Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

poniedziałek, 12 października 2020

Lankijski raj nad Oceanem Indyjskim - Sri Lanka

Sri Lankę mieliśmy przyjemność odwiedzić w styczniu 2020 roku. Lot z Indii na Sri Lankę trwał około 3 godziny. Nie powiem Wam ile kosztuje dokładnie bilet, ponieważ tak jak zaznaczyłam w poście o Indiach (tu), mieliśmy lot wliczony w cenę całego biletu. Przy okazji rozpoczęcia naszej podróży oraz tego postu, wstawiam zdjęcie z pięknymi paniami stewardessami lankijskich linii lotniczych, w równie pięknych strojach. Jak widać na poniższym zdjęciu, panie nie wstydzą się swojego ciała. I to się chwali! Wiem, że uniformy są narzucone, jednak stewardessy noszą swój strój bardzo dumnie. Widać, że mają do siebie dystans i uważają się za piękne. Bo i takie właśnie są.  


Już na lotnisku kupujemy kartę, która w zależności od pakietu internetowego, kosztuje różnie. Poniżej zdjęcie oferty jednego z operatorów. Karta aktywowała się dosyć szybko - nie tak jak w Indiach. Kupujemy tylko jedną na 3 osoby, ponieważ i tak spędzamy czas razem. A internet po prostu sobie udostępniamy.


Z lotniska odbiera nas kolega naszego gospodarza. Oczywiście transport za opłatą. Płacimy 10 tysięcy lankijskich rupii (około 210 zł za 3 osoby). Cena dogadana wcześniej z właścicielem przez wats up. Już w Polsce Ursyn zarezerwował nam nocleg przez booking.com. Hotelik nazywał się Laguna Surfing Stay. Znajdował się w miejscowości Midigama (adres  Lagunas, Ahangama). Midigama znajduje się na południowo-zachodnim wybrzeżu. Od Colombo dzieli ją około 140 kilometrów (ponad 2h jazdy samochodem). Za siedem nocy i 3 osoby (dwa pokoje) zapłaciliśmy 895 zł.  Po przeliczeniu wychodzi jakieś 42 zł za osobę od doby. Śmiesznie niska cena. A kiedy jeszcze dodamy do tego śniadania w cenie i plażę, która znajduje się jakieś 50 metrów od naszego zakwaterowania, to kwota wydaje się jeszcze śmieszniejsza. Hotelik bardzo przyjemny, czysty i zadbany. Właścicielem jest młody dwudziestoparoletni chłopak, którego wspiera mama. I to jej własnie zawdzięczamy przepyszne śniadania. Właściciel ma w planach rozbudować dom. Widać już zrobioną elewację oraz strop wraz z wystającymi słupkami na dachu, który teraz pełni funkcję tarasu z przepięknym widokiem na ocean. To własnie tam spędzaliśmy poranki, jedząc przepyszne śniadania.Trzeba powiedzieć, że po tym co przeżyliśmy w Indiach, warunki tu są wręcz europejskie. Łazienka nowa, wyłożona ładnymi, eleganckimi kafelkami. Piękne łóżko z baldachimem, które chroni przed komarami. Wszędzie na podłodze eleganckie kafle. Zero wilgoci i odstraszającego zapachu. Właściciel bardzo miły i rozmowny. Bardzo dużo można się od niego dowiedzieć na temat lokalnych potraw, tradycji, sklepów, czy też miejsc do zwiedzania. To on załatwił nam kierowcę z którym objechaliśmy część wyspy, zatrzymując się przy tym w wielu miejscach. Również od niego dowiedzieliśmy się, ze przyjeżdżają tu głównie surferzy, gdyż fale są tu największe na całej wyspie.  Jedynym minusem lokalizacji są znajdujące się bardzo blisko tory kolejowe. Mówiąc bardzo blisko, mam na myśli dosłownie blisko. Od budynku może z 10 metrów. Na pocieszenie dodam, ze pociągi jeżdżą rzadko. Jednak na początku czułam pewny dyskomfort. Budziłam się dosyć często. Mimo wszystko uważam, że warto było skorzystać z tej miejscówki. Jeżeli jesteście zainteresowani tym miejscem, podaję link na booking.


Taras na dachu naszego hotelu na którym jedliśmy śniadania i marzyliśmy aby chwila trwała jak najdłużej...


I widok z tarasu. Plaża naprawdę była oddalona o jakieś 50 metrów...



Tuż na przeciwko naszego hotelu suszyły się olbrzymie tuńczyki, które później wykorzystywane są do wielu dań. Właściwie to w wielu miejscach spotykaliśmy je ułożone na plaży wzdłuż brzegu.


Do hotelu dojeżdżamy sporo po północy. Jednak następnego dnia nie śpimy zbyt długo, od razu ruszamy na plażę. Plaża bardzo piaszczysta. Zero kamieni. A piaseczek jest tak drobniutki i delikatny, że można byłoby się przykryć nim jak kołdrą. Wcześniej wspomniałam, ze przyjeżdżają tu głównie surferzy, ponieważ fale są tu najlepsze na całej wyspie. Jednak nie miałam świadomości, ze są aż tak dobre. Jestem osobą, która nie potrafi pływać - niestety. Owszem, wchodzę do wody, jednak zwykle tylko do ramion, ewentualnie idę z kimś. Wtedy uczepiam się pleców towarzysza bądź pływam na swoim katamaranie (pompowanym materacu). Jednak tu tak się nie dało. Fale były tak ogromne, że wystarczyło abym weszła do kolan, za chwilę poziom wody podnosił się do szyi. A piach miałam dosłownie wszędzie. Nawet w majtkach. Wysypywałam jak z klepsydry. To były największe fale jakie w życiu widziałam. 


Chłopacy próbowali surfować, jednak nie za bardzo im to wychodziło. Fale znosiły ich na skały. Chyba przydałby się instruktor. Wypożyczenie deski do surfowania na naszej plaży na godzinę kosztowało 200 rupii (około 4 zł).


Na naszej plaży mogliśmy spróbować nie tylko surfingu, ale także lokalnej kuchni oraz przepysznych owocowych soków, wyciskanych na miejscu. Plaża nie była zbyt uczęszczana. Jednak panie siedzące pod palmami miały całkiem nieźle zaopatrzony swój mały biznesik. Trzeba jedynie pamiętać aby za każdym razem prosić sok bez cukru, gdyż w Azji cukier dodaje się praktycznie do wszystkiego. I nie jest to jedna łyżeczka. A ceny? Śmiesznie niskie. Sok ze świeżo wyciskanych owoców kosztował 150 rupii (3,13), kokos 100 rupii (2 zł). 

Poniżej nasz bar oraz panie, które w nim sprzedawały.


I wcześniej wspomniane menu...




A to nasz nowy przyjaciel. Piesek naszej ulubionej pani, od której kupowaliśmy na plaży jedzenie i soki. Bardzo spodobał mu się leżak Piotrasa. Usadawiał się zwykle pod nim, zakopywał się w piachu i spał...


Zmęczeni leżeniem na plaży, jedziemy do sąsiedniej miejscowości, którą jest Weligama. Nie jest to zbyt duże miasteczko, bo ma zaledwie 22 tysiące mieszkańców. Nie jest też miasteczkiem jakoś specjalnie znanym. Jednak na ulicach sporo ludzi. Głównie to lokalsi. Właściwie to nie zauważyłam ani jednego turysty. Sporo straganów z owocami. Nie widać tu typowych sklepów. Raczej głównie królują straganiki. Często takie przydrożne. Słabo zadaszone. Po prostu, rozstawiasz namiot i już jest sklep. Kiedy chcesz zamknąć, zwijasz go i o to zamknięte. 

Miasto ma typowo azjatycki wizerunek. Mało tu kamienic w stylu europejskim - te, bardziej znajdują się w sąsiednim Galle. Głównie widzimy budynki trochę rozwalające się, niezbyt zadbane. Po ulicach jeżdżą głównie tuk tuki i wolne jednoślady.




Malutkie arbuzy. Jeszcze nigdy takich nie widziałam. W prawdzie u nas sprzedaje się mini arbuzy, jednak te były naprawdę maleńkie.


Dużo czasu spędzaliśmy na plaży, jednak staraliśmy się również zwiedzić okoliczne miejscowości. Chcemy doświadczyć azjatyckiej dzikości, więc ruszamy pociągiem do jednego z większych miast w okolicy jakim jest Galle. Nie jest to duże miasto, bo liczy zaledwie około 100 tysięcy mieszkańców. Spacerując uliczkami miasta czuć powiew europejskości dzięki Portugalczykom oraz Holendrom, którzy dotarli tu jako pierwsi. Wiele budynków wybudowano w stylu europejskim. Znajdują się tu kościoły katolickie, kawiarnie w stylu europejskim i kamienice jakby wyjęte z Paryża czy Pragi. 

Stacja kolejowa znajdowała się około 200 metrów od naszego hotelu. Poniżej tablica z różnymi kierunkami. Obok cena, która w zależności od klasy kształtuje się różnie. My korzystaliśmy z klasy drugiej. Za bilet płacimy 60 rupii. Autobus kosztuje 50 rupii, jednak chcemy się przejechać słynnym lankijskim pociągiem. Wybieramy klasę drugą czyli teoretycznie tą lepszą. Pociąg przypomina trochę nasze dawne składy, które kursowały jeszcze parę lat temu. Stare wagony, siedzenia z eko skóry, która miejscami już popękała, za klimatyzację robi otwarte okno. Nie ma zbyt wielu ludzi. Jednak Ci co jadą, spoglądają z ciekawością w naszą stronę. Choć zdecydowanie nie ma w tych spojrzeniach indyjskiej natarczywości.


 




Jeżeli ktoś potrzebuje, poniżej rozkład powrotnych pociągów z Galle.


Nie mamy jakiegoś specjalnego planu na Galle, więc dajemy się skusić kierowcy tuk tuka stojącego przed stacją, który proponuje nam wycieczkę w parę miejsc za  3 tysiące rupii. Cena już z napiwkiem (około 63 zł). Nie mamy nic do stracenia, więc pakujemy się do tuk tuka i w drogę. 

Pierwsze miejsce to świątynia Buddy w skałach czyli Yatagala Raja Maha Viharaya w miejscowości Unawatuna, która oddalona jest od Galle o jakieś 5,5 kilometra. Wejście teoretycznie za darmo, jednak obowiązkowo trzeba złożyć ofiarę w wysokości 500 rupii (około 11 zł). Czemu napisałam obowiązkowo? Bo przy wejściu stoi mnich i po prostu każe wrzucić pieniądze. 

Jest to bardzo ładnie usytuowana świątynia. Trzeba wejść do góry po długich, czerwonych schodach.  Oczywiście buty zostawiamy przed wejściem. Jeżeli jesteśmy zbyt skąpo ubrani, trzeba się okryć. Ci co nie mają żadnego innego odzienia niż to na sobie, otrzymają od mnicha chustę.
I to co się rzuca w pierwszej chwili to wielki, biały, murowany dzwon, który w zasadzie to nie jest dzwonem, tylko czymś tam innym, jednak nie zarejestrowałam nazwy. A, już sobie przypomniałam. Nazywa się to stupa. Spoglądając w górę, zobaczymy olbrzymiego Buddę w pomarańczowym suknie. Białego dzwonu pilnuje inny Budda, choć już zdecydowanie mniejszy niż ten górujący nad świątynią. Kiedy podejdziemy bliżej kamiennej ściany, zobaczymy ścieżkę prowadzącą pod wielkimi głazami. A tuż za nimi kolejny pomnik Buddy. Na terenie kompleksu znajduje się również bardzo ładna, acz zniszczona, kolorowa mała świątynka. Pięknie pomalowane kiedyś ściany, powoli odpadają i blakną. Na podłodze cudowna, kolorowa mozaika. Spędzicie tu maksymalnie 30 minut. Bardzo przyjemne i ciekawe miejsce. Można się wyciszyć. 







Nie mogłam się oprzeć. Mam małą obsesję na punkcie mozaik. Poniżej kafelki, które były na podłodze wewnątrz świątyni. I jak wszystko na Sri Lance, płytki muszą być również kolorowe.




Plusem własnego kierowcy jest to, że możesz zatrzymać się dosłownie wszędzie. I zawsze na ciebie zaczeka. Jedną z atrakcji były pola ryżowe, które znajdowały się dosłownie w polu. 


Jedziemy do Unawatuny, gdzie znajduje się Raju Herbal&Spice Garden. I tu również w teorii wstęp darmowy. Od razu po opuszczeniu tuk tuka, dopada nas jeden z pracowników ogrodu, który za darmo oprowadza nas po kompleksie, opowiadając przy tym o każdej roślinie (oczywiście w języku angielskim). Przy każdym zatrzymanym miejscu, stoi kosmetyk, który wytwarzany jest ręcznie z danej rośliny przez pracowników ogrodu. Okazuje się, że nasz przewodnik jest doktorem nauk medycznych. 
Kompleks ogrodowy jest naprawdę spory. Po 20 minutach zwiedzania, zostajemy zapytani czy chcemy skorzystać z masażu w bardzo urokliwej, drewnianej altanie, na świeżym powietrzu. Jesteśmy jak najbardziej zainteresowani, ponieważ już w Indiach planowaliśmy udać się na masaż. Tam się nie udało, więc czemu nie tu. I muszę Wam powiedzieć, że był to jeden z lepszych masaży jakie miałam w życiu. Wśród przyrody, wsłuchując się w dźwięki wydawane przez ptaki, pośród pięknych zapachów... Idealne miejsce do zrelaksowania. Za masaż głowy (z olejkami albo bez) i masaż tylnych partii ciała zapłaciliśmy 20 zł. Jednak była to opłata, jak to mówią, co łaska. Jeżeli ktoś preferuje dać mniej, ma taką możliwość. Po masażu nie było możliwości wzięcia kąpieli, jednak zostaliśmy wytarci ręcznikami tak aby nie pobrudzić swoich ubrań. 

Po tej leniwej przyjemności, przewodnik prowadzi nas oczywiście do sklepu. Każdy chce zarobić. Sklepik jest bardzo prowizoryczny. Widać, że kosmetyki, które się w nim znajdują, rzeczywiście wytwarzane są ręcznie. Często etykiety owinięte są gumką wokół opakowania. Niestety nie oznacza to, że kosmetyki są tanie. Wręcz bym powiedziała, że bardzo drogie. A jak na Sri Lankę, to bardzo bardzo drogie. Przykładowo mały krem do twarzy z różą, jaśminem kosztuje 30 zł, pasta wybielająca (słynna na Sri Lance) 20 zł (i to mała tubka, która ma może z 50 ml), krem przeciwzmarszczkowy to koszt 75 zł. Za 3 kosmetyki można tu zostawić nawet kilkaset złotych. My decydujemy się jedynie na pastę do zębów. 










Poniżej produkty ze sklepu. Przeróżne kremy, pasty, oleje, olejki, peelingi, przyprawy. 



Ostatnie miejsce w dzisiejszym dniu do którego udajemy się z naszym kierowcą to szpital żółwi, który się nazywa Koggala Sea Turtle Farm & Hatchery (adres  Modarawella Wattha, Koggala). Miejscowość Koggala oddalona jest od Unawatuny o około 8 kilometrów, a od Galle o 17 km. W kasie dostaniemy dwa rodzaje biletów. W tej droższej opcji można fotografować żółwie, a jednego nawet wypuścić do oceanu. Koszt takiego biletu to 1500 rupii (około 32 zł). Druga opcja z fotografowaniem, ale bez uwolnienia żółwia to 1000 rupii (21 zł). Chciałabym już na wstępie poprosić aby nie hejtować tego miejsca. Czemu? Ponieważ ludzie, którzy tam pracują opiekują się żółwiami, które zostały uszkodzone przez rybackie sieci czy też kutry i łódki. Pacjenci szpitala mają bardzo często uszkodzone skorupy, czasami nie mają jej jakiejś część bądź np  nie posiadają kończyn. Przykro się na to patrzy. Widzę olbrzymiego żółwia bez jednej łapy, który pływa na boku. W swoim naturalnym środowisku na pewno by nie przeżył. Dzięki biletom wstępu możemy pomóc w szczytnym celu. 
Jest ich tu naprawdę bardzo dużo. Przeróżnej maści i przeróżnej wielkości. Niestety kłusownictwo na żółwie jest tu nadal popularne. Oczywiście powód jest jeden - talerz człowieka. Na koniec naszej przygody, możemy wypuścić małego żółwika do oceanu. Każdy dostaje swojego i ruszamy na plażę, która się znajduje zaraz za szpitalem. 






Każdy żółwik został przez nas nazwany. Mój - Eljotek.




Pracownicy dbają również o jaja żółwie, które później zostaną wypuszczone na wolność aby wesprzeć swoją populację.


Wypuszczamy małe żółwiki na plaży tuż za szpitalem.




Do hotelu powracamy autobusem. Koszt biletu to 50 rupii (około 1 zł). Droga zajmuje nam 30 minut. Nie sądziłam, że może to być tak niesamowita przygoda. Większość ma bardzo kolorową karoserię. Wymalowane są chyba we wszystkich kolorach. W środku nie jest inaczej. Cała masa kolorowych bibelotów, kolorowe firanki i równie kolorowy sufit. Do tego cała masa migających świateł (oczywiście również kolorowych) i muzyka lankijska dudniąca w całym pojeździe. Klimatyzacja to otwarte na oścież okna i drzwi. Pan prowadzący autobus jest lepszym kierowcą niż Sandra Bullock w filmie Speed. Autobus to najszybszy pojazd na ulicy. Wyprzedza nawet bardzo dobre, nowe samochody. Idąc poboczem, kiedy usłyszycie dźwięk autobusowego klaksonu, uciekajcie najdalej jak tylko możecie. Ta szybka bestia jest w stanie w mig wciągnąć każdego kto idzie ulicą, szczególnie po zmroku. Kierowca to multiskilowiec. Ze swoją podzielną uwagą mógłby pracować w niejednej korporacji. Podczas prowadzenia z zatrważającą prędkością, potrafi rozmawiać przez telefon, zmieniać biegi i rozmawiać z pasażerami. Autobus jest zwykle wypełniony po brzegi. Często trzeba stać w bardzo wąskim przejściu. Nie dość, że przepychają się pasażerowie, którzy chcą wysiąść, to jeszcze ciągle łazi w tę i z powrotem facet, który sprzedaje bilety. Przystanki to jakaś abstrakcja. Nie ma wyświetlacza. Czasami krzykną, ze jest jakiś przystanek, a czasami nie. Przyda się wiec nawigacja, która mniej więcej wskaże Wam miejsce gdzie macie wysiąść. Ale jeszcze wracając na moment do pana sprzedającego bilety.  Wsiadając w Galle na dworcu autobusowym, mieliśmy przez chwilę cały pojazd dla siebie, ponieważ pasażerowie się jeszcze nie zebrali. W pewnym momencie podchodzi do nas jakiś facet, który mówi, że sprzedaje bilety. Wyjmujemy wiec pieniądze aby zapłacić. W związku z tym, że nie mamy równej kwoty, mężczyzna mówi, że wyjdzie na chwilę aby rozmienić. Tymczasem za jakąś chwilę autobus rusza ze stanowiska w drogę. Wtedy podchodzi do nas inny facet, który chce od nas pieniądze za bilety... I tak właśnie pierwszy raz zostaliśmy oszukani na Sri Lance. Nie była to duża kwota, wiec nie było czego żałować. Jednak trzeba przyznać oszustowi, ze miał pomysł...




Już na początku wyjazdu Ursyn i Piotras cały czas truli mi, że chcą pojechać na safari. Mi nie za bardzo to odpowiadało z prostej przyczyny - trzeba wstać wcześnie rano, a właściwie to w nocy. Każdy kto mnie zna, wie, ze uwielbiam spać. Może nie wstaję o dziesiątej czy jedenastej przed południem, jednak wstanie o czwartej czy piątej godzinie, to dla mnie prawie zabójstwo. Najbardziej słynne miejsce na Sri Lance, gdzie udają się turyści na safari to między innymi Hurulu Eco Park, Minneriya National Park, Udawalawe Park, Park Narodowy Yala czy też Kaudulla National Park. Jest sporo innych ciekawych parków gdzie można udać się na safari. Wszystko zależy od tego gdzie akurat się znajdujecie, albo ile macie dni na zwiedzanie. 

Postanawiamy zrobić najpierw rundkę po lokalnych biurach podróży. Wszędzie proponowali nam wycieczkę minimum dwudniową. Nie chcemy za bardzo opuszczać swojego lokum na tyle dni. Między innymi dlatego, że za nie płacimy. Poza tym chcemy trochę poodpoczywać na plaży i zażyć okolicznych atrakcji, a znowu nie mamy tylu dni. Decydujemy się więc na Horton Plains National Park, który oddalony jest od Middigamy, czyli miejsca w którym mieszkamy, o jakieś 260 kilometrów. Co i tak jest bardzo długą trasą, bo trzeba przeznaczyć na dotarcie tam (samochodem) jakieś 4 godziny. Wyboru dokonujemy przy pomocy naszego gospodarza, który podpowiada nam dokąd jechać i co jeszcze po drodze zobaczyć, tak aby nie stracić całego dnia tylko na safari. Załatwia nam kierowcę, który zawiezie tylko naszą trójkę na safari, dodatkowo zatrzymamy się jeszcze w paru innych miejscach. Za przejazd w tę i z powrotem zapłacimy 50 tysięcy rupii za 3 osoby. W tej cenie mieliśmy również bilet na safari. Wychodzi całkiem sporo bo około 1 tysiąca złotych, czyli na jedną osobę trochę ponad trzysta złotych, Jednak biorąc pod uwagę, że kierowca zawiezie nas jeszcze do dwóch innych miejsc, jest to naprawdę przyzwoita kwota. W biurze podróży trzeba byłoby wykupić drugą wycieczkę za kolejne 300 zł. Więc dogadane. 

Następnego dnia, wyruszamy około 3.30 nad ranem. Po prawie czterech godzinach jazdy jesteśmy na miejscu. Przesiadamy się do wielkich, szcześcioosobowych jeepów. Większość jest wypełniona po brzegi, jednak my mamy swój na wyłączność. Poza tym, ze musiałam wstać o 3 godzinie, wycieczka naprawdę super. Nasz kierowca był chyba najbardziej dzikim driverem ze wszystkich samochodów. Celowo jeździł po wertepach tak aby samochód przechylał się na jedną stronę. Przyspieszał, następnie gwałtownie zwalniał, zakręcał gwałtownie. Sama jazda już była niezłą frajdą. Ruszyliśmy jako prawie ostatni, jednak nasz kierowca wyprzedził wszystkich, albo znalazł inną drogę. I tak własnie znaleźliśmy się na początku łańcuszka składającego się z kilkunastu jeepów. Aby uniknąć natłoku samochodowego, jeździł swoimi trasami. Dzięki temu znajdował najlepsze miejsca na podglądanie słoni. W pewnym momencie nawet zaczął trochę drażnić się z jednym wielkoludem. Podjeżdżając do niego, czekał aż tamten zacznie biec w naszym kierunku, następnie szybko cofał samochodem, aby uciec od niego. Kiedy po kilku takich zabawach słoń zaczął szybko biec w naszą stronę, a właściwie w moją, gdzie siedziałam, tak się przestraszyłam, że zwiałam na drugą stronę auta. Wtedy nasz kierowca ze śmiechem przyspieszył i ponownie udało się nam uciec. Ciekawe doświadczenie, jednak mam pewne wątpliwości co do moralności takiego zachowania...

Kierowca pokazywał nam nie tylko słonie, ale także przystawał przy najdziwniejszych roślinach, zwracał naszą uwagę na ptaki, jaszczurki, pawie... Na niektórych blogach czytałam, że safari to tylko oglądanie słoni. U nas było zupełnie inaczej. Nie wiem czy to kwestia tego kierowcy, który rzeczywiście był szczególny, jednak jedno jest pewne. Przeżycia były niesamowite. Z perspektywy czasu stwierdzam, że warto było wstać o tej trzeciej godzinie. Na koniec dodam, że pomimo kupna tzw biletu wstępu, wypada dać mały napiwek kierowcy.
Nasze safari trwało jakieś 2 godziny. Później nasz wynajęty kierowca udaje się z nami na śniadanie do lokalnej, małej restauracyjki wyłapanej po drodze do kolejnego miejsca, które mieliśmy odwiedzić.













Tak jak już wcześniej wspominałam, nasz kierowca zatrzymywał się nie tylko przy słoniach, ale także ciekawej roślinności. 








Jadąc do kolejnego miejsca, spodobał się nam widok. Nasz kierowca przystanął na chwilę abyśmy mogli popodziwiać widoki i pstryknąć parę fotek. 


Jakieś 140 kilometrów od Parku Horton, znajduje się Wodospad Ravana Ella. Idealna nazwa. Mój imiennik jest dosyć sporym wodospadem (wysokość około 20 metrów), położonym pośród pięknych, górskich widoków. Miejsca za dużo to tam niestety nie ma, ponieważ wodospad znajduje się zaraz przy drodze. Niestety nie ma tam za bardzo miejsca na kąpanie. Można spróbować wspiąć się trochę wyżej i tam będzie dosłownie kawałek basenu gdzie zamoczycie kawałek swojego spragnionego ciała. Ale to tyle. Proponuję założyć wygodne buty bo ciężko momentami chodzić po śliskich i bardzo ostrych kamieniach i to jeszcze w tłumie ludzi. Ella posiada mały, ogrodzony tarasik. Niestety panuje tam straszny ścisk. Może i wodospad nie należy do największych i najbardziej urokliwych jakie widziałam, jednak jego położenie jest wręcz idealne. Na przeciwko wodospadu znajduje się most, którym przyjechaliśmy a w oddali piękne góry.  Wokół miasteczka które się tu znajduje, jest wiele turystyczno- wspinaczkowych szlaków. Powietrze jest bardzo rześkie i wilgotne. Zdecydowanie jest chłodniej niż w naszej Middigamie. Gdzieś przeczytam, że podobno temperatura może tu spaść nawet do 15 stopni. Jest to naprawdę bardzo duża różnica, biorąc pod uwagę, że na wybrzeżu w nocy możemy doświadczyć 30 stopni. My byliśmy tylko na chwilę, jednak niektórzy zatrzymują się tu nawet na kilka dni. W tych okolicach znajduje się słynny most Nine Arch, który położony jest na wielkim, łukowatym akwedukcie. A na nim tory kolejowe. Niestety my nie mieliśmy okazji go zobaczyć. Brak czasu...

Miejsce jest darmowe. Czas, który trzeba poświecić na zwiedzanie to maksymalnie 30 minut. Uważajcie na małpy. Jest ich bardzo dużo a jak to małpy, są wredne i potrafią ukraść wiele rzeczy. Nawet telefon.









Mamy jeszcze chwilę więc kierujemy się w górę, w kierunku straganów. Dużo tu naciągaczy, którzy próbują wcisnąć nam najbardziej szlachetne kamienie świata - o ile są prawdziwe, w co wątpię. Widzę dużo różnych pierdół, durnostojek, bizuterii na rzemyku. Przysiadamy na chwilę w lokalnej restauracji Rawana Fall Restaurant aby napić się kawy i skorzystać z toalety. Restauracja bardziej dla turystów, jednak z przepięknym widokiem na góry. Zal nie usiąść. Przekonał nas krajobraz. Ceny jeszcze znośne, nawet jak na miejsce turystyczne. W Polsce kupicie za tyle chińczyka. Jednak jak na Sri Lankę - bardzo drogo. Poniżej kilka stron z menu.



Widok z restauracji...



I już ostatnie miejsce, które znajduje się niedaleko Elli. Zbaczając kilkanaście kilometrów od głównej drogi, dojeżdżamy do skalnej świątyni Rakkiththakanda schowanej pod kamiennym parasolem. U progu schodów wita nas bardzo rozmowny mnich. Nasz gospodarz mówi bardzo dobrze po angielsku. Praktycznie w ogóle nie zamykały mu się usta. Jednak forma przekazania cennych informacji na temat miejsca, była zupełnie inna niż gdziekolwiek indziej. Właściwie to spotkałam się z czymś takim pierwszy raz. Owy mnich praktycznie co chwilę robił nam test ze znajomości religii i zasad buddyjskich. Kiedy nie znaliśmy odpowiedzi, słyszeliśmy "olalala". Po kilkudziesięciu olalala utwierdził się chyba w przekonaniu, że jesteśmy beznadziejnymi przypadkami. Ciężko było nam opuścić to miejsce, bo ciągle nawijał jak najęty. Bardzo sympatyczna i śmieszna osoba. I do tego bardzo postępowa. Posiada telefon komórkowy oraz wats up. Podobno przyjeżdżają tu ludzie z całego świata aby oddawać się kilkudniowej medytacji.

Miejsce jest przepięknie położone. Świątynia znajduje się w górach. To położenie zapewnia wspaniałe górskie krajobrazy. Widzimy dużą, kamienną werandę wykutą w skalnej ścianie, a obok pomalowana na biało duża stupa (przypomina dzwon). W jaskini znajduje się świątynia z bardzo ładnymi, acz zaniedbanymi malunkami. 



Gadatliwy gospodarz świątyni.







W świątyni są jeszcze inni lokatorzy. Małe, włochate kotki.


Poprosiliśmy naszego kierowcę aby zawiózł nas na obiad do typowo lokalnej knajpy, gdzie zjemy prawdziwe lankijskie jedzenie w dobrej cenie. I tak zatrzymaliśmy się w jednej z przydrożnych restauracji. Niestety nie powiem Wam gdzie znajdowała się ta miejscówka, gdyż zwyczajnie tego nie wiem. Jednak nie o to chodzi aby polecać dokładnie tą restauracje. Chodzi o to aby promować lokalne knajpy, gdzie można skosztować tradycyjnej kuchni za niewielką kwotę.




Ala chipsy, które nie miały smaku chipsów. Bardzo dobre. I wcale nie były tłuste.


Na pewno w niejednym programie podróżniczym widzieliście fisherman'a. Jest to rybak, który wspina się na wysoki kij wbity w piasek. Rybak potrafi na tym kiju siedzieć nawet kilka godzin łowiąc ryby. Widzieliśmy prawdziwego fisherman'a przy okazji wycieczki do Wietnamu. Na Sri Lance pozostały po nich jedynie wbite w piasek kije. Być może przychodzą tu w dzień, jednak my ich nie mieliśmy okazji zobaczyć. Za to Ursyn musiał spróbować wspiąć się na jeden z nich. Ciężka to sztuka a co dopiero siedzieć na nim przez cały dzień...


Podczas spaceru po naszej miejscowości, a właściwie pomiędzy Middigamą a Weligamą, przypadkiem trafiamy na mała świątynkę buddyjską do której zachodzimy. Może nie ma zbyt dużo do zaoferowania, jednak na pewno było to całkiem ciekawe doświadczenie.





Wieczorem decydujemy się na skorzystanie z oferty jednej z restauracji na plaży. Od dawna mamy ochotę na porządną rybę albo owoce morza. Niestety pomimo, że Sri Lanka leży w takiej bliskości oceanu, trudno tu o porządną rybę i to w dobrej cenie. Widzimy bardzo apetyczne okazy leżące w budkach tuż przy drodze, które należą do restauracji Surf Hut.  Miejsce jest naprawdę super. Stoliki ustawione na plaży, piasek pod nogami, świecące lampki przy stolikach. Miejscówka genialna. Zamawiamy tuńczyka z ryżem. I nareszcie dostajemy kawał porządnej ryby, a nie jakieś tam kawałki wielkości szpilki. 



Ursyncio za to miał prawdziwą frajdę. Co chwila wyszukiwał kraby chodzące po piasku. 



Jeden z ostatnich dni przeznaczamy min na snorkeling. Nasz gospodarz polecił skorzystanie z firmy Barracuda Diving Center w miejscowości Hikkaduwa (adres 290 Galle Road). Oczywiście właściciel był jego znajomym. Trasa na google pokazywała, że będziemy jechać półtorej godziny, tymczasem autobus przejechał trasę w ciągu 50 minut. Zresztą wspominałam już wcześniej, że są dzikie. I jak widać nie kłamałam. Cena biletu to 100 rupii (około 2 zł).

Od osoby zapłaciliśmy 40 zł (podobno po znajomości). Mieliśmy dwie opcje. Jedna to pływanie na trochę płytszych wodach niedaleko brzegu, gdzie można dojść piechotą. Druga to podpłynięcie łódką na głębsze wody, jednak rafy i rybek jest tam zdecydowanie mniej. Decydujemy się na opcję pierwszą. Ci co potrafią pływać, nie muszą brać obowiązkowo przewodnika. Jednak Ci co nie posiadają tej umiejętności, tak jak ja, obowiązkowo dostają kamizelkę oraz opiekuna, który nie odstępuje ani na krok. Sprzęt oczywiście w cenie. Przebieramy się w stroje kąpielowe, zostawiamy swoje rzeczy w szafkach i ruszamy. Przyjemność trwa 1,5 h. Pierwszą godzinę spędzam z przewodnikiem, który nie odstępuje mnie ani na krok. Wiedział, że nie potrafię pływać, więc myślę, że czuł się za mnie bardziej odpowiedzialny. tym bardziej, że prosiłam go aby cały czas był przy mnie. Chłopaki jako wytrawni pływacy, pływali sami. Widać, że mój opiekun pracuje tu nie od dziś. Nie tylko po opaleniźnie. Doskonale wiedział gdzie podpłynąć aby było jak najwięcej ryb i rafy. Wpływaliśmy w wielkie ławice. Pokazywał mi je palcem, bądź stukał mnie w ramię abym spojrzała w danym kierunku. Kolejne pół godziny proszę przewodnika aby zostawił mnie z chłopakami. Dalej opiekuje się mną Ursyncio. 

Pierwszy raz w życiu snorkelowałam. Zawsze miałam obawy, ze nie będę potrafiła oddychać z tą rurką w buzi przy zatkanym nosie. Mam taką fobię, że jak nie oddycham nosem to się duszę. Na początku rzeczywiście towarzyszyło mi trochę dziwne uczucie, jednak po kilkunastu minutach przyzwyczaiłam się. I muszę powiedzieć, że naprawdę mi się spodobało. Pewnie też dlatego, że miejsce było super. Pomimo, że przy brzegu, znajdowała się tam bardzo duża rafa koralowa. Niestety już częściowo obumarła. Ryby pływały całymi olbrzymimi ławicami. Widać, że przyzwyczajone do człowieka. Nie bały się zupełnie. A ich kolory zapierały dech. Piękne tęczowe, żółte, błękitne, chabrowe. Szkoda, że nie wzięliśmy telefonów aby je sfotografować.
Jeżeli ktoś jest zainteresowany snorkelingiem w tym miejscu, link do ich strony tu.

Kilkaset metrów dalej znajduje się tzw wyspa żółwi, gdzie pływają praktycznie tuż przy brzegu olbrzymie żółwie, które zupełnie nie boją się ludzi. Czytałam na niektórych forach, że plaża w Hikkaduwie jest brzydka i wąska. No cóż, zależy pewnie co się komu podoba, jednak wydaje mi się, że poniższe zdjęcia powinny zadać kłam tej opinii. Plaża szeroka, bardzo drobny piasek. W niektórych miejscach leży sporo połamanych muszli, jednak myślę, że to jest akurat zjawisko widoczne nie tylko na tej plaży. Sporo tu kurortów cztero/pięciogwiazdkowych, a tym samym sporo turystów i Lankijczyków handlujących owocami, biżuterią, ciuchami, okularami i czym tam jeszcze popadnie.  Fale wydają się zdecydowanie mniejsze niż na naszej plaży. No i oczywiście mniejszy ruch. Zarówno ten turystyczny jak lokalny - handlujący. Jak dla mnie miejsce bardzo ładne. 



Po intensywnym sporcie postanawiamy coś zjeść. Udajemy się więc do jednej z lokalnych restauracji jaką jest Dolphin (290 Galle Rd), która znajduje się bezpośrednio na plaży. Wejść do niej można zarówno od ulicy jak i od strony wody. Oczywiście siadamy na tarasie, gdzie mamy piękny widok na ocean. Czasami woda wpada na taras przyjemnie głaszcząc nogi. Miejsce oceniam jako całkiem fajne, jednak dosyć długo trzeba było czekać na jedzenie. O ile dobrze pamiętam, podanie pierwszego dania zajęło im ponad 35 minut. Jednak kiedy już je dostaliśmy, nie mogliśmy narzekać. Były naprawdę przepyszne. Na początek zamówiliśmy zupę z kraba. Myśleliśmy, że będzie to mały krabik pocięty na kawałki. Tymczasem otrzymaliśmy całkiem sporą miskę zupy a w niej olbrzymie odnóża. Wraz ze sztućcami dostaliśmy dziwne przyrządy, które jak się później okazało, służyły do łamania kraba w odpowiednich miejscach aby wydobyć mięso. Mieliśmy już okazję jeść mięso krabie przebywając w Tajlandii,  jednak mimo wszystko była to dla nas nowość, ponieważ nie jedliśmy go wcześniej w całości. Jeżeli ktoś nigdy nie próbował, mogę jedynie polecić. Jest przepyszny. Bardzo delikatne, białe mięso. Jednak w odnóżach nie ma go za wiele i trzeba się mocno namęczyć aby je stamtąd wyciągnąć. Właściwie to wszystko było brudne i upaćkane. Cały stół, talerze, sztućce. 
Na drugie danie zamówiliśmy rekina. Chłopaki z frytkami, ja pieczonymi ziemniakami i do do popicia mango lassi. Ryba idealna. Biała, delikatna i bardzo chuda. Niebo w gębie. Za obiad dla trzech osób składających się z dwóch dań i napoi zapłaciliśmy 3750 rupii (około 78 zł).

Zdjęcie od ulicy.


I zdjęcia od strony oceanu.



Wcześniej wspomniana zupa z kraba a właściwie zupa z krabem...





Z Hikkaduwy jedziemy do Galle. Spacerujemy po mieście. Trochę bez celu,  chodzimy po straganach, próbując co chwila naturalnych soków i owoców. Przyjechaliśmy tu też z myślą o bazarze, który miał się znajdować obok dworca autobusowego, jednak okazało się, że jest to zaledwie parę straganów, które nie mają nic do zaoferowania. 

Podczas spaceru natrafiliśmy na prawdziwą perłę, którą jest Shiwa Shiwa Hindu Temple (.38 Colombo Rd, Galle). Piękna hinduska świątynia, z całą masą rzeźbionych figur. Kiedy my byliśmy, była albo w budowie, albo w remoncie. Świadczyły o tym postawione rusztowania oraz ogrodzenie typowo budowlane. Na niektórych zdjęciach w internecie widziałam, ze gdzieniegdzie jest już pomalowana na różne kolory. Swoją konstrukcją i kolorem przypomina mi trochę świątynię Akshardham znajdującą się w Indiach. Niestety nie znalazłam praktycznie żadnej wzmianki w internecie o tej świątyni, więc tak naprawdę nie mogę na jej temat wiele napisać. Tym bardziej, że nie mogliśmy wejść do środka, ponieważ teren był zamknięty. Podziwialiśmy ją z ulicy. Jednak zdecydowanie warto się chociaż przejść obok niej. Choć widziałam na FB, że niektórzy wchodzili do środka. Być może została już otwarta dla zwiedzających. 













I dochodzimy do jednego z głównych zabytków turystycznych w Galle jakim jest Fort, który znajduje się na południkowo-wschodnim wybrzeżu Sri Lanki. Zbudowany pierwotnie w 1588 roku przez Portugalczyków. Później wielokrotnie przebudowywany już przez Holendrów, którzy zdobyli fort od Portugalczyków. Holendrzy dołożyli sporą cegiełkę do fortyfikacji. Zbudowali budynki administracyjne,  magazyny, domy handlowe i mieszkalne, oraz kościół protestancki. Znajdowała się tu również rezydencja komendanta, arsenał, strzelnica i kuźnia. Warto również wspomnieć o systemie kanałów, które odprowadzały ścieki. Fort został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. 

Jeżeli mam być szczera, to fort nie jest miejscem must have. Nie powiem, ładne widoki się z niego roztaczają, znajdują się tam również ciekawe figury, wieża zegarowa i powiewająca na  tle nieba flaga Sri Lanki, jednak to za mało aby miejsce stało się koniecznością na liście must have. 

Fort oddalony jest o jakieś 15 minut od dworca autobusowego. Trzeba się trochę nagimnastykować, bo skoro to fort, to wiadomo, że mieści się na wzniesieniu. Wstęp oczywiście darmowy.







Kolejnego dnia leniuchujemy u nas na plaży, a wieczorem udajemy się na spacer po naszej miejscowości oraz sąsiedniej Weligamie. Plaża szeroka, bardzo ładna, jednak nie ma to jak nasza w Midigamie. Trochę więcej tu ruchu, ludzi, straganów i punktów usługowych. Właściwie to u nas na plaży, poza naszą panią sprzedającą soczki, nie ma nic. Ale o to chodziło. 




Po spacerze udajemy się na kolację w jednej z restauracji na plaży. Atmosfera  i klimat super. Powiedziałabym nawet, że marzenie. Zwykle ogląda się takie sceny w filmach. Wszystko super poza jedzeniem, które nas rozczarowało. Zamówiliśmy z Piotrasem krewetki jumbo, które jak dla mnie lekko śmierdziały jakby nie były do końca świeże. Ursyna tuńczyk był oczywiście pyszny. 





No i już prawie ostatni dzień na wyspie spędzamy w trasie. Jedziemy do Unawatuny, gdzie znajduje się Jungle Beach. Od naszej miejscowości Midigama mamy około 21 kilometrów. Oczywiście naszym środkiem lokomocji jest autobus. Jedziemy jakieś 50 minut. Od przystanku czeka nas jeszcze droga do plaży trochę pod górę. Idziemy jakieś 20 minut. Po drodze mijamy całą masę tuk tuków. Jednak nie decydujemy się na skorzystanie z ich oferty. Po drodze mijamy szkołę do której uczęszczają małe dzieciaczki. Wiek oceniłabym na między 6 a 12 lat. Najciekawsze jest to, że szkoła jest na powietrzu. Właściwie to cały budynek szkoły jest zupełnie odkryty. Posiada jedynie zadaszenie z blachy. Nie ma zupełnie ścian. Dla nas Europejczyków jest to bardzo dziwne doznanie, gdyż w naszym klimacie taka szkoła by się zupełnie nie sprawdziła. Tu, dzięki temu, że klimat jest sprzyjający, szkoła otwarta ma rację bytu. Jednak rzuca się w oczy brak klas, brak komputerów, brak interaktywnych zasobów do nauczania. I w tym miejscu pojawia się pytanie. Czy taka szkoła jest kwestią dobrego klimatu czy przejawem braku środków finansowych?

Droga do plaży jest naprawdę przyjemna. Pomimo gorącego powietrza, jest dosyć rześko, gdyż drzewa dają nam dużo zacienienia. Poniżej zdjęcia z naszej trasy.


Zejście do samej plaży jest dosyć ciężkie. Trzeba mocno kluczyć między drzewami. Do tego strome, dużo kamieni oraz brak szlaku, który by jednoznacznie wskazywał na ścieżkę. A takie właśnie widoki towarzyszyć Wam będą podczas zejścia.




Sama plaża jest piękna. Wspaniale położona, szeroka i bardzo czysta. Choć w internecie przeczytałam mnóstwo bardzo negatywnych opinii. A że mała, a że brudno. Ja bynajmniej nic takiego nie zauważyłam. Zresztą myślę, że poniższe zdjęcia mówią same za siebie. Plaża nie jest zbyt mocno oblegana. Nie było też zbyt wielu turystów. Ciężko powiedzieć czemu, bo widoki są naprawdę przepiękne. Nie ma tu też dużo sklepików. A właściwie to jest chyba zaledwie jeden malutki baraczek, który nie ma zbyt dużego asortymentu. 




Postanawiamy zwiedzić świątynię, która znajduje się nieopodal plaży. Tak więc wracamy tą samą drogą pod górę. Uważajcie na małpy. Bywają wredne a jest tu ich naprawdę dużo. 


Wychodzimy z leśnej dróżki i kierujemy się w stronę świątyni asfaltową drogą. Tu już zdecydowanie więcej straganów. Najczęściej sprzedają owoce, soki, lody, napoje, przekąski. Ale znajdziecie też trochę zabawek i durnostojek. 



Po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu. Już z oddali wita nas olbrzymia, biała stupa. Japanese Peace Pagoda to całkiem spora budowla. Jednak nie można do niej wejść, gdyż nie ma środka. Wszystko co należy zwiedzić, znajduje się na zewnątrz. Pagoda podobno symbolizuje pokój, szacunek i miłość. Na około stupy znajduje się taras widokowy, którym można podążać wokół budowli. Z tarasu roztacza się przepiękny widok na zatokę w Galle. Świątynia położona jest na wzniesieniu, dzięki temu mamy co podziwiać. 
Za pagodą znajduje się statua upamiętniająca ofiary tsunami w 2004 roku.






Kierując się obrośniętą ścieżką prosto, za pagodą, dotrzemy do tarasu widokowego, który w zasadzie nie jest oznaczony jako punkt widokowy. Jednak polecam się tam przejść, gdyż widok jest naprawdę nieziemski. Miejsce jest bardzo kamieniste, trzeba uważać pod nogi. Tuż u wybrzeża, leżą olbrzymie głazy. Jeszcze nigdy takich nie widziałam. Są naprawdę ogromne. A obok nich, dryfuje opuszczony statek. Z tego punktu nie ma zejścia na plażę. 





Schodząc trafiamy na drugą plażę Jungle Beach. Jest trochę mniejsza niż poprzednia, jednak równie urokliwa. Na pewno jest bardziej zacieniona. Trochę więcej tu skał. Na terenie plaży jest kilka małych kiosków gdzie możemy zakupić coś do jedzenia i picia. Oczywiście ceny iście europejskie.





Po wizycie na plaży udajemy się na masaż i zakupy. Kiedy pochodzi się po tych krętych uliczkach, dojrzy się całkiem sporą ilość straganów, które sprzedają nie tylko durnostojki i magnesy (Piotras kupuje chyba kolejne dziesięć jak na każdej wycieczce), ale także wyroby rzemieślnicze oraz wyroby skórzane takie jak portfele, torebki, torby męskie, torby na laptopy, dywaniki, opakowania na okulary i całą masę innych ręcznie robionych rzeczy. Będąc tam trzeba trochę pokluczyć po tych ścieżkach. Na pewno znajdziecie tam sporo ciekawostek.

Po zakupach szukamy masażu. Ceny są różne. W zależności od miejsca zapłacicie od 40 do 100 zł. Przez to, ze jest nas trójka, mamy problem ze znalezieniem miejsca. Nie chcemy czekać, bo nie mamy zbyt dużo czasu. Jeszcze tego samego wieczoru, a właściwie nocy, musimy wstać o północy aby udać się na lotnisko w drogę powrotną do Polski. W końcu udaje się nam dostać wolne miejsca, jednak musimy się rozdzielić. Ja z Piotrasem zostajemy na miejscu, tymczasem Ursyna wiozą tuk tukiem do innej placówki, która, co jest bardzo śmieszne, znajduje się się 3 minuty drogi piechotą od naszego centrum masażu. Miejsce w którym odbywa się nasza przyjemność jest naprawdę urokliwa. Olbrzymi biały budynek z mnóstwem odkrytych tarasów. Widzę korytarze i kładki schodowe bez drzwi i ścian. No cóż, tu mogą sobie na to pozwolić. U nich nie ma -10 stopni Celsjusza. Za budynkiem widoczna olbrzymia ściana skalna. Trzeba powiedzieć, że miejscówkę mają świetną. A masaż? Genialny. Choć nie aż tak bardzo jak w ogrodzie na świeżym powietrzu.

Nie będę w tym poście opisywać naszych wrażeń na temat kraju, choć byłoby to idealne zakończenie naszego postu. Jednak tymi krótkimi zdaniami, chciałabym Was zaprosić do przeczytania kolejnego postu na temat wspaniałej Sri Lanki, w którym znajdziecie garść informacji na temat kultury, tradycji, potraw, zakupów oraz wielu innych ciekawych rzeczy.
Jak napiszę - podlinkuję...

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU