Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

sobota, 15 maja 2021

SRI LANKA - JEDZENIE, KOBIETY I SZALONE AUTOBUSY...

Post trochę zagubiony (i nie jedyny), bo na Sri Lance byliśmy w tamtym roku w wakacje jeszcze przed lock down. Jednak musiałam go opublikować ponieważ brakowało mi podsumowania tej wycieczki. Tak wiec poniżej zamieszczam garść cennych informacji na temat wyspy. Być może uda się Wam odwiedzić ten piękny kraj, tym bardziej, że coraz więcej osób w Polsce jest już zaszczepionych. Pod koniec stycznia 2021 roku, będąc na Sri Lance, obserwowaliśmy z lekkim niepokojem doniesienia na temat covid 19. Wtedy na wyspie było kilka potwierdzonych zachorowań.

W Polsce - żadnych oficjalnie potwierdzonych. Ale żeby nie psuć Wam tego posta, zakończę już ten temat i przejdę do przyjemniejszych rzeczy jakimi jest rajskie życie na rajskiej wyspie...

NAZWA KRAJU - TO W KOŃCU SRI LANKA CZY CEJLON? 

Zacznę od nazwy kraju, ponieważ sama do pewnego momentu byłam lekko skonfundowana. Nazwa Sri Lanka ujrzała światło dzienne dopiero w 1972 roku. Wcześniej kraj nazywał się Cejlon. Tak tak. Dobrze gdzieś tam w głowie dzwoni. Znamy ją pod postacią herbaty cejlońskiej (wiecie więc już skąd się wywodzi). Tłumaczeń słów Sri Lanka jest wiele. Najczęściej podawane to takie, że oznacza łzę Indii, co jest dosyć jednoznaczne przez wzgląd na jej bliskie położenie oraz kształt wyspy, który przypomina łzę. Nazwa Cejlon obowiązywała do czasku kiedy państwo było kolonią brytyjską, a powstała jeszcze wcześniej za czasów panowania Portugalczyków. W wielu nazwach dalej funkcjonuje wcześniejsza nazwa (szczególnie w dużych korporacjach lankijskich). Wielu ludzi na świecie również posługuje się pierworodnym nazewnictwem. Jednak władze kraju naciskają na stosowanie nowej nazwy, która ma również umocowanie historyczne.

STOLICĄ NIE JEST COLOMBO?...

Już w internecie jest wiele nieścisłości na temat stolicy kraju. Najczęściej podają, ze stolicą jest Colombo. Co jest nieprawdą, ponieważ tą oficjalną jest Sri Dźajawardanapura Kotte. To tu znajduje się parlament, choć większość instytucji państwowych mieści się w Colombo, a tak naprawdę Sri Dźajawardanapura Kotte to przedmieścia tego drugiego. O co tu chodzi? Chyba nawet sami mieszkańcy dokładnie tego nie wiedzą. Pytamy o to naszego gospodarza - twierdzi, ze Sri Dźajawardanapura Kotte. Pytamy jednego z naszych kierowców - twierdzi, ze ta druga. Zwariować można. Z tego co się rozeznałam, Kotte dawno temu było już stolicą. Zmiana ponownie nastąpiła w 1977 roku. A że miasta są położone blisko siebie, to ludzie chyba nie do końca wiedzą co się u nich dzieje...

BEZPIECZEŃSTWO

Niewielu z nas wie, albo pamięta, że Sri Lanka do 2009 roku była w stanie domowej wojny. A w roku 2019 roku, nastąpiła seria zamachów bombowych na luksusowe hotele i kościoły. Podano, ze zabitych było ponad 200 osób, a rannych około 450. Zamachy w kościołach katolickich miały miejsce w trakcie odbywania wielkanocnej mszy, dokonane przez islamskich terrorystów. Do momentu naszego wyjazdu, strona polskiego ministerstwa odradzała podróżowanie na Sri Lankę. Po tym incydencie bilety bardzo staniały. I w sumie nie ma w tym nic dziwnego. Teraz wyjazdy na Sri Lankę odradzane są raczej z powodu covid... Zadziwiające jak to się sytuacja może zmienić zaledwie w ciągu paru miesięcy...

Pomimo tego, zdecydowaliśmy się na wyjazd. Jednak muszę powiedzieć, że czułam się tu dosyć bezpiecznie. A przynajmniej bezpieczniej niż w Indiach. W prawdzie i tu mężczyźni przyglądali się nam ze szczególną wnikliwością, ale nie była ona tak bezczelna jak w Indiach. Chodząc po mieście nie czuliśmy natarczywego kontaktu ani wzrokowego ani fizycznego. A muszę dodać, że nie spacerowaliśmy kurortowymi ulicami. Bo jak poznać kulturę innych ludzi jak nie poprzez obserwowanie ich codziennego życia? Oczywiście do wszystkiego trzeba podchodzić zdroworozsądkowo. Nie włóczyliśmy się ciemnymi uliczkami. Nie pokazywałam wszem i wobec swojego telefonu. Raczej starałam się go dyskretnie wyjmować. Podobnie było z robieniem zdjęć. Nikogo nie prowokowaliśmy. Ja również nie uśmiechałam się do przypadkowo spotkanych mężczyzn aby ich nie zachęcać. Tam gdzie trzeba się okryć, czyli w przybytkach świątynnych muzułmańskich - robiliśmy to, bo to nie tylko nie jest prowokacja, ale zachowanie szacunku dla innych religii.  

Niestety jak w każdym kraju, szczególnie tym azjatyckim, zdarzają się naciągania i oszustwa. My również padliśmy ofiarą takiego haniebnego występku, choć trzeba przyznać, że nasz oprawca musiał się trochę wysilić. Wsiedliśmy do autobusu na dworcu PKS. Oczekując na innych pasażerów, zauważyliśmy, ze podchodzi do nas mężczyzna, który następnie zapytał czy mamy kupione już bilety. Oczywiście nie mieliśmy, ponieważ bilety trzeba nabyć u pana, który chodzi po autobusie  przez całą jego trasę. Pan przedstawił się jako inkasent i pobrał od nas pieniądze. Niestety nie mieliśmy równej kwoty, a że nie miał wydać, to stwierdził, ze za chwilę wróci do nas z resztą. No i nigdy nie wrócił... Jak autobus ruszył podszedł do nas kolejny "inkasent", z olbrzymim pęczkiem gotówki wcześniej zebranym od innych pasażerów, który zażądał kolejnej zapłaty. Wniosek z historii jest jeden. Ufaj tylko temu "inkasentowi", który trzyma w ręce pęk pieniędzy... A bilet? Nie ważne czy kontroler fałszywy czy nie, biletu i tak nie otrzymasz... bo nie jesteś lokalsem... Ale nie ma czego żałować. Kwota nie była duża, właściwie to raczej drobna, więc po prostu obróciliśmy to w żart.

POCIĄGI I AUTOBUSY

Pociągi nie są aż tak ekstremalne jak w Indiach, ale warto się nimi przejechać. Cofamy się trochę lat wstecz w Polsce. Suniemy po torach z otwartymi drzwiami (UE miałaby tu co robić...). Po drodze podziwiamy wspaniałe widoki. Możemy się poprzyglądać innym pasażerom, którzy są równie ciekawscy jak Ci spotkani na ulicy. Biała twarz zawsze stwarza kontrowersje...

Ale to co jest najbardziej warte uwagi to autobusy. Tak tak. I to jest absolutny must have, który trzeba zaliczyć będąc na Sri Lance. Są przepięknie wymalowane. Niezwykle kolorowe i niezwykle szybkie! W środku cały sufit pomalowany jest zwykle w przeróżne kolorowe wzory. Podczas jazdy muzyka gra na cały regulator. Wszystkie okna oraz drzwi są otwarte. Kupa ludzi w autobusie, która nie miała prawa się tam zmieścić. Inkasent z ogromnym pęczkiem kasy przeciskający się przynajmniej z dwadzieścia razy w trakcie jazdy. A jakby tego było mało, kierowca jedzie z maksymalną prędkością na liczniku (czyli wcale nie małą), rozmawia przy tym przez telefon oraz z innymi pasażerami. Jest najszybszym pojazdem na ulicy. Wyprzedza nawet najnowsze samochody. Idąc poboczem, kiedy zauważyliśmy z dala jadący autobus, uciekaliśmy kilka metrów dalej z obawą przed tym szybkim potworem. Zatrzymanie na przystanku często graniczy z cudem. Po prostu trochę zwalnia a Ty musisz szybko wybiec z autobusu. Jak? Przekonaj się sam jadąc na Sri Lankę...

