdów łodzią. Phuket jest sporą wyspą, więc jeżeli zamarzy Wam się udać na inną plażę, to po prostu tam uderzacie. My najczęściej przebywaliśmy na plaży Kata Beach, która znajdowała się niedaleko naszego hotelu. Jeżeli chodzi o to co napisałam wcześniej, czyli, ze plaże, które widzicie na pocztówkach i na google po wpisaniu Tajlandia, to nie te plaże na które jedziemy. Otóż tak, to jest prawda. Te piękne widoki, z tymi przepięknymi skałkami wystającymi z wody, to są widoki z wyspy Phi Phi i okolic. Wyspa jest mała, więc nie ma tam za dużo zwiedzania. Jeżeli ktoś chce leżeć cały czas plackiem na piasku, to jak najbardziej polecam. Jednakże jeżeli ktoś chce spędzić czas aktywnie, zobaczyć coś więcej, to Phuket jest najlepszą miejscówką. Plaże są również ładne, woda czysta, krystalicznie niebieska. No spójrzcie na poniższe zdjęcia. Czy one mogą kłamać? Zero retuszu!
A takie oto niespodzianki czekają na Was na wyspie Phuket. Idąc z walizkami do hotelu, Ursyn wpadł w tą wielką dziurę. Noga zaklinowała mu się do samego kolana. Dodatkowo w dziurze, z dwóch stron, wystawał pręt, który przebił mu nogę. Musze powiedzieć, że miejscowi byli bardzo pomocni, ponieważ dosłownie za kilka minut podbiegli do nas Tajowie z wodą do przemywania i opatrunkiem. Oczywiście mieliśmy wykupione ubezpieczanie, jednakże dodzwonić się na infolinię to jakaś masakra. 3 minuty gadania automatu i skończyły się środki na tajskiej karcie. Po przeczytaniu OWU okazało się, że można udać się samemu do najbliższej placówki medycznej, poprosić o wystawienie rachunku, a następnie zgłosić szkodę przez internet. I tak też uczyniliśmy. Pieniądze zostały zwrócone jeszcze przed powrotem.
Muszę powiedzieć, że poziom medycyny w Tajlandii jest naprawdę wysoki ( w przeciwieństwie do Wietnamu o którym pisałam podczas innej wycieczki). Wszystko sterylnie zapakowane, klinika jak w Europie, rana odkażona, dobrze zabandażowana, lekarz dał antybiotyki. Ba! Nawet zaproponował zastrzyk przeciw tężcowi.
Zamieniliśmy kilka zdań z panem w recepcji w hotelu. Okazało się, że Tajowie nie muszą płacić za dostęp do pomocy medycznej, gdyż co miesiąc potrącana jest im niewielka kwota, dzięki której mają zapewnioną pomoc.
A nie wyjaśniłam po co są te dziury. Otóż nie wiem czy pamiętacie słynne tsunami w 2004 roku, które wywołane zostało przez trzęsienie ziemi na Oceanie Indyjskim. Phuket zostało wtedy doszczętnie zniszczone. Z tajlandzkich wysp ona ucierpiała najbardziej. Tak więc te kratki mają służyć do spływania wody do kanałów. Zwykle są one mniejsze. Niestety gdzieniegdzie zdarzają się takie jak ta. Dodatkowo pełni to również funkcję chodnika, więc albo idziemy tymi kratkami albo ulicą na której jest duży ruch.
A takie oto ładne słoniki znajdowały się przy hotelu niedaleko plaży.
Na takie straganiki trafiliśmy przez przypadek. Znajdowały się wzdłuż naszej plaży, ale tylko w weekend. Przepyszne jedzonko i do tego bardzo tanie. Kalmary, ośmiorniczki, kraby za dosłownie parę złotych (4,5,6 zł w zależności ile i jakie porcje). Oczywiście wszelkiego rodzaju ryby i mięso również było dostępne w równie przystępnych cenach.
Niektóre ceny widać poniżej.
Nie ma to jak drink na plaży :)
A na talerzyku przepyszne i jedynie w swoim rodzaju owocki. Ten różowy to smoczy owoc. Jeżeli chodzi o ananasa, uwierzcie mi, one nie smakują jak u nas.
A tu jedziemy na pace autobusem. Taki środek lokomocji to codzienność... Przystanek znajduje się tuż przy hotelu ze słoniami - nie da się go przegapić.
Tak jak i w Wietnamie, tak i tu jest tzw life street food. Choć w Wietnamie było ich zdecydowanie więcej. Pokazujesz palcem co chcesz zjeść i za chwilę dostajesz to na talerzu. Ceny gdzieniegdzie jak dla mnie takie trochę "polskie". W zależności oczywiście gdzie się wejdzie. Nie można akceptować wszystkich cen, które się spotka po drodze. Trzeba przeglądać menu. Można znaleźć taniej. Szczególnie nie przy głównej ulicy. Najlepiej udać się tam gdzie jedzą lokalsi. Czyli stary zadaszony hangar, kilka stolików. Uwierzcie mi, że tam jedzenie jest najlepsze!! Nie dajcie się zniechęcić braku restauracyjnego widoku.
Poniżej jeden z targów, których jest naprawdę pełno. Wchodzisz w jakąs uliczkę a tu za chwilę wyrastają straganiki. Trzeba po prostu się szwendać gdzie popadnie. Dajcie się ponieść...
Poniżej przepyszna zupka Tom yum. W zależności od gastronomicznego przybytku, kosztuje około 6,7,8,9 złotych. Bardzo duża porcja. Zupa ostro-słodka. Ale naprawdę ostra!! Można zażyczyć sobie z krewetkami, kurczakiem lub warzywną. Pływa w niej sporo warzyw, które nie są jadalne, ale dodają smaku. jej łagodniejsza wersja to tom kha z mleczkiem kokosowym. Obydwie dostępne są w Polsce. Polecam!

Zobaczcie jakie pyszności. Jest ich cała masa. Nie bójcie się próbować!
A tu szarańcza. Wspominałam już, ze nie jest zbyt często spotykana na ulicach Bangkoku, tak i tu występuje z taką samą częstotliwością. Najczęściej dostępne na targach.
Przepiękne lampy, które dużo miejsca nie zajmują. Można je złożyć bez problemu. Do dziś żałuję, ze nie kupiłam... Z tego co pamiętam kosztowała chyba koło 60 zł.
Chcieliśmy spędzić nasz urlop aktywnie, dlatego postanowiliśmy zakupić wycieczkę. Myśleliśmy o wyspie Jamesa Bonda oraz słynnej Maya Beach, gdzie trafił boski Leo. Można było te wycieczki zamówić już w Polsce, jednakże były przynajmniej dwa razy droższe. Poza tym proponowały bardziej ubogi program. Wycieczka zakupiona w Polsce nie miała również przejazdu na słoniu. Tu raczej nikomu nie muszę tłumaczyć dlaczego... Są różne poglądy. Nie lubię o nich dyskutować ani krytykować. Dlatego jeżeli ktoś nie chce - po prostu może na słonia nie wsiadać.
Ale do rzeczy. Na przeciwko hotelu z posągami słoni (wspominałam o nich wcześniej), pewna przesympatyczna pani prowadzi biuro podróży. Jest to zwykle stoisko jakich zapewne pełno na całej wyspie. Jednakże urzekło nas to, że pani była bardzo charyzmatyczna (podchodziliśmy również do innych), dokładna, wszystko wytłumaczyła, pięć razy podała cenę no i co jest najważniejsze - miała najlepszą cenę. Oczywiście, im więcej kupujecie wycieczek, im więcej osób, tym wiadomo - taniej. Jednakże muszę powiedzieć, e była to najlepsza cena jaką uzyskaliśmy. Tak więc zamówiliśmy 3 :D
Pierwsza z wycieczek to raffting. Cena wyjściowa 3000 THB (jakieś 360 zł po kursie 0,11PLN). My wytargowaliśmy za każdą z tych wycieczek okolo 1500 THB.
Wyjazd po 7 rano. Po hotel przyjeżdża bus. Kierowca sprawdza potwierdzenie zapłaty, które dostaliśmy w biurze, robi nam zdjęcia i do przodu. Przejazdy owszem, są dosyć długie (czasami 3h w jedną stronę), gdyż zwykle atrakcje są oddalone, ale naprawdę warto ruszyć tyłek i zobaczyć coś więcej. Nie zdecydowaliśmy się na organizowanie wycieczki samemu, ponieważ nie stać nas na wynajęcie speed boat, przewodnika, kierowcy łodzi... Zresztą sami rozumiecie, że było to bez sensu.
Zaczynamy od zwiedzania Monkey Cave czyli Suvankuha Temple. Własciwie to nawet nie jaskinia, a olbrzymia skała.
Może niektórych nie zachwyci ten widok, bo pomyśli sobie "ot takie sobie małpy", ale widok jest naprawdę sympatyczny. Mnóstwo skaczących małpek, które wspinają się po drzewach i skałach. Fajne małpki, ale trzeba uważać. Czemu? Po pierwsze lubią sobie coś przywłaszczyć nie swojego. Masz ładny wisiorek? to już go nie masz. A może zegarek? Aparat? Telefon? Chusta? Proponuję pilnować, a błyskotki schować. I zostało mi to drugie... Te cudowne, przesympatyczne małpki mogą... użreć. Rok temu w Wietnamie, podczas zwiedzania świątyni, po prostu mnie ugryzła. A właściwie rzuciła się na mnie (wspominałam o tym w poście o Wietnamie). Takie ugryzienie może być bardzo groźne. Małpy przenoszą różnego rodzaju choroby. Poza tym, my Europejczycy, nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich bakterii. Może się to skończyć nieciekawie.
Oczywiście jeżeli ktoś chce nakarmić małpki, można zakupić banany przed jaskinią. Jak wszystko w Tajlandii, nie kosztuje to wiele. My mieliśmy trochę owoców z hotelu.
Po spotkaniu z małpkami, uderzamy na ATV czyli quady. Nie przepadam za tym środkiem lokomocji, ponieważ boję się tych urządzeń. Są niebezpieczne, ciężkie, trzeba uważać jak się jeździ, ale wycieczka mimo to może być całkiem przyjemna. Jeżeli ktoś nie chce jechać sam, może skorzystać z jednego panów z obsługi.
No i coś na co czekaliśmy, czyli słoniki. Na wstępie chcę powiedzieć, ze nie zauważyłam, aby nasz słonik był bity, dźgany ostrymi narzędziami czy też zaniedbany. Na słoniku znajduje się przywiązana lektyka (spokojnie, jest mocno przytwierdzona). Wsiadamy z pomostu. Pan przewodnik siada na słonika głowie, z której mówi mu jak ma iść. Słoń naprawdę rozumie komendy. Ma dobry kontakt z przewodnikiem. Kiedy mówi mu, że ma oblać wodą, to on to po prostu robi.
Słonie jedzą około 200 kilogramów dziennie trawy, liści i innego jedzenia min korzeni, wypijają tyle samo wody. Przy czym trawi zaledwie 80/90kg. Tak więc może te bananki i pomarańczki, które dajecie słonikowi nie mają wielkiego znaczenia, ale niewątpliwie jest to dla niego rarytasek przy tych liściach i korzeniach, które je normalnie. Przeciętnego Taja nie stać na utrzymanie słonia. Kiedyś słonie służyły przewożenia ludzi, później min do wyrębu lasów. Teraz już raczej używane tylko turystyce. Uwierzcie mi, że taka lektyka na jego grzbiecie, to prawie jak mucha, która lata mu koło trąby. Ale oczywiście każdy sam powinien ocenić czy jego przekonania pozwalają mu skorzystać z tej przyjemności.
Od słoników udajemy się nad wodospad. Nie jest może on spektakularny. Powiedziałabym, że to raczej jeziorko, ale było to całkiem przyjemne doznanie, choć ja się nie kąpałam. Z tego co mówili chłopaki, rybki, zupełnie jak w Turcji, zjadały martwy naskórek z pięt :) co jest bardzo zdrowe!
Niestety nie mam zdjęć z rafftingu - z przyczyn oczywistych - ale mogę was zapewnić, ze było to niesamowite przeżycie! Cała trasa to 5 kilometrów. Wsiadamy w kaskach i kamizelkach do pontonów i ruszamy. Płynie z nami dwóch Tajów, którzy specjalnie kierują ponton na skały aby bardziej rzucało. Woda lała się niemiłosiernie, więc proponuję wziąć stroje kąpielowe, albo ciuchy na przebranie. Często Tajowie, którzy kierowali pontonami, sami oblewali wodą turystów z przeciwnego pontona. Wykrzykiwali przy tym, że toniemy, O Boże, i tym podobne stwierdzenia aby nadać całej wycieczce lekkiego dramatyzmu. Musze powiedzieć, ze mają poczucie humoru. Bardzo fajna atrakcja, nawet dla tych co nie potrafią pływać (np ja :D)
Nie wspomniałam jeszcze o jednej atrakcji z której też nie mam zdjęć. Mianowicie przejazd na linie jak w parku linowym. Nie była to zbyt duża wysokość, więc nie było się czego obawiać.
Acha oczywiście w trakcie wycieczki mieliśmy obiad wliczony w cenę. Całkiem dobry. Zupa, owoce morza, kurczak, warzywa, owoce.
Wieczorem udajemy się na słynny Patong. Moze zacznę od plaży. Nasza była zdecydowanie ładniejsza. Był to bardzo dobry wybór, aby nie decydować się na Patong. Plaża nic specjalnego. Nasza woda była jakaś taka bardziej niebieska, czystsza, mniej śmieci, ładniejsze widoki.
Patong słynie również z ulicy, która jawi się niektórym jak Khao San, dzielnica rozpusty, alkoholu, seksu i narkotyków (nie polecam, tajskie więzienia są najgorsze na całym świecie). Tak więc nieprzypadkowe jest podobieństwo do Khao San. Dobre jedzenie przy dobrym drinku. Myślę, że pomimo chaosu i tłoku, jest to ciekawe przeżycie, więc warto tam zajrzeć.
Druga wycieczka, którą zakupiliśmy u sympatycznej Pani Mai, to Phi Phi czyli Maya & Khai Island. Wyjazd o podobnej godzinie jak poprzednio, czyli po 7. Jedziemy chyba około 3 godzin do Pier (przystań). Przesiadamy się na speed boat w celu przetransportowania na Khai Island. Przed wejściem na łódkę, dostajemy zupełnie za darmo, tabletki na wymioty, ponieważ podobno dziś morze jest bardzo niespokojne. I rzeczywiście takie takie było... Rzucało ostro, mocno uderzało dziobem o wodę, część ludzi wymiotowała. A my??? Dla nas to była najlepsza chyba atrakcja. Łódź niesamowita. I tak samo niesamowita prędkość. Pierwszy punkt programu to snorkeling. Płynęliśmy jakąś godzinę. Zostaliśmy wywiezieni między przepiękne skałki, gdzie można było podziwiać przepiękną rafę (której ja nie widziałam bo nie umiem pływać, ale ufam chłopakom).
Zobaczcie sami. Czyż nie jest pięknie? Zdjęcia jak z widokówki. Nic nie obrabiałam :)
A to już słynna Maya Beach, o której zrobiło się głośno po filmie Niebiańska Plaża. Mało osób wie, że film jest na podstawie książki o tym samym tytule napisanej przez Alexa Garland. Główny bohater Richard był podróżnikiem szukającym przygód. Pewnego razu, będąc na Khao San w Bangkoku, usłyszał o tajemniczej plaży, którą mogą znaleźć tylko nieliczni. Jego sąsiad z pokoju obok, przed śmiercią samobójczą, pozostawia mu tajemniczą mapę...
Nie będę Wam spoilerować filmu i książki, bo nie o to chodzi. Powyższy opis miał na celu wprowadzenie i wytłumaczenie tym, którzy nigdy nie oglądali filmu i nie czytali książki (sądząc po poziomie czytelnictwa w Polsce, pewnie nieliczni ją przeczytali...) o co chodzi z tą plażą i czemu ona taka słynna. Plaża znajduje się na wyspie Ko Phi Phi. Po ekranizacji filmu zrobiło się o niej bardzo głośno, do tego stopnia, że w tamtym roku z powodu zniszczeń jakie spowodowali turyści. Aby chronić środowisko i okoliczną rafę koralową podjęto kroki naprawcze. Kiedy my byliśmy, plaża już była zamknięta. Można było się do niej zbliżyć, ale tylko do granic wytyczonych przez sznur przyczepiony do bojek. Jak widać na poniższych zdjęciach była to dosyć duża odległość, jednakże co się nie robi dla środowiska. Pomimo to, trzeba powiedzieć, ze widoki są naprawdę piękne. Olbrzymie skały wystające z wody, porośnięte mchem, tworzą przepiękną scenerię. Widoki trochę przypominają te z Wietnamu, z zatoki Ha Long. Z ostatnich informacji jakie wyczytałam (informacja z dnia
stycznia 2019 roku) plaża ma zostać zamknięta do odwołania.
Jeżeli ktoś miał ochotę, mógł sobie popływać, ale oczywiście nie przekraczając wskazanej wcześniej granicy.
Następnie udajemy się do Viking Cave oraz na lunch na jednej z wysp Phi Phi (dokładnie Phi Phi Don Island).
Poniżej zdjęcia z jaskini wikingów.
Kilka razy zatrzymywaliśmy się na snorkeling. Poniżej fotki z pięknych widoków.
Lunch jemy na wyspie Phi Phi Don Island. Posiłek typowo tajski. Bardzo dobre jedzenie. Jeżeli ktoś ma życzenie, może wcześniej powiedzieć przewodnikowi, że chce wegetariańskie danie. Po jedzeniu mamy chwilę czasu dla siebie aby popływać i podziwiać widoki.
Ostatnim punktem wycieczki było lenistwo na jednej z okolicznych wysp. Jak widać po poniższych zdjęciach, plaża przepiękna. Bardzo mała, ale nic więcej nie potrzeba. Można popływać, zjeść coś (jest knajpka ze sklepikiem). Dostajemy również darmowe owoce oraz napoje, które nasz przewodnik przyniósł z naszej łodzi (podczas całej podróży były bezpłatne). Tajowie bardzo mądrze zrobili poświęcając jedną plażę, gdyż dzięki temu oszczędzili inne, okoliczne, przed zniszczeniem.
Podkreślam ponownie, że żadne zdjęcie nie jest obrabiane.
Widać po moich włosach, że łódź naprawdę pędziła :)
A tu już na Phuket. Zobaczcie jak wygląda jedna z knajpek w bocznej ulicy. Zapewne w Polsce byście na nią nawet nie spojrzeli... A jedzenie? Przepyszne!!
Zupa z żab :) Polecam!!
Postanowiłam pokazać jeszcze jedną ciekawostkę, którą są lody własnej roboty. Jednakże to nie są ot takie sobie lody. Pan robi je od razu przy kliencie. Przed nim znajduje się wielka patera, która jest schładzana. Następnie wybieramy smak. Mój to głównie kokos. Pan wyjmuje pokrojony w większe kawałki owoc, wykłada je na zimną paterę. Następnie sieka, dodaje mleczka, sieka, sieka.... i powstają przepyszne lody. Nigdy tak dobrych nie jadłam. Lody wyglądają jak na poniższym plakacie. Można je kupić za jedyne 80 batów.
I już ostatnia wycieczka jaka zakupiliśmy u przesympatycznej Pani Mai, to James Bond Island. Startujemy podobnie jak wcześniej z przed hotelu po godzinie 7 rano. Jedziemy do Ao Po Pier aby następnie przesiąść się na speed boat. Nasz pierwszy przystanek to Hong Island aby następnie przesiąść się na małe kajaczki, by oddać się przyjemności eksploracji przepięknych jaskiń. I tu nasza wyobraźnia ma duże pole do popisu. Wyżłobienia w skałach dzięki wodzie nabrały różnych kształtów. Niektóre przypominają słonia, inne krokodyla, a jeszcze inne np penis :) Pan, który z nami płynął (zawsze płynie Taj, który steruje kajakiem, kajaki dwuosobowe) sprytnie podpowiadał naszej wyobraźni jaki kształt możemy ujrzeć.
Niekiedy tunele, którymi przepływaliśmy były tak małe i wąskie, że musieliśmy się schylać prawie do samej podłogi kajaka.
Własnie w tą dziurę płyniemy!!
Kiedy wpływamy w ten mały otwór, naszym oczom ukazuje się za chwilę przepiękny akwen wodny otoczony ze wszystkich stron skałami. Widok zapierający dech w piersiach. Poniżej fotki.
No i dotarliśmy. Tak długo oczekiwana wyspa Jamesa Bonda. A czemu taka słynna? No chyba nie muszę nikomu tłumaczyć czemu jest taka słynna... Nazwa mówi sama za siebie.
Cała zatoka Phang Nga to park narodowy. Te skałki mają swój urok min dlatego, że tak jak na Maya Beach porastają je zielone rośliny, które wręcz rozsypują się po całej skale. Dodatkowo wyrastają z ziemi tak jakby kto po prostu wziął młotek i ją wbił w wodę. W filmie o 007 wystąpił Roger Moor, który podobno ścigał (jak zwykle zresztą) przestępce, który ukrywał się na tej wyspie. Przyznaję bez bicia - nie oglądałam filmu. Tak więc mam trochę do nadrobienia.
Widok z drugiej strony wyspy równie ładny.
Jaskinia z drugiej strony wyspy, do której można wejść. Fajne widoki. Trzeba uważać bo skały są bardzo wyrobione, poza tym aby się wspiąć do jaskini trzeba wejść ostro pod górkę po skałach.
No i jest lunch przy równie pięknych widokach. Lunch spożywamy na floating restaurant, która jak sama nazwa mówi usytuowana jest na wodzie. Przyjemne doznanie, przyjemny posiłek, przyjemna wycieczka. Bardziej ukontentowanym chyba nie można być?
Poniżej zdjęcia z eksploracji kolejnej jaskini. Zwiedzamy Ice Cream Cave, w której możemy odnaleźć przedziwne kształty. Obowiązkowo dostajemy kaski. W jaskini jest bardzo ciemno. Trzeba uważać podczas chodzenia. Jaskinia jest przepiękna. Robi na nas ogromne wrażenie. Na samym końcu znajduje się niewielki otwór przez który możemy zobaczyć naprawdę dziewiczy raj, do którego nikt nie ma dostępu. Jezioro, które otaczają z każdej strony skały. No widok po prostu wspaniały.
No i ostatni punkt wycieczki to krótki wypoczynek na jednej z wysp Lawa Island.
Nie opisywałam Wam każdego punktu wycieczek, ponieważ nie chciałam Was zanudzać ciągłym wspominaniem o snorkelingu, pływaniu, odpoczywaniu. Poniżej zamieszczam Wam foldery, które wzięłam od Pani Mai z naszych wycieczek. Więc jeżeli ktoś będzie zainteresowany tymi samymi wycieczkami, spokojnie może zapamiętać wygląd ulotek.
1. Raffting. Nasz program to "C"- cena wyjściowa 3000 THB. Kupiliśmy wycieczkę za 1500 THB. Na ulotce jest kilka programów. Do wyboru do koloru.
2. Phi Phi Maya & Khai Island. Cena wyjściowa 3200 THB. Wynegocjowaliśmy ją za 1500 THB. Opis programu poniżej.
3. James Bond Island. Cena wyjściowa 3800 THB. Wynegocjowaliśmy za 1500 THB.
A tu Pani Mai od której zakupiliśmy wycieczki.
Została nam jeszcze jedna atrakcja, którą chcieliśmy zobaczyć na Phuket. Mianowicie Wielki Budda. Dotarcie na niego wcale nie jest takie proste. Buddę widać chyba z każdego miejsca wyspy, ale to dlatego, ze jak sama nazwa mówi jest Wielki Budda w dosłownym znaczeniu tego słowa. Taksówka kosztuje sporo, więc postanawiamy dotrzeć tam lokalnym środkiem, lokomocji, czyli autobusem. Najlepiej powiedzieć kierowcy dokąd chcemy jechać. Kierowca wysadzi nas na rozwidleniu dróg. Ale ale to nie jest jeszcze Budda. Do niego jest jeszcze droga stromo w górę. Dokładnie jakieś 5 km. Gubałówka przy tym to pestka. Jeszcze w taki gorąc. Postanowiliśmy zatem skorzystać z okolicznych taksówkarzy, którzy oczekiwali na takich jeleni jak my, tuż na rozwidleniu. Najtaniej udało nam się znaleźć taksówkę za 200 THB. Z powrotem postanowiliśmy jechać do Kata Beach. Taksówka kosztowała 600 THB.
Jedziemy na pace :D
Wejście na Buddę jest darmowe. Tak samo chusty, którymi się okrywamy przed wejściem. Widoki przepiękne. Budda ogromny. Obok Buddy i pod, znajdują małe kompleksy świątynne. Mnóstwo małych pomników Buddy, kilka sklepików gdzie możemy nabyć małe posążki, a jeżeli ktoś chce, może poprosić mnicha o błogosławieństwo :) Kiedy my byliśmy, kompleks był w budowie. Oczywiście można było go zwiedzać, jednakże nie można było wchodzić np na olbrzymie schody.
A może błogosławieństwo od mnicha? Jeżeli tak, to ustaw się w kolejce i zdejmij obowiązkowo buty.
A taki oto małpiszonek mieszka na terenie kompleksu. Trzeba uważać, bo może ugryźć. Nie dotykamy i nie wyciągamy żadnych błyskotek. Małpka na początku siedziała sobie grzecznie, a później postanowiła powyciągać torebki z kosza. Ot taka to rozrywka.
I tu już ostatnie zdjecia pożegnalne z wyspy, podczas jazdy autobusem na lotnisko...
Wrzucam jeszcze rozkład autobusowy i cennik na lotnisko. Autobus zatrzymuje się praktycznie w każdym miejscu. Nie trzeba stać na przystanku. Można machnąć ręką. Powinien się zatrzymać. My oczywiście przezornie poszliśmy i tak na przystanek - woleliśmy nie ryzykować.




















































































































































