Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

sobota, 10 sierpnia 2019

KALININGRAD - MAŁA ROSJA


Na ten moment czekaliśmy od dawna. Wujek Putin znosi płatne wizy do Kaliningradu! Kiedy o tym słyszymy, od razu Ursyn zaczyna działać. Ściągamy apkę na komórkę do robienia zdjęć do wiz (Photo for passport), następnie Ursyn wypełnia nasze wnioski, załączając przy tym zrobione zdjęcia. Po kilku dniach dostajemy odpowiedź na @, że dostaliśmy e-wizę! Na podstawie tego dokumentu możemy przebywać na terenie Obwodu 8 dni. Wiza jest ważna maksymalnie 30 dni i nie można jej wykorzystywać wielokrotnie. Link do e-wizy tu.
W związku z tym, ze nie jest to od nas zbyt daleko (jakieś 300 kilometrów), postanawiamy jechać samochodem. Tak więc, pod koniec lipca ruszamy do Rosji. Bierzemy wolne w pracy w piątek. Wyruszamy w czwartek po pracy. Droga dosyć dobra, wiec do przejścia granicznego Bezledy dojeżdżamy w założonym czasie. Niestety na granicy spotyka nas niemiła niespodzianka. Pomimo, że na stronie przejścia cały czas pokazywało, ze nie ma kolejek, to stoimy po naszej stronie jakieś półtorej godziny. Nie wiem czy to wina naszych, czy Rosjan, ciężko się zorientować w tym chaosie. Cały przejazd przez dwie strony zajmuje nam 3 godziny. 
Oczywiście jak zwykle jest ze mną problem, ponieważ mam dwa nazwiska, a tylko w polskim języku oddziela je kreska pozioma, której nie można było wstawić we wniosku e-wizy. Po jakiś 10 minutach nareszcie dostaję pieczątkę w paszporcie. Ruszamy do kolejnego okienka, gdzie należy odprawić samochód. Wcześniej nikt nam nie powiedział, że będziemy musieli wypełnić wniosek. Tak więc celnik każe nam zjechać na parking, wypełnić wniosek, który od niego dostajemy, zgodnie ze wzorem na tablicy. Czekaliśmy tyle czasu, to mogliśmy go wypełnić wcześniej. Ale oczywiście kogo to obchodzi, ze jest to strata czasu... Ursyn sprawdzał wcześniej na stronie przejścia czy wniosek można pobrać. Można, ale wypełnienie go bez wzoru sprawi Wam trudność. 
Nie będę później opisywać już całego powrotu, nadmienię tylko, że na przejściu spędziliśmy 2,5 godziny. 
Kiedy stoimy na granicy, obserwujemy sąsiednie samochody. Praktycznie wszystkie mają rejestrację NBA... i wszyscy kierowcy się znają... Wysiadają ze swoich pojazdów. Zostawiają je otwarte, podają sobie rękę, rozmawiają jak starzy znajomi. Nie trzeba się długo zastanawiać aby zorientować się o co chodzi. Kierowcy z Polski jeżdżą do Kaliningradu głównie po papierosy i paliwo. Cena gazu wynosi 1,20 zł. Benzyna kosztuje 2,90 (95).

Planowaliśmy kupić kartę, jednakże przez pierwsze dni wyjazdu nie udało nam się spotkać jakiegoś salonu/kiosku z kartami. Tak więc do hotelu jedziemy na wcześniej wczytanej po polskiej stronie, mapie google w trybie off. Wprawdzie wgraliśmy jeszcze w domu na telefon, mapę miasta działającą w trybie offline (aplikacja here), jednakże mapa wujka google cały czas działa poprawnie. 
Do hotelu docieramy koło godziny 22. Postanowiliśmy poszukać jak najtańszego noclegu nawet gdzieś dalej od centrum (rezerwacja przez booking), gdyż mamy samochód, więc nie będziemy używać zupełnie komunikacji miejskiej. 
Hotel okazuje się całkiem sympatycznym, wielokulturowym miejscem. Posiada własny, ogrodzony parking, recepcja czynna całą dobę. Po hotelu należy poruszać się w kapciach albo skarpetkach. Znajomość angielskiego dziewczyn w  recepcji pozostawia trochę do życzenia, jednak spokojnie się dogadujemy. Ursyn trochę po rosyjsku, ja po angielsku i polsku. Kuchnia znajduje się przy recepcji. Można zupełnie za darmo zrobić sobie kawę czy też herbatę. Miejsce to, gromadzi wszystkich gości, którzy okazują się bardzo sympatyczni. Już pierwszego wieczoru zapraszają Ursyna do stołu. Goście hotelowi pochodzą głównie z ościennych państw. 
Jeżeli ktoś jest zainteresowany tym samym lokum, poniżej podaję info dotyczące miejscówki.
Big Hostel + Mini Hotel - cena 178 zł za dwie osoby za 3 noce. 

Poniżej zdjęcia naszego pokoju.




Następnego dnia, z samego rana ruszamy na podbój miasta. Parkujemy nasz samochód na jednej z ulic niedaleko centrum, robimy zdjęcie ulicy, zapamiętujemy lokalizację i ruszamy. 
Pierwsze miejsce, które odwiedzamy to Plac Zwycięstwa, przy którym znajduje się dziwny monument. Wcześniej na tym miejscu stał pomnik Lenina (od 1958 roku). A jeszcze przed nim Stalina. Niedawno Lenin został przeniesiony w inne miejsce, a za niego postawiono poniższy obelisk zwany Kolumną Triumfalną. Na samej górze znajduje się napis  CCCP. Gołym okiem ciężko go zobaczyć. 
Podobno zimą na tym placu stoi choinka. Ponadto odbywają się tu największe imprezy i koncerty. Na tym placu krzyżują się główne ulice miasta. Przecina się tu większość linii autobusowych i trolejbusowych. Po odnowieniu placu, w okolicznych budynkach powstały restauracje i sklepy znanych marek. 


Tuż na przeciwko pomnika stoi przepiękna cerkiew. Sobór Chrystusa Zbawiciela, bo tak się nazywa, wybudowany został w roku 1996, tak więc jak widać, to bardzo młoda budowla. Jest to katedra eparchii kaliningradzkiej, co oznacza, że jest to taki odpowiednik naszej diecezji. 
Budynek jest jednym z największych w mieście. Wrażenie wielkości potęgują również olbrzymie, jasne schody, które prowadzą zarówno do wejścia głównego jak i nawy bocznej. Dodatkowo, piękne, złote kopuły dodają wielkości i przepychu. 
Ale prawdziwy przepych znajduje się w środku. Całe ściany, łącznie z tymi sufitowymi, wypełnione są kolorowymi malunkami. Przez szyby w kopułkach wpadają promienie słońca, które przepięknie oświetlają malunki. Jest to chyba jedna z piękniejszych cerkwi jakie widziałam. 
Kiedy weszłam do środka, muszę powiedzieć, że nikt mnie nie ścigał za krótkie spodenki. Oczywiście z aparatem trzeba się chować, ponieważ jak zapewne wiecie, w tego typu przybytkach nie można robić zdjęć. Tak wiec tradycyjnie - zrobiłam. 
Podobno o lokalizacji soboru zadecydowali mieszkańcy w referendum. W 1996 roku przyjechał sam Jelcyn, który umieścił  tam ziemię z pod fundamentów soboru w Moskwie o tej samej nazwie. Natomiast na uroczyste poświęcenie w 2006 roku zjawił się sam Putin. Wnioskuję, że nazwa soboru miała być pewnego rodzaju spoiwem  pomiędzy Kaliningradem a Moskwą. Raczej nie jest ona przypadkowa. Tym bardziej, że cerkiew w Moskwie pod tym samym wezwaniem jest największą cerkwią prawosławną na świecie. 












Tuż obok stoi drewniany "Mały Sobór", który swoją elewacją koresponduje z "dużym soborem". Choć muszę powiedzieć, że nie jest tak ładny jak główna świątynia. 
Wejściówka do obydwu świątyń oczywiście darmowa.


Po zwiedzaniu świątyni, czas na lokalny bazar. Czyli coś co lubimy najbardziej. Bazar znajduje się przy ulicy Chernyakhovskogo 15. Jest to jedna z ulic odchodzących od prospektu Lenina. Od ulicy, targowisko nie wygląda jak targowisko, gdyż kryje się za budynkiem, który przedstawiam na poniższym foto. Trzeba po prostu wcisnąć się w jakieś przejście w budynku. Kiedy przez niego przejdziemy, znajdziemy się na placu ze stoiskami. 



Kiedy wchodzimy do środka, naszym oczom ukazują się wielkie hale wypełnione stanowiskami z warzywami, owocami, orzechami, bakaliami, słodyczami i wieloma innymi rzeczami. 
Na poniższych zdjęciach widzicie ceny produktów. Bardzo opłaca się kupować orzechy. Oczywiście cena zależna od odmiany. Dla przykładu orzeszki arachidowe kosztowały 8,50 za kilo. Śliwki suszone za około 12 złotych, papryka i bakłażany około 4 złotych, duże pomidory malinowe około 11 zł, czereśnie około 7 zł.





A co to takiego? Na początku myślałam, że są to kiełbaski. Tymczasem okazało się, że to orzechy zatopione w soku/galaretce z owoców. 


Z boku hal stoją mniejsze hale, w których zakupimy min różnego rodzaju sery oraz miód. I zatrzymajmy się tu na chwilę, ponieważ chciałabym Wam coś pokazać. Tak wiec idziemy do kolejnego zdjęcia...


Jeszcze czegoś takiego nie widziałam. Cały plaster miodu w słoiku! Z daleka wygląda trochę jak skóra węża. A tuż poniżej słoika, w plastikowych pojemnikach, olbrzymie plastry miodu wyglądające jak ciasto (jeden plaster kosztuje około 27 złotych). Niesamowite. 



A tu przedziwne owoce w słoikach. Nie mam pojęcia co to jest, ale wygląda ciekawie. To chyba jakieś porzeczki???


W hali za serami jest kolejna hala, w której znajdują się wszelkiej maści ryby. Dla moich oczu i podniebienia to istny miód. Ryby może nie są zbyt tanie, ale uwierzcie mi, że opłaca się je zakupić. My przychodzimy wieczorem aby kupić ryby na kolację, by następnie zjeść je w pokoju. Na dole w naszej kuchni są sztućce. Warto jednak na taki wyjazd wziąć swoje, bo nie każdy hotel dysponuje kuchnią. 




I kolejna hala, w której jest oczywiście mięcho... I znowu słyszę od Ursyna abym robiła zdjęcia. Szczególnie tym najbardziej drastycznym obrazom. A ja tymczasem mam odruch wymiotny... Poniżej tuszka...


Po nieprzyjemnych widokach czas na coś przyjemniejszego. Smaczne bułeczki smażone na głębokim tłuszczu, wypełnione różnymi farszami. Kapusta, ziemniaki, mięso. Bardzo dobre, ale oczywiście tłuste. cena zaczyna się od 1,80 zł.



Ale bazar to nie tylko owoce, warzywa i jedzenie. To również pamiątki. Możecie tu zakupić piękne, bursztynowe magnesy, szkatułki, figurki z bursztynu oraz biżuterię. 



Jeżeli ktoś chce kupić na bazarze ciuchy, to odradzam. Nie ma niczego ciekawego. Jak dla mnie, wszystkie wyglądają trochę jak u nas za komuny. Jeżeli już coś chcemy koniecznie przywieść z ciuchów, proponuję pochodzić po sklepikach znajdujących się przy prospekcie Lenina. Nie mówię o tych drogich. Przy ulicy jest wiele ciekawych butików, w których nie wydacie majątku. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nic nie kupiła... Tak wiec pojawiła się nowa spódniczka do kolekcji.

Po drodze mijamy radziecki czołg T34. Na pewno coś tam upamiętnia... Nie bardzo wiemy co. Zaliczamy foto i idziemy dalej...


Podobnie jak w Mołdawii, na ulicach bardzo często sprzedają kwas. Na skrzyżowaniu dwóch ulic, na chodniku, stoi pani pośród wielkich beczek z kranikiem. Jak widać na poniższym foto, ceny są różne, ale zawsze niskie. I to nam się podoba. Za litr kwasu płacimy około 3,30 zł. Jaki ma smak? Jakby zmieszać colę z piwem. Lekko palony, karmelowy. Smaków kwasu jest wiele. Podobnie jak kolorów. Nie każdy smakuje tak samo, choć zawsze podobnie. Są ciemne jak guinness, bursztynowe, intensywne i delikatne. Wszystko zależy od tego gdzie go kupimy. Ale to jest jak loteria. Polecam popróbować z kilku źródeł. 





Koniecznie chcemy zwiedzić Muzeum Oceanu (Museum of The World Ocean Petra Velikogo, 1-9), które znajduje się nieopodal. Muzeum jest naprawdę fantastyczne.

Mieści się zarówno na powietrzu jak i w budynku. Obiekt stoi nad wodą. Kiedy my byliśmy, akurat dobudowywali olbrzymią kulę do głównego budynku, która już na tym etapie wyglądała bardzo ciekawie.
Przy brzegu zacumowane są statki, które oczywiście możemy zwiedzić wewnątrz - po zakupie biletu. Możemy również obejrzeć je z zewnątrz. Wtedy nic za to nie zapłacimy.
Ale przejdźmy do samego początku. Bilet można zakupić zarówno w budynku jak i w automatach na zewnątrz. Nie widziałam w nich tłumaczenia po angielsku, więc wchodzimy do środka. Obiekt ma naprawdę sporo atrakcji do zaoferowania. Można tu spokojnie przyjechać na cały dzień. Bilet łączony możemy zakupić, ale tylko na wybrane atrakcje. 
My decydujemy się zwiedzić aquarium (200 rubli) łódź podwodna (300 rubli) oraz statek (200 rubli).




Akwarium może nie jest zbyt duże, jednakże ma naprawdę sporo do zaoferowania. W swojej kolekcji posiadają bardzo dużo gatunków przedziwnych ryb. Widzimy taką co ma wąsy, druga jest przepięknie kolorowa, inna wygląda jak wąż. Niektóre ryby, stłoczone zostały na bardzo małej powierzchni. Trochę mnie to dziwiło, bo w akwarium panował olbrzymi ścisk. Szczególnie tam gdzie znajdowały się rekiny, które naprawdę nie miały miejsca aby swobodnie pływać. 




To jest własnie ta ryba, która wygląda jak wąż. Niesamowita. Niestety nie chciała wyjść z tej jaskini. 





I olbrzymie piranie. Było ich strasznie dużo na małej powierzchni. A tuż pod nimi leżała sobie płaszczka. 


Po zwiedzaniu akwarium, wchodzimy na statek, który został cały odrestaurowany. Wnętrze naprawdę robi wrażenie. Mnóstwo ciekawych ekspozycji, ubrań, przedmiotów, stare mapy i cała masa innych rzeczy. Statek ma kilka poziomów. Widzimy maszynownię, kajuty, kuchnię, jadalnię, gabinety naukowców i kapitana.



Znalazł się nawet polski akcent. 



Fajna zabawka. Ster obracał się na platformie. Wystarczyło wejść i zacząć kręcić...






I kolejna atrakcja, niestety akurat była niedostępna do zwiedzania ze względu na prace remontowe. Wiktor Pacajew to naukowo-badawczy statek, który jeszcze do niedawna pływał (do 2001 roku). Statek posiada system komunikacji kosmicznej. Na pokładzie stoją olbrzymie talerze, które odbierały sygnał z kosmosu. Podobno ten statek to fenomen na skalę światową. 
Załoga statku liczyła ponad 130 osób. Okręt posiadał wszystko co tylko potrzebne do przeżycia przez kilka miesięcy nieustannego pływania. 
A skąd się wzięła nazwa? Pochodzi od słynnego kosmonauty Wiktora Pacajewa, który był jednym z trzech kosmonautów radzieckiej misji Sojuz 11, którzy zostali wystrzeleni w kosmos w 1971 roku. Załoga w kosmosie przebywała 22 dni. Fotografowali ziemię oraz  przeprowadzali min badania biologiczno-medyczne. Obserwowali jak się zachowuje organizm człowieka w przestrzeni kosmicznej. Podczas manewru lądowania doszło do dekompresji w wyniku której wszyscy zginęli. Ich ciała wylądowały "bezpiecznie" na ziemi, jednakże podobno w wyniku działania próżni kosmicznej, ciała zostały zupełnie zmumifikowane.  Niektóre artykuły, które znalazłam w sieci, informowały, że na statku kosmicznym znajdował się mechanizm, który mógł zahamować dekompresję (podczas oddzielania statku w jednym z zaworów wytworzyła się mała dziurka).. Jednakże nie wiadomo czemu astronauci nie uruchomili mechanizmu. 
Dodatkowo nie posiadali skafandrów kosmicznych, które mogłyby ich ochronić przed śmiercią. O ile źródła, które znalazłam mówią prawdę, własnie dzięki temu wypadkowi wprowadzono obowiązkowe zakładanie skafandrów min podczas lądowania oraz przed startem. 


A teraz coś, co zawsze mnie przerażało - rosyjska łódź podwodna B413. Jeżeli oglądaliście filmy z udziałem rosyjskich łodzi podwodnych, to ta będzie idealna do zwiedzania. Z zewnątrz jest olbrzymia. Tymczasem wnętrze to cała masa plątaniny kabli. Niesamowicie mało miejsca w środku. A musicie wiedzieć, że przez kilka miesięcy mieszkało tam ponad 60 osób! Nic dziwnego, że zaczynali wariować... Zupełnie przez przypadek spotykamy w środku przewodnika, który mówi po polsku. Wydaje się nam, że był to po prostu pracownik muzeum, gdyż kiedy wychodziliśmy, on już czekał na kolejną grupę odwiedzających. Tym razem mówił po rosyjsku. 
Ale wracając do okrętu i ciasnoty. Podsłuchując pana przewodnika, dowiadujemy się, że marynarze z braku miejsca, spali na torpedach. Miejsce, w którym znajdowała się rakieta, po wystrzeleniu, stawało się wyjściem awaryjnym.  Kajutki są tak maleńkie. Mają chyba metr na metr. A w nich nie jedna, ale dwie prycze. Oczywiście na ścianach zdjęcie Putina... Przejścia pomiędzy segmentami, jak widać na jednym ze zdjęć, jest równie małe jak na filmach. Toaleta, to zwój kabli a przed nimi, na maleńkiej powierzchni... sedes.
Jeszcze z ciekawostek... zaraz przy wejściu znajdują się makiety innych łodzi podwodnych. Widzimy min jeden z największych tego typu okrętów "Rekin" (polska nazwa "Tajfun"), który wielkością dorównywał kilku boiskom piłkarskim. Na jego pokładzie znajduje się basen, 200 głowic jądrowych, sala gimnastyczna, kino, sauna i... ptaszarnia. 





Puste miejsce po torpedzie, które później stawało się wyjściem awaryjnym.


Na takich torpedach spali marynarze z braku miejsca.





Puste miejsce po torpedzie.



Na przeciwko statków ustawione są min torpedy i działa, które można zwiedzać za darmo. 


Ważną częścią miasta jest architektura. Przy głównej ulicy, szczególnie prospekcie Lenina, budynki wyglądają naprawdę nieźle. Podobno przeszły modernizację nie tylko przed mistrzostwami. Szykowane były na wizytę Putina, która odbyła się kilkanaście lat wcześniej, podczas święcenia cerkwi. 



Nieodzowną częścią obrazu są również budynki takie jak poniżej. Stare bloki, obdrapane, z rozpadającymi się fasadami i wybudowanymi na dziko balkonami. Ładnych bloków jest tu naprawdę niewiele. Jeżeli już występują, to są dopiero co wybudowane, albo w trakcie budowy.





Uderzamy do wielkiego klocka, który jest jednym z najwyższych budynków w mieście. Dom Sowietów, bo tak się ten budynek nazywa, został wybudowany w latach 60 na terenach, gdzie wcześniej znajdowały się ruiny zamku krzyżackiego. Rozkaz dotyczący wysadzenia ruin zamku, wydał Breżniew, który zażądał aby wyburzyć również  znaczną część miasta. Musimy pamiętać, że Kaliningrad wcześniej należał do Niemiec. Słynny Królewiec (niemiecki Königsberg), bo tak się wtedy nazywał, został wcielony do Rosji w roku 1945 w wyniku konferencji poczdamskiej. Większość zabytków niemieckich została wtedy zupełnie zniszczona. Oczywiście powód był jeden. ZSRR chciało zerwać ze wszystkim co niemieckie. Miasto ma naprawdę długą historię. Niestety zostało zupełnie wybebeszone. Jest niewiele starych poniemieckich budynków, które się uchowały. 
Jednym z klocków, który postawiło ZSRR jest właśnie Dom Sowietów. Budynek miał pełnić funkcję siedziby administracji obwodowej oraz miał być symbolem radzieckiej władzy. W efekcie stał się ich największą porażką. Nigdy nie został ukończony, ponieważ w trakcie budowy okazało się, że grunt na którym stoi jest niestabilny. Właśnie dlatego budynek nazywany jest zemstą prusaków. 
Przed przyjazdem Putina oraz przed mistrzostwami piłki nożnej w 2018 roku, postanowiono "ogarnąć" budynek. Dlatego pomalowano go na niebiesko, wstawiono okna! i wyłożono kostką cały plac wokół budynku. Zgroza. Wydano kupę pieniędzy tylko po to aby gmach nie straszył. Pomimo, że grozi zawaleniem, podczas mistrzostw, ustawiono telebimy i zrobiono tam strefę kibica. Co jakiś czas odzywają się głosy aby odrestaurować kloca, umocnić w jakiś sposób grunty, jednakże wszystkie dotychczasowe propozycje legły w gruzach, tak jak powinna ta ruina. 
Aktualnie jest zakaz wchodzenia na cały teren. Kloc został ogrodzony, przed nim postawiono budkę, w której urzęduje strażnik z psami. Cała Rosja... Zastaw się a postaw się. A efekt końcowy i tak jest marny.




Mury po zamku krzyżackim, które w niektórych miejscach są jeszcze widoczne. Dosyć niedawno towarzystwa historyczne zaczęły dbać o tereny. Prowadzone były prace renowacyjne o czym informują nas tablice przed ruinami.  


