Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

czwartek, 5 grudnia 2019

Doświadczamy angielskiej pogody - Liverpool w dwa dni


Do Liverpoolu lecimy w październiku. Tak więc pogody spodziewaliśmy się tam dosyć wietrznej i deszczowej. I taka własnie była. No, ale za 78 zł w dwie strony (za osobę), nie ma co wybrzydzać. Cena biletu jest wręcz śmieszna. 

Lądujemy na lotnisku imienia Johna Lennona, członka słynnej grupy The Beatles. Port znajduje się jakieś 7 kilometrów od centrum miasta. Po wylądowaniu udajemy się od razu na przystanek, który znajduje  jakieś 13 minut piechotą od lotniska. Wychodząc z lotniska kierujemy się na lewo. Następnie wsiadamy do autobusu numer 81A. Cena biletu w jedną stronę 2.20 funtów. Jest to bilet jednorazowy, który kupujemy u kierowcy. Wystarczy powiedzieć, że się chce single ticket dla dorosłego. Autobus jedzie około 50 minut. Nasz hotel znajduje się przy ulicy  Moscow Drive 40 (nazwa hotelu Cheapsleepz). Za 3 noce i 4 osoby, zapłaciliśmy 701 zł. Hotel, a właściwie guest house. bardzo czysty i ładny, w równie urokliwej angielskiej kamieniczce. Bardzo ładnie umeblowany. Duża kuchnia do dyspozycji dla wszystkich gości. Trzeba koniecznie pamiętać aby zabrać ze sobą przejściówki do sprzętów elektrycznych, gdyż Anglicy mają zupełnie inne niż nasze (płaskie). Gwarantuję, że polskiej ładowarki nie wciśniecie do angielskiego gniazdka. Takie przejściówki można zakupić w sklepach elektrycznych. Całe szczęście, że w hotelu były wejścia pod USB. W jednym z pokoi znaleźliśmy nawet wyjmowaną wtyczkę. Ufffffff

Poniżej zdjęcia naszego lokum. 








Następnego dnia, ruszamy na miasto. Korzystamy z mapy na google, która wskazuje nam dokładnie czym mamy jechać i gdzie wysiąść. Kiedy dochodzimy do przystanku, naszym oczom ukazuje się taki oto widok. Inteligentny przystanek. Od strony ulicy otoczony szybą. Wejście znajduje się od strony chodnika. Dzięki temu np nie ochlapie nas przejeżdżający samochód...


Bilet kupujemy ponownie u kierowcy i ponownie taki sam jak poprzednio, czyli single. Nie decydujemy się na karnet, gdyż Liverpool nie należy do dużych miast (500 tysięcy mieszkańców). Tak naprawdę potrzebujemy tylko dwóch biletów, jeden rano i jeden wieczorem, na powrót do hotelu. 
Najpierw chcemy udać się do Doków Alberta. Na przystanek idziemy około 15 minut. Pasują nam autobusy numer 12 i 13. Jedziemy jakieś 25 minut. Autobusy, podobnie jak w Irlandii, są zielone (przewoźnik Arriva) i piętrowe. Polecam usiąść na samej górze w pierwszym rzędzie, tuż przy samej szybie. Dziwne uczucie obserwować jazdę z takiej perspektywy. Tym bardziej, że autobus bardzo często zahacza o gałęzie drzew. 

Tuż przy wejściu do doków, wita nas starego typu, drewniany statek. 



A tuż za nim, starodawne busy z lokalnym jedzeniem. 





Do doków mamy kilka minut pieszo. Ale co to są tak naprawdę te doki? To nic innego jak stare, portowe budynki, które zostały odnowione. Teraz mieszczą się tam kawiarnie, restauracje i muzea. The Royal Albert Dock zostały wybudowane w 1846 roku. Były to pierwsze budynki w Wielkiej Brytanii zbudowane bez drewnianej konstrukcji. Drewno zastąpione zostało żeliwem, cegłą i kamieniem. Choć w konstrukcji go nie ma, fundamenty zawierają kilkanaście tysięcy stosów drewnianych belek, ponieważ budynki zostały zbudowane na ruchomym podłożu, które zostało zrekultywowane od rzeki Mersey. Słupy, które widzimy na zdjęciach podtrzymują całą konstrukcję.

Aktualnie jest to jedna z największych atrakcji turystycznych miasta oraz poza Londynem najczęściej odwiedzane miejsce w UK. W dokach znajduje się Muzeum Morskie, Museum The Beatles (bardzo drogie, bo aż 15 funtów) oraz Tate Museum, czyli galeria posiadająca w swojej kolekcji rzeźby, obrazy, fotografie. Doki zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 



Wokół doków znajduje się wiele pomników i monumentów poświęconych różnym ludziom i wydarzeniom historycznym. To właśnie tu znajdziemy pomnik Wielkiej Czwórki - The Beatles. 



Na zdjęciu widać jaka była pogoda. Wiało tak, że głowę urywało (był to październik). Ale wiatr tak szybko przepędzał chmury, że za 5 minut niebo było błękitne. 



Pomnik poświęcony marynarzom, którzy zginęli na Titanicu w 1912 roku. Trzeba pamiętać, że to właśnie z tego miasta wypływał Titanic podczas swojego ostatniego rejsu. 






Tuż przy brzegu, na przystani Pier Head,  usytuowane są trzy  budynki w których kiedyś mieściły się firmy związane z handlem morskim. Royal Liver BuildingCunard Building oraz budynek portu w Liverpoolu - Port of Liverpool Building. Aktualnie mieszczą się tam prywatne firmy. 
Royal Liver Building - największy budynek z pośród trzech Pier Head. Posiada dwie wierze wraz z zegarami. Na samej górze, siedzą dwa ptaki zwane Liver Birds, które według legendy, czuwają nad miastem. Ptaki nazywają się Bella i Bertie. Jeden z nich patrzy w kierunku morza, drugi w kierunku lądu. Jest wiele legend związanych z tą parą. Chyba najsłynniejsza z nich mówi o tym, że jeżeli jeden z nich odleci, miasto przestanie istnieć.  Aktualnie jest to czwarta budowla co do wysokości w mieście.

No i proszę mamy już błękitne niebo...






Środkowy budynek to Cunard Building. 



I ostatnia z Trzech Gracji Pier Head, to Port of Liverpool Building. Kiedyś mieściła się tu siedziba firmy Mersey Docks i Harbour Board. W 2001 roku został sprzedany i gruntownie odnowiony. Podczas tego remontu przywrócono wiele oryginalnych elementów. Podobnie jak sąsiedni budynek Cunard, znany jest z wielu ozdobnych detali oraz drogiego wyposażenia.


W ładnym, dosyć fikuśnym budynku mieści się Museum of Liverpool. Obiekt obejmuje szeroką tematykę. Zaczynając od kolei, poprzez wystawę broni i mundurów, poruszając tematykę piłki nożnej oraz wspominając oczywiście o The Beatles. 
Jeżeli chcemy, możemy wsiąść do starego wagonu, przymierzyć czapki pochodzące z różnych lat i środowisk oraz obejrzeć film o Johnie Lennonie.  Muzeum trochę o wszystkim i o niczym. Jednakże największym plusem była cena. A właściwie jej brak. Wstęp darmowy. Czynne od 10 do 17.


Chcesz przymierzyć czapkę albo hełm? Jeżeli tak, to jest to Twoja chwila. 







Dom w domu, a na gzymsie kot. A z boku suszące się pranie...





Nie decydujemy się odwiedzić muzeum Wielkiej Czwórki, gdyż tak jak pisałam wcześniej, jest dosyć drogie. Udajemy się więc do Merseyside Maritime Museum. Wejściówka, jak większość tych w UK, jest darmowa. Muzeum poświęcone historii miasta, głownie od tej strony portowej. Obejrzymy tu wystawy min związane, z jakże trudną tematyką jaką było niewolnictwo. Zagłębimy się trochę w historię Titanica, oraz innych statków pasażerskich. Ciekawy obiekt. Dużo cennych informacji. 





Strasznie chciałam zwiedzić dzielnicę chińską. Wyobrażałam sobie, że jest to olbrzymie Chinatown, jak w USA, gdzie zobaczę tłum Azjatów, mnóstwo czerwonych lampionów i poczuję aromat chińskiego jedzenia unoszący się w powietrzu. Wszakże w Liverpoolu mieszka około 10 tysięcy Chińczyków. I to własnie tu znajduje się najstarsza społeczność moich azjatyckich przyjaciół.  Niestety, rozczarowałam się. Gdyby nie ta brama, która jest naprawdę przepiękna, nie wiedziałabym, że trafiłam do chińskiej dzielnicy. Ale zatrzymam się na chwilę jeszcze przy łuku. Znajduje się na nim 200 ręcznie rzeźbionych smoków. W tym 12 z nich jest w ciąży, co ma być symbolem szczęścia pomiędzy Liverpoolem a Szanghajem. Jest to podobno najwyższa brama w Europie i druga na świecie (poza Chinami). Łuk jest naprawdę przepiękny. Kolorowy, mnóstwo rzeźb. Po prostu łakoć dla oka. Niestety sama dzielnica nie zachwyca. Niczym się praktycznie nie różni od tych angielskich. Znaleźliśmy zaledwie kilka lokalików z orientalnym jedzeniem i jeden chiński sklep z jedzeniem. I to wszystko. Praktycznie zero chińskich reklam, ozdób.


Jednym z niewielu plusów, była restauracja, którą znaleźliśmy w Chinatown. Dong Restaurant (149A Duke Street) serwuje kuchnię japońską, koreańską i chińską. Musze powiedzieć, że jedzenie było naprawdę bardzo dobre. Ja skusiłam się na sea food ramen. Mój miał akurat bardzo delikatny, sezamowy smak. Lekko mdły, ale taki powinien być. Restauracja w swojej ofercie ma dużo różnych odmian zupy ramen, tak więc jeżeli ktoś lubi na ostro, ma w czym wybierać. Niestety był jeden minus. Ceny. Za swój ramen zapłaciłam 15,95 funta, więc to jest jakieś 80 zł. Ceny dania głównego zaczynają się mniej więcej od 9 funtów, więc to jest jakieś 45 zł. W chińskiej dzielnicy, takie ceny to potwarz dla Chinatown. 



Sea food ramen za "jedyne" 80 zł...


Następnego dnia,a właściwie trzeciego, bo drugiego byliśmy w Manchester, wymeldowujemy się z hotelu i ruszamy na miasto. Jednakże przed wycieczką szukamy jakiejś miejscówki na nasze bagaże. Niestety nasz hotel jest nie po drodze, więc nie chcemy się już po nie cofać. Szukamy jakiegoś marketu w którym moglibyśmy je upchnąć. Niestety nie spotkaliśmy na swojej drodze takowego. Pomysł kolejny - pozostawienie bagażu na pobliskim dworcu. Niestety okazuje się, że przechowalnie owszem są, ale nie zamykane lockers'y. Jest to typowa przechowalnia jak szatnia, którą obsługuje pani, której znowu usługi nie są darmowe. I dodam, że kosztują bardzo dużo. Nie pamiętam ile dokładnie wynosiło przechowanie, ale coś mi się kojarzy, że w okolicach kilkudziesięciu złotych.  
W pewnej chwili Ursyncio wpadł na wspaniały pomysł aby udać się do jednego z przybytków muzealnych, który i tak chcieliśmy odwiedzić. Najpierw dokonał wstępnych oględzin. I jest! Mamy to! Biegniemy zostawić bagaże i obejrzeć muzeum. 

Ale najpierw trochę zdjęć, kiedy łaziliśmy jeszcze z bagażami. 
Nie mogłam się oprzeć i po prostu musiałam zrobić fotę temu budynkowi. On wygląda prawie jak Bank Gringotta z z Harry'ego Potter'a! Może jestem przy ulicy przy ulicy Pokątnej??


Bardzo ładny budynek teatru. Nie zwiedzaliśmy od środka. Podziwiamy tylko z ulicy.


Poniżej Lime Street Railway Station na którym szukaliśmy darmowych albo chociażby tanich lockers'ów. Stacja została wybudowana 1836 roku.   Jest to największa i najstarsza stacja kolejowa w Liverpoolu. Zaprojektowana przez Johna Cunninghama, Arthura Holme i Johna Fostera Jr. Dworzec był tak popularny, że podjęto decyzję o jego rozbudowie. Właśnie wtedy powstała główna hala wraz z łukiem, który widzicie na zdjęciu (później był klika razy przebudowywany). W 1948 roku Lime Street przeszedł kolejną modernizację. To własnie wtedy powstały powierzchnie biurowe na terenie stacji. Od 2003 roku na stacji zaczęło zatrzymywać się Pendolino. W tym czasie uruchomiono również najszybsze połączenie pomiędzy Liverpoolem a Londynem. Pod budynkiem znajduje się podziemna stacja Lime Street Wirral Line. Jak widać na poniższym zdjęciu, budynek to taka wielka szopa z wygiętym dachem.  Po raz kolejny muszę powiedzieć, że bardzo ładnie została połączona tradycja z nowoczesnością.


Muzeum w którym mogliśmy zostawić swoje rzeczy to Walker Art Gallery (William Brown St, L3 8EL). Ursyn jsk to Ursyn, chciał po prostu skierować się do szafek i po zwiedzaniu muzeum wyjść jak gdyby nigdy nic. Jednak ja i Merc, miałyśmy jak zwykle obiekcje. Nie wydawało się aby dobrym pomysłem było zostawić wszystko bez pytania. Już przy samym wejściu stoi pan, który wnikliwie wszystko obserwuje. Tuż obok spostrzegawczego pana jest recepcja z równie spostrzegawczymi paniami. A, że żyjemy w takich czasach a nie innych, to wejście z bagażami i wyjście bez nich, mogłoby okazać się dosyć podejrzane. Tak więc po zwiedzeniu muzeum podchodzimy do sympatycznego pana przy wejściu i pytamy czy możemy zostawić swoje bagaże, gdyż mamy dziś wylot, a chcemy obejrzeć jeszcze inne miejsca.  Pan był tak uprzejmy, że nie robił nam żadnego problemu. Prosił tylko aby nie wspominać o tym głośno. 
Za nim przejdę do innych miejsc, przystańmy na chwilę koło Walker Art Gallery, skoro już tu jesteśmy. To własnie w tym budynku mieści się największa galeria sztuki w Anglii (poza Londynem). W związku na swoją dość pokaźną kolekcję, zaliczana jest do muzeów narodowych a nie lokalnych. Galeria została zaprojektowana przez dwóch lokalnych architektów, którymi byli Cornelius Sherlock i H. H. Vale. Otwarcie nastąpiło w 1877. Nazwa muzeum nie pochodzi, jak wcześniej myślałam, od piechura (bo właśnie to oznacza w języku angielskim), tylko od nazwiska głównego sponsora, którym był Sir Andrew Barclay Walker, który swego czasu pełnił funkcję burmistrza miasta. Był również znanym i dosyć majętnym piwowarem. W 2002 roku galeria przeszła remont, po którym została ponownie otwarta (po dwuletniej niedyspozycji). W swojej ofercie posiada dzieła Picassa, Gauguina oraz Rembrandta. W galerii możemy obejrzeć nie tylko obrazy, ale również przedmioty domowego użytku np ceramikę, wazy, niezwykle zdobione zastawy stołowe... Zobaczymy również ubrania oraz rzeźby. Jest nawet jeden element polski o którym nawet pan z obsługi muzeum nie wiedział (pytał się nas skąd jesteśmy, kiedy powiedzieliśmy, że z Polski, stwierdził z angielską uprzejmością, że chyba nie mają nic pochodzącego z naszego kraju). Była to przepiękna bursztynowa gablota sporych rozmiarów pochodząca z Gdańska. Nie wstawiam zdjęcia, więc macie zadanie aby ją odszukać w muzeum i poinformować pana, że jednak jest jakiś akcent polski (ja już go nie spotkałam w drodze powrotnej).
Jeżeli mam być szczera, to muzeum mnie jakoś strasznie nie zachwyciło, ale to dlatego, że jestem raczej ignorantem w dziedzinie sztuki. Choć wolę wyraźne obrazy, czyli takie jakie się kiedyś malowało, a nie teraźniejsze bohomazy na których widzę czerwoną plamę, a wmawiają mi, ze jest to zupełnie coś innego... Obiekt całkiem przyjemny w odbiorze, ale u mnie fajerwerków nie było. 









Całkiem niedaleko znajduje się World Museum (William Brown St, Liverpool L3 8EN). I muszę powiedzieć, że to jest bardzo sympatyczne miejsce. Obiekt jest bardzo duży. Posiada aż pięć pięter. Wystawy znajdują się zarówno po jednej stronie piętra, jak i po drugiej. Zresztą, jest to największe muzeum w Liverpoolu. Również tematyka jest dosyć szeroka, bo obejmuje min takie dziedziny: archeologię, etnologię, fizykę, astronomię, egiptologię, geologię i nauki przyrodnicze. Na ostatnim piętrze, mieści się planetarium. Natomiast na jednym z wyższych pięter, w dziale fizyki, możemy zobaczyć na dużym ekranie, film, na którym kosmonauci pokazują dzieciom jak się porusza w przestrzeni kosmicznej, gdzie nie ma grawitacji. Bardzo ciekawy filmik. Polecam przystanąć na chwilę i poobserwować.
Jedną z fajniejszych wystaw, jest wystawa egiptologii, gdzie zobaczymy mumie wraz z ich sarkofagami. Po jej wyglądzie można spróbować się domyśleć, czy był to ktoś majętny czy raczej reprezentował klasę robotniczą. 
Fajnie było przez chwilę poprzyglądać się dzieciakom biegającym po wystawach i odrabiających zadanie, które własnie dostali od nauczyciela. Takie zajęcia rozbudzają kreatywność i ciekawość świata u dzieciaków. Szkoda, że u nas jest bardzo niewiele zajęć prowadzonych w taki sposób.

Wejściówka jest oczywiście bezpłatna, jednak niektóre wystawy dostępne są jedynie za opłatą. 













Poniżej pomnik lokalnego działacza, Thomasa Majora Lestera, który przez całe swoje życie pomagał biednym. Pomnik stoi w ogrodach św. Jana za George Hall, które chcemy zwiedzić. 




Ten wielki gmach poniżej to St George's Hall (Lime Street). Jest tak olbrzymi, że nie jestem w stanie objąć go aparatem. Z przodu widzimy 16 korynckich kolumn ciągnących się przez cały front. Z zewnątrz bardziej pasuje do Włoszech aniżeli do Anglii. Zresztą nie bez powodu został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Budynek został otwarty w 1854 roku. W środku znajdują się sale koncertowe oraz sądy (min sąd cywilny, koronny). Skoro są sądy, to muszą być również i cele. Jedną z największych atrakcji jest Wielka Sala, która znajduje się w samym środku budynku. Na jednej ze ścian wiszą olbrzymie organy. W budynku mieści się również biblioteka prawna. 

Wstęp jest darmowy. Jeżeli chcecie zwiedzić budynek, należy kierować się do wejścia od strony ogrodów. Przez główne wejście znajdujące się u podnóża kolumn, nie dostaniecie się, gdyż jest zamknięte.







Korytarz aresztu oraz sala sądowa.





Wspomniana wcześniej Wielka Sala.





A to jedna z lamp na ulicy tuż obok St George's Hall. Bardzo finezyjna nóżka, prawda?


Zostały nam jeszcze dwa miejsca do zwiedzenia. Jednym z nich jest zbombardowany kościół św Łukasza (Leece Street). I to jest coś co trzeba koniecznie zobaczyć. W 1941 roku na Liverpool zostały zrzucone niemieckie bomby. Zniszczony został min port oraz duża część miasta. Ucierpiało wiele mieszkalnych budynków. Płonęły bogate rezydencje i domy zwyczajnych ludzi. Zniszczeniu uległ również kościół św Łukasza. Widok jest dosyć osobliwy. Ze świątyni pozostały same zewnętrzne mury, natomiast w środku nie zostało zupełnie nic. Po tylu latach zaczęły tam tam rosnąć drzewa. Widzieliśmy w internecie zdjęcia na których ludzie wchodzili do środka. Niestety kiedy akurat my byliśmy, wszystko było pozamykane. Tak więc kościół zwiedziliśmy tylko z zewnątrz, zaglądając przez wielkie dziury pozostałe po zapewne pięknych witrażach. Z ciekawostek powiem, że  podobno odbywają się tu różne imprezy kulturalne i wystawy. 







Nie mogłam się oprzeć i musiałam zrobić fotkę. Niby to nic takiego a jednak po tylu latach mnie cały czas zachwyca - jedna z typowych ulic brytyjskich. Kamieniczki z czerwonej cegły, które znajdują się praktycznie tuż przy ulicy oraz kolorowe drzwi. 




I ostanie miejsce to katedra (Katedra W St. James Road). Z zewnątrz jest to po prostu wielki kloc. Ta świątynia nie ma absolutnie żadnego uroku. Ciężka dla oka, toporna i masywna. W środku jest już trochę lepiej. Ale od początku. 
Świątynia powstała w 1904  roku. Choć wieża została ukończona dopiero w 1978. Podobno został ogłoszony konkurs na projekt świątyni, który wygrał Giles Gilbert Scott. Aż mi się nie chce wierzyć, że to była najlepsza praca... Choć na początku mogła ona wyglądać trochę inaczej, gdyż projekt podobno ewaluował. Czytam wszędzie, że katedra nabrała cech neogotyku. Ja nie wiem gdzie jest ten neogotyk, przynajmniej patrząc na fasadę. Ja widzę tam kloca. 
W środku jest bardzo dużo misternych detali. W oczy rzucają się piękne, kolorowe witraże. Gdzieś przeczytałam, że w środku wisi wiele obrazów lokalnych działaczy oraz kobiet w różnych dziedzinach życia. Przyznaję się, ze nie rzuciło mi się to w oczy.
Wstęp bezpłatny, ale wejście na wieżę już nie. Nie pamiętam dokładnie ile kształtowało, ale nie była to kwota zadowalająco niska, więc nie decydujemy się skorzystać z tej atrakcji. Choć podobno widok jest bardzo ładny.  












LIVERPOOL NASZYMI OCZAMI

Miasto jest dosyć przyjemne w odbiorze. Przede wszystkim bardzo przypadło mi do gustu połączenie tradycji i nowoczesności. Podoba mi się również stare budownictwo. Domki i kamienice są naprawdę bardzo urokliwe. Dzięki nim miasto ma klimat. Fajne było to, że praktycznie wszystkie muzea były za darmo. To się nazywa promowanie kultury. 
Wszyscy Anglicy których spotkaliśmy, byli bardzo uprzejmi i pomocni. Wiele razy doświadczyliśmy tzw angielskiej uprzejmości pełnej wysokich manier i kurtuazji. 
Liverpool nie jest zbyt dużym miastem (pół miliona mieszkańców), a większość miejsc znajduje się w centrum, tak więc nie ma konieczności kupowania karty miejskiej, czy też biletu na więcej przejazdów.
Jeżeli chodzi o ceny, to niestety ale są one trochę wyższe niż w Polsce, ale to nas oczywiście nie zdziwiło jakoś specjalnie. Przecież wiemy, ze daleko Polsce do krajów z zachodniej Europy.
Była jedna rzecz, która mi się nie podobała. Mianowicie śmietnik. Na ulicach było mnóstwo papierów, kartonów, butelek. Wszystko to wala się po ulicy i tych kawałkach posesji, które ludzie mają od ulicy. Odpady leżą po prostu pod oknem mieszkania i nikt ich nie sprząta. Widzieliśmy nawet jak jedna z mieszkanek kamieniczki znajdującej się na przeciwko naszej, wyrzuciła karton na ulicę a następnie kopnęła go i tak zostawiła. Karton  leżał na tej ulicy przez cały nasz pobyt. W centrum jest zdecydowanie lepiej. Widać, że to wizytówka miasta.

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU