Mamy czasy pandemii, ale pomimo to decydujemy się na kolejną wycieczkę. Czemu? Bo jeżeli będziemy czekać na lepsze czasy, to nie polecimy nigdzie przez kolejne dwa lata. Ale jest cień nadziei. Jeden dzień po przylocie mamy umówiony termin na pierwszą dawkę szczepionki. Tak więc decyzja zapadła. Decydujemy się na Zagrzeb w Chorwacji. Bilet kosztuje nas 350 zł za osobę w dwie strony.
Dzień przed wylotem, jeszcze w Ciechanowie, wykonujemy test antygenowy, który kosztuje nas około 150 zł od osoby. Test nie może być starszy niż 48h od uzyskania wyniku. Wylatujemy w sobotę parę minut po 15. Lot trwał 1h 20 minut. Podczas lotu dostajemy deklarację do wypełnienia, którą trzeba oddać załodze, a drugą kartkę przedłożyć celnikowi po przylocie (i tak od nas jej nie wziął). Załoga (firma LOT) nie zwraca jakoś specjalnie uwagi na to czy pasażerowie mają założoną maskę, choć musze przyznać, że w przeciwieństwie do tanich linii lotniczych jest to bardziej przestrzegane. Ponadto pasażerowie są również bardziej zdyscyplinowani. Większość osób siedzi cały lot w maseczkach, ale oczywiście zdarzają się wyjątki, którymi np jest młoda czteroosobowa rodzina.
Czas w Chorwacji jest taki sam jak w Polsce. Po wylądowaniu mamy możliwość skorzystania z trzech środków lokomocji. Pierwszy z nich to taksówka. Jest ich sporo, jak to przed każdym lotniskiem. Koszt do centrum to mniej więcej 83 kuny (po dzisiejszym kursie około 50 zł). Druga propozycja to Schutel bus (biało-zielona karoseria), czyli bezpośredni autobus, który zatrzymuje się tylko na kilku głównych przystankach. Koszt około 40 kun za osobę. Przystanek mają zaraz obok lotniska. I trzecia propozycja to autobus miejski, który swój przystanek ma na przeciwko lotniska, tylko po drugiej stronie ulicy. Tak na oko to jakieś 5 minut drogi od lotniska. Po wyjściu, kierujemy się na lewo. Bilety można zakupić minutowe. 30 minut kosztuje 4 kuny, 60 minut 6 kun, 90 minut 10 kun. Bilety miejskie do kupienia są w kiosku z gazetami na lotnisku. Mogę się mylić, ale nie widziałam u kierowcy terminala płatniczego. Generalnie to nikt z pasażerów przez całą naszą wycieczkę nie podszedł do kierowcy z kartą płatniczą. Proponuję więc kupować bilety w kiosku. Obok kiosku na lotnisku jest bankomat i punkt wymiany walut. Lotnisko jest niewielkie. Coć jak nasz Modlin, może nawet mniejsze, wiec nie spodziewajmy się tu wielu sklepów. Ale trzeba przyznać, ze port jest naprawdę bardzo ładnie położony, bo na tle gór.
Autobus z lotniska (numer 90) dojeżdża do centrum. Nasz akurat kończył bieg, wiec musieliśmy się przesiąść w tramwaj. Proponuję, jak zawsze, korzystać z google, które powie nam dokładnie gdzie jesteście i ile przystanków jeszcze zostało. Podczas jazdy wypatrujemy otwartych sklepów, ponieważ jest 1 maj - czyli święto również w Chorwacji, więc dużo sklepów jest zamkniętych, pomimo, że to sobota.
Znajdujemy nasz hotelik Boutique Hostel Kings Queens (ulica Kraijska 4/1). Za cały pobyt płacimy (4 noce) płacimy 360 zł ze śniadaniami za dwie osoby. I muszę powiedzieć, że spodziewałam się zdecydowanie czegoś gorszego. Tymczasem dostaliśmy bardzo ładny i bardzo duży pokój urządzony w stylu francuskim. Białe duże, metalowe łóżko, w takim samym stylu sofa, ładne białe meble i równie ładna łazienka w pokoju. Śmieszna kwota a warunki luksusowe. Restauracja jest zamknięta (ze względu na pandemię), wiec śniadania dostajemy do pokoju. I tu ponownie musze przyznać, ze są naprawdę bardzo dobre i urozmaicone. Przykładowo w pierwszym dniu dostajemy ser żółty, suchą, chorwacką wędlinę pršut, salami, biały chleb (szkoda, że nie czarny, no ale za tą cenę...), jajecznica, oliwki, masło, dżem i coś słodkiego. Talerz ze śniadaniem jest naprawdę bardzo duży. Dwie osoby spokojnie się najedzą i jeszcze zostanie.
Pierwszego dnia nie mamy zbyt dużo czasu, ponieważ zastał nas już wieczór, więc udajemy się do sklepu spożywczego po jakieś wino i kolację. Przy okazji podziwiamy architekturę...
Poniżej jeden z piękniejszych budynków jakie widziałam. Budynek Teatru Narodowego, który znajduje się na środku placu Marszałka Tito. Zbudowany pod koniec XIX wieku przez austriackich architektów, dlatego widzimy też podobieństwo do wiedeńskiego teatru. Wiedziałam, ze gdzieś mi coś w głowie dzwoni, bo wydawało mi się, że podobny budynek widziałam już, ale nie wiedziałam gdzie. Budynek jest naprawdę wspaniały. Bardzo reprezentatywny. Do środka nie wchodzimy i nie wiem tez czy można go zwiedzić bez uczęszczania na jakiś koncert czy balet. Jednak warto choć przejść obok niego i na chwilę przystanąć.
Poniżej budynek Akademii Muzycznej. Bardzo nowoczesny i innowacyjny, przed którym znajduje się wielka, żółta kula oraz posrebrzana pochylona iglica, która ma aż 29 metrów wysokości. Dodatkowo Budynek wyróżnia tęczowy dach, który widoczny jest z daleka.
Przy okazji tematu iglicy i nowoczesnej architektury dodam, że po całym mieście rozsiane są planety układu słonecznego, których rozmiar oraz odległość od słońca proporcjonalna jest do rzeczywistej wartości. Szukanie ich może być trochę uciążliwe, ale zarazem ekscytujące. Można nawet zakupić wycieczkę w poszukiwaniu układu słonecznego. Jeżeli nie chce się Wam szukać planet, to w internecie można znaleźć dokładne ulice wraz z oznaczonym miejscem, gdzie znajdują się wybrane planety. My nie podążamy drogą układu słonecznego. Szukamy innych przygód. Może wpadniemy na nie przypadkiem...
Następnego dnia ruszamy zaraz po śniadaniu na miasto. Pogoda, w przeciwieństwie do Polski jest naprawdę bardzo dobra. Słońce i 23 stopnie. Tymczasem w Polsce 5 stopni, pada i jest wietrznie. Idealna majówka... Jest tez kilka innych plusów. Na świeżym powietrzu nie trzeba zakładać maseczki. W końcu po kilku miesiącach widzimy twarze ludzi. Maseczki trzeba zakładać jedynie w budynkach, tramwajach i innych zamkniętych przestrzeniach. Również rząd chorwacki lepszą podjął decyzję w kwestii restauracji. Są one otwarte, ale zjeść posiłek możesz tylko na zewnątrz. Ja wiem, że polskiej pogody nie można porównywać do chorwackiej, ale przecież zawsze można użyć zadaszenia oraz lamp ogrzewających.
Pierwszym miejscem do którego się udajemy jest bazar Trznica Dolac (Dolac 8), który znajduje się koło głównego placu. Bazar nie jest zbyt duży. Wydaje mi się, że to raczej przez covid, ponieważ wiele stanowisk jest pustych. Targ mieści się zarówno na powietrzu jak i w budynku. W środku kupimy sery, wędliny, alkohol oraz warzywa. Na zewnątrz owoce i pamiątki. Stragany od budynku oferują owoce z Chorwacji. Im dalej, tym dalej w świat. Jednak sprzedawcy nie oszukują. Kiedy zapytamy, od razu mówią skąd pochodzi dany owoc. Ceny są stałe. Raczej się tu nie targuje. Przykładowo za dwa ananasy płacimy 5 kun. Nie kupimy tu ciuchów. Jest to typowy bazar spożywczy.
A w wejściu na plac wita nas taka oto ładna pani... W jednym z przewodników przeczytałam, że jest to pomnik przekupki nazywanej przez Zagrzebian kumica. Nazwana tak na część pań, które z okolicznych miejscowości przychodzą na targ sprzedawać swoje produkty.
Oraz takie ładne obrazy...
Po zwiedzaniu bazaru, przysiadamy na chwilę w lokalnej restauracyjce na kieliszek wina. Nie mamy skrupułów pić z rana, bo w końcu to Chorwacja... Wino nalane od serca. Za kieliszek płacimy 12 kun, a za kawę 8. Do każdego zamówienia dostajemy darmową wodę.
Widać, ze to typowo lokalna restauracyjka. Ma bardzo dobrą lokalizację. Tuż koło bazaru i do tego za głównym placem. Większość klientów to starsi ludzie. Popijają kawę czy wino. Czytają gazetę. I tak powinno wyglądać życie Polaków na emeryturze. Wyjście do lokalnej restauracyjki na kieliszek wina albo kawę. Tymczasem u nas raczej panuje przeświadczenie, że po co wychodzić na kawę skoro ma się ją w domu... Widać, że mamy zupełnie inną mentalność niż południowcy. Prawdopodobnie po części jest to sprawa klimatu, ponurych dni bez słońca oraz dawnego systemu. Na zewnątrz Europa Zachodnia, w głowie cały czas komuna.
Po kieliszku wina, udajemy się do Katedry Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, która znajduje się zaledwie 5 minut drogi od bazaru. Niestety jest zamknięta. Cała obstawiona rusztowaniem. Widać, że aktualnie odbywa się tu remont. Obchodzimy ją wiec tylko na zewnątrz.
Mamy plan aby udać się na bezpłatny tour po mieście z przewodnikiem z firmy Zagrzeb Free Spirit Walking. Rezerwacji można dokonać przez intenet - link tu, jednak jeżeli jej nie macie, nie stanowi to żadnego problemu. Czemu wycieczka po mieście jest za darmo? Nie mam pojęcia. Tak sobie firma wymyśliła. I nie ma tu ukrytych paragrafów. Jeżeli chcesz, możesz dać napiwek po zakończeniu wycieczki. Wycieczka zaczyna się koło pomnika na placu Ban Jelačić Square. Wystarczy znaleźć osobę z pomarańczową parasolką. Zbiórka zawsze o 11 od listopada do końca maja oraz o 11 i o 17 od czerwca do października.
Jednakże jeszcze zanim udamy się na plac, podchodzi do nas mężczyzna w średnik wieku, który usilnie namawia nas na to aby wynająć go jako przewodnika. Chce nas oprowadzić po mieście za około 100 zł od osoby.
Łapie nas od razu jak tylko wchodzimy na plac przed katedrą. Nie możemy się go pozbyć, więc mówimy mu, ze mamy inne plany i musimy się zastanowić. Kiedy po obejściu katedry wracamy, znowu podchodzi nas i pyta czy już się zastanowiliśmy nad jego propozycją. Mówi nam, ze każdego dnia jest dostępny od 11 i że można ewentualnie napisać do niego na whatsupp. Aby się go trochę pozbyć, bierzemy od niego numer telefonu i mówimy, że jak będziemy zainteresowani to damy mu znać. Daje nam przewodnik po polsku pobrany wcześniej z informacji turystycznej. Cały czas gada i gada. Jest uprzejmy ale bardzo nachalny a my nie potrafimy odmówić. Opowiada o różnych zabytkach miasta, o winiarniach. Ursyn mówi mu, ze mamy już wybraną. A on dalej gada i gada. W końcu mówimy mu, że musimy już iść bo jesteśmy umówieni. Dzięki temu udaje się nam go jakoś spławić.
Biegniemy szybko na plac. Udało się nam zlokalizować naszego przewodnika, a raczej panią przewodnik. Kristina, bo tak ma na imię, to młoda, bardzo sympatyczna dziewczyna, która bardzo dobrze mówi po angielsku. Jest bardzo wesoła. Ciągle ze wszystkiego żartuje. Nasz tour zaczynamy równo o 11. I pierwszym miejscem, o którym Kristina nam opowiada, to sam plac na którym się znajdujemy, czyli Plac Bana Jospia Jelačicia, który otoczony jest przepięknymi, secesyjnymi i modernistycznymi kamienicami. Na środku stoi pomnik Josipa Jelačicia (1801-1859), który był chorwackim hrabią, gubernatorem oraz generałem komenderującym Chorwacji i Slawonii. Był przeciwnikiem rewolucji oraz powstania węgierskiego. Pomnik był kilka razy przenoszony. Aż w końcu osiadł tu już chyba na stałe, aby teraz być jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w Chorwacji.
Od Kristiny dowiadujemy się, że plac jest miejscem spotkań młodych ludzi. Jeżeli Zagrzebianie chcą się spotkać, najczęściej umawiają się na placu. Nie muszą nawet wymawiać całej nazwy. Po prostu mówią: będę czekał na placu.
Udajemy się następnie do fontanny, która również znajduje się na placu. Opowiada nam legendę nawiązującą do nazwy miasta. Kiedyś Zagrzeb był wielką pustynią na której panowała susza. Pewnego razu przejeżdżał przez nią wódz wraz ze swoją armią. Spragniony zatrzymał się i wbił miecz w ziemię z której natychmiast wypłynęła woda. Ale żeby legenda nie była taka nudna, musi pojawić się również kobieta. Była nią Manda. Legenda podaje, że wódz poprosił ją aby nalała mu wody. Od jej imienia źródło otrzymało nazwę Manduševac. Natomiast nawa miasta powstała od słowa zagrabiti, czyli zagarnąć. Jednak to nie jest jedyna legenda. Kristina wspomina nam jeszcze o innej, która brzmiała podobnie do tej wcześniejszej, ale pojawia się tam jeszcze wątek miłosny. Spragniony żołnierz podjechał do dziewczyny, która nabierała wodę ze źródła. Zapytał ją czy nabierze mu wody do picia. I od tego zagarnięcia wody, podobnie jak wyżej powstała nazwa miasta. Manda powiedziała do żołnierza, że jak się napije wody z tego źródła to już na zawsze tu zostanie. Żołnierz zaśmiał się, jednak kiedy wychylił naczynie, dziewczyna wydała mu się niezwykle piękna. Zakochał się i już z nią tu został.
Niestety nie zrobiłam zdjęcia fontanny. Zwyczajnie o tym zapomniałam. Choć może nie jest jakoś specjalnie okazała, ale Kristina poprosiła nas z wielkim uśmiechem na twarzy aby na tripadvisor dać jej więcej niż jedną gwiazdkę, ponieważ miejsce to jest dla nich bardzo ważne. Niestety większość zwiedzających nie widzi tego co co widzą w niej mieszkańcy. Oczywiście fontanna jest kolejnym punktem na placu przy którym Zagrzebianie się spotykają. Moim zdaniem fontanna jest mała, ale dosyć urokliwa. Można przy niej usiąść i pokontemplować piękny widok na starówkę.
Następnie kierujemy się do makiety miasta. Słyszymy, że miasto zbudowane jest na dwóch wzgórzach gdzie umiejscowione były osady Gradec i Kaptol, które aktualnie stanowią centrum miasta. Możemy je dojrzeć dopiero z okolic katedry. Z biegiem lat, kiedy zaczęto stawiać budynki, przysłoniły one wzgórza. Osady dzieliła rzeka. Kristina pokazuje nam na makiecie mury gdzie przebiegała granica. Po lewej stronie makiety widzimy złotą gwiazdę, która wygląda jak budynek. Kristina opowiada nam, że wielu turystów szuka tej gwiazdy na terenie miasta. Tymczasem ten budynek nie istnieje i nigdy nie istniał. Jest to tylko część makiety.
Jakieś 3 minuty od makiety stoi katedra. I niestety właśnie się tam kierujemy. Czemu niestety? Ponieważ domyślamy się, że po placu będzie prawdopodobnie krążyć nasz niedoszły przewodnik. No ale niestety nie mamy na to wpływu. Zatrzymujemy się przy katedrze. Widzimy tego mężczyznę z daleka. Krąży szukając innych klientów. Staramy się go ignorować. Słuchamy co ma do powiedzenia nasza pani przewodnik.
Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wielokrotnie niszczona czy to przez najazdy czy też przez trzęsienia ziemi. Pierwszy kościół, który stał na tym miejscu stał już w XI wieku. Kristina nie zadręcza nas historią. Opowiada nam, ze katedra odkąd tylko pamięta, jest w ciągłej budowie. Nigdy nie widziała jej bez rusztowań. Jakby tego było mało, trzęsienie ziemi o sile 5,6 w skali Richtera, które miało miejsce w tamtym roku w marcu, poważnie nadszarpnęło konstrukcję. Doszło do tego, że iglica katedry runęła na ziemię (ze 100 metrów!) i przedziurawiła dach. Szczęście w nieszczęściu, że akurat zaczęła się pandemia covid i nikogo nie było wtedy w kościele. Odczuwalne były dwa wstrząsy w odstępach około 30 minutowych. Zaledwie te dwa wstrząsy, zniszczyły nie tylko katedrę, ale także większość starego miasta, stare budowle oraz inne kościoły. Dachy spadały na ziemię, cegły sypały się z budynków. Na wielu ścianach pojawiły się pęknięcia. Nowe budynki mocno nie ucierpiały. Odnotowano, że było to najsilniejsze trzęsienie ziemi od 140 lat. Po weryfikacji stanu budynku okazało się, że konstrukcja północnej wieży również została naruszona. Istniało ryzyko, że się zawali. W związku z tym postanowiono usunąć ją z dachu i postawić obok na placu. W piątek 17 kwietnia około godziny 18 doszło do kontrolowanej eksplozji, która transmitowana była w telewizji. Kristina mówiła, że wszyscy mieszkańcy z zapartym tchem obserwowali relację, modląc się przy tym aby wszystko poszło dobrze. Katedra to w końcu jeden z ważniejszych symboli miasta. usunięta część ważyła 30 ton i mierzyła 13,5 metra. Na youtub są nawet filmiki z wybuchu. Wystarczy wpisać Zagreb Cathedral: Controlled Explosion.
Kierujemy się następnie w stronę ulicy Skalinskiej gdzie kiedys płynęła rzeka, która oddzielała dwa grody. Teraz znajduje się tam wybrukowana ulica z mnóstwem kawiarenek i ogródków.
A tuż obok znajduje się ulica Krvavi Most. Nie trzeba nawet tłumaczyć co oznacza. Język chorwacki jest bardzo podobny do polskiego. Na tej ulicy znajdował się most łączący dwie osady. A czemu krvavi? Ponieważ bardzo często dochodziło do krwawych spięć pomiędzy mieszkańcami obydwu osad. Zlikwidowano go w 1899 roku.
Przy tej ulicy mieści się również wejście do Tunelu Grič. Tunel został zbudowany za czasów II Wojny Światowej jako schron. W 2016 roku został odnowiony i trochę przebudowany tak aby mógł służyć jako atrakcja turystyczna i miejsce przechadzek. Do tunelu nie wchodzimy z naszym przewodnikiem. Postanawiamy wrócić tu po tourze.
Tuż nieopodal znajduje się jeden ze sklepów z krawatami. W głowie mi coś dzwoniło, że słowo krawat i Chorwacja jakoś tak podobnie brzmią. I dobrze mi dzwoniło, ponieważ krawat został wymyślony w Chorwacji. W dawnych czasach mężczyźni nosili długie chusty przewiązane wokół szyi. Niektóre źródła donoszą, ze chusty wiązane były przez kobiety na szyjach mężczyzn wybierających się na wojnę. Miały im przypominać o domu i kochającej kobiecie. Później krawaty noszone były przez chorwackich oficerów służących we francuskiej kawalerii. Następnie zostały podchwycone przez króla Ludwika XIV. A wiadomo. Jak król coś nosi, to za chwilę cały dwór ubiera się tak samo. Krawat zaczął symbolizować kulturę, elegancję oraz sukces. 18 października obchodzony jest światowy dzień krawata. W poniższym sklepiku można zakupić krawat. Żałuje, że był zamknięty, ponieważ zwykle okiennice są otwarte a na zewnątrz wiszą piekne krawaty. Patrząc na ten szyld przypomina mi się film z Hugh Grantem oraz z Sandrą Bullock, który nosił tytuł "Dwa tygodnie na miłość". W jednej ze scen Hugh pojawia się na przyjęciu w pięknym długim, sięgającym do kolan krawacie w chorwacką kratkę.
Kierujemy się następnie do Kamiennej Bramy, która jest bardzo ważnym miejscem dla Zagrzebian. Brama usytuowana jest w prostokątnym budynku. Pod bramą przebiega ulica Kamenita, która wychodzi z drugiej strony. Jednakże wejście nie znajduje się na przeciwko siebie. Drzwi zewnętrzne wychodzą na północ, a wewnętrzne na zachód. Droga ta nie jest dostępna dla samochodów. Można sie poruszać tylko pieszo. Pod prostokątnym budynkiem, na jednej ze ścian, znajduje się obraz Matki Boskiej z berłem oraz z małym Jezusem. Na przeciwko po lewej stronie, ustawione są ławki w których można usiąść i pomodlić się. Wspominałam, że brama jest bardzo ważnym miejscem dla Zagrzebian. jednakże nie tylko dlatego, że znajduje się tam obraz, ale dlatego, że ocalał on z pożaru w którym spłonęło wiele budynków. Historia ta owiana jest legendą jakoby ogień zgasł gdy dosięgnął wizerunku Matki Boskiej. Jedynym mankamentem jest nadpalona rama. Jest to miejsce kultu dla wielu Chorwatów. Na ścianie tuż obok ławek przylepiane są kartki z podziękowaniami wiernych. Nawet nasza przewodniczka przed wejściem poprosiła nas abyśmy nic nie mówili będąc w środku. Sama idea tej bramy przypomina tą, która znajduje się w Wilnie. Matka Boska Kamiennej Bramy jest patronką Zagrzebia. Miasto swoje święto obchodzi 31 maja.
Już po wyjściu z Bramy, stajemy na chwilę aby usłyszeć legendę o czarownicach, które w dawnych latach były palone (jak wszędzie zresztą). Na dachach okolicznych budynków znajdowały się kolczugi, które miały je złapać kiedy te przelatywały.
Kierujemy się w kierunku placu św. Marka na którym stoi kościół, który nasza przewodniczka jak była mała nazywała kościołem z klocków lego. Podobnie jak plac, kościół nosi imię tego samego świętego. Najstarsza część świątyni pochodzi z XIII wieku. W XIV wieku został przebudowany. Te prace nadały mu styl gotycki. Nie znam się na stylach, ale patrząc na budynek jest to jednak chyba mieszanka różnych epok. Niestety nie możemy wejść do środka. Cały teren został ogrodzony, ponieważ jakiś czas temu na plac przedostał się uzbrojony mężczyzna. Przy tej ulicy mieści się szereg ważnych instytucji państwowych takich jak siedziba rządu Chorwacji, Sądu Konstytucyjnego czy też Stary Ratusz.
Od tej pory zwiedzać można tylko z zewnątrz. Nie można nawet podejść bliżej pod budynek. Jednak już zewnątrz świątynia wygląda naprawdę imponująco, ponieważ jej dach pokryty jest ceramiczną dachówką głównie w kolorach czerwieni, bieli i niebieskiego. Z daleka rzeczywiście wygląda jak budowla zbudowana z klocków lego. Na dachu od strony południa widzimy dwa herby - od wschodu Zagrzebia, zaś po zachodniej Trójjedynego Królestwa Chorwacji, Slawonii i Dalmacji. Na jednym z nich znajduje się czarne zwierzę, które jest kuną. Stąd właśnie wzięła się nazwa waluty. W dawnych czasach przeliczano wszystko na liczbę kun, które sprzedawano na futra.
Kolejny przystanek to taras widokowy, do którego prowadzi przepięknie położona alejka wśród zielni, z równie pięknym widokiem na miasto. Taras znajduje się tuż przy wieży oraz ostatniej (i jedynej) stacji kolejki. Idealne miejsce na zdjęcia z widokiem na katedrę oraz całe miasto. Widok jak z pocztówki i nic nie kosztuje.
Tuż obok tarasu mieści się Muzeum Zerwanych Związków (Muzej prekinutih veza). Jest to jedno ze słynniejszych, nowoczesnych przybytków muzealnych. My nie decydujemy się na zwiedzanie, jednakże nasza przewodniczka wspomina, że znajdują się tam przedmioty, które para twórców zgromadziła podczas bycia razem. Po jakimś czasie muzeum się rozrosło. Ludzie zaczęli przynosić przedmioty ze swojego życia. I to nie tylko z Chorwacji, ale całego świata. Asortyment jest naprawdę przedziwny, ponieważ znajdują się tam nie tylko zdjęcia, pamiątki z przebytych dotychczas związków, ale także np broń, ciuchy, buty różnego rodzaju szpargały, które dostaje się często od tej drugiej osoby, albo po prostu rzeczy, które na tamten czas wydają się nam ważne. Muzeum nie dotyczy tylko zerwanych związków miłosnych, jednak to było motywem przewodnim. Co ciekawe, związek pary założycieli, którzy byli chorwackimi artystami, nie przetrwał. W zasadzie to już w trakcie zakładania muzeum nie byli już ze sobą. A że nie wiedzieli co zrobić z rzeczami, które im pozostały, postanowili zorganizować wystawy. Po udanym światowym turne, wystawy zostały skumulowane w jednym budynku. W 2010 roku obiekt ten został nagrodzony jako najbardziej innowacyjne muzeum w Europie.
Tuż niedaleko tarasu widokowego znajduje się kila ciekawych murali. Aby je zobaczyć trzeba zejść po schodkach z mostku. Zobaczymy mural przedstawiający min Teslę oraz Penkalę. O Nikoli Tesli to chyba słyszał każdy. Jego nazwiskiem sygnowane są samochody elektryczne i silniki. Był to inżynier pochodzenia serbskiego, który urodził się na terenie obecnej Chorwacji. Jednak później wyemigrował do Francji a następnie do USA, gdzie mieszkał do końca swojego życia. Jak pojedziecie do Serbii, usłyszycie, że był Serbem, kiedy pojedziecie do Chorwacji, usłyszycie, że był Chorwatem, a jak pojedziecie do USA, to dowiecie się, że był Amerykaninem.
Penkala za to był twórcą min mechanicznego długopisu, pióra, termoforu czy też proszku do prania. Wymyślił około kilkudziesięciu patentów z różnych obszarów. Ciekawostką jest, że Penkala miał polskie korzenie.
Zresztą to nie są jedyne murale w Zagrzebiu. W ostatnich latach street art zaczął bardzo rozkwitać w chorwackiej stolicy. Dzięki wielu utalentowanym artystom, Murale powstają praktycznie co miesiąc. Dzieje się to min dzięki projektowi "Muzeum Sztuki Ulicznej". Możecie ich szukać w centrum, ale również w dalszych dzielnicach. Podobno jedną z słynniejszych dzielnic dzięki sztuce ulicznej stała się Dugave.
I wracamy następnie na Plac Jelacicia pod zegar, by tu rozstać się z nasza przesympatyczną przewodniczką Kristiną. Na koniec słuchamy jeszcze krótkiej informacji na temat miniaturowych budyneczków z drzwiczkami i okiennicami, które rozsiane są po mieście na budynkach czy posągach. Bardzo ciężko je zlokalizować, gdyż są naprawdę miniaturowe. Poniżej jedne z tych co pokazała nam Kristina znajdujące się pod zegarem.
Postanawiamy wrócić w kilka miejsc, które nam pokazała Kristina. Tak więc ponownie idziemy w kierunku Bazaru Dolac. Niespodziewanie napotykamy znowu mężczyznę, który zaczepił nas przed katedrą. Jest bardzo sfrustrowany. Krzyczy na nas. Mówi, że stracił niepotrzebnie czas, ponieważ opowiedział nam wiele ciekawych rzeczy a my go po prostu oszukaliśmy. Staramy się go pozbyć. Czujemy się głupio ale nie jesteśmy winni tej sytuacji, ponieważ stojąc jeszcze przed katedrą staraliśmy się dać mu do zrozumienia, że nie chcemy jego pomocy. Niestety niepotrzebnie chyba wzięliśmy od niego ulotkę z numerem telefonu, ponieważ najwidoczniej uznał, że przez to zobowiązani jesteśmy do tego aby do niego wrócić i wykupić u niego tour. Nauczka dla nas: następnym razem lepiej od razu odmówić, aniżeli kulturalnie dawać do zrozumienia, że się nie jest zainteresowanym...
Po wcześniejszym niemiłym doświadczeniu, kierujemy się ponownie w stronę Zagrzebskich Tuneli. Podobno ciągną się kilometrami pod Zagrzebiem. My idziemy główną odnogą, która łączy ulicę Mesnicką z Radicia. Poniżej dla zainteresowanych umieszczam mapkę tunelu.
No i wychodzimy z drugiej strony tunelu...
Stojąc na górnej stacji kolejki (wspominałam, że znajduje się tuż koło wieży i tarasu), Kristina powiedziała nam parę słów na temat Kolejki Uspinjaca. Niestety w planach nie było przejazdu kolejką, więc postanowiliśmy do niej powrócić po skończonym tourze. A czemu się na nią tak napaliliśmy? Ponieważ jest ona najkrótszą szynowo-linową kolejką na świecie, która przeznaczona jest do przewozów publicznych. Cały przejazd zajmuje jedynie 64 sekundy! A kolejka ma zaledwie 66 metrów długości. Kolejka od 1890 roku łączy ze sobą Górne Miasto oraz dolne dzielnice. Trasa jej jest bardzo stroma, więc nie dziwię się, że niektórzy wykupują bilet miesięczny na kolejkę (tak jest taka możliwość, nie żartuję). Ktoś kto mieszka w górnych częściach miasta i musi każdego dnia pokonywać tą trasę, ma nie lada wyzwanie. Dlatego kolejka znacznie ułatwia życie. Trasa kolejki jest naprawdę bardzo urokliwa. Roztacza się z niej przepiękny widok. Niestety minus jest taki, że trzeba robić szybko zdjęcia. Mamy zaledwie 64 sekundy. Bilet kosztuje 5 kun. Poniżej widoki z trasy...
Chcemy zobaczyć również Wieżę Lotrscak, więc kierujemy się w stronę kas. Z zasłyszanych informacji od Kristiny, wiemy, że zatrudniony jest tu na cały etat pracownik, który codziennie w samo południe strzela z armatniej wieży. I tak naprawdę jest to jego jedyne zajęcie. Na jednym z górnych pięter, znajduje się armata otoczona przeszklonym parawanem. Natomiast na samej górze jest odkryty taras widokowy. Wieżę można obejść na około. Uwaga strasznie wieje, nawet przy tak pięknej pogodzie jaką my mieliśmy. Warto odwiedzić to miejsce za sprawą przepięknych widoków nie tylko na miasto ale również na góry. Bilet wstępu kosztuje dla dorosłych 20 kun.
Nie jesteśmy zmęczeni zupełnie wycieczką, czasu również mamy jeszcze sporo do wieczora, wiec kierujemy się w kierunku słynnego parku, który nazywany jest Podkową Lenuzziego (Lenucjieva Podkova), który znajduje się praktycznie w samym centrum miasta. Swe imię zawdzięcza jednemu z zagrzebskich urbanistów - Milana Lenuzziego. W skład kompleksu wchodzi siedem olbrzymich pałaców oraz Ogród Botaniczny. W pałacach mieszczą się różne budynki kulturalne takie jak galerie, muzea, ale także sądy, ministerstwa oraz dworzec kolejowy. Kompleks jest naprawdę olbrzymi. Od początku parku do końca, bez obchodzenia go, musimy przeznaczyć kilkadziesiąt minut. Ogród przypomina trochę te w stylu angielskim. Dosyć uporządkowany, z dużymi rabatami kolorowych kwiatów.
Poniżej zdjęcie dworca pkp na tle gór.
Wspominałam wcześniej, że w skład Podkowy Lenuzziego wchodzi również Ogród Botaniczny Wydziału Nauk Przyrodniczych i Matematyki Uniwersytetu w Zagrzebiu. Jest to dosyć spory obiekt, który posiada kilka szklarni, ale większość roślin ogląda się na zewnątrz. O tyle ile do Podkowy możemy sobie wejść kiedy chcemy, gdyż nie jest ogrodzona, tak ogród ma już swoje godziny otwarcia. Ogrodzony jest metalowym płotem do którego prowadzi jedno wejście. Podobno pierwsze rośliny zostały tu posadzone w 1842 roku. Struktura parku jest podobna jak Podkowy. Dominuje tu styl angielski z wyodrębnionymi rabatami kwiatowymi. Choć można tu również zobaczyć pozornie nieuporządkowane rabaty z wieloma gatunkami roślin. Bliżej Czerwonego Pawilonu mieści się kilka długich, wysadzanych rabat, które są już mniej okazałe jak te wcześniejsze. Czerwony Pawilon może przypominać nam trochę chińskie budownictwo. Choć jest to wrażenie mylne, gdyż pawilon nie ma nic wspólnego z Chinami. Jest to najbardziej okazały i najstarszy budynek na terenie ogrodu. Zbudowany został rok przed powstaniem tego kompleksu tj w 1891 roku. Stojąc twarzą do pawilonu, kierując się w lewą stronę dojdziemy do przepięknego stawu, na którym znajduje się równie urokliwy mostek. Staw otoczony jest bujną roślinnością w której ukrywa się mnóstwo kumkających żab. Przysiadamy na chwilę na ławce aby trochę pokontemplować... Wstęp do ogrodu płatny 10 kuna. Niestety nie jestem w stanie pokazać Wam ani jednego zdjęcia, gdyż rozładował mi się telefon, a Ursyn przez przypadek skasował zdjęcia, które zrobiłam jego telefonem.
Drugiego dnia mamy w planach jechać za miasto. Jednak pogoda nam się trochę zepsuła - jest pochmurno i deszczowo. Szwędamy się trochę po mieście. Wchodzimy do sklepów aby zakupić gifty dla siebie i rodziny. Szukamy też wynajmu samochodów, ponieważ chcemy jechać za miasto, nad jeziora Plitvice Lakes. Niestety w większości biur żądają od nas karty kredytowej, której nie mamy (mamy tylko revolut albo debet). A niestety debetowej nie tolerują. Znajdujemy jedno z biur Nova Rent a Car (ulica Kneza Borne 2), które nie potrzebuje karty kredytowej, ale znowu cena wynajmu jest dosyć wysoka, bo 450 kuna za jeden dzień. Zwracasz pełny bag paliwa + trzeba zapłacić kaucję 500 kuna. Pytamy również w informacji turystycznej znajdującej się obok placu ile kosztują wycieczki zorganizowane. Niestety wychodzą jeszcze drożej. Wycieczka kosztuje 300 kuna od osoby. Jednak jest to cena tylko przejazdu. Jeżeli chcemy skorzystać z usług przewodnika, musimy dopłacić jeszcze 115 kuna od osoby. A żeby tego było mało 300 kuna od osoby to cena obowiązująca tylko wtedy kiedy uda się im zebrać odpowiednią liczbę osób. Jeżeli nie to trzeba zapłacić za prywatny tour 1125 kuna od osoby! Decyzja zapadła - rezygnujemy.
Około południa ma być już słonecznie, dlatego postanawiamy udać się do Muzeum Iluzji (Muzej Iluzjia ulica Llica 72). Bilet kosztuje nas 50 kuna. Szybkim krokiem, bez szczególnego analizowania eksponatów, zwiedzicie muzeum pewnie w 20 minut. My spędzamy tak trochę więcej czasu, ponieważ cała frajda z odwiedzenia takiego miejsca polega na tym, ze trzeba obejrzeć wnikliwie i ewentualnie w przypadku różnych gier spróbować swoich sił. Opisy rekwizytów są min po angielsku. Mi się muzeum podobało, ponieważ lubię czasami sobie pogłówkować. Jednak dla tych co są raczej umysłowymi leniuchami, nie polecam, bo się zanudzi.
Poniżej stół, który między nogami ma lustra, a wygląda bardzo naturalnie.
"Magiczne" krzesełko, które spotykane jest często w takich przybytkach. W rzeczywistości nogi stołu są oddalone o jakieś 2 metry od siedzenia krzesła. Blat krzesła leży na podłodze. A Ursyn??? Stoi dużo parę metrów przed nogami...
Nie ma to jak partyjka z samym sobą... Kto wygra???
Takich gierek było całkiem sporo. Pozornie proste, ale tylko pozornie. Tak naprawdę to nie są kwadraciki, tylko figury podobne do tych w grze blokus (np w kształcie krzyża, litery L długiej, krótkiej itd), które składają się z kilku elementów. Cała sztuka polega na tym aby je ułożyć w tej ramce.
Te figury są tak naprawdę identyczne, wiec jak to się dzieje, że jak ułozy się jedną pod drugą to są mniejsze?
A tego pana już powinniście znać. To nie kto inny jak Nikola Tesla. Amerykański Chorwat pochodzenia Serbskiego.... Brzmi głupio, ale tak rzeczywiście było...
Ursyn jeszcze będąc w Polsce umówił nam wizytę w winiarni, która znajduje się w miejscowości Jastrebarsko. Pociąg z dworca odchodzi co dwie godziny. Na google, po wpisaniu trasy mamy rozkład pociągów. Kupujemy bilet za 24,60 kuna i w drogę (w jedną stronę, cena dla jednej osoby). Pociąg odjeżdża z peronu 4. Jednak jest on ukryty. Nie, to nie jest dworzec King Cross peron 9/3. Ale trzeba się trochę nagłówkować. Nie przechodzimy przejściem podziemnym. Peron jest za głównym budynkiem. Właściwie to znajduje się w tej samej linii. Przejazd trwa około 30 minut. Z dworca odbiera nas samochodem właściciel winiarni do której się udajemy.
Poniżej zdjęcie dworca.
Poniżej jeden z urokliwych domków znajdujących się tuż koło dworca. Chatka niczym z obrazka...
Właściciel Winiarni Jagunić - Dominik - jest bardzo sympatycznym i otwartym człowiekiem. Dosyć dobrze mówi po angielsku, ale pomimo naszych skromnych umiejętności językowych, nie mamy problemów z jego zrozumieniem.
Miejsce to Ursyn znalazł przez google. Tak naprawdę to jest wiele winiarni w tej okolicy, jednak tylko ta jedna odezwała się od razu. A skoro odpowiedź była natychmiastowa uznaliśmy, że nie ma co patrzeć na te odpowiedzi, które przyszły po kilku/kilkunastu dniach. I muszę powiedzieć, ze to był bardzo dobry wybór. Ale po kolei.
Do winiarni jedziemy jakieś 15 minut. Jednak niech Was nie zwiedzie ten czas, gdyż obiekt położony jest wysoko w górach. Piechotą oczywiście można tam dojść, ale nie polecam, gdyż trasa to 10 kilometrów, w tym połowa to wspinanie się pod górę. Myślę, że taka wspinaczka zajmie Wam pewnie z 2 godziny. Droga jest przepiękna. Strasznie kręta, ale też ładnie położona, bo praktycznie cały czas jedziemy blisko zbocza. Można podziwiać piękne widoki. A jest co!
Za degustację płacimy 120 kuna od osoby. W skład tego wchodzi degustacja siedmiu win (i to dosyć suto nalanych), duża taca wędlin swojej roboty, oraz duża taca lokalnie wyrabianych serów. Jak to w Chorwacji, wina, które tu są serwowane uchodzą za wytrawne albo półwytrawne. W Chorwacji praktycznie nie produkuje się win słodkich. Jeżeli już są dostępne, to tylko te sprowadzane z innych części świata. Ja nie jestem zwolennikiem win, które nie są słodkie. Czytałam gdzieś kiedyś, że Ci co mieszkają na północy Europy preferują wina słodkie i półsłodkie, a Ci co mieszkają na południu wytrawne i półwytrawne. Uwarunkowane jest to klimatem, który na północy jest zdecydowanie chłodniejszy aniżeli na południu. Południowcy preferują wina, które ich orzeźwią w upalny dzień. Tymczasem my na północy, preferujemy coś co nas ogrzeje. I coś w tym jest. Ja uwielbiam takie trunki jak malaga czy porto, które są słodkie i dosyć ciężkawe. I przede wszystkim czerwone. Nie lubię tych z bąbelkami, więc szampan już odpada. Z białych win lubię jedynie wina japońskie, które robione są z białej śliwki. Jednak muszę powiedzieć, że te, które nam zaserwował Dominik były naprawdę dobre. Wina produkowane w tym miejscu są tylko białe ewentualnie różowe. Pomimo, że uchodzą za wytrawne, to język kołkiem nie staje z powodu goryczy. Dla mnie one były raczej półsłodkie. I w zależności od rodzaju, produkują zarówno te musujące jak i bez bąbelków. Choć w swoim asortymencie mają również szampana. Polecam szczególnie dwa wina Amber Selection Tiraminac Crveni oraz Rajnski Rizling. Wina te, są ze specjalnej kolekcji, którą sugeruje już sama nazwa linii. Kolor ich jest bursztynowy. Przepięknie pachną. I są naprawdę przepyszne. Dla smakoszy win musujących dodam, że te nie maja bąbelków. Są też bardziej słodkie niż te wcześniejsze. Dominik serwuje je nam w dziwnie wielkich kieliszkach (widoczne na poniższych zdjęciach), których nigdy wcześniej nie widziałam. Jeżeli chodzi o cenę to są sporo wyższe niż te pierwsze. Tiraminac kosztuje 150 kuna, podobnie Rajnski Rizling, natomiast Plesivica zaledwie 90. Jednakże to ostanie, tak jak mówiłam wcześniej, ma zupełnie inny kolor, inny smak aniżeli te z kolekcji Amber. Przede wszystkim kolekcja Plesivica to wina musujące. Wystrzelają jak szampan.
Wina robione w tej winiarni dostępne są tylko tu w winnicy, albo w wybranych restauracjach. Niestety nie można dostać go w sklepach. A szkoda. Dominik jest tak miły, że daje nam jedno wino za darmo, ponieważ akurat kilka dni wcześniej otrzymał @ od jednego z polskich dystrybutorów z zapytaniem czy nie byłby zainteresowany nawiązać z nimi współpracę. Prosi nas abyśmy zadzwonili do tej firmy, porozmawiali z jej przedstawicielem oraz sprawdzili firmę w internecie.
Dziwnie wielkie kieliszki, w których serwuje się wino z kolekcji Amber.
Winnica ma bardzo ładnie położony taras na którym spożywamy nasze trunki. Trochę wieje, ale nam to zupełnie nie przeszkadza. Poniżej zdjęcia z pięknymi widokami z tarasu. Po prostu sielanka. Miód dla oka i duszy...
Po wizycie w winnicy, ruszamy do pobliskiego sklepu w którym Dominik zaopatruje się w sery podawane podczas degustacji. Poniżej szyld sklepu Cesle Sira. Jeżeli tam zajrzycie polecam szczególnie Kuhanog Mlijeka Dimljeni Polutvrdi Sir (ser półtwardy) - płacimy za pół kilo 33 kuna. Bardzo delikatny i puszysty. Bez przypraw. Można jeść ze skórką. Nie jest ostry. Polecam również Polutvrdi Sir (ser półtwardy) od Kuhanog Mlijeka Ljutom Paprikom. Jak sama nazwa mówi jest z dodatkiem papryki. Już nie jest tak łagodny jak ten poprzedni. Zasmakował mi również Polutvrdi Sir (ser półtwardy) Tartufima. Ser z truflami. Po prostu wyborny. I był jeszcze jeden, który swoją konsystencją i strukturą przypominał parmezan w kawałku. Twardy. Trzeba się trochę wysilić aby go ukroić, dosyć ostry i mocno aromatyczny. Niestety nie zapamiętałam jego nazwy. Jednak myslę, ze nie jest to zbyt problematyczne, gdyż jaki byście nie kupili, na pewno będzie Wam smakowac.
Dominik wysadza nas koło ruin Zamku Erdödy, który otoczony jest bardzo ładnym i schludnym parkiem w którym znajduje się jezioro. Jest to najstarszy budynek w miejscowości Jestrebarsko. Został wybudowany w XV wieku. Bajeczne widoki zapewniają nam dwie okrągłe zamkowe wieże wyłaniające się z zza drzew. Niestety nie można wejść do środka, gdyż jest kompletnie zniszczony. Wejście do parku jest darmowe.
Tuż niedaleko parku znajduje się zabytkowy kościół. Niestety jak to większość przybytków sakralnych, w dni powszednie - zamknięty na cztery spusty.
Miasteczko nie jest zbyt duże. Posiada zaledwie około 5,5 tysiąca mieszkańców. Jednak trzeba powiedzieć, że jest mocno rozciągnięte. Trasa od zamku na dworzec zajmuje nam jakieś 25 minut. Podczas spaceru podziwiamy widoki, które są wyjęte niczym z pocztówki. Muszę przyznać, że zdjęcia wyszły mi ładne, ale nie uchwyciły całego piękna krajobrazu...
No i już ostatni dzień naszej wycieczki spędzamy ponownie za miastem (przynajmniej częściowo). Jedziemy do miejscowości Karlovac. Ponownie ruszamy z dworca kolejowego. Bilety kosztowały około 38 kuna od osoby. Trasa zajmuje nam około godziny. Miasto jest już całkiem spore, bo ma ponad 50 tysięcy mieszkańców. Jednak prawie wszystko co chcemy zwiedzić jest niedaleko dworca, więc poruszamy się piechotą. Karlovac to miasto zbudowane w kształcie gwiazdy. Kiedyś była to forteca z usypanymi wałami ziemnymi. Ulice wewnątrz starego miasta, spotykają się w samym środku gwiazdy. Na jej obrzeżach znajdują się rekreacyjne tereny zielone. Centrum miasta to tylko stare, niskie budownictwo. Nie zobaczymy tam wysokich, nowoczesnych budynków. Ponadto wszystkie mają czerwone dachy.
Nawet tu widać charakter południowców. Mamy przedpołudnie, a mieszkańcy siedzą sobie przed restauracyjkami popijając wino czy kawę.
Pierwsze miejsce do którego zaglądamy to Paviljon Katzler (Stjepana Radića 2). Jest to najmniejsze muzeum na świecie, a zarazem galeria i sklep z pamiątkami. Mały zielony budyneczek znajduje się tuż koło wejścia na starówkę. Muzeum powstało w 1897 roku. W środku zmieszczą się zaledwie cztery osoby. No może w porywach do pięciu jak się dobrze ustawią. Wchodzimy do środka. Przesympatyczna pani opowiada nam, że kiedyś tu była kwiaciarnia prowadzona przez jej rodzinę. Teraz jest to muzeum, które opowiada nie tylko dawnych czasach, ale również o jej rodzinie. Pani pokazuje nam zdjęcia swojej babci stojące tuż pod sufitem. Większość rzeczy nie jest na sprzedaż. Jednak możecie tu zakupić kilka drobiazgów takich jak magnesy czy pocztówki.
Poniżej zdjęcie babci właścicielki.
A tuż obok zielonego domku znajduje się ... tron. Możecie poczuć się jak król...
Niestety stare miasto, które mogłoby być wizytówką Karlovac jest bardzo mocno zniszczone. W zasadzie to mogłabym powiedzieć, że niektóre budynki to ruina. Pozornie, ładnie wyglądające kamienice, z pięknymi malunkami zamiast okien i drzwi, straszą obdrapanymi ścianami i pękającymi murami. Choć zdarzają się również takie, ktore są wyremontowane. Jednak nie jest ich zbyt wiele.
W centrum znajduje się Trg bana Josipa Jelačića, przy którym stoją chyba najbardziej zdewastowane budynki.
Jedynie w miarę zadbany jest kościół św. Trójcy, ale to tylko dlatego, że akurat go remontują. Nie możemy wejść do środka. Zaglądamy jedynie przez szybę. Kościół pochodzi z XVI wieku. Jest to najstarszy budynek w mieście. Tuż obok znajduje się kompleks klasztorny.
A tu znak czasów. Zamiast wody świeconej płyn do dezynfekcji...
Wspominałam wcześniej, że stare miasto ma kształt gwiazdy. Poniżej dowód. Plan miasta znajdujący się w parku na obrzeżach starówki.
Tereny zielone otaczające stare miasto są naprawdę spore. Właściwie to można obejść nimi całą gwiazdę. I musze przyznać, że bardzo miło się po nich spaceruje. Zadbane, wypielęgnowane rabaty, ławki rozsiane po całym terenie. Tylko usiąść i kontemplować. Kolejnym plusem miasta jest jego położenie. Przepływają przez nie aż cztery rzeki. Kupa, Korana, Mreznica oraz Dobra.
Idąc dalej, dochodzimy do rzeki z ładnym ogrodem w którym siedzi sobie równie fajna kaczka, której ogon ułożony jest z kolorowych kwiatów. Dodatkowo idealnie usytuowana bo nad samą wodą. Tuż obok znajduje się rzeka Korana, na której wybudowana została pięknie położona tama. Przejście jest dosyć wąskie, ale po obydwu stronach znajdują się barierki. Można na nią wejść być bliżej przyjrzeć się falom. Widoki na rzeczkę i błonia są naprawdę wspaniałe.
Tuż obok kaczki mieści się bardzo ładnie położona restauracja Lana Korana z widokiem na tamę i rzekę. Niestety nie polecam jej. Głównie przez wzgląd na ceny, które są dosyć wysokie a nie obejmują żadnego chleba, ryżu, ziemniaków czy czegokolwiek do dania. Wszystko jest dodatkowo płatne. I nie ma takiej informacji w karcie. Kelner również Wam tego nie powie. Po prostu zamawiacie danie i dostajecie same mięso. Kolejnym minusem jest czas oczekiwania. Czekaliśmy około 40 minut na danie. Kiedy poprosiłam kelnera o przyniesienie chleba, czekaliśmy kolejne 15 minut. Poniżej zamieszczam zdjęcie menu wraz z cenami.
Po obiedzie, idziemy dalej, kierując się w stronę mostka, który przeniesie nas na drugą stronę rzeki. Zwykle w lato, w tej rzece jest mnóstwo pływających osób. Widzimy nawet kilkanaście osób wylegujących się na błoniach na drugim brzegu. Trzeba powiedzieć, że miejsce jest idealne na letni wyjazd. Pięknie położone, bardzo dobra infrastruktura no i te rzeki...
I ostatnim miejscem, które odwiedzamy jest Aquarium Aquatika (Branka Čavlovića Čavleka 1a), które znajduje się po drugiej stronie. Akwarium jest dosyć nowym nabytkiem, bo powstałe w 2016 roku. Finansowane przez Unię Europejską. Wnętrze wzorowane jest na jaskinię, której autentyczności dodają kamienne ściany. Akwarium częściowo znajduje się pod ziemią, dach natomiast pokryty jest ziemnym nasypem. Zbiory, to ryby tylko słodkowodne, wśród których możemy podziwiać np. jesiotry czy też karpie. Wystawy prezentują charakterystyczną dla regionu faunę i florę. Jeżeli będziecie mieć szczęście, możecie spotkać nurka zanurzającego się w jednym z akwariów. Miejsce jest naprawdę fajne i bardzo klimatyczne. Warte odwiedzenia. Czas jaki trzeba poświęcić na zwiedzanie to max 1,5h. Nam nawet zeszło się dużo krócej. Bilety dostępne w kasie. Koszt dla dorosłego to 60 HRK.
Wyjście z akwarium prowadzi przez sklep z pamiątkami. Jest sporo fajnych rzeczy, również tych ręcznie robionych, ale niestety ceny są dosyć wysokie.
Nie mamy zbyt wiele czasu, dlatego też odpuszczamy sobie Zamek Dubovac. Poza tym oddalony jest od akwarium o ponad 5 kilometrów. Kierujemy się więc na most przy ulicy 13 Srpnja, który przecina rzekę Korana. Widoki są naprawdę bardzo zacne. Zresztą możecie podziwiać je poniżej.
Wracamy do Zagrzebia, aby zwiedzić jeszcze jedno miejsce, którego i Wy nie możecie przepuścić. Cmentarz Mirogoj (Aleja Hermanna Bollea 27) jest nie tylko cmentarzem, ale również parkiem, który służy mieszkańcom do przechadzek. Z zewnątrz cmentarz wygląda jakby byśmy trafili do jakiegoś pałacu. Po wejściu, pierwsze co nam się rzuca w oczy to wysokie prawie 500 metrowe arkady wzniesione według projektu architekta Hermanna Boylle. Piękne, niebieskie kopuły prezentują się wspaniale na tle drzew i obrośniętych murów bluszczem. Oko cieszą nie tylko arkady, ale również znajdujące się tam rzeźby. Miejsce to jest jednym z najważniejszych zabytków w Chorwacji. Na cmentarzu może zostać pochowany każdy, bez względu na wyznanie. Spoczywa tam wiele znanych chorwackich osobowości. Na pewno mogą Was zdziwić pomniki, które wyglądają zupełnie inaczej niż te u nas. Często stoją na nich rzeźby nagich kobiet. Niekiedy mozemy napotkać popiersie zmarłego. Podczas przechadzki zapewne rzuci się Wam w oczy pomnik odwrócony tyłem w kierunku alejki, a tuż obok kilka stojących już normalnie i za chwilę kolejny odwrócony. Dziwne to trochę. Panuje tu lekki chaos.
Niestety to co zobaczycie w Internecie po wpisaniu cmentarza wygląda już zupełnie inaczej. Po ostatnim trzęsieniu ziemi, o którym pisałam już wcześniej, Mirogoj został bardzo dotkliwie zniszczony. Właściwie to arkady, w których tak często fotografowali się wszyscy, są zupełnie niedostępne gdyż grożą zawaleniem. Oddziela nas od nich metalowa siatka, która uniemożliwia wejście. Rzeczywiście praktycznie w każdym miejscu widzimy pęknięcia, które wyglądają bardzo niebezpiecznie. Znajdują się nie tylko na ścianach, ale również na podłodze. Piękny front, który często był fotografowany, został zupełnie przysłonięty przez drewniane rusztowania, które chronić mają odwiedzających przed zawaleniem. Serce boli jak się widzi takie piękno architektury. Miejsce jest naprawdę bajkowe, pomimo, że to cmentarz. Żałuję, że nie było nam dane przejść się cudownymi krużgankami tego cuda...
Z informacji praktycznych dodam, że można tam dojechać autobusem 106 lub 226. Przystanek znajduje się za katedrą, ewentualnie piechotą, ale trzeba poświecić na to około 30 minut. Wstęp jest bezpłatny.
CO ZJEŚĆ, CO KUPIĆ ORAZ INNE PRAKTYCZNE INFROMACJE
JEDZENIE
- Dolac - Najsłynniejszym miejscem w Zagrzebiu, które słynie ze zdrowych, świeżych i dobrych produktów jest Dolac o którym zresztą już wcześniej wspominałam. Targ powstał w 1930 roku na miejscu wcześniejszej osady. Potrzebujesz czegoś na obiad? Urządzasz przyjęcie? A może chcesz poplotkować? To jesteś w idealnym miejscu. Kiedyś sprzedawane produkty głównie z okolicznych terenów. Teraz spotkasz tu całą Chorwację albo i świat. To miejsce oferuje nie tylko świeże owoce i warzywa, ale także sery, mięso, wędliny, wina, chleb, śmietanę, miody, pamiątki oraz kwiaty. Większosć turystów nastawionych jest na gotowe dania, które podawane są w restauracjach. Jednak my jako miłośnicy targów, naprawdę polecamy Wam zagłębić się w asortyment tych stoisk. Zakupiliśmy sery, wędliny, owoce oraz wino, a następnie spożyliśmy je w pokoju na śniadanie bądź kolację. Tuż przy placu znajdują się lokalne kawiarenki, w których możecie napić się kawy, cherbaty albo wina. Dodam, ze ceny są naprawdę bardzo przystępne. Poniżej zdjęcie placu już trochę spustoszałe, jednak zwykle wszystkie stoiska są suto zastawione produktami. A nad nimi górują charakterystyczne czerwone parasole, które możecie jeszcze wypatrzyć poniżej. Na koniec dodam, że nie jest to jedyny bazar w Zagrzebiu. Podobno po całym mieście usianych jest ponad 25 podobnych targowisk.
- Strukli - będąc w Chorwacji musicie koniecznie spróbować tego dania. Polecam je nie tylko przez wzgląd na to, że jest tu słynne, ale także dlatego, że jest bardzo dobre. Niestety jeżeli jesteście na diecie, musicie liczyć się z tym, że doda Wam tu i ówdzie. Strukli to nadziewane ciasto, które podawane jest w zależności od okazji i preferencji, na słodko bądź na słono. Wersja na słodko przekładana jest owocami. Wersja na słono przekładana jest warzywami, mięsem, albo serem, jajkami, czy też truflami. Również sposób przyrządzania jest różny, gdyż ciasto może być gotowane lub pieczone. W przewodniku przeczytałam, że może być serwowana jako przystawka bądź danie główne. Jednak ja nie wyobrażam sobie aby po tej potrawie zjeść coś jeszcze. Moja wersja to wersja zapiekana z serem białym (to nie jest taki ser jak u nas) oraz jajkami. Ursyn zamawia to samo tylko z dodatkiem trufli. Otrzymujemy je w porcelanowym kwadratowym naczyniu. Z wyglądu przypomina lazanię. Jednak już po pierwszym kęsie czuć, że to nie jest to samo. Danie jest wyborne. Nasza pani przewodnik proponuje nam restaurację pod podobną nazwą La struk (Skalinska ul. 5), w której kosztujemy tego dania. Za jedną porcję płacimy około 45 HRK. Lampka wina kosztuje 19 HRK. Niestety lepiej przyjść tu zjeść aniżeli się napić. Na wino zapraszam na plac Dolac.
- Pljeskavica oraz Ćevapčići - danie to nie jest tylko chorwackie. Jedliśmy je pierwszy raz będąc w Serbii, jednak spotykaliśmy na całych Bałkanach. Ostatnio widziałam je również w jednej restauracji w Kosowie. Jest to klepany kotlet z przynajmniej dwóch rodzajów mięs. Powinna być to jagnięcina, baranina, wołowina, cielęcina lub wieprzowina. Następnie taki kotlet nie jest w niczym obtaczany, tylko wrzucany na ruszt. W Serbii jedliśmy ją też w bułce, jednak głównie podaje się ją po prostu na talerzu jako kawałek mięsa obok frytek czy innych dodatków. Podobnie jest z Ćevapčići. Spotykane również na całych Bałkanach. Jest to mięso mielone bądź siekane, uformowane w paluszki. Smażone bądź grillowane. Podawane albo same, często na wykałaczkach, albo z pitą, w bułce czy z frytkami. Jeżeli mam być szczera to obydwie potrawy zaliczam do półki: zjedz i zapomnij. Dla mnie nic specjalnego. Kawał mięsa i tyle.
- Sery- wiele razy pisałam, że jestem zachwycona białymi serami zza naszej wschodniej granicy oraz z krajów bałkańskich. Przede wszystkim pragnę podkreślić, ze to nie są twarogi. Mogą być to sery słodkie, słone, ostre. Są to sery kozie, krowie, owcze. Wszystkie możecie je kupić z gatunku tych białych i zapewniam Was, że wszystkie będą smakować wybornie. Jednak aby się nie fiksować tylko na sery białe, spróbujcie również tych żółtych. Przy okazji opisywania wizyty w winnicy Dominika, opisywałam kilka rodzajów, które mi zasmakowały (kilka akapitów powyżej).
- Wina - sama sobie nie wieżę, ale będąc w Chorwacji zasmakowały mi wina wytrawne i półwytrawne. Przede wszystkim nie są tak cierpkie jak te francuskie. Język kołkiem nie staje w buzi. Są bardzo delikatne i niezwykle świeże. Właściwie to mogłabym je nawet zaliczyć do tych półsłodkich. Chorwacja słynie głównie z win wytrawnych i półwytrawnych. Ciężko jest tu dostać wino słodkie lub półsłodkie. Jeżeli już są to raczej te przywiezione z innych krajów. Polecam odwiedzić winnice koło Zagrzebia, których jest cała masa. W przewodniku przeczytałam, że również w samym centrum miasta znajduje się winnica (między ulicą Radicia a Tkalcicia). Zresztą wystarczy wpisać w google winiarnie, a wyskoczą nam jak grzyby po deszczu.
- Pršut oraz inne wędliny - jest to bardzo cienko pokrojona suszona szynka. Smakiem i wyglądem przypomina włoskie prosciutto. Jest to mięso wieprzowe, które poddane zostało bardzo długiemu suszeniu. Dzięki temu, pomimo, że suche, jest dosyć soczyste. W sklepie widziałam dużo kiełbas, które wyglądały jakby były również lekko podsuszane. Choć niektóre przypominało hiszpańskie chorizo. Nie jestem zwolennikiem mięsa, ale wędliny i kiełbasy były naprawdę dobre. Polecam spróbować.
- rakija - ponownie kolejna rzecz, która jest słynna nie tylko w Chorwacji, ale na całych Bałkanach. I podobnie jak wódka, chyba nie ma jednego twórcy. Można ją również spotkać na salonach takich państw jak Węgry czy też Turcja. Jest to bardzo mocny alkohol, bo najczęściej jego stężanie to od 40 do 50 %. Choć te domowej roboty często przekraczają nawet 60%. Mi osobiście rakija nie smakuje, choć nie lubię również wódki. Jednak będąc w Serbii piłam owocową rakiję. I muszę przyznać, ze dzięki temu była nawet znośna.
CO PRZYWIEŹĆ Z CHORWACJI
Dzięki temu, ze Chorwacja należy do Unii Europejskiej, wszystkie specjały opisane powyżej możecie przywieźć do Polski. Poniżej krótka lista tego co udało mi sie podpatrzeć w sklepach i na targach. Pamiętajcie jednak, że wszystko co jest płynne, również dżemy, musi być schowane w bagażu w luku. Więc jeżeli macie wykupiony tylko bagaż podręczny, musicie się zadowolić smakiem tylko będąc na miejscu.
- sery, szczególnie te białe
- wędliny szczególnie Pršut
- wina
- woreczki z suszoną lawendą
- krawat
- rakija
- pierniki w kształcie serca
- Maraschino – likier z okolic Zadaru
- koronki oraz hafty- obrusy, bieżniki i inne wyroby
- ajvar
- miód
- suszone figi
- dżemy
INFORMACJE PRAKTYCZNE I CIEKAWOSTKI
Zagrzeb to miasto w środkowej części Chorwacji. Nie ma dostępu do morza. Położony jest u stóp góry Medvednica oraz nad brzegami rzeki Sawy. Co ciekawe Zagrzebianie mają bliżej za granicę aniżeli do kolejnego chorwackiego miasta, które zaraz po stolicy jest największym miastem w Chorwacji. Odległość, która dzieli Zagrzeb i Split, który leży nad Adriatykiem, wynosi 410 km. Tymczasem od Lublany dzieli zaledwie 140 km, do Budapesztu 345 km, do Wiednia 375 km, a do Wenecji 380 km, do Belgradu 395 km. Trzeba przyznać, że lokalizacja jest naprawdę bardzo dobra. Zauważyli to również założyciele słynnego pociągu Orient Expres, który łączył Paryż ze Stambułem. Pociąg kursował z przerwami od 1883 roku. W Zagrzebiu w 1925 roku powstał hotel Esplanade, który przeznaczony był dla pasażerów legendarnego pociągu.
Zagrzeb ma zaledwie 800 tysięcy mieszkańców. W porównaniu do naszej stolicy to niewielkie miasto. I właśnie dzięki temu wszystko co chcemy zobaczyć, jest na wyciągnięcie stóp. Praktycznie zupełnie nie poruszamy się komunikacją miejską. Z ciekawostek dodam, ze ludność miasta stanowi stanowi około 19% populacji państwa chorwackiego.
Niestety z powodu covid trzeba przygotować się na to, że dużo obiektów będzie zamkniętych. Również wycieczki, które znajdziemy w informacji turystycznej mogą nie być w takich cenach jak na ulotce, ze względu na małą liczbę chętnych. Aktualnie po mieście można chodzić bez maseczki, jednak kiedy wchodzimy już do zamkniętego pomieszczenia, w tym również komunikacji miejskiej, należy założyć maskę. Restauracje są otwarte, ale tylko pod warunkiem, że posiłek zjesz na świeżym powietrzu. Jednak biorąc pod uwagę, że sytuacja jest bardzo dynamiczna na całym świecie, proponuję zawsze dzień przed wyjazdem sprawdzić jakie obowiązują przepisy. Również jeżeli chodzi o przylot z powrotem do naszego kraju. Nasz rząd potrafi wprowadzić zmianę przepisów w jeden dzień. Dlatego też, jeżeli nie jesteście zaszczepieni dwiema dawkami, musicie śledzić praktycznie każdego dnia czy coś się nie zmieni.
Jeżeli chodzi o ceny, to Zagrzeb jest dosyć przystępnym miastem. Ceny nie zwalają z nóg. Kształtują się na podobnym poziomie do polskich cen. Oczywiście wszystko zależy od tego co kupujecie i w jakim miejscu. Wiadomo, że kawa i ciastko w miejscu turystycznym z pięknym widokiem mogą Was kosztować tyle co 4 ciastka w innym miejscu. Jednak aby zobrazować poziom cen, poniżej wypisuję kilka przykładowych produktów.
Wina - nawet od 15 HRK
Woda - 1,99 HRK
Bułki z piekarenek z farszem różne rodzaje - od 6,50 HRK
Burek - 7 HRK
Kiełbasa podsuszana - 85 KRK za kg
Pomidorki koktajlowe - 3,9 HRK
Kawa latte- 8 HRK
W Chorwacji mówią oczywiście po chorwacku. W związku z tym, że pochodzi on z grupy języków słowiańskich, wiele słów jesteście w stanie zrozumieć bez żadnego tłumaczenia. Jeżeli ktoś nie zna angielskiego, to chyba lepiej kiedy Wy będziecie mówić po polsku, a druga osoba po chorwacku. Alfabetem używanym jest łaciński, wiec jeżeli nie znacie cyrylicy, nie musicie się jej uczyć.
Czy było warto zwiedzić Zagrzeb? Uważam, że każde miejsce jest godne zobaczenia. Trzeba tylko mieć chęci. Wycieczka all inclusive w hotelu cztero czy pięciogwiazdkowym nie jest zła. Jednakże nie można mówić, że się gdzieś było skoro nie wyszło się nawet z hotelu, albo zwiedziło się tylko pasaż turystyczny niedaleko naszego lokum...
Tak więc piękna Chorwacja winem płynąca - zaprasza...























































































































































































































