Post bardzo spóźniony, bo w Indiach byliśmy w połowie stycznia. Jednak w związku z zaistniałą sytuacją w Polsce i na świecie, przyznam, że byłam bardzo mocno zdemotywowana do pisania. Czemu? Ponieważ myśl, że nie polecimy nigdzie przez przynajmniej pół roku powodowała, że było mi zwyczajnie przykro. Jednak postanowiłam się przemóc i opublikować ten post ku pokrzepieniu. Indie są tak barwnym i pełnym sprzeczności krajem, że nie mogłam sobie odpuścić tej wycieczki i musiałam ją opublikować.
Pierwszą informacją, którą jak zawsze podaję, jest koszt biletów, który wynosił 2700 za osobę w dwie strony. Wycieczka organizowana była przez nas, więc podana kwota dotyczy tylko ceny biletów lotniczych. W skład tej ceny wchodzi również przelot na Sri Lankę. W Indiach spędziliśmy sześć dni, po czym postanowiliśmy pozostałe 8 dni urlopu przeznaczyć na Sri Lankę, plus dodatkowo dwa dni na przeloty. Bilet zakupiony był przez stronę skyscanner, która następnie przekierowała nas na stronę pośrednika apodo. Przewoźnikiem był LOT.
Po 7 godzinach lotu wylądowaliśmy w Delhi. Jednak nie zabawiamy tu długo gdyż postanawiamy najpierw udać się do Agry. A czemu właśnie tam? Pasjonaci Indii, bądź Ci co się interesują podróżami wiedzą, że znajduje się tam słynny Tadź Mahal. No, ale o tym później, najpierw sama podróż. Na lotnisku zakupiliśmy kartę, której koszt to około 30 zł za 5 GB. Oczywiście do jej zakupu potrzebny był paszport. Po dopełnieniu wszystkich formalności dostajemy sim, którą trzeba samemu włożyć do telefonu. Czytaliśmy na rożnych blogach, że karta nie działała w niektórych telefonach. Najpierw włożyłam ją do swojego samsunga note 8. Trzeba było aktywować ją poprzez wybranie na klawiaturze ciągu znaków wskazanych na odwrocie opakowania. Następnie w ciągu 24h karta miała się sama aktywować. Niestety po dobie w dalszym ciągu nie działała. Dopiero po 1,5 dobie przyszedł sms konfiguracyjny, jednak wyświetlił mi się komunikat, ze aby karta zadziałała, muszę przywrócić telefon do ustawień fabrycznych. Nie chciałam tego robić, gdyż straciłabym wszystkie kontakty, zdjęcia, notatki itd. W związku z tym, Ursyn postanowił włożyć ją do swojego telefonu. Zarówno u niego jak i u Piotrasa, komunikat się nie pokazał. Trochę to dziwne, gdyż, w swoim telefonie mam zawsze włożone dwie karty (dual sim), wiec komunikat o ustawieniach fabrycznych był tym bardziej niezrozumiały. Niestety nawet po uruchomieniu po 1,5 dobie internetu, działał bardzo bardzo słabo. Do Indii 4G jeszcze nie dotarło. Często ratowała nas w takich sytuacjach mapa offline "Here", którą ściągnęliśmy sobie jeszcze w Polsce. W związku z tym, że Indie są olbrzymie, trzeba wybrać konkretną prowincję. W innym wypadku zajmie Wam bardzo dużo miejsca i będziecie ściągać ją długo.
Z lotniska na dworzec kolejowy podjechaliśmy metrem. Uruchomiona została specjalna nitka łącząca lotnisko z dworcem kolejowym. Metro znajduje się tuż na przeciwko lotniska. Nie wiedzieć czemu, google tej trasy nie pokazuje. Nasza linia miała zaledwie 4 przystanki, tymczasem na google wskazuje, że jest ich 25. Niestety nie pamiętam jak się nazywała ta linia. Koszt biletu to 40 rupii.
Wsiedliśmy wszyscy troje do jednego przedziału. Jednak moją uwagę zaczęły zwracać dziwne spojrzenia mężczyzn stojących w wagonie. Dopiero po chwili zauważyłam, że jestem tu JEDYNĄ kobietą. Ursyn mnie po chwili uświadomił, że w Indiach są specjalne przedziały dla płci pięknej. W związku z częstym molestowaniem, panie praktycznie w każdym miejscu, mają odrębne wejścia, osobne miejsca do przeszukiwania (oczywiście personelem przeszukującym zawsze są kobiety), osobne przedziały... Czasami zdarzało mi się widywać kobiety w wagonach z mężczyznami, jednak były to nieliczne sytuacje. Przyznam się, że nigdy takich spojrzeń ze strony płci przeciwnej nie doświadczyłam. Były bardzo agresywne, świdrujące, bezczelne i nachalne. Podobnie zachowywali się mężczyźni na ulicy. Czytałam wiele na temat Indii, wiedziałam, że wkraczamy w zupełnie inny świat a nawet inny wymiar, jednak doświadczenie tego na sobie jest zdecydowanie trudniejsze aniżeli teoria.
Po wyjściu z metra, skierowaliśmy się na dworzec kolejowy, który oddalony był o zaledwie kilka minut drogi od metra. Właściwie to dzieliła go olbrzymia, kilku pasmowa ulica. Dworzec podobnie jak ulica, to jeden wielki chaos. Ludzie tłoczą się z klatkami ze zwierzętami, z torbami, siadają na ziemi. Tablice na dworcu całe szczęście wyświetlają rozkład również po angielsku, aczkolwiek nie jest on zbyt czytelny. Dworzec i perony, to po prostu wielki zadaszony hangar, który oblega masa ludzi. Już tutaj możemy zobaczyć pierwszych żebrzących. Siedzą na przejściu, obdarci, często chorzy, z powyginanymi kończynami, niewidomi, brudni, śmierdzący. A my jako Europejczycy zwracamy na siebie mocno uwagę. Szczególnie ja ze swoim żółtym kapeluszem...
Wsiedliśmy wszyscy troje do jednego przedziału. Jednak moją uwagę zaczęły zwracać dziwne spojrzenia mężczyzn stojących w wagonie. Dopiero po chwili zauważyłam, że jestem tu JEDYNĄ kobietą. Ursyn mnie po chwili uświadomił, że w Indiach są specjalne przedziały dla płci pięknej. W związku z częstym molestowaniem, panie praktycznie w każdym miejscu, mają odrębne wejścia, osobne miejsca do przeszukiwania (oczywiście personelem przeszukującym zawsze są kobiety), osobne przedziały... Czasami zdarzało mi się widywać kobiety w wagonach z mężczyznami, jednak były to nieliczne sytuacje. Przyznam się, że nigdy takich spojrzeń ze strony płci przeciwnej nie doświadczyłam. Były bardzo agresywne, świdrujące, bezczelne i nachalne. Podobnie zachowywali się mężczyźni na ulicy. Czytałam wiele na temat Indii, wiedziałam, że wkraczamy w zupełnie inny świat a nawet inny wymiar, jednak doświadczenie tego na sobie jest zdecydowanie trudniejsze aniżeli teoria.
Po wyjściu z metra, skierowaliśmy się na dworzec kolejowy, który oddalony był o zaledwie kilka minut drogi od metra. Właściwie to dzieliła go olbrzymia, kilku pasmowa ulica. Dworzec podobnie jak ulica, to jeden wielki chaos. Ludzie tłoczą się z klatkami ze zwierzętami, z torbami, siadają na ziemi. Tablice na dworcu całe szczęście wyświetlają rozkład również po angielsku, aczkolwiek nie jest on zbyt czytelny. Dworzec i perony, to po prostu wielki zadaszony hangar, który oblega masa ludzi. Już tutaj możemy zobaczyć pierwszych żebrzących. Siedzą na przejściu, obdarci, często chorzy, z powyginanymi kończynami, niewidomi, brudni, śmierdzący. A my jako Europejczycy zwracamy na siebie mocno uwagę. Szczególnie ja ze swoim żółtym kapeluszem...
Biletów nie musimy kupować na dworcu, gdyż Ursyn zrobił to jeszcze będąc w Polsce. Aby go zakupić przez oficjalną stronę kolei, trzeba posiadać indyjski numer na który przychodzi sms aktywacyjny, gdyż wymagalna jest konieczność rejestracji. W związku z tym bilety Ursyn zakupił przez pośrednika "cleartrip". Strona wymaga jedynie zarejestrowania się. po czym wszystko dostajemy na @. Można oczywiście bilet zakupić na miejscu, jednak czytałam, że zapotrzebowanie jest bardzo duże i często zdarza się tak, że może dla nas ich zabraknąć. Dodatkowo w hinduskich pociągach funkcjonuje chyba z 9 rożnych klas. Można zdecydować się na klasę najniższą, wtedy poczujemy się jak w filmie Slumdog. W tej klasie nie ma się rezerwacji miejsca, siada się gdziekolwiek, o ile złapiemy jakieś wolne. Można również zdecydować się na najwyższą klasę, wtedy znowuż poczujemy się jak w Europie. My zakupiliśmy bilety w najsłabszej klasie z klimatyzacją (AC3), jednak u nas była już konieczność rezerwacji miejsc. Za trzy bilety w jedną stronę zapłaciliśmy 1712 rupii, czyli około 93 złotych.
Pociąg o dziwo przyjechał punktualnie. I to co zaczęło się dziać, zszokowało mnie. Już kiedy weszliśmy na peron zauważyliśmy, że zebrało się mnóstwo ludzi z wielkimi wozami prowadzonymi przez mężczyzn. Tak, nie pomyliłam się. One rzeczywiście były w dosłownym znaczeniu, prowadzone. Człowiek po prostu robił za konia. Na wozach leżały wielkie, białe bloki, w których prawdopodobnie znajdowały się różne towary na sprzedaż oraz jedzenie. Po przyjeździe pociągu, nastąpiło jeszcze większe zamieszanie (a myślałam, ze większego już być nie może) i ci co prowadzili wielkie wozy, zaczęli cały asortyment ładować na siłę do pociągu. Jeżeli ktoś nie zdążył, pociąg po prostu odjeżdżał. Wagonów jest bardzo dużo (filmy o Indiach nie kłamią, rzeczywiście tyle ich jedzie), więc ciężko wypatrzyć numer, który mamy na bilecie. Kiedy nam się udaje, wskakujemy szybko by następnie przecisnąć się przez wąskie przedziały z naszymi olbrzymimi walizami.
Szukamy naszych miejsc. Okazuje się, że wszystkie są leżące. W poziomie, na jednej ścianie wiszą trzy łóżka, a na przeciwko nich kolejne trzy, które przy pomocy metalowych łańcuchów można rozłożyć aby pełniły funkcję łóżka. Podobne trochę do naszych kuszetek, przy czym przedziały są otwarte, nie mają drzwi ani szyb. Dodatkowo na korytarzu, znajdują się kolejne dwa łóżka. Jedno na dole, drugie na górze. My mamy rezerwację na trzy osoby, więc siedzimy razem. Każdy podróżny dostaje czystą pościel i poduszkę. Ogólnie nasz przedział nie jest najgorszy. W sumie to powiedziałabym, ze jest naprawdę spoko (ale musiałam dojść do tego przez kilka miesięcy). W przedziale znajduje się toaleta. Chociaż ona nie wygląda już tak dobrze. Śmierdząca, cała zalana i brudna. No, ale mogło być gorzej.
W pociągu spędziliśmy 3,5h. Do hotelu musimy się dostać uberem. Niestety karty nam cały czas nie działają, dlatego korzystamy z wi-fi na dworcu. Uber nie może podjechać pod sam dworzec, ponieważ przed budynkiem znajduje się duży, zamknięty plac, który dostępny jest (podobno) tylko dla taksówek "państwowych" a nie prywatnych. Jaka jest prawda? Nie wiem. Jednak podczas czekania musieliśmy się opędzić od masy naganiaczy, którzy chcieli nas zawieźć gdziekolwiek chcemy, oczywiście za dużo wyższą cenę niż uber. Jeden z taksówkarzy cały czas za nami chodził. Odmawialiśmy mu chyba ze trzydzieści razy. Po kilkunastu razach odmawiania byliśmy tak zirytowani, że po protu krzyczeliśmy na tego taksówkarza. Jednak on nieustępliwy, trwał u naszego boku, przekonując, że żaden uber tu nie wjedzie, żaden nie zawiezie nas taniej aniżeli on. Po kilkudziesięciu minutach czekania, jest nasz powóz. Jeżeli chodzi o zamawianie taksówki, to my korzystaliśmy z Ola Caps albo Uber. Cena zawsze wyświetla się na telefonie. Czasami jest nawet niższa niż pokazuje aplikacja. Przykładowo przejazd z hotelu na dworzec (około 7 kilometrów) kosztował nas 170 rupii.
Nasz hotel wtedy nazywał się Yoga Guest House. Ale z tego co widzę aktualnie, przemianował się na Kachori Samosa Hotel. Zapłaciliśmy 294 zł za 3 noce za dwa pokoje. Lokalizacja tego hoteliku była naprawdę bardzo dobra. Na pierwszy rzut oka, pokoje również. Jednak kiedy podeszło się bliżej, widać było, ze farba odpada, drzwi do łazienki to stara, przemalowana decha. Jednak do tego wszystkiego można byłoby się przyzwyczaić. Najgorsze dla mnie było wszechobecne zimno. Na podłodze leżały zimne kafle, w budynku nie było ogrzewania, klimatyzacja nie działała, więc nie dawała ciepłego powietrza. Na dworze było 16-18 stopni ( w dzień), tymczasem w pomieszczeniach o przynajmniej 4 stopnie mniej. Właściciel albo zarządca tego przybytku, chodził cały czas w kurtce, a na głowie miał kaptur, albo czapkę. Funkcję kołdry pełniło u nich prześcieradło. Dla mnie to były wojenne warunki. Kiedy poprosiliśmy zakapturzonego zarządcę (nazwijmy go tak na potrzeby tej historii) aby przyniósł nam koce, przyniósł nam tylko jeden śmierdzący, na 3 osoby, które śpią w dwóch pokojach. Pytam się w myślach: "mam go podzielić jak Salomon dziecko?". W efekcie Piotras spał w czapce, spodniach i bluzie, Ursyn w spodniach i bluzie, a ja w rajstopach, trzech parach skarpet i w swetrze. Po kilku dniach kupiłam sobie na targu koc, za który zapłaciłam 20 zł. Jednak w pokojach było tak zimno, że dogrzewaliśmy się moją suszarką do włosów, albo prostownicą, a Piotras prasował sobie prześcieradło moim turystycznym żelazkiem.... Ktoś zainteresowany skorzystaniem z tej willi? Proszę uprzejmie link tu. Aha i nie dajcie się nabrać na to, ze na górze jest taras z którego widać Taj Mahal, bo tak pokazują zdjęcia na booking, gdzie uradowani turyści ćwiczą jogę. Owszem jest jakiś tam "powiedzmy w cudzysłowie "taras", ale na pewno nie taki jak tam i na pewno nie widać z niego mauzoleum.
Jesteśmy bardzo głodni, więc pierwsze co robimy, to poszukiwanie jakiegoś pokarmu. Jest już po zmierzchu, jednak wystarczy nam światło latarni aby zobaczyć porozwalane budynki, wszechobecne błoto (również przed hotelem) oraz ... stojącą krowę tuż przed wejściem do naszego guest house. Parę minut od hotelu znajdujemy knajpkę, która wygląda dosyć lokalnie. Głód daje się we znaki, więc decyzja zapada szybko - wchodzimy. Nie będę Wam pisać gdzie dokładnie się znajdowała i jak się nazywała, bo jest to bez sensu. Ciężko będzie ją wyszukać w google (o ile w ogóle da radę), a jedzenia jest w Indiach cała masa, więc wydaje się to sensowne. Jednak zamieszczę Wam menu z cenami, które w Indiach nie jest normalne. Jak widać ceny kształtują się najmarniej od 250 rupii (około 13 zł). Dla Polaków w Polsce jest to zwykła cena za chińczyka, więc ktoś pomyślałby, że nie jest to dużo. Otóż nie. Jest to bardzo wysoka kwota jak na Indie. Knajpa wyglądająca na podrzędny lokal, nie powalała wystrojem ani wnętrzem. Jednak po tak długiej trasie i locie, po prostu odpuściliśmy sobie szukanie. Ale pamiętajcie. Jeżeli napotkacie takie ceny - zdecydowanie nie wchodźcie tam, bo jest to drożyzna.
![]() |
| chicken masala |
![]() |
Poniżej zdjęcie krowy idącej ulicą, zrobione z tarasu restauracji w której jedliśmy. I drugie, krowa tuż przed naszym hotelem. Wszyscy na pewno słyszeli, ze w Indiach chodzące po ulicy krowy to normalność. Podczas całego naszego pobytu doświadczaliśmy wiele takich widoków. Krowy tak naprawdę są wszędzie. Kiedy idą środkiem ulicy, samochody je omijają. Kierowcy są cierpliwi, nie używają klaksona. Pytaliśmy jednego z kierowców taksówki co one jedzą i czy ktoś o nie dba, czy ktoś je doi. Usłyszeliśmy, że jedzą wszystko co znajdą na ulicy, chodniku, w śmietniku. Jeżeli ktoś ma potrzebę to po prostu podchodzi i odciąga mleko. Nikt się nimi nie zajmuje. Chodzą po całym mieście i podobne ze snem, robią to gdzie popadnie.
Nasz pobyt postaram się opisać chronologicznie, zgodnie z kolejnością zwiedzanych miejsc, więc jeżeli ktoś ma chęć, to może potraktować ten wpis jako gotowy plan na swoją wycieczkę. Tak wiec przechodząc do kolejnego dnia, udajemy się najpierw do Itmad-ud-Daula, czyli do Baby Taj Mahal. Przyjeżdżamy na miejsce złapanym przed hotelem tuk tukiem. Nie decydujemy się jeździć komunikacją miejską, gdyż panuje tu zbyt duży chaos komunikacyjny, a znowu taksówki są drogie (w porównaniu do tuk tuka). Nie będę pisać dokładnych cen przejazdów, ponieważ każdy z kierowców ma swoje ceny. Pamiętajmy, ze jesteśmy w Azji, więc trzeba się koniecznie targować. Jeżeli jeden tuk tuk nie będzie chciał się zgodzić na cenę podaną przez Was, odejdźcie od niego. Udajcie, że nie jesteście zainteresowani. Często zdarza się, że kierowca pobiegnie za Wami wykrzykując, że zgadza się na kwotę, którą proponowaliście. Jeżeli ten się nie zgodzi, udajcie się do drugiego. Jeżeli drugi się nie zgodzi i trzeci, oznacza to, ze cena jest za niska i niestety trzeba ją trochę podnieść.
Ale wróćmy do nazwy. Czemu nawiązuje do jednego z siedmiu cudów świata? Otóż ze względu na podobieństwo architektoniczne do "dużego" Taj Mahal'u. W zasadzie to zgadza się głównie kolor oraz to, że jest to również mauzoleum. Miał służyć za grobowiec teścia mogolskiego cesarza, który był ważnym urzędnikiem. Budowla została wzniesiona na początku XVII wieku i to właśnie ona zapoczątkowała budowanie z białego marmuru. W środku niestety mauzoleum jest bardzo zaniedbane. Tak szczerze to nie ma zbyt dużo do oglądania. A gdyby ktoś chciał przypadkiem przysiąść na ławeczkach znajdujących się na środku mauzoleum, uświadamiam - to nie są ławki, tylko grobowce.
Mauzoleum otacza system ogrodów, który nazywa się Char Bagh. Miejsce nie jest zbyt oblegane. Powiedziałabym nawet, że całkiem tu spokojnie w porównaniu do tego co się dzieje na ulicy. Już po wejściu wyłania się nam, całkiem przyjemna dla oka, brama z czerwonej cegły, z pośrodku biegnącą wybetonowaną alejką. Po przekroczeniu bramy, naszym oczom ukazuje się przepiękny mały "pałacyk" (wcześniej wspomniane mauzoleum), który otaczają cztery ogrody. Czworoboczny ogród podzielony jest chodnikami, które znowu oddzielają rowy, w których powinna płynąć woda. Tego typu ogrody słynne są w całej Azji Zachodniej i Południowej. Bardzo charakterystyczne dla krajów arabskich. Podobno o czterobocznych ogrodach wspomina również Koran, nazywając je rajskimi.
Jednak miejsce jest niezwykłe trochę z innego powodu. Otóż u stóp murów kompleksu roztacza się piękny widok na Taj Mahal. Obydwa kompleksy oddzielają błonia oraz rzeka Jamuna.
Cena biletu wstępu jest zupełnie inna od tej którą muszą zapłacić miejscowi. Niestety dla nas jest ona zdecydowanie wyższa. I tak dla przykładu, miejscowi zapłacą tu 10 rupii, a my 260. Niestety za biała twarz ma swoją cenę.
Kiedy przechadzaliśmy się wzdłuż murów, tuż u ich stóp, zauważyliśmy bawiące się dzieciaki. I tak naprawdę to nie zwróciłabym na nie specjalnej uwagi, gdyby nie to, że podbiegły do miejsca w którym staliśmy i zaczęły prosić nas o zdjęcie. No więc im je zrobiłam. Wtedy one znowu zaczęły krzyczeć, że mam im zapłacić za nie. Myślę sobie, absurd. Niby za co mam im dać kasę? To one mi powinny zapłacić za to, że im je zrobiłam. Więc odeszliśmy od nich sądząc, że pozbędziemy się niechcianej chmary. No i wtedy się zaczęło. Gdyby nie wysoki mur, dzieciaki zaatakowałyby nas. Przez cały czas biegły za nami, żądając zapłaty za swoją "pracę". Wystarczyło abym się tylko lekko wychyliła znad murka i już mnie atakowały. Po chwili na błoniach pojawił się mężczyzna. Myślałam, że może przegoni ich za nagabywanie. Tymczasem on wykrzykiwał do nas, że powinniśmy dzieciakom dać pieniądze za pozowanie. No czysta kpina. W takim świecie to ja jeszcze nie przebywałam, nawet w swej wyobraźni...
Z informacji praktycznych dopowiem, że oczywiście aby wejść na teren mauzoleum trzeba zdjąć buty, które zostawiamy na murku przed budynkiem, gdzie stoi mężczyzna, który pilnuje innych butów. Nie dajcie się naciągnąć, ponieważ na pewno poprosi Was o pozostawienie swoich tuz przy nim. Oczywiście będzie żądać od Was zapłaty. My zostawiliśmy kilka metrów od niego. Jednak facet nie miał honoru. Pomimo, ze nie pilnował naszych butów, żądał abyśmy mu zapłacili. Wykpiliśmy go i poszliśmy dalej.
I jest kilka ujęć na odległy Taj Mahal..
Tuż po wyjściu z Baby taj Mahal ogarnął nas głód, gdyż nie mieliśmy wykupionych śniadań w hotelu i wyszliśmy na czczo. Widzimy jakieś baraki gdzie lokalesi spożywają posiłki, więc się tam wbijamy. Miejsce z restauracją nie ma nic wspólnego. Zwyczajny barak ze starymi meblami przykryty starym brezentem. Jedzenie podawane na metalowych tackach jak kiedyś w wojsku albo w szpitalach polowych. Syn właściciela, kilkuletni chłopiec, podaje nam jedzenie, przynosi sztućce, zbiera naczynia ze stolików. Kiedy przystaje na chwilę aby się poobijać, dostaje burę od ojca. To miejsce z czystością nie ma nic wspólnego. Jednak będąc w Indiach musimy się przyzwyczaić do takiej klasy posiłków. Zresztą nawet w najlepszej restauracji nie możemy mieć gwarancji skąd biorą wodę, czy przypadkiem nie z pobliskiej rzeki, czy naczynia są umyte czy brudne, czy ten co gotował mył ręce... Będąc tu wkraczamy w zupełnie inny świat. Jeżeli nie jesteście na to gotowi, nie jedźcie do Indii. A żeby zapobiec rozstrojom żołądka, proponuję już kilka dni przed wyjazdem brać tabletki osłonowe na żołądek. Dodatkowo warto mieć ze sobą tabletki zapobiegające wymiotom i biegunce. Nie wspominając już o tym, że trzeba często dezynfekować ręce, szczególnie tuż przed posiłkiem oraz kupować butelkową wodę, która jest fabrycznie zakręcona. My Europejczycy, mamy inną florę bakteryjną i niestety mogą nas dopaść pewne dolegliwości. Ja również musiałam odchorować swoje. Któregoś dnia, od samego rana zaczęły męczyć mnie nudności. Niestety skończyło się na tym, że zwymiotowałam kilka razy.
Muszę powiedzieć, że jedzenie pomimo, ze nie wyglądało zbyt apetycznie, było naprawdę bardzo dobre. Ta brązowa papka, to bardzo ostry sosik, obok podobnie wyglądający sos z kawałkami warzyw, również bardzo ostry, ryż oraz chlebki nan. Jedzenie kosztowało zaledwie 2, 3 złote.
Po posiłku udajemy się złapanym tuż przy barze tuk tukiem do Czerwonego Fortu (inaczej Fort Agra ulica Rakabgani). Jest to kilka budowli głównie fortecznych, które zostały zbudowane za czasów panowania cesarza Akbara (1556-1605), który przeniósł stolicę państwa Mogołów do Agry. Wewnątrz fortu znajduje się również zespół pałacowy. Warto zobaczyć ten obiekt ponieważ został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Fort został wzniesiony na miejscu wcześniejszego fortu Radźputów. Cały ten kompleks rósł przez lata wraz z innymi, kolejnymi cesarzami.
Mury, które są zbudowane z czerwonego piaskowca potęgują jego wielkość. Zresztą podobno mają około 20 metrów wysokości a łączna długość to 2,5 kilometra. Fosa, która oddziela kompleks od rzeki Jamuna ma 9 metrów głębokość i 10 metrów szerokości. Podobno było tu kiedyś około 500 budynków!! W obrębie tych murów spędził część swojego życia cesarz Shahjahan, który został zamknięty w areszcie domowym przez swojego syna Aurangzeb, który de facto pozbawił go władzy i sam zasiadł na tronie. Cesarz Shahjahan zza murów swojego "więzienia" do końca życia mógł patrzeć na grobowiec swojej żony, którym jest do dnia dzisiejszego Tadz Mahal.
Kiedy wchodzimy główną bramą, widzimy długą, drewnianą fosę. Przed wejściem musimy zostawić większe torby i plecaki. Mała damska torebka przechodzi. Pomimo, że oddajemy rzeczy do tzw depozytu (płatny), to nie zostawiałabym żadnych cennych rzeczy. Nie na darmo depozyt dostał przedrostek tzw, bowiem wszystko jest rzucane gdzie popadnie. Dziwię się, że się w tym łapią. Nie uda się Wam przemknąć z plecakiem, gdyż po zakupieniu biletu, czeka nas weryfikacja przez ochronę. Kobiety oczywiście mają swój tor, idą na lewo, mężczyźni na prawo. Kobiety sprawdza ta sama płeć. Na ta atrakcję musicie poświecić przynajmniej 1,5h. Fort jest naprawdę bardzo duży. W związku z tym, że jest to również kompleks pałacowy, znajdują się tu również zespoły ogrodowe. Nie ma jakiegoś wielkiego łał, ale są czyste, zadbane, trawniki przystrzyżone. Nie trzeba mocno się wpatrywać aby zobaczyć piękne rzeźbienia w piaskowcu. Eleganckie filary i łuki sprawiają, że od razu zauważamy, że nie są to tylko obronne mury. W środku czeka nas miła niespodzianka, którą jest piękny biały otwarty pałacyk z widokiem na rzekę. Pałacyk zapewne nim nie był. Właściwie to był Meczet Perłowy. Pewnie pełnił zupełnie inną funkcję. Jaką? Nie mam pojęcia. Jeżeli ktoś się zastanawia czy tu przyjść, to dodam, że naprawdę warto. Bardzo ładne miejsce i piękne widoki.
I na koniec cena biletu. Oczywiście białasy płacą więcej, czyli 650 rupii. Miejscowi? 65...

Takiej zwierzyny na terenie kompleksu była cała masa. Trochę podobne do wiewiórek, jednak coś z nimi jest nie tak... Więc chyba to jednak nie jest wiewiórka?
A na trawie wylegiwały się przytulone do siebie pieski...
Tuż obok fortu wypatrzyliśmy całkiem ciekawie wyglądającą bramę przy której tłoczył się tłum. Z daleka wyglądał jak bazar. Lubimy bazary (poza Piotrasem), więc decyzja zapada szybko, wbijamy. Przy bliższym kontakcie, brama okazała się niezbyt ciekawa, a bazar nie był bazarem, tylko dwoma stoiskami, gdzie były wszystkie pierdoły świata, za oczywiście wysokie ceny wyjściowe. Uciekamy przed namolnymi kupcami i ruszamy spacerkiem dalej, kierując się w stronę hotelu. Po drodze mijamy baraki, mężczyzn ciągnących olbrzymie wozy (bez konia), krowy chodzące po ulicach, kupę śmieci, dziury w ulicy, brak chodników. No co tu dużo mówić. Poniższe zdjęcia Wam to pokażą...
Cała Agra to jeden wielki bazar ze stoiskami. Głównie z gastronomią. Praktycznie na każdej ulicy znajdziecie stoisko z lokalnymi smakołykami, które kosztują 1zł, 2zł, 3zł... No ceny są po prostu śmiesznie niskie. Poniżej na zdjęciu po prawej stronie słynne samosy, czyli pierożki smażone na głębokim tłuszczu, z farszem warzywnym, albo z ziemniaków z mnóstwem przypraw indyjskich. Dosyć ostre i bardzo wyraziste. Bardzo smaczne. Po lewej na poniższym zdjęciu, bądź na drugim na środku, leżą takie zwinięte ogonki. Co to było? Nie mam pojęcia. Jednak też smażone na głębokim tłuszczu. Raczej na słono niż na słodko.
Poniżej ostre papryczki smażone na głębokim tłuszczu.
I coś na deser. Ni to galaretka, ni to ciasto. Trochę to dziwne, jak większość deserów w Indiach, ale za parę złotych warto spróbować.
Stragany z jedzeniem znajdują się oczywiście tuż przy ulicy. Wspominałam już jaka jest higiena i warunki takich lokali. Poniżej jedna z restauracji gdzie zakupiliśmy jedzenie oraz herbatę. Oczywiście spożyliśmy na plastikowych stołkach ustawionych na chodniku...
Ostatnią atrakcją turystyczną tego dnia jest meczet Jama Masjid (inaczej zwany Meczet Piątkowy) który znajduje się tuż na przeciwko czerwonego fortu. Myślę, że warto go zwiedzić ponieważ jest to jeden z największych meczetów w Indiach, nawet jeżeli nie jest jakoś specjalnie reprezentatywny. Nie chcę tu za bardzo opisywać całej historii meczetu, ponieważ nie mam zbyt dużej wiedzy. Postaram się więc przekazać Wam ciekawostki, informacje praktyczne oraz swoje odczucia. Jedną z podstawowych informacji jest taka, ze meczet zbudował jeden z mogolskich cesarzy, który zrobił to dla swojej córki. Na środku placu znajduje się bardzo duża fontanna w której wszyscy się myją, piorą i wykonują szereg innych czynności. Z higieną nie ma to nic wspólnego. Na przeciwko fontanny znajduje się wejście do zadaszonej części, która teoretycznie jest tylko dla mężczyzn. Przestrzeń ta jest otwarta, na posadzce położony długi dywan a na nim modlący się mężczyźni, oczywiście bez butów.
Z informacji praktycznych dopowiadam, że wejściówka do meczetu jest bezpłatna. Ale jak to w każdym miejscu turystycznym, trzeba zostawić przed wejściem buty gdzie stoi naganiacz, który za pilnowanie pobiera opłatę. Niby buty sobie leżą na posadzce w kupie innych butów, więc on raczej ich nie pilnuje, no ale biznes musi się kręcić. Kobiety mogą normalnie wejść do meczetu, jednak w teorii nie powinny wchodzić do części zadaszonej gdzie modlą się mężczyźni. Choć ja akurat wchodziłam i nikt mnie za to nie ścigał. Olbrzymi minus wszystkich arabskich i hinduskich przybytków jest taki, że trzeba chodzić w skarpetkach albo nawet czasami na bosaka. Ja miałam akurat białe skarpetki, wiec możecie sobie wyobrazić jaki miały kolor po godzinnym chodzeniu po brudnej posadzce. Były po prostu czarne. Musiałam je wyrzucić. Proponuję wziąć ze sobą kilka par skarpet i najlepiej w ciemnych kolorach. Dodatkowo posadzka była bardzo zimna i momentami mokra (po deszczu).
Po wyjściu z meczetu dajemy się ponieść okolicznym uliczkom. Wszędzie widzimy stragany ze wszystkimi tzw "przyda się" oraz przyprawami i jedzeniem.
Trochę zmęczeni i głodni, przystajemy przy maleńkim straganiku aby coś zjeść. Zamawiamy więc jedną porcje tego czegoś (poniżej). Wyglądało trochę jak ziemniaki na ostro, polane białym sosem. Jak widać na zdjęciu warunki polowe. Miseczka do jednorazowego użytku z liści, za łyżki robiły patyczki drewniane, a stół? Nie było. Spożyliśmy po prostu stojąc na chodniku...
Wspominałam wcześniej, że w mieście nie ma praktycznie w ogóle chodników, drogi podziurawione, po ulicach krążą krowy. Agra w porównaniu do Delhi to inny wymiar. Jest bardzo zaniedbana, wszędzie walają się śmieci, które po prostu leżą na ulicy. Budynki to zawalające się rudery, często bez okien i drzwi. Niektóre "domy" nie maja nawet ścian. Ciężko je nazywać domami, gdyż ściany się po prostu walą albo jest nią kotara ze starego brezentu albo koca. Po ulicach biegają małpy. W Delhi też zobaczymy podobne widoki, jednak Agra to jeden wielki śmietnik. Nie ma porównania do stolicy,. która również pozostawia wiele do życzenia. Zerknijcie na poniższe zdjęcia.

Wracając do hotelu natrafiliśmy zupełnie przez przypadek na jakiś kolorowy festyn. Chcieliśmy wejść, zobaczyć co się dzieje, jednak pan stojący przy wejściu nie chciał nas wpuścić. Pokręciliśmy się wokół, po czym okazało się, że jednak zapraszają nas do środka. Okazało się, że ten festyn to nic innego jak wesele. Samo miejsce w którym ustawiony był namiot, to po prostu część placu, który w dzień zamienia się na bazar oraz kawałek ulicy i chodnika. Cała konstrukcja jest bardzo kolorowa. Do rusztowania przymocowane są olbrzymie kotary najczęściej w kolorach czerwieni i złota. Wszędzie spuszczają się kolorowe makarony (frędzle), które dodają miejscu klimatu. Wchodzimy przez zasłonowy tunel, aż w końcu dostajemy się do dużej sali (na trawniku), w której zbierają się wszyscy goście. Niewątpliwie jesteśmy tu atrakcją. Wszyscy zebrani świdrują nas spojrzeniem, jednak również się uśmiechają. Niektórzy podchodzą do nas prosząc abyśmy częstowali się jedzeniem, które ustawione jest z boku sali. Ursyn oczywiście by od razu podbiegł, jednak ja nie chcę za bardzo nadużywać ich gościnności, więc rezygnujemy, kłaniając się i dziękując uprzejmie. Zerkam jednak na stoły. Widzę praktycznie same surowe warzywa. Jest też kilka olbrzymich kotłów z wrzącym jedzeniem.
Później zaciekawiona, zaczęłam szukać w internecie informacji na temat ślubów w Indiach. Okazało się, że biali są bardzo pożądani na hinduskich imprezach. Bardzo często rodzice panny młodej wynajmują białej rasy aktorów, przedstawiając ich jako przyjaciół swojej córki. Biały to symbol bogactwa, więc dzięki temu, w ich przekonaniu, córka również stanie się zamożna. Śluby są zawsze aranżowane. Impreza odbywa się dzień przed ślubem. Uczestniczy w niej cała dzielnica. Jednak zanim państwo młodzi się zjawią "na sali", są główną atrakcją w pochodzie, który ciągnie się przez pół dzielnicy. Młodych otacza tłum ludzi, który tańczy i śpiewa do przygrywającej muzyki przez orkiestrę. Kiedy opuściliśmy salę, trochę zmęczeni, zaczęliśmy się kierować w stronę naszego hotelu. Jednak tłum weselny nas po prostu pochłonął. Ludzie zaczęli krzyczeć do nas, zapraszać do tańca, robić sobie z nami zdjęcia. W pewnym momencie byliśmy już tak zmęczeni ciągłymi zdjęciami, że po prostu stamtąd uciekliśmy.
Kolejny dzień, kolejne wyzwania i kolejne miejsca do zobaczenia. Dzień wcześniej, dogadaliśmy się z jednym z kierowców ubera, aby zawiózł nas do Fatephur Sikri, czyli do fortu, który położony jest około 40 kilometrów od Agry o tej samej nazwie miejscowości co sam zabytek. Kierowca zawozi nas na miejsce, czeka 1,5h a następnie zabiera nas z powrotem do Agry. Wszystko za 2 tysiące rupii.
Kiedyś to miasto było stolicą wielkich Mogołów. Cesarz Akbar postanowił przenieść ówczesną stolicę z Agry do Fatephur Sikri. W Agrze jego siedzibą był Czerwony Fort. Legenda głosi, że cesarz bardzo pragnął mieć potomka. W związku z tym udał się na pielgrzymkę do Salima Czisztiego, który przepowiedział mu aż czterech synów. Inna znowu legenda opowiada o jego podróży po swoich olbrzymich włościach, podczas której spotkał pustelnika, który podobno zabił swojego kilkumiesięcznego syna, który miał sie ponownie odrodzić w synu cesarza. Jak było? Nie wiadomo. Ale jedno jest pewne. Na część syna powstało miasto, które zostało zbudowane przez władcę od podstaw. I tu przeniósł również swoją stolicę. Po śmierci pustelnika, cesarz zbudował mu grobowiec z białego marmuru. Pod koniec XVI wieku, miasto zostało opuszczone, prawdopodobnie z powodu braku dostępu do wody pitnej. Tak więc miasto zyskało przydomek miasta widma.
Całą tą historię możecie usłyszeć od niejednego przewodnika, który czekać będzie na Was praktycznie na parkingu. Każdy z nich będzie bardzo nachalny (tak jak wszyscy mężczyźni w Indiach). Kiedy wysiedliśmy z taksówki, od razu na parkingu zaatakowali nas mężczyźni oferujący przejazd min autobusem na miejsce, przewodnicy, ludzie którzy chcieli nam coś sprzedać, zapraszali abyśmy weszli do nich i tylko popatrzyli (ta jasne...). Wszystkie propozycje były nachalne i wkurzające. No ale jesteśmy w Indiach, więc to, ze odmawiamy im po 15 razy jakoś specjalnie nas nie dziwi. Jeżeli mogę Wam coś doradzić, to podpowiem, że nie decydujcie się na skorzystanie z autokaru, gdyż może czekać nawet 30 minut aż zbierze komplet. Miejsce docelowe jest oddalone od parkingu o zaledwie 15 minut piechotą. W prawdzie droga wiedzie lekko pod górę, jednak nie jest jakoś strasznie uciążliwa. My zdecydowaliśmy się skorzystać z oferty, którą proponowały nasze nogi. Poszliśmy więc pieszo. Po drodze złapał nas młody chłopak, który namówił nas na oprowadzenie po obiekcie. Cena była śmiesznie niska (dla nas), bo zapłaciliśmy coś około 10 zł. Czemu więc nie? Kiedy my szliśmy piechotą, on jadąc na motorze, czekał na nas kilka razy, pokazując drogę. Sprawiał wrażenie bardzo miłego i koleżeńskiego. Jednak nie dajcie się na to nabrać. To wszystko podszyte jest chęcią wyłudzenia od Was pieniędzy. Kiedy doszliśmy na miejsce, naszym oczom ukazały się olbrzymie schody z równie wielką budowlą, która pełniła funkcję bramy. Tuż przy wejściu czeka na nas kolejny jegomość, który ma na celu pilnowanie naszych butów. Oczywiście za opłatą. Nie wiem jak to się dzieje, ale w tej budce pana pilnowacza panuje olbrzymi chaos, a pomimo to, po zakończeniu zwiedzania, buty na nas czekają...
Przechodząc do naszego przewodnika... Na pewno kilku rzeczy od niego można się dowiedzieć o tym miejscu. Przewodnik, owszem, zrobi Wam kilka fajnych zdjęć, opowie co nieco, doradzi Wam jak przypozować. Jednak pamiętajcie gdzie jesteście. Za chwilę prowadzi nas do miejsca, gdzie jak twierdzi, pracuje jego rodzina, która ręcznie rzeźbi w kamieniu figurki. Namawia nas abyśmy coś kupili. My jednak słysząc jaka jest cena za jednego malutkiego słonika (około 100zł), stwierdzamy, że nie potrzebujemy kolejnej durnostojki, tym bardziej za taką cenę. I tak naprawdę po tym jak odmówiliśmy kupna, czas naszego przewodnika się dla nas kończy. Opada zainteresowanie i chęć opowiedzenia czegokolwiek.
Z informacji praktycznych dopowiem, że po obiekcie musicie chodzić bez butów. Nawet jak jest świeżo po deszczu. Białe skarpetki więc odpadają (ja oczywiście chodziłam w tych co sama sugeruję Wam abyście nie brali). Ewentualnie weźcie jakieś na przebranie. Chodzenie w mokrych nie jest zbyt przyjemne. Nie dajcie się również dać oszukać tym co stoją na schodach i namawiają Was do kupna czegokolwiek. A jeżeli cokolwiek kupujecie, to z głową. Koniecznie się targujcie. Jeżeli chodzi o bilet wstępu, to dla obcokrajowców kosztuje 560 rupii.
Przypomniało mi się jeszcze jedno ciekawe zdarzenie. Zaraz po wyjściu, jeszcze na schodach, podeszła do mnie dziewczynka, która powiedziała, ze nie żebra. Prosi mnie jednak abym dała jej jakiś pieniądz z mojej waluty, ponieważ je kolekcjonuje. Kiedy dajemy jej 5 groszy, odpowiada mi bezczelnie, że to za mało. Byłam w szoku. Nie żebra, nie chce kasy, ale 5 groszy to za mało? Szok...


Wracamy do Agry aby zwiedzić to po co miś idzie do ula. Prawdziwy miód dla wszystkich przyjeżdżających do Indii. Tadz Mahal. Nasz kierowca wysadza nas tuz przed kompleksem. Za bilet wstępu płacimy 1050 rupii. Jeżeli płatność zostanie dokonana kartą, kwota będzie trochę niższa. Po kupnie biletu należy się ustawić w kolejce po darmową wodę. Dodatkowo trzeba pozostawić plecaki i torby w szafkach. Tuż przy kasach, przyczepia się do nas jakiś mężczyzna, który pokazuje plakietkę na szyi, która potwierdza, ze jest on pracownikiem obiektu. Pokazuje nam kolejkę po wodę i łazienki. Mówi, że nie pobiera żadnej opłaty od nas, nie chce pieniędzy, robi to zupełnie za darmo bo jest opłacany. Jednak chwilę po tym jak chcemy opuścić to miejsce i przejść do zwiedzania, chce od nas pieniądze. Prosi abyśmy wynajęli go na przewodnika, on nam wszystko pokaże. Tyle, że musimy mu zapłacić. Wkurzyło nas to bardzo, bo mówił, że nie chce pieniędzy, po czym okazało się, że wszystkie te jego uprzejmości spowodowane były chęcią wyłudzenia od nas pieniędzy. Zirytowani zaczęliśmy zastanawiać się czy ktokolwiek w tym kraju jest uczciwy.
No, ale nie ma co przezywać. Wchodzimy. Ursyncio wspominał kiedyś, że Tadź Mahal to miejsce, które zawsze podziwiał na zdjęciach. Kiedy był mały, zawsze myślał o tym miejscu jako o czymś nieosiągalnym... No i stało się. Marzenie dogonione.
Od razu na prawo od wejścia widzimy mały kompleks ogrodowy, otoczony krużgankami z czerwonej cegły. Informacja dla potrzebujących, tam też mieści się toaleta. Na wprost od wejścia widzimy olbrzymią czerwoną bramę, która stanowi przedsmak tego co mamy zobaczyć za chwilę. Brama w religii islamu miała stanowić wejście do raju.
Oczywiście wszędzie widoczne są biegające małpy. Proponuję na nie uważać, gdyż mogą ogryźć. A ugryzienie małpy może skutkować poważną chorobą. Przy okazji wycieczki do Wietnamu, miałam "przyjemność" być podrapana przez małpę. Więc zapewniam Was, z nie jest to zbyt miłe wrażenie. Nie znoszę tych małych bestii..
No i jesteśmy. Po przekroczeniu czerwonej, rajskiej bramy, naszym oczom ukazuje się piękny, biały pałac, który rzeczywiście jest mauzoleum. Budynek nazywany również muzeum miłości. Czemu? Ponieważ został zbudowany przez Szahdżahana z dynastii Wielkich Mogołów, który wybudował go dla zmarłej małżonki, którą podobno, darzył, wielką miłością. Choć na usta ciśnie mi się stwierdzenie, że skoro tak kochał swoją małżonkę, to czemu miał konkubiny? No, ale po kolei.
W rogach budynku stoją cztery minarety, które wzywają do modlitwy. Po bokach (zwykle nie widać na zdjęciach od frontu), stoją dwa identyczne meczety. Kopuła w formie cebuli dodaje wielkości. Przez środek ciągnie się kanał wodny, a po bokach ogrody, które imitują muzułmańskie wyobrażenie raju.
W 1631 roku zmarła przy porodzie zona ówczesnego cesarza z dynastii Wielkich Mogołów. To był jej czternasty poród. Miała zaledwie 38 lat. Legenda głosi, że zmusiła męża aby obiecał jej trzy rzeczy: nigdy się nie ożenić, wybudować budynek, który będzie ją upamiętniać po śmierci oraz zaopiekować się dziećmi. No i na cześć małżonki powstał budynek, który możemy podziwiać do dzisiaj. Podobno małżonek osiwiał w ciągu jednej nocy. Po śmierci żony posiadał liczne konkubiny. Podobno, po ukończeniu budowli zażądał aby wszystkim robotnikom został obcięty prawy kciuk. Czy tak było? Nikt już tego nie jest w stanie zweryfikować.
Sama budowa trwała 22 lata. Przy jej tworzeniu pracowało od 20 do 25 tysięcy robotników. Niestety biały marmur z którego zbudowany jest grobowiec, ciemnieje (co w sumie jest naturalnym procesem). Jednak zanieczyszczenia unoszące się w powietrzu, osadzają się na białych ścianach, przez co gdzieniegdzie możemy dostrzec bardziej żółty bądź nawet zielony kolor. Niby władze próbują walczyć ze smogiem rozdając darmowy propan do gotowania, sugerują instalacje gazowe w samochodach, setki robotników czyszczą ściany jednak jest to trochę walka z wiatrakami. No bo przecież jesteśmy w najbardziej zanieczyszczonym kraju świata...
Podobno po drugiej stronie rzeki Jamuna, władca chciał zbudować jeszcze jeden Tadź Mahal dla siebie. Niestety nie udało mu się to, gdyż jego syn Szahdżahan, wtrącił go do więzienia w Czerwonym Forcie, w którym pozostał do końca życia. Po śmierci pochowano go obok małżonki.
Z informacji praktycznych dopowiem, że ciężko jest przebić się przez tłum aby zrobić zdjęcie od frontu wraz z basenami. Ludzi jest po prostu cała masa. Trzeba mieć naprawdę dużą cierpliwość. Jednak kątem oka widzę, że ludzie bardziej zwracają uwagę na nas niż na Taj Mahal. Najpierw robią nam zdjęcia z ukrycia. Albo stają niby obok, choć tak naprawdę widzę, ze fotografują się ze mną... Nie mija nawet pięć minut, kiedy podchodzi do mnie młody mężczyzna, który pyta nieśmiało czy może zrobić sobie ze mną fotkę. Kiedy się zgadzam, proponuje abym założyła jego szpanerskie okulary. Rezygnuję z propozycji. Kiedy mój nowy znajomy zrobił sobie już ze mną kilka zdjęć w różnych pozach, przybiegł kolejny ochotnik. A za nim kolejny, a za nim kolejny... Chyba byłam większą atrakcją niż grobowiec wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO... Kolejka ustawiła się do mnie tak duża, że Ursyn kazał mi stamtąd uciekać. Niestety musiałam odmówić kilku, już czekającym panom. Później starałam się unikać takich zdarzeń.
Tadź Mahaj jest rzeczywiście piękny. Bardzo majestatyczny, może przez ten biały marmur i kopułę w kształcie cebuli. Przy bliższym spotkaniu nie jest aż tak duży jak mi się zawsze wydawało. Aby wejść na ten biały murek, który widzicie na zdjęciu na którym stoi grobowiec, musicie zdjąć buty. Tak naprawdę to w środku nie ma za bardzo co zwiedzać. Większość powierzchni jest ogrodzona. Należy poruszać się zgodnie ze wskazanym ruchem. Niestety przejście jest bardzo wąskie, do tego dużo ludzi, co oznacza, ze jest ścisk i mało widać. W związku z tym, ciała władcy oraz jego małżonki też ciężko dostrzec. Jak dla mnie całe piękno Tadź Mahal znajduje się na zewnątrz.
Pan, który chciał mi oddać swoje okulary...
Jeden z meczetów. Jeżeli chcemy tam wejść, musimy również zdjąć buty. Przy meczecie z drugiej strony, stał mężczyzna, który okładał kijem tych co ich nie zdjęli...


Po drodze z Tadź Mahal, mijamy bary restauracje oraz stragany na których możemy zakupić durnostojki, pamiątki oraz ciuchy.
Szwendając się po mieście, już po wyjściu z Taj Mahal, zupełnie przypadkiem, natrafiliśmy na małą świątynię, w której modliły się same kobiety. Świątynia bardzo malutka, ale pięknie udekorowana kwiatami. Panie były bardzo uprzejme. Uśmiechały się do nas serdecznie zapraszając do środka. Nie pytajcie mnie gdzie ona się znajdowała, gdyż tak jak pisałam wcześniej trafiliśmy tam przypadkiem. Jednak w całym mieście jest ich cała masa, więc myślę, że można trafić na niejedno podobne miejsce.
Następny dzień zaczynamy od zwiedzania dworca... A poważnie to wracamy do Delhi. Dworzec w Agrze wygląda trochę gorzej niż ten w Delhi. Mnóstwo ludzi, również sporo wozów z różnymi towarami, prowadzonych przez mężczyzn, sporo jedzenia ulicznego (można zaopatrzyć się w samosy) i dużo ludzi żebrzących. Kiedy kupowaliśmy jedzenie na wynos, podeszła do naszej kolejki pani prosząca o jedzenie. Zauważyłam, ze już ktoś jej kupił jedzenie, jednak chciałam oddać swoją porcję, gdyż średnio mi smakowała, a nie chciałam wyrzucać. Jednak ona podziękowała, ponieważ już dostała od kogoś innego. Muszę powiedzieć, że zaskoczyła mnie, aczkolwiek w pozytywny sposób. No bo po co ma brać jedzenie na zapas, kiedy już dostała od kogoś innego? Niech skorzystają inni głodni, których na dworcu jest cała masa.
Pociąg spóźnił się ponad godzinę. Kiedy nadjechał, na dworcu, podobnie jak Delhi, zrobił się harmider. Wszyscy zaczęli ładować wielkie paki z wozów. Czas goni, pociąg nie zaczeka.
Trochę się obawiałam tej podróży, gdyż miałam inne miejsce niż chłopaki. Nie zapominajcie, ze jesteśmy w Indiach, więc samotna kobieta i to dodatkowo Europejka, zwraca zbyt dużą uwagę mężczyzn. Jednak okazało się się, że one są właściwie tuż obok siebie, tylko, że moje jest w przejściu, tuż przy oknie. Trochę mi ulżyło, jednak i tak czułam się jak nadzwyczajny okaz w zoo. Wszyscy, łącznie z kobietami i dziećmi, wlepiali we mnie swoje gałki. Ci co przechodzili, nie odrywali ode mnie wzroku, natomiast Ci co siedzieli/leżeli w odkrytych przedziałach, zapuszczali do mnie żurawia. Chłopaki, jak widać na poniższym zdjęciu, albo spali, albo siedzieli w telefonach. Ja, no cóż, miałam łózko w przejściu, na widoku, więc obawiając się jakiegoś obmacywania (o czym czytałam), albo kradzieży, czuwałam przez całą podróż.
Po 3,5 godzinach jazdy pociągiem, jesteśmy ponownie w Delhi. Do hotelu z dworca mamy jakieś 10 minut piechotą. Nasz hotel nazywał się Mohan International Paharganj (ulica 2 Arakashan Road Pahar Ganj). Za trzy noce ze śniadaniami i dwa pokoje zapłaciliśmy w sumie 377 zł. Hotel w Internecie uchodzi za trzygwiazdkowe lokum. Za nim przejdę do opisywania warunków hotelowych, zerknijcie poniżej na to zderzenie dwóch światów. Na przeciwko naszego hotelu znajdowały się takie oto rozwalające się budynki. Dla Indii obraz normalny, dla Europy nie do pomyślenia.

Sam hotel był na pewno zdecydowanie lepszy niż ten w Agrze. Jednak nie zapominajmy, ze jesteśmy w Indiach, więc to oznacza, ze zawsze coś jest nie tak, nawet jak pozornie wygląda dobrze. Pierwsze wrażenia, dosyć pozytywne. Olbrzymie szklane drzwi, które otwiera nam pan witający i żegnający gości. Recepcja też całkiem spoko, wygodne kanapy, ładna podłoga. Obsługa wręcz idealna - nasze walizki zawozi boy hotelowy prosto do pokoju. Po otwarciu drzwi, pierwsze co rzuca mi się w oczy to wielka, odpadająca plama farby ze ściany nad oknem. Niby wszystko jak na zdjęciach, jednak przy bliższym spotkaniu widzę, że meble nie są pierwszej świeżości,. No ale mocno mi to nie przeszkadza, ważne,ze się nie rozpadają. Łóżko super, bo duże. Pościel czysta i nie śmierdzi. Przede wszystkim nie czuć tu stęchlizny jak w Agrze.
Jednak mówiłam, ze jest jakieś ale... Nie ma ciepłej wody. Właściwie to jest, ale na specjalne zamówienie. Ewentualnie z samego rana w wyznaczonym przedziale czasowym. Być może jest tak w całym mieście, jednak podczas zamawiania hotelu nikt o tym nie wspomniał. Ale z całej tej historii, najzabawniejsze są śniadania. Dostajemy do pokoju menu, z którego możemy wybrać co chcemy jeść w danym dniu na pierwszy posiłek. Wystarczy tylko zadzwonić do recepcji 30 minut wcześniej. Śniadanie przynoszone jest do pokoju. Nie byłoby się do czego przyczepić gdyby nie to, że w większości przypadków nie było tego co zamawialiśmy. W jednym dniu, pracownik recepcji przychodził do nas trzy razy, gdyż okazało się, że nie mają tego dania. Piotrasowi pracownik hotelu wpakował się do pokoju, usiadł na łóżku, po czym korzystając z telefonu pokojowego, dzwonił, chyba do kuchni, pytając co jest dostępne. Nie pamiętam w który dzień miało miejsce to zdarzenie, po kilku próbach zamówienia śniadania, udało się nam otrzymać tosty francuskie. Jednak okazało się, że był to zwykły, suchy tost, który nie był ani najlepszej jakości ani świeżości.
Ktoś pewnie pomyśli sobie, że przyjechało wielkie panisko i czepia się szczegółów. Jednak mi chodzi tylko o to aby uświadomić Was, że nawet jeżeli coś wydaje się idealne to za chwilę zobaczycie, że wcale takie nie jest. Indie to inny świat, który diametralnie rożni się od Europy, nawet jeżeli pozornie wygląda na taki sam.
Zostawiliśmy nasze walizki w hotelu, więc ruszamy na miasto. Pierwsze co mi się rzuca w oczy, to charakterystyczne dla Azji motłochy kabli. Nie mam pojęcia jak oni się w nich odnajdują...
Nie odchodzimy daleko, a już kosztujemy street food'u. Budki w których sprzedawane jest jedzenie, wygląda, jak w całych Indiach, bardzo obskurnie, ale to jest chyba w tym wszystkim najciekawsze. Myśleliśmy, że to jest na ostro, tymczasem pseudo kiełbaski okazały się czymś słodkim, a ten placek, to takie trochę bez wyrazu nie wiadomo co. Nie zjadłam. A ceny? Jak zwykle śmiesznie niskie. 1 zł, 2 zł, 3 zł ...
Pierwszym miejscem do którego się udajemy jest Wielki Meczet (Dżama Masdżid, Jama Masjid lub Masjid-i Jahan-Namaa). Jest to najważniejszy Meczet w Delhi. Ponadto jest największą budowlą sakralną w Indiach. Zbudowany w latach 1654- 1658 przez mogolskiego władcę Szahdżahana, który wybudował Tadź Mahal. Do meczetu trzeba wejść po bardzo wysokich schodach, które prowadzą wprost z ulicy "śmierci" jak my to nazwaliśmy z Ursynciem i Piotrasem. Czemu taka nazwa? Za chwilę się dowiecie. Oczywiście przy samych schodach stoi naciągacz, który rzekomo pilnuje pozostawionych butów. Oczywiście za kasę...
Obchodzimy na około meczet. No nie ma tu jakiś specjalnych fajerwerków. Jedyne co się rzuca w oczy to strasznie brudne skarpetki. Niektórzy mogą stwierdzić, ze przesadzam. Jednak biorąc pod uwagę, że jest to zimna posadzka, która wchłonęła wilgoć, a w niektórych miejscach stoją kałuże, a temperatura na dworze nie zachwyca (17 stopni), to od razu zrozumiecie o co mi chodzi. Skrapety są po prostu przemoczone i strasznie brudne. Proponuję brać kilka par na zmianę. Podobno meczet może pomieścić nawet 25 tysięcy ludzi. gdzie? Nie mam pojęcia.
Praktycznie od razu po wejściu, kierując się na lewo, możemy wejść na taras, który prowadzi do minaretu pełniącego funkcję wieży widokowej. Wejście do minaretu jest płatne. Sporo ludzi chce zobaczyć panoramę miasta, dlatego musicie spodziewać się olbrzymiego tłoku. Minaret jak to minaret, jest bardzo wąski, więc schody są bardzo kręte a co za tym bardzo ciasne. Po wejściu na górę trzeba uważać ponieważ jest bardzo mało miejsca, schody nie są oddzielone żadną barierką, więc można łatwo spaść. Widok, owszem piękny, jednak wiele nie widać prze kraty i tłum ludzi.
Poniżej widok z minaretu na jedna z ulic przy której znajduje się Paiwalan Bazar...
Po wyjściu z meczetu, kierujemy się w stronę, jak ja to wcześniej nazwałam, ulicy śmierci, przy której mieści się Paiwalan Bazar. Kupicie tu dosłownie wszystko. Herbaty, kosmetyki, ciuchy(głownie męskie, chyba, że kogoś interesuje sari), kadzidełka, przyprawy, owoce, jedzenie... No nie sposób wymienić. Bazar jest naprawdę olbrzymi. A i ludzi cała masa. Byłam kilkakrotnie w Azji, jednak jeszcze nigdy nie widziałam takich tłumów. Jeżeli ktoś by zemdlał, to ten tłum by go po prostu zdeptał. Panuje tu straszny hałas, który przekracza dozwolone decybele chyba o kilkaset procent. Ludzie tu handlują, przechodzą w pośpiechu, jedzą, mieszkają, spędzają wolny czas siedząc na chodniku. Kiedy wejdzie się w ten tłum i ciąg uliczek, które mieszają się ze sobą, nie sposób wyjść stamtąd bez nawigacji. Pochodziliśmy trochę po straganach, zjedliśmy parę nowości, po czym postanowiliśmy wrócić do hotelu. Jednak nie byliśmy w stanie odnaleźć drogi powrotnej. Zaczęło się powoli ściemniać, włączyliśmy więc nawigację. Jednak zaczęła nas prowadzić po bardzo wąskich, bocznych i do tego mocno podejrzanych uliczkach. Nawet będąc we trójkę zaczęłam się obawiać, ze ktoś może na nas napaść, obrabować albo zrobić coś gorszego. Przechodząc, widziałam niejednokrotnie spojrzenia mężczyzn, którzy siedzieli na ulicy. Spacer stał sie bardzo niebezpieczny, jednak nawet z pomocą nawigacji nie byliśmy w stanie stamtąd wyjść przez półtorej godziny! W końcu postanowiliśmy, że będziemy szli tylko głównymi drogami, tam gdzie jest tłum ludzi.
Niedaleko Wielkiego Meczetu znajduje się jeszcze Meena Bazar, który ma podobny asortyment do wcześniejszego. W zasadzie to całe Indie charakteryzują się tym samym asortymentem. Jednak jeżeli niestraszne jest Wam chodzenie po zatłoczonych targowiskach, to śmiało polecam aby tam zajrzeć. Jeszcze jednym z ciekawszych bazarów jest Chandni Chowk, który znajduje się również obok Jama Masjid. Podobno jest to jeden z najstarszych bazarów w Indiach. A jak najstarszy to wiadomo, że mnóstwo tam ludzi. Chociaż w zasadzie to wszędzie jest ich dużo...
Następnego dnia od razu odwiedzamy świątynię Sikhów (Hanuman Road Area). Oczywiście środkiem lokomocji z którego korzystamy jest tuk tuk. Tuz przed wejściem wita nas piękna, rzeźbiona biała brama a w jej łukach w oddali widoczna świątynia główna ze złotymi kopułami. Nie zdążyliśmy przekroczyć bramy, gdy podchodzi do nas przewodnik, który przekazuje nam garść cennych informacji. Jesteśmy dosyć sceptycznie nastawieni, do niego, gdyż to nie byłby pierwszy raz gdy ktoś nas chciał oszukać. Zapewnia jednak, ze jest świątynnym przewodnikiem i jest on tutejszym pracownikiem (właściwie to wolontariuszem oprowadzającym zagranicznych turystów po świątyni). Dajemy się przekonać. Kieruje nas na lewo do pomieszczenia dla zagranicznych turystów. Musimy nakryć głowę chustą, którą dostajemy w środku oraz zdjąć buty. Kiedy jedna z dziewczyn pozostawia przezroczyste skarpetki, poucza ją, że również musi je zdjąć. Pogoda za oknem nie rozpieszcza, temperatura również, więc lekko się krzywię kiedy moje nogi dotykają zimnej, marmurowej posadzki. Jednak warto tu przyjść, gdyż jest to jedno z najciekawszych miejsc świątynnych w Delhi. Jest to jedno z najbardziej znanych sikhijskich domów kultu w Delhi oraz w całych Indiach.
Sikhowie stanowią zaledwie 2 procent ludności indyjskiej, jednak patrząc na liczbę jest to aż kilkanaście milionów! Cechą charakterystyczną wyznawców sikhizmu (oczywiście mężczyzn) jest turban na głowie w którym znajdują się nigdy nie obcinane włosy oraz długa broda. Od przewodnika dowiadujemy się, że turbany są dla nich tak ważne, ze nawet podczas II wojny Sikhiści zwolnieni byli z noszenia hełmów. Zastąpiły ich turbany w kolorze wojskowego khaki. Życie Sikha wyraża sie przez pięć symboli, które wszystkie zaczynają się na literę k. Pierwszym z nich jest kesz, czyli długie włosy, które jak wspomniałam wcześniej nigdy nie były obcinane, kangha, czyli grzebień, karha, stalowa bransoleta, kacz, czyli para szortów oraz kirpan którym jest miecz. Ważnym elementem życia Sikha jest wstawanie tuż przed świtem, wzięcie kąpieli i tak w formie oczyszczonego ciała spędza poranek na modlitwie. W ciągu dnia powinien modlić się aż pięć razy (trochę przypominać może nam pod tym względem wyznawców islamu). Powinien również odwiedzić świątynię. Sikhowie odrzucaja alkohol, tabakę i wszelkiego rodzaju używki. Dodatkowo nie jedzą mięsa a posiłki przygotowują według obrządku muzułmańskiego halal. Brzydzą się również kłamstwem i fałszem. Wyznawcy uważają, ze nie jest ważne jak się nazywa Twój Bóg. Wszyscy jesteśmy równi.
W Indiach bardzo ważne są kasty. Kasty dzielą się na te "czyste" i "nieczyste". Te nieczyste często definiuje wykonywany zawód, który może być związany z krwią np rzeźnik, ekskrementami, czy też ze zwłokami. Kasta jest dziedziczona, wiec nie można jej przeskoczyć. Tymczasem Sikhowie odrzucają kastowość, która w Indiach jest obecna od wieków. Uważają, ze każdy jest wolny, a w życiu liczy się pracowitość. Do świątyni może wejść każdy niezależnie od narodowości, wyznania czy koloru skóry. I jeżeli podczas wycieczki, złapiecie bakcyla i będziecie chcieli być wyznawcami tej wiary, to pomimo, że jesteście innej narodowości, jak najbardziej jest to możliwe. Sikhowie wierzą w jednego Boga, który jest Bogiem miłości i tolerancji. Ten Bóg stworzył człowieka, którego celem jest zjednoczenie z kosmosem.
Nazwa społeczności pochodzi od słowa sikh czyli uczeń. Wyznawcy wierzą w duchowe przywództwo dziesięciu guru oraz wyznają prawdy zawarte w świętej księdze Guru Granth. Ludzie modlą się, recytując śpiewnie świętą księgę, która znajduje się świątynnym budynku zwanym Gurdwara.
Więc zaczynamy swoją przygodę, wchodzimy na teren kompleksu. Najpierw jednak, musimy przejść przez wydrążony w podłodze rów, w którym znajduje się woda. Moczymy nogi aby je obmyć z brudu. No i ten moment przy 17 stopniach i zimnym marmurze jest chyba gorszy niż dotknięcie zimnej posadzki gołą stopą.
Miejsce gdzie przechowywana jest oryginalna wersja Świętej Księgi. Nie można było wejść i ot tak po prostu zrobić sobie tyle zdjęć ile chcemy. Jedna osoba, jedno zdjęcie. Pilnował nas z tyłu nasz przewodnik. Księga odczytywana jest bez przerwy, zarówno dzień jak i w nocy przez zmieniających się co dwie godziny kapłanów. Ta księga jest jedyną księgą na świecie, zawierającą treści, które zostały zebrane przez twórców wiary.
Świątynię otacza święte jezioro. Łączy je ze świątynią, obecny poniżej na zdjęciu, długa grobla z krużgankami zwana Mostem Guru. Od przewodnika dowiadujemy się, że wielu wyznawców przychodzi tu aby wykąpać się w świętym jeziorze, które ma nadprzyrodzone moce.
Świątynia została zbudowana w latach 1589-1601 przez piątego guru sikhów Ardźan. Podobno kopuła pokryta jest czystym złotem ważącym aż 100 kilogramów!! Ja tego nie widzę, ale kopuła to odwrócony kwiat lotosu, który miał symbolizować troskę religii o losy świata.
I teraz chyba jedna z najlepszych części tej wycieczki. Na terenie kompleksu świątynnego znajduje się olbrzymia sala w której spożywane są posiłki. Może tu przyjść każdy. Nwet jeżeli jesteś wyznawca innej religii. Po prostu siadasz na podłodze i o wyznaczonych godzinach, dostajesz do ręki tacę na którą nakładają Ci jedzenie. Posiłek jest zupełnie za darmo. Finansuje go wspólnota Sikhów. Już za czasów pierwszego Guru (XV wiek) istniała w świątyniach darmowa kuchnia. Miejsce jest naprawdę niezwykłe. My byliśmy już po posiłku, więc widzieliśmy zaledwie parę osób siedzących na podłodze, jednak w godzinach szczytu są tu tłumy. Dzięki przewodnikowi możemy zobaczyć również kuchnię.
No i od strony zaplecza kuchennego widzimy kobiety, które robią ciasto na chlebki nan, kolejne je wypiekają w piecu tandori, mężczyzn mieszających zupę w olbrzymich kotłach (nigdy tak wielkich nie widziałam w całym swoim życiu). Odwiedzamy magazyn, gdzie znajdują się produkty i przyprawy z których przygotowywane są posiłki. Wszyscy pracują tu za darmo, dla wspólnego dobra. Inicjatywa wspaniała. A wszystko to ma sprawiać poczucie, że jesteśmy jedną wielką wspólnotą, nikt nie jest wykluczony, wszyscy się szanują niezależnie od wyznania, płci, narodowości.
Na zdjęciach widzimy kuchnię, która raczej nie przypomina tych naszych. Warunki surowe, indyjskie, ale inicjatyw takich w Polsce brak...
Zaledwie kilka kroków od świątyni sikhów znajduje się jeden z najstarszych kościołów katolickich w Indiach oraz główna archidiecezja Delhi, czyli Katedra Najświętszego Serca Jezusowego (ulica 1, Ashok Place, Sector 4). Na terenie kompleksu znajduje się szkoła St. Columbia's oraz klasztor. Budowa rozpoczęła się w 1930 roku, a finansowana była przez kolonialnych brytyjskich oficerów. Przed katedrą stoi pomnik Jana Pawła II.
Cóż więcej mogę Wam powiedzieć na temat tej świątyni. No niezbyt wiele, gdyż jak większość katolickich świątyń, nie jest zbyt urodziwa. Albo może już na tyle się przyzwyczaiłam do widoku katolickich kościołów, że mnie jakoś specjalnie nie poruszają. Zresztą co ja będę Wam gadać. Zobaczcie sami. Jednak na koniec dodam, że jeżeli bym układała jeszcze raz plan wycieczki, to z tą wiedzą, którą mam, spokojnie mogłabym go pominąć.
Uderzamy do kolejnego miejsca, którym jest świątynia Lakszmi Narajany. Jednak po drodze natrafiamy na małą świątynkę, która znajduje się tuż obok. Nie jest jakaś specjalnie wyrafinowana, jednak fajnie jest odkrywać mało popularne miejsca. Jedna ciekawostka jeszcze. Zwróćcie uwagę na swastykę widniejąca na drzwiach świątyni. Symbol znienawidzony podczas II Wojny Światowej, zakazany w Polsce i wielu innych krajach, w Azji symbolizuje boginię Ganesa, Kali oraz Indrę. W buddyzmie jest to oznaka oświecenia i klucz do raju. W hitlerowskich Niemczech swastyka była bardzo popularna w kręgach neopogańskich, które miały charakter rasistowski. Swastyka postawiona a na kant, kojarzy się z nazizmem. Tymczasem ta stojąca prosto utożsamiana jest raczej z kulturą Azji.
No i jesteśmy krok dalej, czyli w świątyni Lakszmi Narajany, która znana jest również pod nazwą Birla Mandir. Lakszmi jest boginią dobrobytu, natomiast Narajana (często nazywany Wisznu) jej mężem. Boczne świątynie poświęcone są Krisznie, Shivie oraz Buddzie. Główna część świątynna poświęcona Lakszmi została wybudowana w latach 1933 i 1939. Całe sanktuarium jest ogromne. Widać to już po samych schodach. Jest ich dużo i są bardzo masywne. Cały teren obejmuje 7,5 akrów. W każdej części znajduje się wiele zakamarków, korytarzyków gdzie poukrywane są posągi bogów. Na zewnątrz znajduje się kompleks parkowy z wieloma fontannami. Świątynia została zbudowana na polecenie Mahatma Ghandi, która chciała aby wstęp do sanktuarium miały dostęp wszystkie kasty, nie tylko te najbardziej uprzywilejowane.
Niestety tego dnia dopadł mnie straszny ból brzucha, który później przerodził się w wymioty. Męczyłam się strasznie przez pół dnia. Co zresztą widać po mojej minie. Jednak przyszedł czas (już po wyjściu ze świątyni) kiedy musiałam skorzystać z toalety z powodu ot zwykłej potrzeby fizjologicznej. Postanowiliśmy pójść do ulicznego baru znajdującego się za świątynią. Przy okazji zakupiliśmy chai masala. Kiedy weszłam do toalety, zobaczyłam obrzydliwe wnętrze, z zapaskudzonym czymś co wygląda jak sedes. Ogarnął mnie taki odór, że nim się spostrzegłam, puściłam kilka razy pawia. Męczyło mnie cały dzień, a wystarczyła jedna toaleta aby pozbyć się żołądkowych dolegliwości. A nie pomogła nawet piotrasowa tabletka...
Nie zrobiłam również z tego miejsca zbyt wielu zdjęć - z wiadomej przyczyny. Poza tym o ile dobrze pamiętam, w środku nie można było robić fotek. Telefony trzeba było zostawić w deopozycie. Ale musicie mi uwierzyć na słowo, ze miejsce jest godne zobaczenia. Nie jest to jakieś wow. Lepiej wygląda na zewnątrz niż wewnątrz. jednak budowla jest bardzo ładna. Jest to jedno z najczęstszych miejsc odwiedzanych w Delhi.
Ze świątyni Lakszmi przemieszczamy się tuk tukiem w kierunku Bramy Indii (adres Rajpath, India Gate). Z zewnątrz podobna do łuku triumfalnego w Paryżu, albo bramy w Kiszyniowie czy też tego w Bukareszcie. Brama zbudowana ku czci poległych Hindusów w I Wojnie Światowej oraz na wojnach z Afganistanem. Budowla została ufundowana z budżetu księcia Connaught Artura, który był członkiem brytyjskiej rodziny królewskiej. W późniejszych latach brama została przekształcona w grób nieznanego żołnierza.
42 metrowa budowla usytuowana jest na środku skrzyżowania, gdzie zbiega się kilka ulic. Zwykle bardzo ruchliwa trasa, w okresie w którym my byliśmy, była zamknięta, ponieważ trwały przygotowania do parady. Niestety mogliśmy ją podziwiać jedynie z daleka.
Żegnamy się z Bramą Indii i lecimy dalej. Po drodze mijamy mała świątynkę. Nie wiem nawet gdzie ona dokładnie była. Jednak myślę, ze to nic straconego. Takich magicznych miejsc w Delhi jest cała masa...
Jesteśmy w Grobowcu Safdar Jang (ulica Airforce Golf Course), który bardzo często mylony jest z Grobowcem Mogolskiego cesarza Humayuna. My udamy się do niego za kilka godzin. Z zewnątrz wyglądają praktycznie identycznie. Grobowiec postawiony na olbrzymiej, kwadratowej podstawie, z budowanej z czerwonego piaskowca. Na środku dachu olbrzymi kopuła. Zbudowany w 1754 roku w stylu Imperium Mogołów. Cały czas mam nieodparte wrażenie, że jest to jeden z meczetów stojących na przeciwko Taj Mahal. Mirza Muqim Abul Mansur Khan, który był popularnie znany jako Safadarjung był bardzo bogatym i potężnym władcą. Wraz ze śmiercią cesarza Muhammada Szacha z Imperium Mogołów przeniósł się do Delhi. [2] Kiedy Mohammed Shah Ahmed Shah wstąpił na tron Mogołów w Delhi w 1748 r., Safdarjung został premierem imperium, ponieważ król był tylko figurantem, lubiącym korzystać z dobrodziejstw wina, kobiet i opium. Podobno Safadarjung w sposób bardzo okrutny traktował rodzinę władcy. Dlatego jego zwolennicy doprowadzili do upadku i wygnania Safadarjunga z Delhi. Już po jego śmierci, jego syn wybłagał o możliwość wybudowania grobowca dla swego ojca.
No i tradycyjnie, na zewnątrz, widzimy zespół ogrodowy podzielony kanałami. Od frontu budowli, znajduje się droga, wzdłuż której rosną palmy. Po długim dniu zwiedzania, pozwalamy sobie na krótki odpoczynek na trawie przed grobowcem. Widzę, że miejsce służy również okolicznym mieszkańcom. Młodzież powracająca ze szkoły czy też ze studiów, przysiada na trawie, wyjmuje zeszyty, inni książki. Miejsce z zewnątrz bardzo urokliwe. Tylko trzeba zapomnieć, ze jest to grobowiec.
Ale dzień się nie skończył jeszcze. Uderzamy do kolejnego miejsca, którym jest, znajdujący się zaraz przy grobowcu Humayuna, Grobowiec Hazrat Nizamuddin Aulia Dargah (ulica Boali Gate Rd, Nizamuddin). Wchodzimy od strony ulicy, która jest jednym wielkim bazarem. Wszyscy handlarze próbują nas namówić abyśmy kupili od nich cokolwiek. Kiedy im się to nie udaje, krzyczą do nas, ze jeżeli chcemy wejść do grobowca musimy zostawić u nich buty. Oczywiście nie za darmo. Dajemy się namówić. Chłopaki dostają czapkę muzułmanina tzw fez. Mi za to wlepiają w rękę chustę na głowę. Oczywiście twierdzą, że wszystko jest konieczne. Próbują przekonać nas abyśmy kupili jeszcze kwiaty. Stwierdzamy, że to już za dużo. Nie płacimy zbyt wiele (około kilku złotych), więc nie czujemy się oszukani. Jednak po drodze spotykamy innych Polaków, którzy nie dali się nabrać tak jak my. Butów nie trzeba zostawiać - można nieść je w ręce, albo nawet na nogach (choć chyba to trochę brak szacunku). Czapka muzułmańska jest niepotrzebna, a i pani bez chusty nie miała żadnych problemów. No cóż, nasza niewiedza i brak asertywności spowodowały utratę paru złotych z naszych portfeli.
Droga do mauzoleum prowadzi przez bardzo wąskie i ciemne przejście pomiędzy budynkami (miało może ze dwa metry szerokości), wzdłuż którego siedzą żebrzący ludzie. Czasami zdarza się, ze ktoś sprzedaje jakieś drobnostki, jednak głównie są to dzieci i kobiety próbujące wyłudzić parę grosza. Widok jest bardzo nieciekawy. Trzeba być naprawdę mocno asertywnym aby odmawiać co chwilę. W pewnym momencie natrafiamy na trochę większą przestrzeń, w której od razu zauważamy stragany, najczęściej z kwiatami żywymi. Niestety w dalszym ciągu źle się czuję po porannych wymiotach, więc korzystamy z okazji, ze jest tam mini sklepik spożywczy i kupujemy gorącą czaj masala. Cała droga pomiędzy budynkami, zajmuje około 10 minut. Kiedy udaje nam się w końcu dotrzeć, widzimy tłum ludzi zbierający się tuz przed małym, budynkiem zbudowanym z białego marmuru, z dachem w kształcie cebuli. Mauzoleum otoczone jest sporym patio z białego marmuru na którym niektórzy przysiedli na chwilę. Praktycznie wszyscy mieli w rękach żywe kwiaty, którymi później obsypywali budynek. Piękne kratowe ściany niestety nie pozwalają dojrzeć zbyt wiele. Sporo osób wchodzi do środka, jednak są to tylko mężczyźni. Chłopaki zostawiają mnie na chwilę aby zerknąć co się dzieje w środku. Podobno jest to jedno z największych miejsc kultu muzułmanów, którzy zdominowali wszystkie ulice znajdujące się na około grobowca świętego.
Jesteśmy w Grobowcu Humajuna Mathura (adres Mathura Road Opp Nizamuddin Mosque). Humajun był jednym z władców Indii z dynastii Wielkich Mogołów (panowanie 1508-1556). Budowa grobowca rozpoczęła się już po śmierci władcy. Kierowała nią jego żona. Z zewnątrz grobowiec bardzo przypomina meczety, które znajdują się po bokach Tadź Mahalu. W sumie nie ma się co dziwić, bo wszystkie zbudowane są z czerwonego piaskowca w stylu perskim. Grobowiec osadzony jest na wielkiej czerwonej podstawie w kształcie kwadratu. W podstawie umieszczonych zostało 16 wejść w kształcie łuków. W środku jest jedna główna, olbrzymia komnata, zwieńczona kopułą, gdzie mieści się grób władcy. Po bokach znajdują się mniejsze pomieszczenia w których znajdują się groby rodziny królewskiej, w tym żony Humajuna. Podobno był inspiracją do stworzenia słynnego Taj Mahal.
Oczywiście jak w każdym miejscu turystycznym, jesteśmy atakowani przez tubylców, którzy koniecznie z nami zdjęcie. Ja już odmawiam. Ursyn oczywiście chętnie pozuje.
Aby wejść na teren grobowca, trzeba wspiąć się po dosyć stromych schodach. Jak ktoś nie ma kondycji, to lekkiej zadyszki można na nich złapać...

Nie opuszczamy kompleksu gdzie znajduje się grobowiec cesarza Humajuna. Spacerujemy ogrodowymi alejkami nie wiedząc, że tu coś jeszcze. Okazuje się, że mieści się tu jeszcze inny grobowiec Khana. Tak naprawdę to był tu jako pierwszy, bo wybudowany w latach 1547-1548. Z daleka Isa Khan jest piękny. Przypomina mi taki mały pałacyk zaklęty w pozytywce. Piękne łuki. Wspaniała kopułka. Piękne rzeźbienia. I równie piękna weranda. Jednak przy bliższym poznaniu okazuje się niszczejącą ruderą. Grób został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Miejmy nadzieję, że coś się dzieki temu zmieni i może uda się wyremontować tę wspaniała perełkę Indii.
I już ostatnie miejsce tego dnia, które nie jest związane ze sferą sacrum. Profanum czyli shopping, czyli, idąc dalej, to co najbardziej lubię. Jesteśmy na Palika Bazar (ulica Inner Circle). Całe skupisko stoisk znajduje się pod ziemią. Na dole tanizna, natomiast na górze rozpusta niczym z filmu Wielki Gatsby. Jest to jedno z największych biznesowych ośrodków w New Delhi. Connaught Place bo tak to się nazywa, to siedziba wielu dużych, indyjskich firm. W Internecie znalazłam wzmiankę, że w 2018 roku, to miejsce znalazło się na dziewiątym miejscu pod względem najdroższych biurowych lokalizacji na świecie. Mieszczą się tu najdroższe marki świata. W zasadzie jest to ogromne skupisko zachodnich marek, które niestety, jak wszystko w Indiach co zachodnie, jest bardzo drogie. Tu też można napić się dobrej, zachodniej kawy w costa coffe, oczywiście za dobrą, zachodnią cenę...
To miejsce to trochę absurd. Na górze najdroższe marki, pod ziemią tanie, azjatyckie ciuchy, które są podróbkami. Trochę śmieszne jest również to, że obok drzwi np butiku Lacoste, stoi handlarz z podróbkami tej samej firmy. W sklepie kupicie buty za kilkaset złotych, u niego dostaniecie je za kilkanaście złotych...
Pomimo, że główny bazar znajduje się na dole, to przechodząc pasażem przy którym mieszą się markowe sklepy, znajdziemy całą masę szpargałów, ciuchów, gadżetów, biżuterii i wszystkiego co Wam się zamarzy kupić. Bazar również jest całkiem nieźle wyposażony. Możecie zaopatrzyć się tu również w gadżety, zegarki i akcesoria do telefonów (np słuchawki bezprzewodowe aple do telefonu, futerały, ładowarki ale i same telefony). Oczywiście koniecznie trzeba się targować.
Poniżej zdjęcia części bogatszej.

A tu już bazar dla tych biedniejszych...

I kolejny dzień, już jeden z ostatnich... niestety... Pierwsze miejsce do którego się udajemy, to jedno z najczęściej pokazywanych miejsc na magnesach, pocztówkach i folderach przedstawiających Delhi. Świątynia Lotosu (ulica Lotus Temple) z zewnątrz przedstawia się naprawdę pięknie. Jest to całkiem nowa świątynia, bo wybudowana w 1986 roku. Jej kształt, jak sama nazwa wskazuje, odzwierciedla kwiat lotosu, który posiada 27 płatków. Jest to dom kultu Bahai. Wstęp do niej ma każdy, niezależnie od wiary, którą wyznaje. Dlatego też w środku budynku nie znajdziecie ani jednego elementu, który nawiązywałby do jakiejkolwiek religii. Każdy może również przyjść aby się pomodlić do swojego Boga. I tak naprawdę to jest to podłoże wiary Baha'i. Wyznawcy głoszą jedność wszystkich religii i ludzkości. Nie uznają rasizmu oraz nacjonalizmu.
To co jest najładniejsze, znajduje się na zewnątrz. W środku są tylko gołe ściany, pomalowane na kolor biały. Po dwóch stronach rzędy ławek, a na środku mównica, za którą nie ma ołtarza. Wewnątrz niestety nie można robić zdjęć - pilnują. Choć w zasadzie to, jak pisałam wcześniej, nie ma co fotografować. Świątynia otoczona dziewięcioma ogrodami i basenami, co sprawia wrażenie, że lotos unosi się na wodzie.
Świątynia jest jedną z siedmiu świątyń Baha'i na świecie. Popularnym symbolem bahaizmu jest dziewięcioramienna gwiazda. Z ciekawostek dodam, ze religia miała swoje początki w Iranie.
Przyjemne miejsce, bardzo ładne widoki. No i piękny budynek z punktu widzenia architektonicznego. Aby wejść do świątyni trzeba ustawić się przed budynkiem w kolejce. Jednak idzie ona dosyć sprawnie.
![]() |
| Ursyn z dzieciakami na szkolnej wycieczce |
A poniżej ciekawostka co to może być? Stara beczka po oleju, przerobiona na piec tandori do wypiekania chlebków naan. Tak się gotuje w Indiach. Jest beczka, kawałek stołu, garnek i krawężnik. I jest uliczna restauracja w której kosztujemy, aż trudno w to uwierzyć, bardzo dobre danie.
Bardzo ciekawie wyglądające miejsce z zewnątrz. Przede wszystkim olbrzymie i widoczne z daleka, bo znajduje się na wzgórzu Hare Krishna. ISKCON Temple a właściwie to pełna nazwa Sri Sri Radha Parthasarathi Mandi (adres Sant Nagar, East of Kailash). Świątynia Kriszny i Radharani. Nie wygląda na nowy budynek, jednak jak większość budynków sakralnych w Indiach, jest całkiem niedawno wybudowany, bo powstał pod koniec lat 90 XX wieku.
Budowla jest ogromny. Wewnątrz znajdują się nie tylko sale świątynne. Mieści się tam sporo sal administracyjnych oraz pomieszczeń seminaryjnych. Znajduje się tam również centrum India Vedic Cultural Centre, w którym możemy się zapoznać z wieloma tekstami hinduskimi. Jednak nie są one przedstawione jak to w tradycyjnym muzeum, za szybą. Wykorzystywane są tu wszelkiego rodzaju środki multimedialne. Mieliśmy okazję uczestniczyć w jednym takim pokazie. Zostaliśmy poprowadzeni do ciemnej sali, w której nas zamknięto. Na ścianach wyświetlane były różnego rodzaju świetlne projekcje, które nawiązywały do reinkarnacji, boskiej natury, jogi czy też wszechświata. Po zakończeniu pokazu, przychodził po nas pracownik, który prowadził nas do kolejnego pomieszczenia, i do kolejnego i do kolejnego... Wydawało mi się, że mogło być ich koło dziesięciu, jednak kiedy skończyliśmy, okazało się, że wróciliśmy do tego samego punktu. Sądzę, ze była to jedna wielka sala, podzielona ściankami. W niektórych pokojach znajdowały się figury i inne ozdoby, które podczas opowiadania przez lektora, zostały podświetlone kolorowymi laserami. Całkiem ciekawy efekt. Pokaz był płatny. Niestety nie pamiętam ile dokładnie, jednak zapewniam Was, ze nie był to majątek. Dodatkowo odbywały się o określonych godzinach. Jednak zawsze można najpierw zwiedzić świątynię a dopiero później udać się na pokaz - i tak też my zrobiliśmy.
W internecie przeczytałam, że na terenie kompleksu można skosztować wegetariańskiego jedzenia. Jednak kiedy my byliśmy, zauważyliśmy tylko jedno stoisko z ciastkami, które, wydaje mi się, że było zupełnie prywatne.

W środku znajduje się największa drukowana książka (nazywana Zdumiewająca Bhagavad Gita), która zawiera tekst dowolnej religii. Księga została wydrukowana we Włoszech. Waży ponad 800 kilogramów i mierzy 2,8 metra! Księga jest naprawdę zdumiewająca. Wychodząc ze świątyni, dostaliśmy zupełnie za darmo książkę Bhagavad Gita (w języku angielskim). Bardzo sympatyczny gest.
Najbardziej zdumiało mnie to, że ludzie kładli się plackiem na podłodze przed figurami. Nie wiem czy oni się modlili, czy błagali o coś, oddawali cześć, może przepraszali albo wszystko na raz. Wyglądało to dosyć dziwnie, szczególnie, że figury przed którymi się kładli, były bardzo upiorne. Nie powinnam robić im zdjęć. Zostaliśmy nawet pouczeni, że nie powinniśmy fotografować ludzi. Owszem, możemy fotografować, jednak tylko figury i wnętrze. No ja jak widać, krnąbrne dziecię nie stosuje się na wyjazdach do tego typu zasad... I chyba dobrze, bo dzięki temu mogę Wam zaprezentować ciekawe fotki.
W środku wierni śpiewali, grali na instrumentach, tańczyli. Atmosfera była naprawdę wesoła. Pomimo, ze niektóre stwory były przerażające, to ta feeria barw, kwiatów, kolorów była tak uderzająca, że nie dostrzegało się dziwnych bogów z wykrzywionymi twarzami, zjadających ludzi. Dziwne, ale naprawdę tak było...
Jedną z ciekawszych figur był olbrzymi, siedmiogłowy wąż, zwinięty w kształt opony. Natomiast na nim siedziała kobieta, myjąca (chyba?) stopy, no i właśnie komu? Nie wiem czy to nie tytułowy Krishna...
Pozostał nam już ostatni dzień w Indiach, w którym wylatujemy po południu na Sri Lankę. Jednak pragniemy wykorzystać każdą chwilę, więc udajemy się z rana, do już ostatniej świątyni, którą jest Akshardham (adres Noida Mor, Pandav Nagar). Jest to chyba najpiękniejsza świątynia jaką widziałam. Akshardham oznacza siedzibę Najwyższego Boga. Kompleks został otwarty w 2005 roku, czyli bardzo niedawno. Centralną część zajmuje olbrzymia świątynia, która jest uznana przez Księgę Guinnessa za największą świątynie hinduistyczną na świecie. Jej budowa zajęła 5 lat. Pracowało przy niej 11 tysięcy robotników. Podobno koszt budowli to 50 milionów dolarów! Przy tworzeniu jej pracowało 3 tysiące wolontariuszy. Główna świątynia ma 43 metry wysokości, 96 metrów szerokości oraz 110 metrów długości. Cała fasada pokryta jest masą rzeźb nawiązujących do roślin, ludzi, zwierząt i bóstw. Budowla została zbudowana z różowego piaskowca i marmuru. Już przy samym wejściu rzucają się w oczy piękne, masywne schody oraz masa pięknie rzeźbionych kolumn. Ta świątynia to istna perła dla oka. Patrząc tylko na samą fasadę już jest się pod wielkim wrażeniem ile to pracy wymagało zbudowanie takiego cudeńka. A tak naprawdę nie weszliśmy jeszcze do środka. Niektórzy mówią, że jest wyjęta niczym z Disneylandu. Jednak jak dla mnie ona jest za piękna aby tak uważać. dziwię się również, ze jest tak słabo rozsławiona. Wrzucając w google zapytanie "co zwiedzać", zostaniemy zasypani masą innych miejsc, ale nie tego. Sądzę, że dzieje się tak dlatego, że nie można miejsca fotografować. I to jest wielki błąd. Jednak nie jest to zwykły zakaz. Aby tam wejść trzeba przejść przez ogromny parking,. W dalszej części stoją szatnie oraz depozyty (wydaje mi się, ze były płatne, ale już nie pamiętam dokładnie), w których niestety musimy zostawić min telefon i cały bagaż, który mamy ze sobą (my mamy plecak). Telefon zamykają w depozycie na klucz. Są to pojedyncze skrytki jak np w banku. Dodatkowo robią zdjęcie po to aby później można było zidentyfikować czy osoba odbierająca jest tą samą osobą, która telefon oddawała. Niby spoko pomysł i dosyć bezpieczny, pomijając fakt, że i tak musisz go oddać komuś obcemu kto ma dostęp do tej skrytki. Nie znoszę rozstawać się ze swoim telefonem, więc próbuję go przemycić. Piotras ma dwa, wiec kiedy pytają o mój telefon, Piotras podaje im swój drugi. No i myślałam, ze jestem taka cwana. Jednak okazuje się, że dalej znajdują się bramki, gdzie sprawdzają cała zawartość torebki oraz przeszukują wszystkich wchodzących zupełnie jak na lotnisku. Oczywiście ja muszę się udać do innych niż chłopaki, bo musi mnie przeszukiwać kobieta. Chowam więc telefon głęboko w torebce. Przywalam go innymi klamotami. Jednak okazuje się to nieskuteczne, gdyż pani przeszukująca wywala z niej dosłownie wszystko. Każe mi nawet otworzyć portfel. Mówię jej, ze przecież on jest za mały aby tam cokolwiek schować. Jednak chce się przekonać na własnej skórze, otwieram wiec i portfel. No i podczas przeszukania wychodzi na jaw mój przekręt z telefonem. Zostaję cofnięta do depozytu. Towarzyszy mi karcący wzrok i utyskiwania w jakimś hinduskim dialekcie. Kiedy wracam już bez telefonu, procedura zaczyna się od nowa z dokładnie takim samym zaangażowaniem. Tak więc wydaje mi się, ze sami są sobie winni, że tak piękna świątynia jest tak mało znana wśród zagranicznych turystów. A zasługuje na fotografowanie jak żaden inny budynek, który dotychczas widziałam. Oczywiście na terenie kompleksu jest cała masa sklepików w których można zakupić foldery ze zdjęciami. Nie są one drogie. Jednak robienie zdjęcia z folderu i wrzucanie ich np na bloga jest trochę słabe. Odnalazłam jednak stronę świątyni, na której są do pobrania darmowe zdjęcia. Wrzucam je więc poniżej, z adnotacją, ze pochodzą stąd - Link tu.
No, ale przejdźmy dalej, czyli do środka. Wewnątrz, pod główną kopułą znajduje się 3,5 metrowy posąg Swaminarayana, który otoczony jest innymi bóstwami. I tu również dostajemy oczopląsu. Cała masa pięknych, misternie rzeźbionych detali jest dosłownie wszędzie. Jedne rzeźbienia na drugich. Do tego piękny biały marmur, który w niektórych miejscach zmienia barwę. Świątynia nie jest jeszcze zupełnie ukończona, a już muszą ją odnawiać. W środku jest kilka bocznych ołtarzy, od których oczywiście również bije przesyt. A kiedy spojrzymy do góry, zobaczymy cudowny sufit, z wieloma figurami i zdobieniami.
Świątynia otoczona jest kilkoma basenami, fontannami oraz olbrzymim kompleksem ogrodowym. W różnych miejscach porozrzucane są małe budyneczki utrzymane w identycznym stylu jak główna świątynia. Zbudowane zostały dokładnie z tego samego surowca - różowego piaskowca. W niektórych z nich mieszczą się sklepiki i małe kramiki gdzie możemy zakupić foldery ze zdjęciami, książki historyczne oraz inne pamiątki. Jeżeli macie czas, możecie zakupić sesję zdjęciową. Niestety trzeba było czekać około godziny. My nie mieliśmy już na to czasu. Niestety nie wiem czy były to tylko zdjęcia drukowane, czy może wrzucali je na płytę albo przesyłali na @. Jeżeli potrzebujemy coś zjeść albo napić się kawy, czy zjeść ciastko, wszystko tu jest. Po lewej stronie od głównych schodów (stojąc twarzą do wejścia do świątyni), stoi mały bar. Ceny nie są zbyt niskie (jak na Indie). No ale miejsce turystyczne, wiec można było się tego spodziewać. Idąc dalej, natrafiamy na piękne arkady, które są również utrzymane w stylu całego kompleksu. I już prawie na samym końcu natrafiamy na duży sklep, w którym zaopatrujemy się w całą masę kadzidełek, naturalnych kosmetyków, herbat, przypraw i innych pamiątek. Jest tu naprawdę tanio, gdyż podane ceny nie podlegają negocjacji. Są zgodne z aktualnymi kwotami jakie by zapłacili hindusi a nie obcokrajowcy. Wszędzie porozsiewane są rzeźby zwierząt. Widzę nawet rząd pełnowymiarowych słoni.
Myślę, ze trzeba sobie przeznaczyć ze 3 godziny aby zobaczyć wszystko. W zasadzie to kompleks jest samowystarczalny. Moza byłoby tu spędzić cały dzień. Tym bardziej że odbywają się tu koncerty, pokazy fontann, czy innego rodzaju widowiska. Wstęp jest oczywiście płatny -220 rupii. Trzeba pamiętać też aby zachować dress code. Okryte ramiona oraz nogi (do kolan).Wracając
Opuszczamy Akshardham i kierujemy się na bazar a by zakupić ostatnie pamiątki. Jesteśmy po raz chyba już trzeci albo i czwarty na Main Bazar. Pisałam już wcześniej, że jest to jeden z większych bazarów, gdzie zakupimy wszystko czego potrzebujemy. Wszystkie pamiątki, durnostojki, torebki, buty i wiele innych rzeczy, które możecie przywieźć do Polski dla siebie bądź rodziny i znajomych (więcej w tym poście). Poniżej zamieszczam Wam parę zdjęć jak wyglądają ulice bazaru i co możecie tam znaleźć...
Taka niespodzianka nas spotkała na bazarze. Jeden z handlarzy, w swoim kramiku miał piękną papugę, która dawała całusa jak się ją o to prosiło. Chcieliśmy dać panu kilka groszy, wiedząc jak jest w Indiach, że za wszystko chcą kasę, jednak pan był na tyle w porządku, że nie chciał ani grosza.
Zrobiłam zdjęcie, bo chyba to był najładniejszy budynek nie tylko na całym bazarze, ale w tym rejonie.
Na szycie tej rudery mieści się restauracja do której zdecydowaliśmy się udać na nasz ostatni, indyjski posiłek. Jednak ceny nie były zbyt zachęcające, czytaj trochę niższe niż europejskie (chyba płaci się za ten widok na drugim zdjęciu), więc przystajemy tylko na chwilę odsapnąć i wypić czaj masala. Restauracja z warunków na pewno nie była europejska. Raczej wyglądała jak podrzędny bar w Polsce. Jednak miała łazienkę, wodę i było tam całkiem czysto. Myślę wiec, że ceny były wyższe również przez wzgląd na wymienione standardy.
Postanowiliśmy wrócić do naszej "restauracyjki" w której jedliśmy już kilka razy. Niestety okazało się, że wszystkie stoliki są zajęte. Wychodzimy więc z zamiarem zlokalizowania innego miejsca. Jednak kiedy jeden z chłopaków (wyglądał na zarządzającego tym przybytkiem), zobaczył nas, wygonił miejscowych, którzy siedzieli przy jednym ze stolików, następnie śmiejąc się zapraszał nas do środka. W zasadzie to, to "zapraszanie do środka" jest lekkim przegięciem z mojej strony, gdyż bar mieścił się w rozwalającej się ruderze (jak wszystkie restauracje w tej okolicy). Wrzucam zdjęcia menu wraz z cenami. Nie będę Wam polecać miejsca bo i tak tam nie traficie, poza tym jest tyle innych miejsc gdzie możecie dobrze zjeść, że chyba nie ma potrzeby abym Was namawiała. Poniżej również zdjęcia dań, które mieliśmy okazję spróbować w tej "restauracji".

Zapraszam również do przeczytania drugiego posta, w którym opisuję min co zjeść będąc w Indiach, co przywieźć oraz wrażenia z pobytu w Indiach. Zapraszam tu.





















































































































































































































































