Po obejrzeniu niebieskiego klocka, udajemy się do Katedry Matki Bożej i św. Wojciecha. Za czasów kiedy miasto było pod władaniem Niemców, była to główna świątynia w mieście. Po wojnie katedra została znacznie zniszczona. Oczywiście po przejęciu przez Rosjan miasta, odzywało się bardzo dużo głosów, które chciały zburzyć zabytkowy kościół. Całe szczęście się to nie wydarzyło. Szkoda byłoby zburzyć taki zabytek z XIV wieku. Niestety katedra została praktycznie wybebeszona. Nie ma już ołtarza. W jego miejscu znajduje się scena. Pozostały jedynie piękne organy. Aktualnie w świątyni odbywają się koncerty, gdyż Rosja nie zgadza się na przywrócenie jej funkcji sakralnej. No tak, czemu mnie to nie dziwi. Zachowanie typowo rosyjskie. Nienawidzą wszystkiego co nie mieści się w ich schematach. Ale kasę przyjmować potrafią. Musicie wiedzieć, ze katedra została odrestaurowana z funduszy niemieckich...
W katedrze chowano wielkie osobistości min książąt pruskich, wielkich mistrzów krzyżackich, osobistości uniwersyteckie. Pochowany jest tam również Immanuel Kant, słynny niemiecki filozof i profesor. Jego grób znajduje się w tylnej ścianie (na zewnątrz).
Wstęp do katedry jest płatny - 100 rubli. Bilet kupujemy w małym kiosku przed wejściem. 








Statek ułożony z nakrętek. Niesamowite.


Dochodzimy do starej części miasta, tej uchowanej - poniemieckiej. Przechadzamy się pięknymi bulwarami wzdłuż rzeki. Trzeba powiedzieć, że jest to najładniejsza część miasta. Po drodze zaczepia nas młody chłopak, który proponuje nam rejs łodzią. Decydujemy się. Za rejs płacimy 500 rubli od osoby.
I muszę powiedzieć, że był to naprawdę dobry pomysł. Poza nami jedzie jeszcze sześć osób. Oczywiście trzeba trochę zaczekać zanim "naganiacz" zbierze komplet. Lecz nie trwa to zbyt długo. 
Płyniemy w stronę muzeum oceanu. Podziwiamy ponownie statki. Rejs trwa około 45 minut. 
















Dopływamy do stadionu...


Po rejsie zostały nam jeszcze dwa miejsca do zwiedzenia w tym dniu. Pierwszy z nich to pomnik przyjaźni polsko-rosyjskiej. Nie jest szczególnie zachwycający. Robimy foto i ruszamy dalej.


No i Lenin... który został przeniesiony z placu głównego, przy którym stoi obelisk, który opisywałam na początku. No cóż, równie nic specjalnego. Stoi dumny, poważny, spogląda w dal... Nie ma zbyt ładnego otoczenia i może to i dobrze. 



Kolejny dzień przynosi nam nowe wycieczki i emocje. Jedziemy do miejscowości Jantarnyj. Jest to miejscowość nadmorska, oddalona o jakieś 55 kilometrów od Kaliningradu. Nie jedziemy tam przez przypadek. Miejscowość leży nad samym Bałtykiem, tak wiec jednym z celów jest oczywiście plaża. Drugi cel to muzeum bursztynu
Znajdują się tu największe pokłady bursztynu na świecie, a co za tym idzie, również kopalnie odkrywkowe. Ale zacznijmy od muzeum. Mieści się ono w dwóch miejscach. Pierwsze z nich to malutki budynek w mieście (od pomnika kobiety-meluzyny na rondzie- jedziemy prosto). Zajeżdżamy przed mały, żółty budynek. Pierwsze muzeum stoi przy ulicy  Balebina St., 1.  
Kiedy wchodzimy do środka, od razu widzimy na ścianie po lewej stronie wizerunek Putina i Miedwiediewa. Za bilet płacimy 500 rubli od osoby (około 30zł). Budynek jest mały, ale zbiory bardzo pokaźne. Są małe bursztynki, ale są również duże jak i bardzo duże. Obiekt nie ogranicza się tylko do samych kamieni. Możemy podziwiać także wyroby. Piękne szachy, kobieta wyłaniająca się z muszli, mapa Obwodu, kwiaty, a nawet Lenin cały z małych kamieni bursztynu...
Jeżeli ktoś zainteresowany, tutaj stronka muzeum.


Lenin jak widać poniżej jest szanowany w całej Rosji. Zasłużył sobie nawet na obraz z małych bursztynków. 


Mapa Obwodu o której wspominałam wcześniej. cała z bursztynów w różnych kolorach.







Taki oto naszyjnik możecie założyć i za pozować. Pani z obsługi muzeum sama nam go przyniosła. Wrażenia? Strasznie ciężki! Te bursztyny są naprawdę olbrzymie. 


Kiedy wracaliśmy z muzeum, zajechaliśmy na lokalne targowisko. No, może targowisko to za duże słowo... Kilka straganów, ustawionych przed blokami. Można tam zakupić ciuchy, buty, produkty spożywcze, mięso a nawet ... parówki z Biedronki!!! Tak, tak. Nie pomyliłam się. Zauważyłam nawet osełkę mlekowita. Zaciekawiona tym zjawiskiem, zapytałam jedną z pań w małym sklepiku gdzie akurat kupowałam kawę, która jak się okazało była również z Biedronki, czemu kupują nasze produkty. Odpowiedziała, że lubią polskie wyroby, poza tym są tańsze niż w Rosji... No cóż, my kupujemy u nich paliwo i papierosy, oni wyroby spożywcze.
Myśleliśmy, że może spotkamy jakiegoś handlarza u którego zakupimy taniej biżuterię z bursztynu, niestety nikt nie handlował tym kruszcem. Wyczytaliśmy, że czasami można zakupić taniej u lokalsów, ponieważ wydobywają na własna rękę, czytaj bezprawnie.




Jedziemy dalej. Cofamy się do ronda i odbijamy w lewo do drugiej części muzeum bursztynu. Jedziemy jakieś 2 kilometry, kiedy nagle dojeżdżamy do szlabanu, gdzie pokazujemy nasz bilet. Strażnik sprawdza i puszcza nas dalej. Pokonujemy ponownie około 1-2 kilometry i dojeżdżamy do ładnego budynku, gdzie znajduje się min sklep z wyrobami z bursztynów oraz kawiarnia. 
Już na pierwszy plan wysuwa się dosyć spora piramida zbudowana z małych bursztynków. Można do niej wejść, usiąść na ławce, wyciszyć się. 




Obok piramidy wysypana jest dosyć spora piaskownica do której wsypywane są małe bursztynki. Jeżeli ktoś chce, można wejść do środka. To co znajdziesz jest Twoje. Jednakże muszę Wam powiedzieć, że nie jest gra warta czasu, który trzeba poświecić na grzebanie. Bursztynki są tak małe, że ledwo je widać. 


Sklepik w którym można zakupić kosmetyki z bursztynu, biżuterię oraz innego rodzaju wyroby. Ja zakupiłam szampon. Produkty kosmetyczne nie są zbyt drogie, wiec warto się w nie zaopatrzyć. Chociażby na prezent.



Piesek cały z bursztynu.


Tuż obok piramidy znajduje się drzewo, oczywiście równie z bursztynu. A za mną ogromna kopalnia. Kiedy się przyjrzymy, widzimy nawet ulice wyryte w piasku. Olbrzymie doły wyglądają niczym plac budowy.



Na tarasie widokowym stoi wieża do której możemy wejść. Oczywiście wszystko to w cenie zakupionego wcześniej biletu.



I drugi nasz cel w tej miejscowości to plaża. Jantarnyj uchodzi za kurort, podobnie jak u nas np Łeba. Rożnica jest taka, że jest zdecydowanie mniej ludzi. Ponadto miasteczko nie ma aż tak wielu kompleksów i restauracji turystyczno-hotelowych jak nasze kurorty. Powiedziałabym raczej, że jest to spokojna miejscowość. Jeżeli chcecie coś zjeść, to te małe budki przy zejściu na plażę są jedynymi w pobliżu. Nie ma tam też zbyt wielkiego wyboru. W większości to hamburgery, frytki, steki.
A jaka jest plaża? Bardzo ładna. Duża. Drobniutki piasek. Idealna do leżenia. Niestety temperatura odczuwalna jest zdecydowanie niższa niż w mieście. Za to woda w Bałtyku jest dużo, dużo niższa niż u nas. Nawet o kilka stopni.



Około 90 kilometrów od Jantarnyj znajduje się Park Narodowy Mierzei Kurońskiej, który w połowie dzielony jest z Litwą. Dojeżdżamy do bramek w miejscowości Zelenogradsk, gdzie zaczyna się park narodowy. Nie zdziwcie się jeżeli zobaczycie stojące na środku drogi samochody. po lewej stronie znajduje się budka w której należy zakupić bilet, który uprawni nas do wjazdu na teren parku. Cena 100 rubli od osoby plus 100 rubli za samochód. Cała mierzeja, na terenie obwodu ma około 50 kilometrów. Weźcie ulotkę z mapką z kiosku gdzie kupujecie bilet. Folder, poza rosyjskim, jest jeszcze w języku angielskim. Na mapce zaznaczone są punkty do zwiedzania wraz z krótkim opisem oraz z informacją na którym kilometrze się znajduje. Wzdłuż ulicy stoją słupki z podanymi przejechanymi kilometrami.  Tak więc mapka ułatwi Wam zwiedzanie. 
My nie zwiedzaliśmy wszystkich punktów, gdyż nie znaleźliśmy na nie czasu (większość z nich czynna jest do 17 godziny). Jednakże poniżej opisuję punkty z mapki wraz z ich kilometrami jakby ktoś przypadkiem o niej zapomniał.
  • Korolevsky Bor - 6,6 km
  • Museum Complex - 14,7 km ( o ile dobrze pamiętam, wejście płatne około 100 rubli)
  • Ornitologiczna stacja terenowa - 23 km
  • Wysoki grzbiet (punkt widokowy) - 32,1 km
  • Tańczący las - 37,3 km
  • Wydmy - 42,2 km
  • Ozero Lebed i jezioro łabędzie - 45,7 km (niestety akurat było niedostępne dla zwiedzających z powodu [prowadzonych prac)

My postanowiliśmy zacząć swoją przygodę od tańczącego lasuW lesie znajduje się kładka, po której należy się poruszać. Już po pierwszym kroku dostrzegamy jego dziwność. Pnie są powyginane, często w kształt ósemki. O co tu chodzi? Po drodze mijamy przewodnika, który mówi do rosyjskiej grupy, ze jeżeli chcą, mogą wziąć szyszkę i zasadzić ją u siebie. Zobaczą wtedy czy pień będzie również wywinięty. Czuję, że to podpucha. Obstawiamy, że to kwestia wiatru, podłoża i specyficznych warunków. Przecież cała mierzeja to wąski przesmyk na Bałtyku. 
Po powrocie do domu robię research w Internecie. Okazuje się, że nie ma na chwilę obecną żadnego wyjaśnienia, ale za to teorii jest wiele. Jedną z nich jest ta o której wspomniałam wcześniej, czyli wiatr i warunki atmosferyczne. 






Po tańczącym lesie, jedziemy na wydmy. Droga prowadzi kładką przez las jakieś 1,5 kilometra (oceniam tak na oko).  Jednakże najpierw trzeba przejść przez drewniany pawilon, gdzie znajdują się stanowiska z biżuterią oraz innymi giftami. Oczywiście głównie króluje bursztyn. 


Trochę trzeba się pomęczyć, gdyż wspinamy się lekko pod górkę. Po drodze spotykamy bardzo sympatycznego Niemca, który podróżuje na rowerze! Wyruszył z Lipska (skąd pochodzi), następnie przemierzył Polskę, aż dotarł do Obwodu. Jesteśmy lekko w szoku. Trasa którą pokonał jest naprawdę długa. 
Ale wracając do wydm... W miłym towarzystwie docieramy na drewnianą platformę, gdzie znajduje się taras widokowy na wydmy oraz Bałtyk. Widok jest niesamowity. Widzimy, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony, morze. Szerokość mierzei w najwęższym punkcie ma tylko 400 metrów!
Trochę rozczarowani jesteśmy, że nie możemy zejść bezpośrednio na wydmy, tak jak np w Wietnamie. Dodatkowo co chwilę chodzą strażnicy, którzy pilnują turystów. 






Skoro widzimy z drugiej strony morze, to na pewno jest tam przejście. Uderzamy więc na drugą stronę. Tu droga jest sporo krótsza. Po 5 minutowym spacerku, jesteśmy ponownie na drewnianej platformie z której można zejść na przepiękną plażę.
Nie ma tu zbyt wielu ludzi. Jest cicho, spokojnie i przyjemnie chłodno. O dziwo, pomimo, że mamy lato, temperatura i chmury raczej nie pozwalają się opalać. Oczywiście Ursyncio nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z kąpieli... Jego wrażenia po wejściu do wody?? Krzyk, że woda strasznie zimna!



I kolejny, już ostatni dzień, postanawiamy poświecić na zwiedzanie kolejnego nadbałtyckiego kurortu jakim jest Swietłogorsk. Wchodzimy na wybetonowany plac z widokiem na Bałtyk. Jest naprawdę pięknie. Schodzimy po olbrzymich, betonowych schodach w kierunku plaży. Naszym oczom ukazuje się przepiękny, kolorowy słoneczny zegar ze wszystkimi znakami zodiaku. Jest naprawdę olbrzymi. Kolorowa, misternie ułożona mozaika dodaje mu jeszcze większego charakteru. Kto się przy nim naprawdę napracował. 








Jedną z atrakcji jest nimfa znajdująca się tuż przy brzegu. Piękna muszla z z kolorowej mozaiki przyciąga uwagę. Nad posągiem znajduje się restauracja o nazwie... "Nimfa". 


Idąc dalej wzdłuż brzegu, mijamy piękny metalowy posąg. Nawet nie wiem jak go dokładnie opisać. Kobieta/nimfa/roślina? 



I doszliśmy do plaży. No cóż, pozostawia wiele do życzenia. Jest bardzo wąska i kamienista. Ludzie tłoczą się na dosłownie na 5 metrach szerokości plaży. Wyczytałam, że jest często niszczona przez sztormy, więc być może stąd też te kamienie. Ponadto miasto znajduje się na zboczu, więc tej przestrzeni na plażę nawet nie ma skąd wziąć. 



Tuż przy plaży znajduje się wyciąg krzesełkowy, którym możemy podjechać na górę, do centrum. 


Miasto jest naprawdę bardzo urokliwe. Tu już widać sporo więcej ludzi niż w miejscowości Jantarnyj. Wszędzie mnóstwo drzew, ładne ulice, chodniki. Sporo straganów, gdzie można zakupić nie tylko biżuterię z bursztynów, ale również torebki skórzane (piękne, ale drogie, w polskich sklepach internetowych są identyczne i tańsze), słodkie bułeczki, słone bułeczki i całą masę innych rzeczy. 
Miasto podobno było kiedyś przeznaczone na kurort dla rosyjskich bogaczy. Tak więc zostało oszczędzone w przebudowie. Zobaczymy w nim dużo budowli, które zostały tu pozostawione przez Niemców. 



Poniżej wieża ciśnień (Oktyabrskaya st., 11). Przyznacie, że bardzo urokliwa? Piękna sceneria. Wygląda jak domek z bajki. Oczywiście poniemiecka... 




A tu już jakieś przypadkowe domki w mieście. 



CO I GDZIE ZJEŚĆ W OBWODZIE KALININGRADZKIM?

Polecam udać się na bazar na którym można zaopatrzyć się w przepyszne ryby, które są już gotowe do spożycia. Kupiliśmy sobie po kilka rodzajów ryb, dodatkowo pomidory z bazaru, ser (są różne rodzaje, tylko wybierać), papryka i mamy gotowe śniadanie albo kolację. 

Polecam restaurację Plyushkin (Marshala Vasilevskogo Sq., 2). Bardzo klimatyczna knajpka. Stylizowana trochę na lata 60/70. Jedliśmy tam bardzo dobre ryby. Za 4 daniowy obiad plus kawę zapłaciliśmy zaledwie 105 zł!






Pierwsze danie, to ryba z delikatnymi ziemniakami w kremowym sosie. Uwierzcie mi, ze była naprawdę wyśmienita. Nie lubię ziemniaków, ale te były naprawdę dobre. Myślę, że ten sos robił całą robotę. Do tego dostałam pomidorki. 


Ursyn za to, dostał rybę z puree ziemniaczanym, (niestety nie pamiętam nazwy) sosem czosnkowym i dżemem. Niebo w gębie!



Polecam również pierogi z borówkami, oprószone wiórkami kokosowymi pudrem. Kolejna bomba. Przepyszne.



Na ulicach, w małych kioskach oraz na bazarze można zaopatrzyć się w przepyszne bułeczki wypełnione rożnymi farszami. Niektóre smażone na głębokim tłuszczu, inne nie. Ceny poniżej na zdjęciu, choć te poniższe są akurat wyższe, gdyż kupowaliśmy je w jednym z nadmorskich kurortów. W Kaliningradzie kupicie je już za 30 rubli.




Polecam również spróbować sałatkę z buraków zwaną winegret. Podstawowym składnikiem są wcześniej wspomniane buraki, fasola, ziemniaki, marchew i cebula. Doprawiana olejem słonecznikowym. Często dodaje się do niej śledzia. Nie lubię buraków, jednakże ta sałatka jest naprawdę dobra.

W miseczce obok sałatki, stoją jeszcze warzywa. Wydaje mi się, że niektóre z nich były kiszone, inne grillowane. Znajdował się tam min. bakłażan, cebulka i papryka. 



Postanowiłam spróbować zupy o dziwnej nazwie Okroszka. Podobno nazwa pochodzi od kruszenia, w sensie siekania drobno ryby bądź mięsa i warzyw zarówno świeżych jak i kiszonych. Zupa ma bardzo dużo pokrojonej drobno zieleniny. Często zabielana jest śmietaną i tak też była moja. Wypatrzyłam tam jeszcze świeżego ogórka. Ale nie wspomniałam o najważniejszym. Podstawą zupy jest kwas! Tak, tak, dobrze zrozumieliście. Zupa podawana jest na zimno z chlebem. Jakie były moje wrażenia? Nie smakowała mi, ale to nie oznacza, że żałuję, że ją spróbowałam. Zupa była dziwna, inna niż nasze. W smaku szczególnie dało się wyczuć kwas. Powiedziałabym, że jest to taki nasz chłodnik



Warto spróbować jeszcze solianki, która jak dla mnie, smakowała inaczej niż ta, którą jadłam w Polsce. Zapewne większość osób wie co to takiego, jednakże dla tej małej grupki niewiedzących, krótko wyjaśniam. Podstawą solianki jest bulion z mięsa, ryb bądź grzybów. Jej smak musi być słodko-kwaśny. Kwas otrzymywany jest z ogórków kiszonych oraz z kapusty kiszonej. Podawana ze śmietaną i zieleniną. Zaliczyłabym ją do bardzo tłustych zup. Choć jest niezwykle smaczna.  

Nie smakowałam w Kaliningradzie, ale popularną rosyjską zupą jest jeszcze ucha, której podstawą są różnego rodzaju ryby. Kontrowersją jest to, że bardzo często przygotowywana jest z rybich głów. 


Wspominałam już wcześniej o kwasie, więc nie będę się tu rozpisywać. Kwas chlebowy to jest coś co musicie koniecznie spróbować. Takie piwko zmieszane z colą. 


Ceny

Ceny dla nas Polaków, nie są zbyt wysokie. Są zdecydowanie niższe niż te w Polsce. Oczywiście zapewne zależy jeszcze jakie produkty. Jednak ogólnie Kaliningrad należy do miejsc gdzie nie wydacie dużo pieniędzy. Poniżej załączam Wam przykładowe zdjęcia kilkunastu produktów wraz z ich cenami.












Co przywieźć z Obwodu Kaliningradzkiego 

  • Wyroby z bursztynów. Jest ich cała masa. Zaczynając od biżuterii, poprzez magnesy z małymi bursztynkami, durnostojki do postawienia w domu, korale i cała masa innych rzeczy.
  • Kosmetyki z bursztynu
  • Orzechy zatopione w owocowym sosie. To te długie "kiełbaski", które przedstawiałam wyżej pod opisem bazaru.
  • Różnego rodzaju bakalie i orzechy

Kaliningrad naszymi oczami. 

Jest to bardzo ciekawy kierunek do odwiedzenia. Może miasto nie ma dużo zabytków do zaoferowania, jednakże podczas wycieczki 3-4 dniowej na pewno nie będziecie się nudzić. Jest tam wiele pięknych plaż, których my nie odkryliśmy. A ludzie? Są bardzo sympatyczni. Absolutnie nikt nam nic złego nie powiedział. Często sami do nas zagadywali. Czy to na plaży, czy na bazarze. Niektórzy mówili po polsku, bo pracowali w Polsce, albo z Polakami i tak się nauczyli. Inni mówili po rosyjsku. Jakoś tam się dogadaliśmy. Niestety mało z nich mówi w języku angielskim. Nie znają nawet podstaw. Nie mówię tu o starszych osobach, tylko o  młodych. Wracając z Mierzei zabraliśmy w drogę powrotną do Kaliningradu młodego chłopaka i dziewczynę. On był miejscowy, ona przyleciała z Moskwy. Żadne z nich nie znało nawet podstaw angielskiego! Dobrze, że Ursyn mówi trochę po rosyjsku, inaczej byśmy cała drogę milczeli. 
Inna sytuacja. Tym razem w restauracji Plyushkin. Kiedy weszliśmy i zapytaliśmy o angielskie menu, kelnerka otworzyła usta i powiedziała, że takiego nie mają i nie mówi po angielsku. Całe szczęście, że był na zmianie inny kelner, który mówił po angielsku lepiej niż my (my znamy na poziomie B2). 

Jeżeli liczycie na darmowe Wi-Fi w galeriach albo restauracjach, to wybijcie sobie z głowy. W większości nie ma internetu. I to była moja bolączka. Jeżeli już traficie do takiej gdzie jest internet, należy zadzwonić na numer, który wyświetli się Wam na stronie głównej po połączeniu. Ale ale połączenie nie jest darmocwe. Juz przy fakturze zauwazylam, ze zzarlo mi kolo 5zl za połączenie.

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU