Kiedy moi znajomi usłyszeli, że kolejne państwo, które chcemy odhaczyć na mapce świata, to Rumunia, pukali się w głowę i pytali: "a gdzie Ty do tych Rumunów chcesz jechać?". Tak więc moi drodzy znajomi i nieznajomi, wykształceni bardziej i mniej, słowo "Rumun", tak często używane u nas w Polsce, oznacza dawnego Roma, handlującego byle czym, często (według naszego mniemania ) takiego który kradnie i nie ma stałego miejsca zamieszkania. Tymczasem Rumunii, czyli ludzie mieszkający w Rumunii, to cywilizowani ludzie, mieszkający w pięknym kraju, który aż tak strasznie nie odbiega od Polski.
Ciekawostką moze być dla Was informacja, ze z Rumunii pochodzi wiele gwiazd współczesnej mucyki, np: piosenkarka Inna czyli właściwie Elena Alexandra Apostoleanu (piosenka Hot, Sun is up, Love), Alexandra Stan, zespół G Girls w którego w skład wchodzą powyższe dziewczyny (słynna piosenka "Call the police"), Corina (piosenka"Munky Funky") czy też Elena (słynna piosenka "H's Italiano).
Naszym kierunkiem był Bukareszt, czyli sama stolica, która tak często jest mylona z Budapesztem - stolicą Węgier. Sam Michael Jackson, będąc na koncercie w Bukareszcie, powiedział: "Hello Budapest". Nastała krępująca cisza, po której mieszkańcy stolicy Rumunii szybko wybaczyli królowi popu ten haniebny występek.
Ciekawostką może być dla tych co dalej uważają, że Rumunii to gorszy sort, to, że Bukareszt kiedyś uważany był za "Paryż Wschodu". Nazywano go również "Małym Paryżem". Styl francuski od razu rzuca się w oczy. Kolumienki, rzeźby fikuśne, ornamenty na kamienicach... Przepiękne kamienice stylem nawiązujące do baroku, neoklasycyzmu, stylu bizantyjskiego, połączone ze sporą nutką komunizmu.
Ludzie bardzo sympatyczni, uprzejmi i pomocni. Nie spotkała nas żadna dziwna sytuacja (może akurat mieliśmy szczęście?). Zdziwiona byłam dobrą znajomością angielskiego. Nawet starsze panie np obsługujące szatnie potrafiły się z nami dogadać po angielsku. U nas??? Nie do pomyślenia. A mężczyźni??? Po prostu boscy. Nie widziałam aż tylu przystojniaków w jednym miejscu.
Dobra ale przejdźmy do rzeczy. Ile kosztował bilet??? Śmieszne grosze, abo 150zł w dwie strony (wizzair). Lot jakieś 1,5h. Z lotniska do miasta udaliśmy się autobusem. Bilet zakupiony w dwie strony - również na powrót - w budce przed lotniskiem. Nasz hotel znajdował się przy ulicy Str. Witing, (hotel Andy koszt 601zł za trzy noce).
Jeszcze tego samego dnia udajemy się na zwiedzanie. Uderzamy najpierw do National Museum of Natural History (ulica Kiseleff nr. 1). W muzeum znajdują się wystawy ze zwierzętami, gadami, płazami, ssakami, kamieniami...Zbiory nie tylko z Rumunii, ale też z innych części świata. Nie wiedziałam czy można robić zdjęcia - gdzieś tam z daleka mignął jakiś obrazek z info "no foto", ale nie byłam pewna, więc??? a jakże robiłam :) Jednakże po powrocie do domu gdzieś na forum przeczytałam, ze możliwość robienia zdjęć była, ale za dodatkową opłatą. Fajny obiekt, aczkolwiek nie powalił mnie na kolana. Wystawy są za szybą. Do Irlandzkiego Muzeum Narodowego w Dublinie się nie umywa.
![]() |
| Muzeum z zewnątrz |
A tu bardzo urokliwe uliczki, podczas wieczornego spaceru do hotelu.
A tak zupełnie przez przypadek trafiliśmy na tradycyjne występy ludowe, gdzie można było zakupić lokalne wyroby, zarówno te do jedzenia jak i do ubrania. A jeżeli ktoś chciał mógł się napić grzańca :) Poniżej relacja.
Jeżeli ktoś chce poczuć klimat rumuńskich bazarów, to zachęcam do zwiedzenia Obor Market (ulica Strada Ziduri Moși). Jest tam naprawdę wszystko! Cały bazar składa się z kilku olbrzymich hal, plus stanowiska targowe na zewnątrz. Lubię zwiedzać takie miejsca, nie tylko po to aby zakupić jakiś ciekawy ciuch, ale również posmakować owoce, które często inaczej smakują niż te nasze, spróbować lokalnych produktów, czy też po prostu zwyczajnie poszwendać się żeby poczuć klimat. Tu kupimy wszystko. Owoce, alkohol, słodycze, pieczywo, ciuchy, mięso...
Jeżeli chodzi o ubrania, to nie znalazłam nic, co by zaciekawiło moje oko. Ciuchy takie trochę jak kiedyś u nas za komuny. No ale to zależy kto co lubi... Na bazarze zakupiliśmy przepyszne wino z beczki, za dosłownie kilkanaście złotych, olbrzymią białą czekoladę, która była tak przeraźliwie obrzydliwa i śmierdząca!!!, że do dziś mi się robi niedobrze jak o niej myślę. Zostało mi jej jeszcze 3/4. 1/4 wykorzystałam do pierników (które o dziwo wyszły przepyszne) zamiast margaryny. Owoce na bazarze co niemiara. Bardzo tanie i dobre. Tańsze niż u nas w Polsce. Można kupić za grosze.
Wracając z bazaru odwiedziliśmy skansen "Muzeum Wsi"znakujące się w przepięknym i bardzo urokliwym parku Herăstrău. Bilet wstępu do muzeum to 10 RON (normalny). Najgorszym żalem- w sensie wkurzeniem - dla mnie było to, ze zapłaciliśmy cała kwotę, pomimo, że chatki były pozamykane i nie można było ich zwiedzać w środku (chyba, ze zapuszczając żurawia przez okno). Poza tym cały obiekt bardzo ciekawy. Jest to jeden z najstarszych skansenów w Europie, bo założony w pierwszej połowie XX wieku. Cały kompleks zajmuje ponad 100 tyś. m²i płynnie łączy się ze wcześniej wspomnianym parkiem, który jest największym parkiem w Bukareszcie. Stolica Rumunii ma bardzo dużo terenów zielonych, więc taki olbrzymi teren zielony nas jakoś specjalnie nie dziwi. Domki znajdujące się w skansenie nie stały tu od zawsze. Zostały przeniesione z różnych części kraju i połączone w jeden wielki kompleks. Zobaczymy maleńki kościółek, kolorowe chatynki o pięknych okiennicach oraz "sprzęty" rolne.
Takie cudeńka można było zakupić przed jedną z chatynek. Ręcznie robione jajeczka. To chyba ich taka tradycja, ponieważ byliśmy przed Bożym Narodzeniem a nie przed Wielkanocą, więc raczej jajka nie koniecznie wielkanocne??
Tuż zaraz obok skansenu znajduje się Łuk Triumfalny (aleja Kiseleff). Łuk wybudowany w 1936 roku ma 27 metrów wysokości. Wcześniej stał tu łuk drewniany, który został wyburzony specjalnie pod budowę obecnego. Łuk miał symbolizować przyjaźń francusku-rumuńską, stąd podobieństwo do tego, który stoi w Paryżu. Akurat podczas naszej wycieczki, w Bukareszcie miał miejsce pochód wszystkich rumuńskich jednostek mundurowych. Przedstawiciele maszerując, przechodzili pod łukiem. Bardzo fajne wrażenia.
Cały Bukareszt usłany jest maleńkimi cierkiewkami, które wyrastają nie wiadomo skąd. Często wciśnięte między wielkie wieżowce, biurowce, kamienice, wyglądają bardzo niepozornie i takie też są wewnątrz. Nieśmiało robiłam zdjęcia, pamiętając jeszcze z Kijowa, ze wyznawcy prawosławia nie przepadają za fotografowaniem swoich świątyń.
Poniżej Cerkiew Metropolitalna, jedna z ważniejszych dla mieszkańców. Kolejka była niesamowicie długa. Na początku ustawiliśmy się w niej, ale Ursyncio, zorientował się, że kolejka jest ... do całowania ... obrazów. Do zwiedzania nie ma potrzeby czekania.
A tu piękne kamienice niczym z Paryża...
Poniżej wejście na słynny Pasaż Macca-Vilacrosse ze szklanym dachem. Trochę przypomina mi ten w Mediolanie, choć ten jest zdecydowanie skromniejszy.
Jest to najstarsze centrum handlowe w Bukareszcie. W środku znajdują się przepiękne kremowe i białe kamienice, ułożone w kształcie litery U. Podobno dach zbudowano z żółtego szkła po to aby wpuszczał do środka żółte światło, dzięki któremu wszystko wewnątrz wyglądało bardziej zachęcająco do kupna. Zapachniało marketingiem...
Wieczorem wybraliśmy się na pyszne bukaresztańskie jedzenie do jednej z lokalnych knajpek w których serwowali wszelkiego rodzaju lokalne zupy za śmiesznie niskie ceny. Nie muszę chyba wspominać, ze były pyszne? Poniżej zdjęcie menu. Niestety nie pamiętam, która była to knajpka, więc nie mogę polecić nazwy.
Ursyncio wynalazł jeszcze przed wyjazdem muzeum kiczu - Romanian Kitsch Museum (ulica Strada Covaci 6) w Bukareszcie, tak więc postanowiliśmy zobaczyć jakie dziwności zaserwuje nam ten przybytek.
No cóż, nie mam zbyt wiele do powiedzenia na temat tegoż "muzeum". Jak sama nazwa mówi, musi być kiczowate i takie własnie było. Blondynka ubrana w jaskrawą sukienkę ze świecącymi akcentami, Michał Anioł z odkrytym, sztucznym członkiem, stary telewizor, stare meble jak za czasów PRL, perskie dywany na ścianie i wiele wiele innych rzeczy. Niektóre śmieszyły, niektóre troche krępowały, a jeszcze inne były całkiem spoko - np pegasus. Lokal nie jest zbyt duży. Myslę, ze szczegółowe "zwiedzenie" zajmie Wam max 1 godzinę. W skali od 1 do 5 określiałabym rozrywkę na punktów 2. Nic specjalnego, ale jak ktoś ma trochę czasu, to można zobaczyć.
Muzeum czynne do późnych godzin (do 20.30 od 12), więc jak się wszystko zobaczy, można i tam zajść. Nie pamiętam ile kosztowało, ale przygotujcie się raczej na niską kwotę, rzędu kilkunastu złotych.
A w toalecie taka oto niespodzianka. Cała ściana w napisach z pozdrowieniami z całego świata. W pomieszczeniu pozostawiona została informacja aby każdy odwiedzający umieścił wpis na ścianie + przygotowane do tego czynu markery.
A tu zwracam szczególną uwagę na wpis zielonym markerem. Taka oto niespodzianka :)
P.S. Czarny wpis mój
A teraz coś co trzeba koniecznie obejrzeć będąc w Bukareszcie. Jest to absolutny must have - parlament. Przepiękny gmach, jeden z największych budynków na świecie, większy od niego jest jedynie Pentagon, natomiast na Starym Kontynencie zajmuje pierwsze miejsce jako największa budowla. Budynek zaczęto budować za czasów rumuńskiego dyktatora Nicolae Ceausescu. Aby wybudować taki gmach, dyktator zburzył bardzo dużą część starówki (około 7km kwadratowych powierzchni starego miasta). Rozebrano zabytki, zburzono cerkwie, kościoły, przesiedlono 30 tysięcy mieszkańców. Projekt był ogromny. Zainwestowano w niego kilkanaście lat, kupę pieniędzy i zapewne nie jedno zdrowie albo i życie. Ceausescu nigdy w tym budynku nie osiadł, gdyż wcześniej został stracony. Właściwie to nawet on tam nie chciał mieszkać. Budynek miał być przeznaczony jedynie dla urzędników. W gmachu znajduje się 1100 pomieszczeń. Nad powierzchnią widzimy 12 pięter, za to pod mamy jeszcze 8. Nie wszystkie pomieszczenia są w użytku. Parlament wykorzystywany jest tylko w 70 procentach. Tylko część budynku przeznaczona jest do zwiedzania. Aktualnie jest to siedziba władz. Mieszczą się tam wszystkie resorty rumuńskie, tak więc budynek jest pod ścisłą ochroną. Aby zwiedzić ten przepiękny budynek musimy wziąć ze sobą koniecznie dokument tożsamości, gdyż przechodzimy przez kontrolę jak na lotnisku. Zwiedzanie pałacu trwa około godziny. Wstęp to 40 RON. Oczywiście zwiedzamy zaledwie bardzo niewielką część (kilka procent?) budynku. Zwiedzanie jest dozwolone tylko z przewodnikiem. Podczas kupna biletu możemy zapisać się na tour min angielski, niemiecki, rosyjski. Oczywiście polskiego się nie spodziewajcie...
Jest kilka ciekawostek na temat tegoż budynku. Ze słynnego balkonu, który widać poniżej na zdjęciach przemawiał jedynie wspomniany wcześniej przeze mnie Michael Jackson, który pomylił nazwę miasta z węgierską stolicą.
Cały parlament został zbudowany tylko i wyłącznie z budulców pochodzących z Rumunii. Komnaty wykonane są z transylwańskiego marmuru. Olbrzymie żyrandole z kryształów wieńczą sufity nie tylko komnat, ale również korytarzy. Przepiękne, olbrzymie schody z dwóch stron robią potężne wrażenie. Budynek nie tylko trąci przepychem. On cały rozpycha się swoim ogromem i wspaniałościami. Pałac, którego nie powstydziłby się żaden miliarder. Raz na jakiś czas, odbywają się w jednej z sal imprezy. Nie pytajcie jaki jest koszt biletu... Podobno ogromny. Zależy on również od miejsca (czy stojące, czy siedzące).
Budynek bardzo długo stał niewykorzystany. Wiele gwiazd miało co do niego olbrzymie plany. Podobno Donald Trump jeszcze nie będąc prezydentem, chciał odkupić budynek. W planach miał urządzenie w nim kasyna. Jak widać pomysł nie wypalił. Budynku nie sprzedano.
Po Bukareszcie można łazić i łazić. Cały usiany jest w małych cerkiewkach, które wyrastają nie wiadomo skąd.
A to taki innowacyjny projekt współczesnych architektów, w nie współczesnym budynku. Wygląda trochę jakby nowy budynek zjadł starą kamienicę, prawda? Budowlę można podziwiac tylko z zewnątrz. Nie jest ona obiektem do zwiedzania. Znajduje się zaraz przy Museum of Art Collection.
Poniżej budynek, w którym mieści się kilka muzeów. Jednym z nich jest Museum of Art Collection (wstęp 15 RON).
Do każdego z nich trzeba kupić osobny bilet, choć nie wiem czy dobrze pamiętam, mozna kupić również jeden na wszystkie obiekty.
Jak to w muzeum, możemy zobaczyć zbiory z całego świata malarstwa, ikon, rzeźb... (chyba niczego innego się nie spodziewaliście?). Nie ma tego zbyt wiele. Nie uważam, ze było to wow!, ale zawsze warto trochę poszerzyć horyzonty.
To i owo na temat Bukaresztu
- Walutą obowiązującą w Rumunii jest Lei (RON). Kurs utrzymuje się w granicach 0,90 PLN
- Jest to jak najbardziej cywilizowany kraj. Nie spotkała nas żadna przykrość, ludzie są uprzejmi i bardzo pomocni. Nawet w sklepie spożywczym panie starają się powiedzieć cokolwiek po angielsku. A u nas?????
- Rumunia nie jest drogim krajem. Powiedziałabym, ze porównywalnym do Polski. Poniżej zamieszczam zdjęcia cen produktów spożywczych. Zachęcam również do połażenia po małych sklepikach z ciuchami. Można wyhaczyć wiele tanich ciuchów. Ja znalazłam swetry w pięknych żywych kolorach za zaledwie 30 zł. 90% wełny!!
A poniżej 10 Lei rumuńskich.
Podsumowując: Bukareszt to piękne miasto. Nie słuchajcie negatywnych opinii o Rumunach. Przekonajcie się sami.
I nacieszcie oko przystojniakami :)




















































































































