Już kilka miesięcy przed wyjazdem czuję się nakręcona.
Letnia, dyskotekowa muzyczka w słuchawkach, która nastraja wakacyjnie. Termin urlopu zaklepany w połowie lipca, więc
trzeba coś zaplanować. Ale ale, planowanie kilka miesięcy przed jakoś do nas
nie pasuje, więc? Wycieczka kupiona dwa dni przed wylotem. Kryteria mamy
proste: hotel minimum czterogwiazdkowy w dobrej cenie, bardzo dobre opinie,
blisko do morza i oczywiście all inclusive. Nie jedna persona, która to czyta
na pewno sobie myśli: „Co za wygodne
babsko”, druga „w dobrej cenie minimum czterogwiazdkowy? Zapomnij
marzycielko…” Mnogość tego typu opinii w mojej głowie nie ma granic. Ale
kto szuka… ten znajdzie!
Tak więc znaleźliśmy i my. Grecja, wyspa Kos. Przyjemna wysepka, hotel pięciogwiazdkowy z uwzględnieniem powyższych kryteriów, pobyt tygodniowy pobyt 2500 tysiąca od osoby. Tak
więc bilety kupione, wycieczka zaklepana, walizki spakowane, więc? Komu w
drogę temu czas. Wylot z Chopina. Parking zaklepany. Nie proponuję bezpośrednio
na lotnisku, ponieważ ceny są dosyć wysokie. My znajdujemy jak zwykle gdzieś
niedaleko lotniska. Cena waha się koło 100 zł
za cały pobyt naszego samochodu, albo i mniej – w zależności od
parkingu. W podróż wyruszamy koło 2 w nocy, aby po 6 wsiąść w samolotu. Radość
nasza nie ma granic. W końcu doczekaliśmy się wymarzonego od kilku miesięcy
urlopu. Oczywiście nie byłabym sobą
gdybym nie po marudziła, że chcę kawy, która na lotnisku jak i wszystko inne
jest w horrendalnie wysokich cenach. Złodziejskie marże mogą szybko wykończyć
nasz portfel. Więc jeżeli już chcecie bardzo coś zjeść albo napić się kawy, to
chyba lepiej uderzyć do znanego wszystkich „Maca”. Oczywiście maruda Eljot,
czyli ja, zamówił
„kanapkę” z rybą, tzn myślał, ze to jest kanapka. Okazało się niestety burgerem
z białej buły, której nie znoszę. Do tego tłusty sos… bleeeee Jak zwykle małżonek posilił się podwójnie. Mi
pozostało zjeść samą rybkę :D i wypić kawę. Jest i
nasz podniebny autokar. Zawsze liczę na
trochę emocji na pokładzie, więc i tym razem mam nadzieję, ze wpadniemy w
lekkie turbulencje podczas podrózy. Niestety, a może i dla niektórych dobrze,
żadnych nie doświadczyliśmy. Lot w sumie cały przespałam w niewygodnej pozycji.
Podróż trwała koło 4h. To co
zobaczyliśmy po wyjściu z samolotu, to jakaś masakra.
Lotnisko na Kos jest tak
małe i zacofane. Jesteśmy w olbrzymim szoku, ze taka wyspa, która zyje z
turystyki jest mocno oblegana przez całą Europę, nie ma porządnego lotniska. Ale ale nie będę gołosłowna bo jeszcze ten
kto nie był powie, ze jestem kłamczuchem, przytoczę największe jak ja to mówię
„żale” lotniska. Bardzo małe, ale to w dosłownym znaczeniu tego słowa.
Skumulowały się nam dwa samoloty z Warszawy, gdyż jeden się spóźnił, plus
jeszcze jeden samolot z innego kraju. Lotnisko nie było w stanie pomieścić
wszystkich pasażerów. Tylko dwie taśmy,
które „wypluwały” nasze bagaże. Dodatkowo przy każdej znajdowała się tablica na
której ręcznie napisane było z jakiego lotu wypakowywane są bagaże na taśmę. Na
swoje walizki czekaliśmy chyba ponad godzinę. Zawsze podczas odbioru bagażu mam
nieziemskiego stresa, ze moja walizka zagnie. Zakupiłam nawet wściekle żółtą,
żeby była jedyna w swoim rodzaju i widoczna z daleka. Gdy nareszcie doczekaliśmy się swoich tobołów, okazuje się, ze walizka jest uszkodzona. Hmmm no cóż… Nie jestem czepialska. Wiem jak
traktują walizki ludzie, którzy je wypakowują. Niejednokrotnie rzucają. Walizki
są traktowane jak śmieci. Dlatego trzeba pamiętać, ze jeżeli pakujemy cokolwiek
szklanego, to trzeba to odpowiednio zabezpieczyć. Najlepiej włożyć pomiędzy
ciuchy, tak aby się nie zbiło. Nareszcie na horyzoncie pojawia się żółty kanarek plus
niebieska torba rayanerowska, więc możemy uderzyć do naszego rezydenta, który
ma nas odebrać z lotniska.
Od razu po wyjściu z lotniska czuję nieziemską
radość, choć ostatnio strasznie tłumię ją w sobie. Nie potrafię jej okazywać na
zewnątrz. Stres i zmartwienia w pracy
robią swoje. Nawet najlepsza wycieczka może stać się przez to koszmarem. Staram
się odciąć od tego typu myślenia. Jest nasz rezydent, jest i autokar ruszamy w
drogę. Do kurortu jedziemy zaledwie 20-25 minut. Szybko. Jesteśmy jednymi z
ostatnich pasażerów jacy wysiadają z autokaru. Poza nami wysiada jeszcze jedna
para. Po zameldowaniu się łamaną angielszyzną w Kurous Palace, pozostawiamy
nasze bagaże w pokoju obok recepcji, gdyż nasz pokój będzie gotowy za jakieś
półtorej godziny.
Przechadzamy się po kompleksie. Jest cudownie. Po prostu
raj…Dwa wielkie baseny. Jeden na pierwszym poziomie, drugi na parterze. Dwie
restaracje przy basenach, oczywiście drinki all inclusive (po zameldowaniu
dostaliśmy opaski, które uprawniały nas do korzystania ze wszystkich
przywilejów hotelu). To jest to co misie lubią najbardziej… Radość moja nie
miała granic. Od razu bierzemy przekąski w przy basenowej restauracji, plus
drinki. Trzeba przyznać, ze kelner nie szczędził na alkoholu. Nareszcie
upragnione wakacje, podczas których mój tyłek będzie się lenić prrzed basenem i
nadrabiać zaległą literaturę. Po półtorej godzinie powracamy do recepcji. Do
pokoju zawozi nas pan samochodzikiem. Tak więc nawet nie musimy się wysilać aby
dojść do naszego lokum. Cały hotel upstrzony jest niewielkimi domkami. W sumie
można nazwać je miasteczkiem hotelowym. Pokoje są w niewielkich domkach. My
dostajemy pokój na parterze z widokiem na morze. Cudo… Własny niewielki
balkonik przy wejściu, stolik. Pokój zawiera wielkie łóżko, które niestety już
po pierwszej nocy mi nie odpowiadało. Tak, tak, jestem wygodnicką marudą. Ale
ale! Łóżko składało się z dwóch złączonych spartańskich łóżek. Kiedy waliłam
się na stronę małżonka, tyłek mi wjeżdżał w dziurę, bo łóżka się rozjeżdżały :D
Drugi basen w naszym
hotelu, który znajdował się na drugim piętrze, zaraz koło drugiego baru.
Takie domki były w
całej "wiosce". Nasz wyglądał podobnie. I nareszcie pokój. Niestety minusem było łóżko, które złączone z dwóch lekko się rozjeżdżało.
Widok z naszego tarasu.
I morze.... wspaniały
widok, Nieziemskie wrażenia, Morze przy naszym hotelu. Oddalone zaledwie o kilkadziesiąt metrów.
Jest i klima, ładna
łazienka, i sejf, do którego można wpakować wszystkie cenne rzeczy. Za darmo!
My, naczelni
bałaganiarze, jakoś specjalnie nie rozpakowujemy się, od razu strój kąpielowy i
gdzie? No oczywiście na basen. Wspominałam już, ze są dwa. Jeden na górze,
drugi na dole. Uwierzcie mi, ze widok hotelu to bajka. Marzenie każdego.
Każdego, kto nie ma takich luksusów na co dzień, albo po prostu nie ma az tyle
kasy aby tak mieszkać. Nie zrozumćie mnie źle. Nie nalezę do biedaków. Choć też
nie mam zamiaru udowadniać nikomu, że nim nie jestem. Ale kto był w tego typu w
kompleksach hotelowych, wie co godom – jak to mówi górol. Nasze tyłki od razu
zazyły basenowej przyjemności :D nie wspominając już o drinach, które można
było pić bez końca.
Po zażyciu wodnej
przyjemności można skoczyć na obiad, który jest zawsze w tych samych godzinach.
W sumie to nie pamiętam już jakich… chyba od 12 do 14. Choć tak naprawdę każdy
kompleks hotelowy ma swoje godziny. A obiad???? Pierwsza klasa. Ofzywiście
czytaliśmy z mężem o marudach, które ciągle opisywały, że słabe jedzenie,
tłuste, nic zdrowego, nic wymyślnego, stare, blablabla
Oto moja
charakterystyka: nie jadam zbyt często mięcha, jeżeli już jem, to wołowinę
pierś z kurczaka. W większości moje posiłki składają się z ryb, warzyw,
chlebków wasa. I uwaga! Jak dla mnie było ful jedzenia, które bez marudzenia
mogłam jeść. Przynajmniej 3 ryby, owoce morza, warzywa, był kącik
beztłuszczowy, tylko grilowany, były sery pleśniowe, warzywa gotowane. Ale żeby
nie zniechecić tych co lubią konkretnie zjeść, były również tłuste kiełbaski,
wołowina, wieprzowina, lazania, kurczak, szpinak z serem… można by wymieniać i
wymieniać. Gerenalnie jedzenie było tak różnorodne, że nie jesteście w stanie
tyle zjeść nawet przez 3 posiłki. Potrawy się codziennie zmieniały,
przynajmniej te obiadowe i na kolację. Śniadania były raczej standardowe, takie
jak w każdym hotelu w którym byłam tj. jajecznica, jogurty, owoce, kiełbaski
smażone, ser, wędlina, warzywa itp. Mam wrażenie, ze śniadania robią trochę pod
angoli, którzy jedzą tłusto i konkretnie. W Polsce raczej się rzadko zdarza aby
ktoś pochłaniał tłustą jajecznicę z tłustą kiełbachą i tłustym serem na
śniadanie. Ale nie przerażajcie się. Nawet dla takiego wybredziocha jak ja coś
się znalazło, a więc znajdzie się i dla was. A tak a propo jedzenia,
zapomniałam wspomniec o przeróżnych deserach i owocach. Tylko nie nastawiajcie
się na wydziwiane nie wiadomo co. Desery raczej standarowe, takie jak wszędzie,
tj pudingi, galaretki, castka z kremem, lody, oryginalna grecko-turecka
baklava, oraz delicious, które też cięzko zaliczyć do któregoś kraju, aaaa i
owoce, w tym przepyszne zielone melony.
Mój mąż nie byłby
sobą gdyby nie chciał już pierwszego dnia zaliczyć morza. Oczywiście ja, jako
naczelny nieuk i beztalęcie pierwszej jakości, które nie potrafi pływać, trochę
się nurzało?…ale tyłkiem po piasku, a potem usnęło po ciężkiej podróży…
Mogłabym wam opisywać wspaniałości tego kurortu i moją olbrzymią radość, ale nie chcę was zanudzić
pierdołami, które po prostu was nie będą interesować. Bo i po co opowiadać…
każdy musi to przezyc sam na własnej skórze. Więc??? Przejdźmy do kolejnych dni…
Niedziele spędziliśmy
kurorcie oraz na plaży, która oddalona była od hotelu zaledwie 200
metrów. W kolejnych dniach zaliczyliśmy okoliczne miasto Mastichari, do
którego pojechaliśmy autobusem, odchodzącym z pod hotelu. Miasto małe, bardzo
klimatyczne, z mnóstwem białych domków oraz sklepów i kawiarni. Jeźeli chodzi o
plażę to niestety jakoś nie przypadła mi do gustu z powodu obrzydliwych,
ususzonych alg, które leżały na brzegu. Okej, jak już wiecie macie do czynienia
z marudą, francuskim pieskiem i …. Może poprzestańmy na tych okresleniach. Ale
te algi były naprawdę feeee. Wylukaliśmy z małżonkiem jakaś niewielką wydeptaną
ścieżke, gdzie ich nie było, wiec można było się jakoś przez nie przebić. Z
powrotem do hotelu postanowiliśmy się przejść spacerkiem promenadą. Marsz trwał
około 40 minut, ale parzyło słońce jak cholera. Pierwsze co zrobilismy po
przyjściu, to basen…
Hotel oferował
również darmowy pobyt na bsaenie Lido. Jeden dzień za darmo, można skorzystać
ze wsztystkich dobrodziejswt obiektu. Jak dla mnie i mojego małżonka obiekt
super. Ja oceniam atrakcje, które są adekwatne do osób nie potrafiących pływać,
czyli jacuzzi, baseny mój mąż zjeżdżalnie i hardcorove atrakcje. Mąż ocenia
zjeżdżalnie jako super. Kilka do wyboru, niesamowity widok podczas wchodzenia.
Emocje podczas zjazdu… nieziemskie. Zdecydowanie najlepsza była biała
odkryta. Bardzo dobra prędkość i nieziemska ekspozycja. Lej był również
niesamowity. Przy 90 paru kilogramach można było dwa/trzy razy się na nim
obrócić – oczywiście cytuję zdanie męża, nie moje.
Jest jedno jacuzzi,
nie jest to rzeczywiście zbyt wiele, ale spełniło moje oczekiwania. Na około jacuzzi
kamień, który, wyglądał bardzo ładnie. Bąbelki ok J. Jest jeszczse
jedna atrakcja, o której warto wspomnieć. Na głównym basenie, co kilkadziesiąt
mintu „puszczane” są nieziemskie fale. Na samym końcu basenu, przy ścianie jest
pompa, która „wypycha” fale. W efekcie powstają nieziemskie fale, podczas
których się skacze. Fale przyjemnie kołyszą. Są dosyć wysokie, ale ten kto nie
potrafi pływać, nie powinien się obawiać. Na obiekcie jest bar, w którym
niestety nie można płacić kartą. Są dostępne różnego rodzaju drinki i przekąski.
Może nie będę już Wam
opisywać każdego spędzonego dni. Skupię się tylko na najważniejszych
zabytkach/dobrodziejstwach wyspy.
Niestety podczas
wycieczki spotkało nas niezbyt przyjemne wydarzenie. Piszę to w formie
przestrogi dla innych. Ale może od początku…
Wynajęliśmy
samochód - proponuję to zrobić nie przy kurorcie, tylko gdzieś w najbliższym
mieście, gdyż samochód można wynająć dużo taniej niż przy hotelu. W
mieście wynajęcie samochodu kosztowało nas 35 euro na 24 godziny. Tymczasem
przy hotelu za podobną cenę proponowano nam za tą samą kwotę na 12h. jest
spora różnica. Biorąc pod uwagę, że chcieliśmy udzerzyć na termy, w które
najlepiej jechać w godzinach wieczornych, gdyż z w dzień jest zbyt gorąco.
Wypożyczyliśmy
samochód. Nie było problemu aby z podjechali pod nas nas następnego dnia
bezpośrednio pod hotel. Około 19 ruszamy w drogę do term. Termy znajdują się
koło stolicy Kos,
Należy wiedzieć, że
termy to nie jest kompleks basenowy. Jest to miejśce w którym wody wybijają się
prosto ze skał tuż przy brzegu morza. A więc nie jest yto kompleks basenowy.
Jest to zupełnie „dzikie” jeżeli mogę to tak nawać, miejsce. Nie ma tam szafek
basenowych, nie ma tam prysznica. Nie ma również oświetlenia. Swój dobytek
zostawiacie zupełnie na plaży, niestrzezony. Termy, to nic innego jak niewielki
zaułek, który otoczony jest kamieniami. Dzieki temu woda z morza ma niewielkie
szanse łączyć się z wodą siarkową z term. Woda nagrzana do
koło 50 stopni celcjusza i nasączona siarką, wypływa ze szczeliny
skalnej do morza. Im dalej do morza, tym chłodniejsza jest woda.
W tą wyprawę
najlepiej sę wybrać wieczorem, gdyż temperatura powietrza w okolicach 40
stopni, nie sprzyja wodzie, która ma podobną temperaturę. My, tak jak pisałam,
wybraliśmy się późnym wieczorem.
Wrażenia super. Woda
uchodzi za leczniczą. Na początku ciężko się zanurzyć, gdyż woda jest zbyt
ciepła. Jednakże, przez kilka minut się przyzwyczaimy. Dzięki temu możemy
spokojnie wejść głębiej,. Bliżej morza.
Po wyjściu z term,
czeka nasz niezbyt miła niespodzianka. Ursyn mówi, że nie mamy w plecaku
telefonów. O dziwo nie zniknął portfel schowany w but. Nie zniknął power bank
chowany w kieszeń w plecaku w którą schowane były telefony. Zniknęły jedynie
smartfony. Nie możemy w to uwierzyć.
My, osoby, które
uważamy. Osoby, które nie zostawiają na widoku sprzętu. Osoby które, jeżeli idą
może nie pywać, bo w tym kompleksie jest to raczej nierealne, bardziej
pasuje słowo kąpać się, cały czas uważają czy nikt się nie kręci wokół ich
dobytku, zostają pozbawione dwóch telefonów. Jeden z nich to Huiwai P8
lite, drugi to samsung note 4. Piszę to dla Was w formie przestrogi. Nie
zostawiajcie telefonów na tej plaży. Zejście jest bardzo strome, więc i tak
musicie prawdopodobnie podjechać samochodem, a później zejście pieszo. Lepiej
zostawić cały dobytek w samochodzie niż się pozbawić go. Po odkryciu, że
zginęły nam dwa telefony, jestem zrozpaczona. W tym telefonie były nasze
przynajmniej dwa lata życia. Już nie wspominając o cenie telefonów. Szczególnie
mój, note 4, bardzo drogi. Ale można powiedzieć, że sam sobie jesteśmy winni.
Przecież mogliśmy telefony zostawić w samochodzie…ale nikt nie traktuje
telefonu jak droga rzecz, tylko coś oczywistego co każdy ma… a tak naprawdę
wolałabym aby zginęły nam dokumenty niż telefony za 4 tysiące złotych…
Panika
moja nie miała granic. straszne uczucie. I do tego mieliśmy jeszcze powrót do
hotelu przed sobą. Bez nawigacji, bez telefonów, bez mapy... Podczas powrotu
płakać mi się chciało. Nie zgłosiliśmy kradzieży na policji, gdyż wydało nam
się to bezsensu. Bo co może zrobić policja??? dodatkowo nie mieliśmy pojęcia
gdzie znajduje się komisariat. Więc postanowiliśmy po prostu powrócić do
hotelu. Jak?? Na pamięć. Droga powrotna była katorgą. Biliśmy się obydwoje z
myślami. Przecież głupki z nas, mogliśmy zostawić wszystko w samochodzie. Ale
nie. Skuszeni cudownymi wrażeniami i cudownymi foteczkami, których i tak nie
zrobiliśmy, straciliśmy obydwa smartfony. A nalepszxe jest to, że złodziej mógł
wziąść również power banka i kabel, który znajdował się w tej samej kieszeni.
Ale po co... Mąż zapobiegliwy włożył portfel i dokumenty do buta....
Oczywiście nie zginęły. Co za ironia...
Nie wiem jak udało nam się powrócić do hotelu bez przeszkód. Całe szczęście, że w sejfie miałam schowany jeszcze jeden telefon, który był śłużbowym. To dzięki niemu mogliśmy zadzwonić zablokować bankowość mobilną oraz karty telefoniczne. Zadzwoniliśmy równiez do rezydenta, który niestety powiedział nam, że nie ma sensu zgłaszać na policję kradzieży. Łzy mi się cisnęły do oczu. Ale co zrobić. Trzeba jakoś dalej żyć. To tylko telefony...Następnego dnia mieliśmy jeszcze wynajęty samochód.
Tak więc trzeba było wykorzystać ten czas. Zwiedziliśmy stolicę Kos.Mijaliśmy drzewo Hipokratesa, które znajduje się zaraz w centrum stolicy, na przeciwko meczetu. No co mogę Wam powiedzieć... Drzewo jak drzewo. Nie zachwycam się, bo i nie ma czym. Podobno posadzone jest przez samego Hipokratesa, który miał rzekomo prowadzić pod nim wykłady. Czy tak było? Kto wie. .. Zobaczyć można... ale i tak nie można do niego podejść zbyt blisko, ponieważ otoczone jest metalowym ogrodzeniem. Zaraz niedaleko znajduje się Zamek Joanitów z widokiem na port. Położony na półwyspie, otoczony morzem i portem zapiera dech, gdyby nie... słońce. Niesamowita patelnia... Chodzenie po XVI -wiecznych murach jest to nie lada wyzwanie. Z historią jestem na bakier, ale jak wyczytałam w internecie, zamek miał chronić przed Turkami.
Położenie stolica Kos, na przeciwko meczetu. Wstęp - 3 euro
|
Zobaczyliśmy również Asklepjon. Pierwszy na świecie szpital. Obiekt znajduje się w lesie. Choć zwiedzanie odbywa się praktycznie na odkrytym terenie. My byliśmy w lipcu. Temperatura była masakrycznie wysoka. Dochodziła do 40 stopni. a może na odkrytym terenie była nawet powyżej. Po budynku szpitala nie zostało zbyt wiele jak widać na zdjęciach. Pozostały jedynie kolumny, trochę ścian na najniższym poziomie, oraz olbrzymie schody, które uświadamiają nam jak olbrzymi musiał być budynek.
Zupełnie przez przypadek trafiliśmy do miejsca, gdzie można było zakupić wszelkiego rodzaju wyroby z miodu. Do wyboru do koloru. Potrzebujecie zakupić kosmetyki z miodku? Proszę bardzo! Kremy, mydła, balsamy. A może macie życzenie napić się nalewki? Albo wolicie prawdziwy miód? Bez problemu się tam odnajdziecie. Dodam, ze sklep oferuje wszelkiego rodzaju produkty, nie tylko z miodu pszczelego, ale również miód tymiankowy, piniowy, z dodatkami orzechów... Produktów było całe mnóstwo.
Miejsce całkiem fajnie wygląda, gdyż przed budynkiem znajduje się olbrzymia pszczoła :D przy której oczywiście musieliśmy zaliczyć zdjęcie.
Niedaleko naszego hotelu znajduje się, o czym jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, dom Hipokratesa. Hipokrates Garden jest to miejsce,w którym możemy obejrzeć replikę domu Hipokratesa, miejsce w którym byli leczeni ludzie przez ojca medycyny, oraz teatr. Oczywiście tak jak wspomniałam powyżej, jest to tylko replika, która została odtworzona na wzór dawnego domostwa Hipokratesa. Miejsce bardzo klimatyczne. Szczególnie uderzający się zapach ziół, który unosi się w powietrzu. Na koniec otrzymaliśmy od pani opiekującej się obiektem, bardzo aromatyczną, odświeżającą herbatę, która zdecydowanie nie smakowała jak normalny napitek, który możemy wypić w Polsce. Smakowała nawet mojemu mężowi, który nie przepada za tego typu napojami.
Wstęp na obiekt - 4 euro
Lokalizacja - koło 6 km od Mastrichari
PLAŻE
Przed wyjazdem czytaliśmy z mężem, że na Kos są piękne plaże. Byłam już w paru miejscach, i niestety muszę powiedzieć, że nie ma piękniejszych plaż niż na Fuertaventurze. Generalnie wszystkie plaże, nawet te, które w przewodnikach uchodzą za najpiękniejsze, są kamieniste. Więc przygotujcie sobie lepiej gumowe plażowe buty. Na większości leżą wysuszone algi. Jest ich naprawdę cała masa. Niektóre niemiłosiernie cuchną. Woda oczywiście jest wszędzie czysta - to jest raczej oczywiste, ale wejście do niej to nie lada wyzwanie. Tak naprawdę najładniejsza plaża znajdowała sie chyba przy naszym hotelu - pomijam algi. A może to też jest kwestia tego, że byliśmy raczej na plażach z jednej strony wybrzeża.
WYCIECZKA DO BODRUM - TURCJA
Jeden z ciekawszych kierunków, jeżeli chodzi o wycieczki proponowane przez hotelowego rezydenta, było tureckie Bodrum. Za jedną osobę zapłaciliśmy koło 35 euro. Wycieczka miała być połączona ze zwiedzaniem Turcji. Nie były nam potrzebne wizy, ponieważ w momencie wykupienia wycieczki otrzymywaliśmy od pani przewodnik wizę turystyczną, która uprawniała nas do wjazdu na teren sąsiedniego państwa. Podróż odbywała się katamaranem. trwała około 30 minut. Piękne widoki, podróż całkiem przyjemna, chyba, ze ktoś ma chorobę morską. Na miejscu czekał na nas autokar, który miał nas rozwozić po okolicznych atrakcjach. Niestety nie było tego dużo. Tak naprawdę to byliśmy jedynie na tarasie widokowym, praktycznie z autokaru zrobiliśmy zdjęcie amfiteatru na którym do dnia dzisiejszego odbywają się koncerty, zaliczyliśmy jeszcze jedno miejsce, którego nawet nie pamiętam, ale była to chwila... i autokar powiózł nas do centrum złota Bodrum Gold Center, w którym można było zakupić najdroższą biżuterię jaką chyba kiedykolwiek widzieliście.
Już w autokarze pani przewodniczka poinformowała nas, ze wszelkie negocjacje są wskazane i jeżeli ktoś będzie zainteresowany kupnem jakiejś "błyskotki", a nie zdąży wsiąść w nasz autokar - "nie ma problemu, zawieziemy do następnego miejsca taksówką". Skoro opłaca się odwieść klientów taksówką (i jeszcze za nią zapłacić!), to pomyślcie sobie ile musi kosztować jeden pierścionek czy tez bransoletka... Ceny były horrendalnie wysokie. Jak na pewno się domyślacie, nie skusiłam się na żaden brylancik. Swoje kieszonkowe postanowiłam wydać gdzie??? no oczywiście, ze na słynnym bazarze :D , który znany jest z różnego rodzaju podróbek najsłynniejszych marek świata. Oczywiście nie chodzi o to aby zakupić samą tandetę.
Na bazarze możecie zakupić tanie podróbki Lacosty, Giorgio Armanii, CK, Tommy Hilfigier, adidas, nike... itd itp. Ale możecie również zdecydować się na trochę lepsze podróbki słynnych marek, ale skórzane! Wykonane w bardzo przyzwoity sposób. Oczywiście nie wyszłabym z krainy ciucholandii bez żadnych pakunków, tak więc jest i torebka Dionizos :D i piękna bransoletka ze srebra z naturalnych kamieni. Torebka koło 150 zł, bransoletka 300 zł. Bransoletka z dwóch naturalnych kamieni. dosyć okazała rozmiarowo. Ale ale nie przerażajcie się są rzeczy również tańsze, a dla tych co lubią szastać grosikiem są i droższe :)
Bazar oferuje naprawdę wielki misz masz . Ciuchy, buty, biżuteria srebrna, złota, sztuczna, torebki, zegarki, paski, słodycze, herbaty, muszle... MASA RZECZY!!! Ceny przeróżne. Koszulkę oryginalną podróbkę :D możecie zakupić już nawet za 5/6 euro, albo i taniej. Torebki za 60,70 zł oczywiście są takie, które kosztują i 400 albo i więcej. Biżuteria z naturalnych kamieni, z opalami, hematytami i innymi przeróżnymi kamieniami. Ceny od kilkudziesięciu wzwyż.
To o czym warto jeszcze wspomnieć, to przepyszny oryginalny kebab z baraniny. Niebo w gębie. Nie smakuje jak kebab w Polsce, a ceny również przyzwoite, podobne jak w Polsce.
Nasz katamaran, którym płynęliśmy do Bodrum
Amfiteatr
A to beznadziejne centrum złota do którego nas przywieźli.
TO I OWO ORAZ ILE KOSTET
koszt samej wycieczki - 2800 (hotel 4,5 gwiazdek)
tak naprawdę nie trzeba wydawać więcej niż na samą wycieczkę. Można siedzieć w hotelu, przejść się do sąsiedniego miasta. Wycieczka all inclusive wszystko w cenie.
koszt wynajęcia samochodu - około 35 euro za 24h (w zależności od miejsca, szukać najlepiej dalej od kurortu)
koszt wycieczki do Bodrum - 35 euro ze wszystkim, łącznie z wizą
wstęp do term - za darmo
wstęp do Zamku Joanitów - 3 euro
wstęp do Hipokrates Garden - 4 euro
wstęp na basen Lido - za darmo (w cenie wycieczki jeden wstęp)
koszt wycieczki, który ja poniosłam - 3600 od osoby (łącznie z zakupami w Bodrum, samochodem, wejściówkami itd itp)