SARI i KOBIETY

Podobnie jak w Indiach i tu kobiety chodzą głownie w sari. I są tak samo kolorowe. Ale zdarzają się również takie, które noszą się typowo po europejsku, czyli spodnie, spódniczka, zwykła bluzka. Oczywiście rewii mody niczym w Mediolanie czy Paryżu raczej tu nie uświadczycie, ale mam nieodparte wrażenie, że tych ubierających się po europejsku jest zdecydowanie więcej aniżeli w Indiach. Poza białymi zębami mężczyzn o których gdzieś już wspominałam, u kobiet rzuciły mi się w oczy przepiękne, długie i zdrowe włosy. Są niezwykle świecące i czarne jak smoła. Nie wiem jak one to robią, ale zapewne nie jedna Europejka im tego może pozazdrościć.

Spostrzeżeń co do lankijskich kobiet mam całkiem sporo. Zauważyłam np, że w większości biznesów pracują mężczyźni, choć zdarzało się, że można było spotkać również płeć piękną. A na pewno częściej niż u ich indyjskiej siostry, bo tam cały rynek zdominowany był przez mężczyzn. Najczęściej spotykamy panie pracujące w restauracjach i sklepach. 

Warto również wspomnieć o lankijskiej uprzejmości albowiem mieszkające tam panie są bardzo pogodne. Przechodząc ulicą, praktycznie każda mijana kobieta patrzy się prosto w oczy uśmiechając się przy tym szeroko. Choć myślę, że to jest zabieg stosowany tylko do kobiet, ponieważ uśmiech w stosunku do mężczyzny może zostać uznany za dwuznaczny. A trzeba przyznać, że kobiety w tej części świata są bardzo powściągliwe w kontaktach damkso-męskich.

JEDZENIE 

Niektórzy zachwycają się jedzeniem na Sri Lance, jednak ja uważam, że jest to kuchnia mało urozmaicona i trochę mało aromatyczna. Główne potrawy, które jedzą Lankijczycy to ryż znany pod postacią dania rice and curry (co to dokładnie jest napiszę później). Nawet nasz gospodarz, kiedy go pytamy co jedzą najczęściej, odpowiada - rice and curry. Twierdzi, że jedzą to na okrągło. Na szczęście jego mama, która serwowała nam śniadania, starała się trochę je urozmaicać. Dzięki temu nie jedliśmy każdego dnia tego samego. Potraw było w sumie pięć. Jedna na każdy dzień. Kiedy dotarliśmy w piątym dniu do ostatniej potrawy, wracaliśmy kolejnego poranka do pierwszego dania. Niestety nie mieliśmy okazji spróbować innych popisów kulinarnych gospodyni, gdyż jej syn nie chciał aby jego mama się za bardzo przepracowywała, tym bardziej, że osiągnęła już podeszły wiek a na swojej głowie miała cały hotelik. 

Lankijczycy jedzą przeważnie w domach. Ci co siedzą w restauracjach czy barach, zwykle są turystami. Aby skosztować typowo lankijskiej kuchni, która nie jest pod turystę, najlepiej oczywiście skorzystać z umiejętności naszych gospodarzy. A jeżeli nie możecie tak jak my jeść innych posiłków niż śniadania w swoim lokum, polecam korzystanie z barów, które nie przypominają standardami tych europejskich. Właściwie to przechodząc w Europie koło takiego miejsca, powiedzielibyście, że jest to speluna. Jedzenie jest tam najbardziej prawdziwe. 

Jedzenie lankijskie nie jest też jakoś mocno kontrowersyjne. Nie mam tam żadnych larw, robaków czy też gadów jak to w innych krajach azjatyckich. Więc bez żadnych obaw, tradycyjny żołądek powinien nie mieć problemów z przełamaniem się. 

Hoppers

Nawet nie wiem jak je określić. Ni to naleśnik, ni to omlet. Wygląd ich przypomina miseczkę. Robi się je z mąki ryżowej, mleka kokosowego i cukru. Smażone w mini woku, któremu zawdzięczają kształt własnie małej miseczki. Często podawane z jajkiem wbitym w sam środek. Choć nie tylko. Dostępna jest również wersja na słodko, którą my mieliśmy okazję skosztować. Niby nic, a takie pyszne. Koniecznie musicie ich spróbować.


RICE AND CURRY

Najbardziej popularnym jedzeniem, tak jak już wcześniej wspominałam, jest rice and curry. Jest to nic innego jak ryż z warzywami. Jednak są to bardzo małe kawałki warzyw. Wcześniej ryż smażony jest z przyprawami, których głównym składnikiem jest curry. Rice and curry można zamówić również z rybą. Jednak tu Was zaskoczę. To nie jest taka ryba jaką zwykle macie na talerzu. Są to maluteńkie kawałeczki ryb, które zmieszane są z ryżem. Te kawałki są mniejsze niż najmniejszy paznokieć. Tak naprawdę to ich w tym ryżu zupełnie nie widać. Dodają tylko rybnego posmaku. W poprzednim poście wspominałam o suszonych tuńczykach, które leżały wzdłuż plaży. I kawałki tej ryby znalazły się właśnie na naszym talerzu. Niestety nie zrobiłam zdjęcia tej potrawie, więc nie mogę Wam zobrazować. Jednak dwa zdjęcia poniżej znajdziecie fotkę noodles z warzywami, która swoim wyglądem bardzo przypomina rice and curry. Zamieńcie tylko w niej makaron na ryż.
Ta potrawa może występować jeszcze pod inną postacią. Nazywa się tak samo, jednak Poniżej na zdjęciu rice and curry trochę w innej wersji. Głównym składnikiem jest również ryż, jednak podany obok brązowej brei, która zrobiona jest z soczewicy z dodatkiem curry. Przypomina to bardzo indyjski dahl. Obok warzywa. A na ryżu malutki kawałeczek ryby. No w końcu to rice and curry z rybą...


Noodle

Istnieją chyba w każdym menu. Jednak nie wyglądają jak te europejskie. Swoim wyglądem i smakiem przypominają roti. Tak naprawdę to ciężko dojrzeć w tym daniu makaron, bo jest jakby mocno pocięty na bardzo małe paseczki. Oczywiście potrawa jest jednogarnkowa. Całkiem przyjemne danie. 


Naleśniki z kurkumą

Niestety nie wiem jak się nazywają po lankijsku. Wyglądają trochę jak nasze naleśniki, ale przypominają je tylko kształtem. Wydaje mi się, ze mogą być robione z mąki ryżowej. Kolor swój zawdzięczają kurkumie. My mieliśmy okazję spróbować ich na słodko. Nasza gospodyni podawała nam je raz z bananem, raz ze zmieloną masą kokosową. Bardzo dobre.


Roti

Jest to coś ala naleśniki, jednak ciasto smakuje zupełnie inaczej niż naleśnikowe. Jest mniej delikatne, twardsze i bardziej zwięzłe. Placek roti podawany jest z warzywami, albo serem albo kurczakiem. Spotkałam się również z owocami. Aczkolwiek tego ostatniego nie próbowałam. Jeżeli mam szczerze podejść do tematu, to niestety muszę powiedzieć, że nie jest to dla mnie zachwycająca potrawa. Twarda, mało przypraw. Nie jest zła, jednak na pewno przepis nie będzie gościć w mojej kuchni. Smakuje trochę jak źle zrobiony omlet.


Kottu (znane również jako kottu roti)

Jest to nic innego jak posiekany na bardzo małe kawałki placek roti. Podawane z serem, jajkiem, rybą, kurczakiem, warzywami albo owocami morza. Zdecydowanie lepiej smakuje niż samo roti. Bardziej wyraziste i nie jest twarde. Niektórzy piszą, ze potrawa jest ostra. Jednak moim zdaniem jest bardzo łagodna. Choć ja lubię naprawdę bardzo bardzo ostre potrawy, więc może mam trochę zaburzony smak.


Poniżej zamieszczam więcej zdjęć z potrawami z lokalnej restauracyjki. Ceny iście lankijskie, czytaj niskie.



Charakterystyczny dla wielu krajów azjatyckich, chlebek naan z dziwną ostrą posypką z posmakiem sera. Właściwie wydaje mi się, że to był chyba zmielony ser z dodatkiem chili. Jak dla mnie nic specjalnego. A chlebek naan jadłam zdecydowanie lepszy w Indiach.


Ala chipsy, które nie miały smaku chipsów. I wcale nie były tłuste. Być może były po prostu dobrze odsączone. Podawane do głównej potrawy, jako dodatek do ryżu. Samemu to tak jakoś nie wiadomo jak to jeść. Nie miały smaku ani struktury jak typowe chipsy, które się je w Polsce. Właściwie to nie miały żadnego smaku, bo były bez żadnych dodatków.


Poniżej umieszczam menu z jednej z lokalnych restauracyjek w Midigamie. Restauracja nazywała się New Golden Beach Hotel Midigama Ahanagama. Dodam tylko, ze to nie był żaden hotel jak jest napisane to w karcie. Ot zwykła spelunka przy drodze do której w Polsce byście pewnie nie weszli. 
Praktycznie całe menu składa się z zaledwie kilku potraw, które wymieniłam już wcześniej. Jedyną zmianą jest dodanie do potrawy np jajka, kurczaka czy ryby. Jednakże te kawałki są naprawdę bardzo, bardzo malutkie. Nie dostaniecie do tego wielkiego kawałka mięcha czy to rybiego czy z ssaka.  
Jak możecie zauważyć ceny są naprawdę bardzo przystępne. Za główne danie płacimy zaledwie 250 czy 300 lankijskich rupii.









A poniżej, dla porównania menu z bardziej cywilizowanego miejsca. Ceny sporo idą w górę. Za omlet zapłacimy 600 rupii.


Samosy

Mieliśmy już okazję ich próbować przy okazji wizyty w Indiach (o czym pisałam tu). Nie dziwi mnie jakoś specjalnie popularność tych pierożków, ponieważ Sri Lanka jest bardzo zbliżona swoim położeniem oraz również kulturowo do Indii. Samosy to pierożki smażone na głębokim tłuszczu, choć te poniżej wyglądały mi na pieczone. W środku znajduje się farsz, który może być różny. czasami podawane z ziemniakami, czasami z curry. Bardzo bardzo dobre. Jedno z lepszych dań jakie jadłam na lankijskiej ziemi. 


Lody

Mieliśmy okazję spróbować lodów w jednej z lokalnych lodziarni, która nazywała się Frozen, która znajduje się w miejscowości Galle. Ktoś powie pewnie: ot zwykłe lody. Ale muszę powiedzieć, że są naprawdę bardzo dobre. Smaków jest całkiem sporo a i "gałki" bardzo duże, które nakładane są po prostu szpatułką. Smaki nie są jakoś specjalnie wymyślne. Nie spotkacie tu na pewno tofu, buraków, fasoli czy mięsa- takie rarytasy tylko w Japonii (ewentualnie u nas w Polsce restauracji Sopelek - mniam). Podtrzymuję jednak swoją opinię, którą ujawniałam już kilkukrotnie w innych postach. Najlepsze lody jadłam w Tajlandii. Robione na ulicy ze świeżych owoców. 


Kokos (zielony i żółty)

To jest absolutny must have. Będąc na Sri Lance musicie go koniecznie spróbować. Taki kokosek jest nie tylko niezwykle orzeźwiający, ale działa również jak napój izotoniczny, który sportowcy spożywają po ćwiczeniach. Posiada bardzo dużo witamin i elektrolitów. Kokosy, które kupicie tu na miejscu, smakują zupełnie inaczej niż te kupione w sklepie w Europie. Te nasze sklepowe są już dojrzałe. Mają bardzo mało mleczka. Tymczasem kokos kupiony w kraju swego pochodzenia, jest cały wypełniony mlekiem, a miąższ nie jest aż tak gruby jak ten na sklepowych półkach. Poza tym mleko smakuje zupełnie inaczej. Pierwszy raz spotkałam się z kokosem żółtym. Odwiedzając inne kraje azjatyckie, widziałam tylko zielonego. Dopiero na Sri Lance miałam okazję skosztować jego żółtą odmianę.


Ryby

Niestety jak dla mnie na Sri Lance jest ich brak. I to jest bardzo dziwne. Nie przypuszczałabym, że kraj oblany oceanem ma straszny kuchenny deficyt w tym zakresie. Niby leży ich sporo wzdłuż ulicy, jednak przygotowane są specjalnie pod turystów za iście turystyczne ceny. A jeżeli już jest podawany w lokalnych restauracjach, to są to malutkie kawałeczki, bądź maluteńkie paseczki, których praktycznie nie można dojrzeć bez lupy. Ale jeżeli już Wam się uda dorwać do takiej rybki, to utoniecie w jej oceanicznym smaku. Polecam szczególnie spróbować tuńczyka oraz...rekina.


Często z tych wielkich kawałów, które suszą się na plaży, czy też wzdłuż drogi, robione są właśnie te małe paseczki ryby dodawane do lankijskich dań. Te poniżej znajdowały się niedaleko naszego hotelu. Na początku myślałam, że będą śmierdzieć. Jednak przy bliższym spotkaniu okazało się, że są mocno zasuszone przez słońce.


Rekin

Nie jest to bardzo popularne danie. A na pewno nie dostaniecie go w lokalnych restauracjach. Trzeba się trochę go naszukać, ponieważ zwykle Lankijczycy go nie jadają.  Najczęściej sprzedają go w restauracjach dla turystów, gdzie ceny są oczywiście relatywnie wyższe niż te w lokalnych. Jeżeli chodzi o mięso to jest po prostu przepyszne. Białe. Bardzo chude, ale nie suche. Nie przypomina żadnej ryby którą dotychczas jadłam.


Homar

Również nie należy do lokalnych. dań jak to powiedział nasz gospodarz: zwykli Lankijczycy jedzą praktycznie przez cały czas rice and curry. Tak jak rekina, tego dania trzeba się również trochę naszukać. Do homara dostajemy metalowe szczypce, którymi należy miażdżyć skorupę aby wydobyć mięso. Jak to się robi? Nie mam pojęcia. Wiem jedno. Wszystko na około nas było ubabrane kremem w którym pływały homary. Jeżeli ktoś się chce najeść tym mięsem to od razu mogę powiedzieć, że to nie nastąpi. Homar ma bardzo mało mięsa. Szczególnie jeszcze kiedy dostajecie np same szczypce a nie całego homara. Jest to raczej potrawa dla tych co chcą spróbować, ale nie chcą się najeść. Ale smak jest wybitny. Mięso jest niesamowicie delikatne (ale pamiętajcie, nie ma go wiele), białe i dosyć soczyste. Jednak bardziej przypomina to wysysanie szpiku z kości aniżeli jedzenie mięsa ryby (w sumie to nie ryba tylko skorupiak...). Pomimo tego, naprawdę polecam spróbować. Jednak zamówcie do tego dania drugą potrawę. 

Owoce

Największy plus jest taki, że owoce są niezwykle świeże. Wiadomo czemu. Rosną na drzewie tuż obok straganu. I naprawdę smakują inaczej niż w Polsce. To nie jest mit. Żałuję, ze nie udało mi się spróbować mango i duriana, jednak styczeń to nie był czas na te owoce. Proponuję jednak spróbowac banany. Szczególnie te malutkie. Są po prostu przepyszne. Warte uwagi są również melony i ananasy. Bardzo soczyste i bardzo aromatyczne. A na bazarach śmiesznie tanie. Skosztujcie również soków z owoców. Tak samo idealne jak owoc. 



Śniadania 

Śniadania są zwykle lekkie i niezbyt mocno zapychające. Głównie są to wcześniej wymienione potrawy takie jak naleśniki z kurkumą czy hoppersy. Rice and curry zostawcie na obiad. Po śniadaniu dostajemy zawsze porcję owoców, Najczęściej są to banany czy papaja. Świetne, lekkie danie i dodatkowo z widokiem na ocean. Żałuję tylko, że nie można tu wypić dobrej kawy. Jeżeli jest już serwowana to raczej rozpuszczalna, czyli najgorszy śmieć. W Indiach kawę zastąpiłam masala czaj. Niestety na Sri Lance miałam już z tym problem.

Ceny - restauracje

No co ja mogę powiedzieć o cenach poza tym, że są śmiesznie niskie nawet jak dla Polaka. Oczywiście zawsze możecie zjeść drogo. Jednakże jeżeli udacie się do typowo lokalnej restauracyjki, to spokojnie możecie spożyć posiłek od 250 lankijskich rupii. Poniżej zamieszczam zdjęcia menu z różnych lokalnych restauracji. 







Cenny - sklepy

Jak w całej Azji  ceny są różne. Jednakże na pewno nie ma aż tak dużej rozbieżności pomiędzy cenami dla turystów a dla lokalsów jak np w Indiach czy Tajlandii. Jednakże jeżeli pójdziecie na bazar, czy też stragan one zawsze będą trochę wyższe. Można się targować, jednak nie aż tak bezczelnie jak w Indiach czy Tajlandii. Ale dam Wam rade. Dużo produktów można kupić w marketach. Nawet tych, które sprzedawane są na bazarach. A ceny w sklepach są identyczne dla mieszkańców jak i dla turystów. Warto wiec kupić tu np herbaty czy przyprawy. Poniżej zamieszczam zdjęcia kilku wybranych produktów wraz z cenami.







CO PRZYWIEŹĆ ZE SOBĄ ZE SRI LANKI

  • produkty naturalne z Raju Herbal& Spice Garden - są to fajne produkty jednak bardzo drogie. Można wybrać kilka tańszych, jednak nie ma tam ich zbyt wiele. Dla przykładu pasta wybielająca kosztuje 20 zł, krem z róży i jaśminu 30 zł, krem przeciwzmarszczkowy 75 zł. Z ciekawszych rzeczy jest jeszcze krem do golenia, a właściwie pasta, którą pozostawia się przez jakiś czas na skórze i po kilku chwilach pozbywamy się włosów. Polecam spróbować pasty wybielającej. Podobno słynie z niej cała Sri Lanka. Zauważcie zresztą, ze wszyscy Lankijczycy mają bardzo białe zęby.  Czy to za sprawą tej pasty? Ciężko powiedzieć. Jednak  na wielu blogach bardzo często o niej wspominają. Ja również zakupiłam sobie kilka tubek, jednak muszę przyznać, że nie zauważyłam u siebie zmiany. W sklepie można zaopatrzyć się  również w różne przyprawy jednak wydaje mi się, że taniej będzie jednak na bazarze bądź w markecie.

  • przyprawy - polecam szczególnie najróżniejsze rodzaje chilii od małych płatków, po proszek. Dla nas jest to po prostu chili. Dla nich jest to cała masa różnych przypraw, o różnej barwie i ostrości. Do domu przywiozłam kilka rodzajów. Polecam szczególnie te w płatkach. Są bardzo ostre. Nie bójcie się kupować je w sklepach spożywczych, ponieważ nie oznacza to, ze są gorsze niż te na bazarze. Na pewno są tańsze, gdyż w marketach cena jest taka sama dla turysty i dla lokalsa. Tymczasem na straganach, ile wytargujesz za tyle kupisz.



  • Torebki - co jeszcze przywieźć? Piękne, skórzane torebki. W różnych wzorach, wielkościach i kolorach. Sporo jest tych barwionych na brązowo i camelowo. Torebki są zupełnie inne niż te, które kupimy w Europie. Trochę mam wrażenie, że bardziej surowe, niewymuskane. Widać, że nie wyszły z pod maszyny, ani z wielkiej fabryki. Skóra sprawia wrażenie sztywniejszej. Nie chodzi mi o to, że są tandetne czy też źle wykonane. Są po prostu inne. Ceny kształtują się różnie. Oczywiście jesteśmy w Azji, więc trzeba się obowiązkowo targować. Za małą torebkę możecie zapłacić 40 zł ale także 150 zł. Na pewno mogę powiedzieć, że ceny po wytargowaniu są zdecydowanie niższe niż te w Europie. Opłaca się przywieźć choć jedną. Za mniej niż sto złotych możecie przywieźć bardzo ładną, dużą torbę. 






  • inne wyroby skórzane - jeżeli macie przestrzeń w bagażu, albo macie życzenie zapłacić za wysyłkę do Polski, możecie przywieźć nie tylko skórzaną torbę, ale również skórzane pufy do mieszkania, skórzane dywany, walizki, nesesery, portfele. Niestety nie pytałam ile kosztują, jednak patrząc po cenie torebek, na pewno mniej niż u nas w kraju. 
  • rękodzieło - Na Sri Lance można znaleźć naprawdę bardzo dużo rękodzieła. Zaczynając od torebek, które opisałam powyżej, poprzez portfele, wyroby ala skórzane np nakrycia na fotele, pufy, rzeźby, maski czy też figurki. Jest tego cała masa. 




  • Biżuteria - dużo biżuterii robi się tu ze skóry. Cienkie rzemyki, bądź plecione to codzienność na Sri Lance. Lubię ręcznie wytwarzane ozdoby, ale nic mi nie przypadło do gustu. No ale zależy kto co lubi. Ale na pewno pisząc słowo biżuteria, nie mam tu na myśli srebra i złota. Wytwarza się tu głównie skórzaną, plecioną albo z koralików.





  • herbata - i tu lekkie zaskoczenie mnie spotkało, ponieważ okazało się, że herbata Dilmah oraz Battler, pochodzą ze Sri Lanki. Firma Dilmah została założona w 1988 roku przez  Merrill J Fernando. Nazwa pochodzi od imion jego dwóch synów Dilhan i Malik. Po połączeniu tych dwóch imion powstała nazwa Dilmah. Aktualnie herbatę możemy zakupić w ponad stu krajach świata. W tym oczywiście jak wszyscy zapewne wiecie, również w Polsce. Podobnie jest z herbatą Battler, którą ostatnio kupiłam w Biedronce. W prawdzie była to dosyć ekskluzywna kolekcja, oczywiście w równie relatywnie wyższej cenie w stosunku do normalnych herbat, ale nie zmienia to faktu, że jest powszechnie dostępna. Można ją również zakupić w internecie. Koszt jej kształtuje się za 100 gram od 11 do nawet kilkudziesięciu złotych w zależności od rodzaju. Pomimo, że obydwie herbaty można zakupić u nas w kraju, proponuję spróbować tych z Cejlonu. W przypadku Battler może nie zauważyłam aż tak dużej różnicy, ale już Dilmah smakował zupełnie inaczej niż ten w Polsce. Przede wszystkim jest bardzo drobna (mówię o tej popularnej w Polsce w zielonym opakowaniu). Pod względem cen są sporo tańsze niż w Polsce. Poniżej umieszczam zdjęcie wraz z ceną. Całkiem dobrą herbatą jest Steuarts tea. Zresztą herbat jest cała masa. Najtańsze są w marketach ponieważ tam nie można negocjować cen. Jest taka sama dla lokalnych mieszkańców jak i dla turystów.Aha i proponuję kupować nie w torebkach tylko sypaną.






  • pain killersy - nazwałam je tak, ponieważ tak je nazwała pani sprzedawczyni. Podobno mają uśmierzać ból. Co to jest? A no właśnie. Co dokładnie to nie mam pojęcia. Wyglądają jak małe drewienka z jakiejś rośliny. Kupiłam z ciekawości w sklepie z poniższego zdjęcia. Do dziś ich nie używałam. Czekają na odpowiednią chwilę... Widać je na drugim zdjęciu po prawej stronie... 



POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU