Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

poniedziałek, 21 października 2019

BIAŁE MIASTO - BELGRAD


Większości z nas Serbia kojarzyła się tylko z wojną o Kosowo. Kiedy wojna się zakończyła (przynajmniej oficjalnie), Serbia "umarła" dla reszty świata. Dodatkowo kraj jest mało atrakcyjny turystycznie przez brak dostępu do wody. Tak często pomijany na rzecz Chorwacji i Albanii, staje się zapomniany. Mówi się, że jeżdżą tam tylko "hardcorowcy". My nimi nie jesteśmy. Pomimo to, postanawiamy ruszyć do największego miasta na Bałkanach - Belgradu. 

Jak się tam dostać? Korzystamy z szalonej środy w naszych flagowych (i jedynych) liniach lotniczych. Bilet kupujemy za 300zł od osoby w dwie strony. Lecimy w sobotę po południu. Powrót we wtorek wieczorem.
Po wylądowaniu udajemy się do autobusu, którym dojedziemy do hotelu. Przystanek znajduje się tuż przed lotniskiem. Naszym oczom ukazuje się mały busik (linia numer A1), który nie wygląda jak miejski autobus, ale o dziwo nim jest. Bilet kupujemy u kierowcy. Koszt dla jednej osoby to 300 dinarów, czyli około 11 zł. Dla zainteresowanych umieszczam rozkład jazdy autobusów w drodze powrotnej na lotnisko. Niestety jak widać na tablicy, niektóre godziny komuś się "zgubiły". Od godziny 14 nie mamy żadnego kursu na tablicy. Tymczasem jest to nieprawda. Bus odjeżdża co 20 minut - przetestowaliśmy.


Autobus zatrzymuje się praktycznie obok naszego hotelu. Jak zwykle nie wynajmujemy apartamentu. Wejście do hotelu nie jest zachwycające, bo kryje się za obdrapanymi niebieskimi drzwiami, które prowadzą wąską, równie obdrapaną uliczką, ale lokalizacja jest świetna. Podobnie zresztą jak cena. Hotelik jest tuż na przeciwko Hilltona, czyli zaraz przy głównych ulicach. Wystrój pokoju jest lekko starodawny, ale nie przyjechaliśmy aby siedzieć w pokoju. 
Jeżeli ktoś jest zainteresowany, poniżej namiary i fotki. 
Cena za 3 doby, za dwie osoby to 237 zł. White House Apartment ulica Kralja Milana 58.







Nie tracimy czasu, od razu wychodzimy z pokoju na poszukiwanie czegoś do jedzenia. Na początku dodam tylko, że miejsca opisane poniżej, zwiedzamy według planu. Tak więc jeżeli ktoś nie ma pomysłu na Belgrad, albo zwyczajnie nie chce mu się układać własnego - może spokojnie skorzystać z naszego.  Przechodzimy koło bardzo ładnego ronda, które jest naprawdę olbrzymie. W środku znajduje się fontanna, która tryska wodą na rożnych poziomach. Wieczorem podświetlana na różne kolory. Przyjemny widok dla oka. 




Tuż obok ronda i naszego hotelu, w jednej z bocznych uliczek, mieści się bar z lokalnymi potrawami. Nie będę się rozpisywać w tym miejscu na temat jedzenia, ponieważ w odrębnym poście opiszę wszystkie potrawy godne spróbowania. Dla mniej wytrwałych, powiem jedynie, że jedliśmy plejskawicę, która jest lokalnym fast foodem. Ale uwierzcie mi, nie smakuje jak te nasze. 

Najedzeni, ruszamy zobaczyć co ciekawego ma nam do zaoferowania miasto. Zupełnie niedaleko znajduje się Cerkiew św. Sawy (ulica Krušedolska 2a). Większość Serbów jest wyznania prawosławnego. Kiedy wejdziecie do środka, niech Was nie zdziwi tłum ludzi przeciskający się w stronę obrazów, które później każdy całuje. Następnie wszyscy wyciągają chusteczkę, albo biorą tę, która znajduje się w rogu obrazu i wycierają miejsce które skaziły nieczyste usta. W cerkwi św. Sawy widziałam nawet pana z obsługi świątyni, który wycierał każdy obraz. 
Cerkiew już z zewnątrz robi duże wrażenie. Jak zwykle biała, olbrzymia, z kopułkami na dachu. Niestety po wejściu okazuje się, że trwa remont całej świątyni. Co powoduje, że dosłownie wszystko jest zasłonięte i nie można nawet zajrzeć przez kotarę z powodu rusztowań, belek i reszty ekwipunku majstrów. Błądzimy trochę przy wejściu, kiedy dostrzegamy, że ludzie kierują się na lewo. Podążamy za nimi. Po wyjściu z bardzo niepozornego korytarza co widzimy? Piękne marmurowe schody, a dalej coś co jest po prostu przewspaniałe. Olbrzymia złota sala, z wielkimi żyrandolami i kolorowymi malunkami na ścianach i suficie. W tej sali mógłby odbywać się niejeden bal. 
Świątynia jest całkiem nowa, bo jej budowa została skończona dopiero w 2001 roku. Jest to podobno jedna z największych świątyń prawosławnych na świecie. Na początku myślałam, że ten remont to po prostu renowacja. Tymczasem biorąc pod uwagę rok w którym została wybudowana, okazuje się, że jest to wieczna budowa. 
Wejście oczywiście darmowe. 















Tuż obok cerkwi, stoi mała cerkiewka schowana za drzewami. Nie wchodziliśmy do niej, ponieważ jej rozmiar nas nie zachęcił. W sumie teraz tego żałuję... Wiadomo jakie skarby kryła?


Po drugiej stronie ronda, tuż przy placu zabaw, stoi wielki napis "Belgrad". Oczywiście Ursyncio musiał zaliczyć przy nim fotkę. Ja natomiast zaszczycam go przelotnym spojrzeniem i idę dalej. Zaniedbane i pomalowane litery nie powodują w moim umyśle chęci pozostawienia go w postaci pamiątki na zdjęciu. Użyłam, niczym Albus Dumbledore, myśloodsiewni i już o nim nie pamiętam. 


Następnego dnia, postanawiamy odwiedzić lokalny bazar. bo jak inaczej poznać miejscowe smaki i zatopić się w klimat? To idealne miejsce. Nie kupujemy żadnej karty miejskiej, ponieważ po mieście poruszamy się piechotą. Wszystko jest praktycznie w zasięgu ręki, a właściwie naszych nóg. Belgrad ma tylko milion mieszkańców, więc jak na stolicę europejską, naprawdę to nie jest to dużo. 
Ale wracając do bazaru. Niedaleko naszego lokum mieści się Farmers’ Market Kalenićv (ulica Njegoševa). Targ nie jest zbyt duży, ale w sam raz na poranny spacer. Jesteśmy bez śniadania, więc liczymy na to, że nasze brzuchy zaopatrzą się w pożywny ekwipunek na większość dnia właśnie w tym miejscu. Można zakupić tu głównie warzywa, owoce, bakalie, ciuchy - choć nie ma tam nic ciekawego jak dla mnie, słodycze,  sery, przekąski ryby, zarówno te surowe jak i już przyrządzone oraz rośliny.
To co polecam  spróbować, to sery. Jest ich cała masa. Dużo większy wybór niż w sklepach. My zakupiliśmy po kawałku z kilku rodzajów i zabraliśmy do pokoju na kolację. Bardzo dobre są również ryby, a i wybór ogromny. Na miejscu kupuję jakąś nieznaną mi rybkę i w locie ją spożywam.




W niektórych budkach można kupić przekąski takie jak poniżej na zdjęciu. Bułeczki z farszem, z serem, z szynką. Na ostro i na słodko. 


Poniżej umieszczam zdjęcia ciasteczek, które zawierają kurkumę, chili, cynamon, wanilię i inne ciekawe przyprawy. Ciasteczka same w sobie nie są może zbyt dobre, lekko twardawe, ale ciekawe w smaku. Po jednym z każdego smaku można spróbować. My łasuchy wzięliśmy po dwa z każdego rodzaju, w efekcie dojadaliśmy je jeszcze ostatniego dnia. 


Na zdjęciu tego nie widać, ale te pomidory były naprawdę gigantyczne. 


Apetyczne i pięknie wyglądające papryczki suszone. Skusiłam się i przywiozłam do domu jedną taką wiązkę. 





Wychodząc z targu, od razu rzucają mi się w oczy flagi Serbii i Unii Europejskiej powiewające na wietrze. Pamiętajmy, że Serbia nie należy do UE. Jest pretendentem do sojuszu unijnego, ale warunek jaki Unia postawiła Serbii, aktualnie jest dosyć nieosiągalny. Pogodzić się z Kosowem. Uznać ich, tak jak większość świata, za pełnoprawne państwo. Serbowie nie chcą pogodzić się ze stratą tego rejonu, min dlatego, że są to tereny historyczne. Ale oczywiście jak to historia, zawsze jest skomplikowana, więc nie starajmy się oceniać. 


Po drodze mijamy piękne kamienice, nowoczesne budynki i ruiny.


Nowoczesność zlewająca się ze starością... W UE by to już nie przeszło. Zbyt blisko budynków mieszkalnych. 



Zatrzymujemy się na chwilę aby zwiedzić cerkiew św Marka (ulica Bulevar kralja Aleksandra 17). Zbudowana w latach 1931-1940. Cerkiew z zewnątrz jest bardzo majestatyczna. Czerwona cegła może się trochę kojarzyć z naszymi kościołami. Wnętrze jest całkiem ładne, choć widziałam dużo ładniejsze. Charakterystyczny ołtarz, z wielkimi obrazami, złote malunki, które po przybliżeniu okazują się małymi, kolorowymi kafelkami. 
Nie musicie się bać, że ktoś Was ścignie za robienie zdjęć. Tu chyba nie trzeba się ukrywać. Ja starałam się to robić dyskretnie, ale jeden z odwiedzających robił zdjęcia z dosyć głośnym dźwiękiem. Nikt na niego nie zwrócił uwagi. Jednak kiedy Ursyn wchodzi w krótkich spodenkach, naraża się na krytykę popa, który chodzi za nim i każe mu opuścić świątynię. Lekka kpinka mi przychodzi do głowy... Pierwszy raz to on został wygoniony, nie ja.








Na jednym targu już byliśmy, ale postanawiamy zobaczyć jeszcze jeden. Bajlonijeva Pijaca (ulica Dzordza Vasingtona 55) to kolejne miejsce, gdzie zakupicie warzywa, owoce, sery, bakalie i przekąski. W sam raz na prezent bądź kolację. 









Spójrzcie na wagę tej pani. Waga starego typu. Takich już się nie spotyka u nas. Podobnie jak starsze babuszki odziane w wiejskie sukna... 


Zaraz przy samym wyjściu z targu, znajduje się bardzo urokliwa ulica, przy której mieszczą się małe kawiarenki. Ustawione praktycznie na ulicy stoliki, sprawiają, że czujemy się jak we Włoszech. Atmosfera mnie porwała. Piękna pogoda, pomimo, ze to koniec września, a u nas w Polsce 11 stopni...Taki piękny obraz, to i musi być dobra kawa. Siadamy przy jednym ze stolików i kontemplujemy...
Kawa w Belgradzie jest zupełnie inna niż ta nasza. Tu się pija zwykle kawę po turecku, choć Serbowie wolą nazywać ją kawą po serbsku. Mniejsza o nazwę. Smakuje identycznie. Jest to po prostu czarna kawa, która jest na początku mielona, a później parzona w małym naczyniu. Ja natomiast pijam kawę z mlekiem. Kiedy taką zamówiłam, nie wyczułam ani krzty mleka. Myślałam, ze pani zapomniała mi po prostu go dolać. Tymczasem okazało się, że owszem, było, ale w bardzo niewielkich ilościach. Dlatego dostałam mały dzbanuszek białego nektaru gratis...




Po pysznej kawie, ruszamy dalej. Podziwiamy piękne kamienice, które pomimo, że są zaniedbane, i tak wyglądają imponująco. Stają się jeszcze bardziej urokliwe dzięki ukształtowaniu terenu kraju. 70 procent Serbii to góry i wyżyny. Tak więc niech Was nie zdziwią kręte uliczki pod górę czy też kaskadowo ułożone budynki. 





Niestety Belgrad to również brzydkie, zaniedbane ulice. Oczywiście są one w każdym państwie. Jednakże należy pamiętać, że kraj ten ma za sobą dosyć ciężką historię. W XX wieku była to część dawnej Jugosławii. Po rozpadzie, w Serbii trwała wojna o Kosowo, która w wyniku wielu zamieszek i bombardowań NATO, spustoszyła miasto. 





Ale Belgrad to też piękne tereny. Jednym z takich miejsc jest park okalający twierdzę Kalemegdan. Zachęcam do pochodzenia po rozległych terenach. Dzięki temu możecie natrafić na takie widoki jak poniżej. Wspaniała panorama na drugą część Belgradu znajdującą się po drugiej stronie rzeki. Jednym z ładniejszych widoków są dwie rzeki Sawa oraz Dunaj, które łączą się ze sobą tuż pod nosem miasta. 




W oddali widać Zachodnią Bramę Belgradu nazywaną również Genex Tower. Jest to zwykły blok mieszkalno-biurowy, zbudowany w 1980 roku. Brama składa się z dwóch 115 metrowych gmachów połączonych ze sobą. Na samej górze znajduje się obrotowa restauracja. Genex stoi tuż przy trasie z lotniska (dzielnica Nowy Belgrad). Kiedy jedziemy z portu lotniczego, mijamy go po prawej stronie. Budynek nie jest jakoś specjalnie urokliwy. Powiedziałabym, ze taki komunistyczny kloc, który miał za zadanie witać wjeżdżających do miasta. Jest to drugi co do wysokości budynek w Belgradzie. My nie zdecydowaliśmy się go poznać bliżej, ponieważ jego lokalizacja była nam nie po drodze. Jednakże jadąc autobusem na lotnisko, udało mi się zrobić jedno zdjęcie, choć niestety trochę mało estetyczne.



Ale wracając do parku... Nie wiem czy to ta pora roku na nas tak wpłynęła, ale park wydał się naprawdę magiczny. Piękna infrastruktura i mała architektura, altanki, alejki... Wielką przyjemnością było również obserwowanie mieszkańców. Pan na poniższym zdjęciu siedział przy planszy szachowej, oczekując na godnego przeciwnika. Oczywiście nie robił tego za darmo! Kiedy podeszła do niego grupka młodych chłopaków, zażądał zapłaty za podjęcie wyzwania. To się nazywa przedsiębiorczość.


A tuż za rogiem, parka przebierańców (?). Dwie panie, ubrane dosyć po chłopsku, śpiewały na całe gardło regionalne pieśni. A przygrywał im pan na akordeonie. Takie rzeczy tylko w Serbii. 






W oddali widać mury Kalemegdan. Twierdza zbudowana za czasów Celtów, później dostała się w ręce Rzymian. Niestety nie zostało z niej wiele. Choć kiedy pochodzimy pomiędzy murami, napotkamy kilka ukrytych, przepięknych cerkwi, które działają do dnia dzisiejszego. Tuż u bram twierdzy stoją wojskowe sprzęty takie jak czołgi, rakiety, wyrzutnie... Wejście na na obiekt darmowe. 
Na terenie kompleksu znajduje się jeszcze boisko oraz park rozrywki, ogród zoologiczny oraz park ruszających się dinozaurów. Wejście płatne. My nie decydujemy się na zwiedzanie kapitalistycznego przybytku. Ruszamy na twierdzę!






No i ponownie piękny widok. Sawa spotyka się z Dunajem...



Na terenie Kalemegdan ukryta jest również kawiarenka.


Jedna z cerkwi o których wspominałam wcześniej. Przepiękne wnętrze. W tej poniżej odbywała się jakaś uroczystość. Niestety nie wiem czy to był chrzest, czy może ślub. Przy ołtarzu stało dwóch mężczyzn, których błogosławił pop. Choć trochę ciężko mi uwierzyć w obrządek małżeński, gdyż Serbia to kraj głównie prawosławny. A wiemy wszyscy, że religia prawosławna, podobnie jak katolicyzm, jest dosyć radykalna w tych kwestiach.






I druga bardzo urokliwa cerkiewka, w której odbywały się akurat zaślubiny. Ta trochę przypomina angielski dwór... Może to przez tę winorośl okalającą mury?




Jedna z atrakcji Belgradu - diabelski młyn. Polecam się przejechać. Chyba jeszcze na takim szybkim nie byłam. A kosztował dosłownie parę groszy...



I kolejna dawka pięknej architektury Belgradu... Ulica Mihailova.








Postanowiliśmy odwiedzić zabytkową ulicę Skadarlija, która znajduje się na starym mieście. Mówią, że jest to ulica skupiająca najwięcej artystów w Belgradzie. Niejeden głosił, że jeżeli nie odwiedzisz tej ulicy, tak naprawdę nie poznasz Belgradu. Uliczka znajduje się nieopodal teatru, więc nikogo nie może dziwić fakt, że mieszkało przy niej wielu artystów. Przy tej ulicy znajdują się najsłynniejsze restauracje (nie tanie), hotele, kawiarenki. W wielu z nich, możemy posłuchać tradycyjnej muzyki na żywo. Kiedy przechodziliśmy koło jednej z restauracji, panowie z akordeonem i innymi sprzętami muzycznymi, przygrywali przy jednym ze stolików. Te restauracje gościły takie sławy jak: Alfred Hitchcock, Jimi Hendrix czy też George H.W. Bush. 
Historia tej ulicy zaczęła się w latach 30 XX wieku, kiedy to była częścią osady Cyganów. U zwieńczenia ulicy znajduje się przepiękna fontanna. Trzeba jej to oddać, jest naprawdę urokliwa, lekko tajemnicza. Kręty bruk prowadzi do wielu budynków, które całe są w przepięknych muralach pokazujących jak wyglądała kiedyś ulica. Niektóre z nich, trochę już podniszczone, lekko wyblakłe, ale jeszcze sprawiające miłe wrażenie dla oka. 











Na samym końcu ulicy, stała pani, która sprzedawała rakiję w różnych smakach. Jeżeli nie chciałeś kupować całej butelki, pani nalewała do posmakowania na miejscu... w kieliszek. Zachęceni niepozornym, lekko prowizorycznym stoiskiem, wypiliśmy 3 kieliszki na spółkę i do tego zakupiliśmy jedną małą buteleczkę rakii. Kiedy przyszło do płacenia, lekko zdegustowana podniosłam brwi. Za cały ten "poczęstunek" zapłaciliśmy chyba ze 150 złotych... Tymczasem na bazarze albo w sklepie można ją dostać za dosłownie parę złotych. 



Przeżyliśmy wcześniejszy szok finansowy i lecimy dalej. Stajemy na chwilę przy pomniku księcia Serbii Michała, od którego powstała nazwa sąsiedniej ulicy Knez Mihailova. Cały plac nazywany jest Placem Republiki. Tuż obok stoi bardzo sympatyczna fontanna, przy której również zaliczamy zdjęcie. Kiedy pójdziemy dalej, naszym oczom ukażą się piękne, zabytkowe budynki, które aktualnie są siedzibami najważniejszych instytucji kulturalnych i rządowych. Ta ulica, to centrum miasta. To tu znajduje się Teatr Narodowy i Muzeum Narodowe.  


Wcześniej wspomniane Muzeum Narodowe. 


Grzecznie pozując przy fontannie na Placu Republiki...



Poniżej kilka ujęć budynku Parlamentu, który podobnie jak inne, wygląda imponująco. Trochę mi przypomina jakiś amerykański budynek rządowy. Ale nie mogę sobie przypomnieć jaki...









Niestety miasto ma za sobą również trudną przeszłość, o czym trochę wcześniej już wspominałam. Wojna o Kosowo, którego Serbia nie chce uznać jako niepodległe państwo, doprowadziła do wielu zniszczeń. Poniżej ruiny budynków rządowych przy ulicy Nemanjina, które zostały zniszczone w wyniku bombardowań NATO w 1999 roku. NATO chciało zmusić Serbów do zaprzestania walk w Kosowie i uznania go jako niepodległe państwo, tak jak większość krajów na świecie. Celami miały być budynki rządowe. Niestety, w wyniku pomyłki (podobno), zbombardowana została również  Ambasada Chin oraz budynek siedziby radia i telewizji RTS. Podobno ówczesny prezydent Miłoszevicz wiedział, że ma zostać przeprowadzony nalot na budynek RTS. W jakimś artykule w internecie przeczytałam, że wysoko postawione osoby w rządzie, które miały tam swoje dzieci, czy też najbliższych członków rodziny, przychodzili po nich pod pozorem jakiejś ważnej sprawy. Oczywiście cel miał być jeden. Jak najszybciej opuścić budynek. Zginęło wtedy 16 osób.  
Bombardowania trwały aż 78 dni. Korzystano bomb kasetowych oraz z bomb z rdzeniem ze zubożonego uranu, gdzie promieniowanie jest o połowę mniejsze niż uranu naturalnego. Celowano nimi w budynki rządowe, wojskowe i infrastrukturę, czyli drogi i mosty. Aby nie stracić własnych sił, bomby były zrzucane nieprecyzyjnie z 5 tysięcy metrów, przez co trafiały w przypadkowe cele takie jak pociąg osobowy, szpitale czy też budynki i miejsca publiczne.
Do dnia dzisiejszego Serbowie mają za złe NATO za to, że potraktowali ich tak jak Miloszevic, którego rządom chcieli się przeciwstawić. Trudna historia, trudne czasy, trudna sytuacja.  Kto był tym złym w tym konflikcie? Nie nam to oceniać... Jednakże trzeba się cieszyć, że żyjemy w takim kraju jak Polska, w którym panuje względny spokój. 




Zbombardowany budynek MON. 




Ale Belgrad to nie tylko zbombardowane budynki. To również luksusowe osiedla, które powstają jak grzyby po deszczu. Poniżej zdjęcia nowego osiedla, które usytuowane jest tuż nad rzeką. Piękne i drogie apartamentowce z zapierającym dech widokiem z tarasu.



Idąc bulwarem od strony nowych apartamentowców, tuż pod mostem, trafiamy na dwa piękne murale. 



Poniżej doki, czyli stare magazyny przerobione na restauracje i kluby. 


Wracając po całym dniu chodzenia, natrafiamy na Katedrę Michała Archanioła (ulica Kneza Sime Markovića). Jest to główna świątynia Serbskiej Cerkwi Prawosławnej. Cerkiew została  zbudowana w pierwszej połowie XIX wieku. Lekko mroczna (jak to cerkwie), dosyć bogato zdobiona. Niestety zdjęcia jak zwykle robiłam z ukrycia, wiec wybaczcie, że są mało wyraźne.





Pomijam celowo jeden dzień, gdyż postanowiliśmy udać się do innych miast Serbii. Tak więc sprawnie przechodzę do ostatniego dnia. Ruszamy do Muzeum Nikoli Tesli (Krunska 51). Pierwszy tour w języku angielskim zaczyna się o godzinie 11. Kolejny o 12, 13, 14. Po południu już tylko w języku serbskim. Bilet kosztuje 500 dinarów, czyli około 18 zł. 
Może zacznijmy od samego Tesli. Nie będę wchodzić w szczegóły, bo się na tym nie znam. Ale chyba każdy powinien kojarzyć imię i nazwisko tegoż jegomościa. Pierwsze co robimy, to kierujemy się do małej sali kinowej, gdzie puszczony zostaje film o Nikoli. Podczas oglądania, dowiadujemy się, że urodzony w 1856 roku Tesla, mieszkał w małym miasteczku, które aktualnie leży na terenie Chorwacji. Jego ojciec był radykalnym kapłanem w miejscowym kościele. Matka, po której podobno odziedziczył inteligencję, zajmowała się domem. Pod wpływem nacisków nauczyciela, ojciec Nikoli, wysłał go na studia inżynierskie do Austrii. Ominę parę faktów z życia naukowca, gdyż zwyczajnie bym Was zanudziła. Po jakimś czasie Tesla przenosi się do Paryża aby tam podjąć pracę w jednej z fabryk Edisona - tak, tego Edisona, który opatentował żarówkę elektryczną. Jednakże kiedy nie dostał należytej zapłaty za naprawę instalacji kolejowej w Strasburgu, rzucił pracę, by następnie udać się do Stanów Zjednoczonych, aby spotkać się z właścicielem przedsiębiorstwa. 
Tam dostał pracę w tej samej firmie. Szybko awansował na wyższe stanowisko, jednakże nie było one szczytem marzeń inżyniera. Edison obiecał, że jeżeli Tesla poprawi wydajność generowania prądu w jego elektrowniach o 50%, wynagrodzi go sowitą zapłatą. Po roku prac nad tym projektem, Tesla zaproponował Edisonowi przejście na prąd przemienny. Edison się uparł i nie zaakceptował jego pomysłu. Czemu? Do dziś nie wiadomo. W każdym razie od tego momentu zaczął się konflikt pomiędzy Edisonem a Teslą, który trwał do końca jego życia. Żaden z nich nie chciał odpuścić. Nawet wtedy kiedy byli pretendentami do nagrody Nobla. Zresztą podobno to właśnie ten konflikt pozbawił ich jej. 
W efekcie Tesla odszedł z Edison Company i założył swoją firmę. Nie będę się dalej wdawać w szczegóły, ponieważ tak jak wcześniej wspominałam, po prostu się na tym nie znam. Dodam jedynie, że Tesli zawdzięczamy wiele wynalazków. Jest on autorem około 300 patentów. Wiele lat poświęcił na rozprawy w sądzie, w których drugą stroną był Marconi - wynalazca radia, za którą de facto Marconi dostał Nobla. Choć już po śmierci Nikoli, odwołanie, które złożył, zostało zaakceptowane. Tak więc ostatecznie naukowiec dostał to o co walczył przez większość swojego życia. Choć wiele źródeł mówi, że rozprawy sądowe pochłonęły jego cały majątek. Najbardziej chyba znane patenty Tesli, to te dotyczące prądu przemiennego, wcześniej wspomnianego radia, transformatory, silnik indukcyjny, technologia zdalnego sterowania, silnik elektryczny, lasery, które stosowane są aktualnie również w medycynie, bezprzewodowa komunikacja i wiele wiele innych patentów o których my, zwykli mugole nawet nie mamy pojęcia. 
Ale wracając do samego muzeum. Po filmie w którym się dowiemy tego wszystkiego co napisałam powyżej, przechodzimy do części ekspozycyjno-eksperymentalnej. Nie jest ono zbyt duże, ale można doświadczyć kilku fajnych rzeczy. Przewodnik pokaże nam eksperymenty związane w prądem, np po przyłożeniu ręki do długiego pręta, kopnie nas lekko prąd...  Dodam, że ja, jako naczelny przywódca społeczności tchórzy, nie zdecydowałam się na to doznanie. Zresztą chętny w naszym teamie już się znalazł... Zobaczymy transformator, który wytwarza prąd, dzięki któremu następnie zaświecą się świetlówki, które otrzymamy na początku eksperymentu. Później możemy pochodzić po małym muzeum, w którym zebrane są osobiste rzeczy Tesli oraz wynalazki i patenty nad którymi pracował. Całe zwiedzanie wraz z eksperymentami i filmem, zajmie nam maksymalnie 1,5h. 
Na koniec dodam, że w muzeum mieszczą się prochy naukowca. Nie wiem niestety dokładnie gdzie, bo ich tam nie zauważyłam. Chyba nie są wystawione na widok publiczny. Podobno utworzenie tegoż muzeum było wolą samego naukowca. Całe wyposażenie, to starania siostrzeńca Nikoli, który wszystko przekazał narodowi serbskiemu. Choć podobno naukowiec tylko raz za swojego życia był w Belgradzie.





Zaraz niedaleko znajduje się piękny, zabytkowy budynek, w którym mieszczą się instytucje związane z transportem kolejowym oraz muzeum kolejnictwa (ulica  Nemanjina 6). Wstęp jest darmowy. Czynne w godzinach 9-15. Obiekt niezbyt duży, ale całkiem przyjemny. No nie wiem czy jest sens abym się tu rozpisywała. Przeszliśmy bez większych emocji. Lekko starodawne, ale nie spodziewałam się tam nowoczesnego  shinkansena. 





I chyba najstraszniejszy obiekt w jakim kiedykolwiek byłam. Muzeum Miasta Belgrad (Resavska 40b). Myśleliśmy, że będzie to obiekt poświęcony miastu, jego historii, zabytkom, kulturze. Tymczasem cała wystawa poświęcona była wojnie o Kosowo, a właściwie jego ofiarom. Serbia, trochę jak każdy kraj, przedstawia konflikt z własnej, subiektywnej strony. Choć tak naprawdę ciężko tu o obiektywizm. Ale może od początku. Przy samych drzwiach przywitają nas żołnierze z bronią oraz bramka podobna jak na lotnisku, tylko, ze nie trzeba wykładać wszystkich swoich rzeczy. Nie trzeba się również obawiać panów w mundurach. Są bardzo sympatyczni i pomocni. Wstęp jest darmowy. 
Budynek zbudowany w 1899 roku, na początku  mieścił koszary wojskowe. Podobno była to najładniejsza kamienica w mieście, Po wejściu ukazuje się, że w środku jest po prostu zniszczony. Gdzieś tam doczytałam, że był to jeden ze zbombardowanych budynków przez wojska NATO. Został lekko odrestaurowany, choć cała przestrzeń ma kojarzyć się z konfliktem zbrojnym (stąd gołe mury, gruzy, brak niektórych ścian), ponieważ cała wystawa jest własnie tej tematyce poświęcona. Tuż przy wejściu stoją wielkie makiety opisem historycznym wojny (po angielsku). Kiedy kierujemy się dalej, widzimy olbrzymie trójwymiarowe głowy znanych osobistości z życia politycznego, które przemawiają na temat konfliktu zbrojnego w Kosowie. 
W jednej z wnęk, widzimy masakryczne zdjęcia zwłok (zarówno na makietach jak i multimedialne). Fotografie są naprawdę bardzo drastyczne. Długo się zastanawiałam nad tym czy je wrzucić. Niestety ta makabra, którą zobaczycie poniżej ukazuje poważność tego konfliktu. Sama, przyznaję się, przewijam szybko myszkę, aby przejść do opisywania kolejnego zdjęcia.





W jednej z sal, puszczany był film multimedialny ze zdjęciami, z bombardowania jakie NATO przeprowadziło na terenie Serbii. Przypadkowa bomba, trafiła w równie przypadkowy pociąg osobowy...



Poniżej drzewo na którym wiszą multimedialne zdjęcia ofiar, którymi były dzieci. W sali słyszymy cichy głos wyczytujący ich imiona i nazwiska. W sąsiednim pokoju, znajdował się olbrzymi ekran multimedialny na którym pojawiały się zdjęcia z imionami i nazwiskami młodych, dwudziestoparoletnich chłopaków, którzy zginęli podczas wojny. Na przeciwko monitora, na krzesełku siedział, tak na oko, pięćdziesięcioletni pan w niebieskim mundurze, który sprawiał wrażenie jakby wyczekiwał na to jedno zdjęcie. Po chwili wstał i wyszedł z budynku. Po drodze mijaliśmy starszą babcię, która idąc, cały czas płakała... Może sobie dopowiadam, ale wyglądała jakby przyszła w odwiedziny do syna, wnuczka... W jednej z komnat, puszczany jest film z pamiętnych bombardowań. Na ekranie wyświetlają się walące się budynki rządowe, płonąca ambasada Chin, zbombardowany pociąg osobowy i wiele wiele innych obiektów. 


Cały obiekt jest strasznie przytłaczający. Po takim doświadczeniu człowiek wychodzi z jedynym przeświadczeniem: nigdy więcej wojny. 

Niestety historia ta jest o wiele bardziej skomplikowana. Miałam wrażenie, że Serbowie próbują przekazać, że wszystko to jest winą NATO. My znowu, przez wiele lat, wpajany mieliśmy przekaz, ze to Serbowie są wszystkiemu winni. Tym wszystkim mordom i czystkom przeprowadzanych na Albańczykach mieszkających w Kosowie. Wielu z naszych znajomych wyjeżdżało do Kosowa na tzw "misje". Albańczycy mieszkający w Kosowie, również dopuszczali się zbrodni na mieszkających tam Serbach. Tak więc konflikt napędzany był przez wszystkie strony. 
W dniu pisania tego posta, Kosowo, uznawane jest przez większość krajów na świecie, w tym również Unię Europejską, choć nie wszystkich jej członków. Część świata, łącznie z Serbią, dalej uważają Kosowo za terytorium wchodzące w skład Republiki Serbii. Tak więc konflikt podobny jak w przypadku Mołdawii i Naddniestrza. Dziś, Kosowo ma swój własny kierunkowy, posiada swój rząd, premiera oraz stolicę. 


BELGRAD NASZYMI OCZAMI


Nie zakochasz się w Belgradzie przez jeden dzień. Białe Miasto wymaga czasu. Czemu? Bo pierwsze wrażenie jakie wywołuje to smutek. Miasto jest trudne w odbiorze. Nie widzimy równych chłodników z eleganckiej kostki jak w Polsce, nie rzucą się nam w oczy zadbane, kolorowe budynki jak w Wiedniu. Trochę ciśnie mi się na usta porównanie ze stolicą Mołdawii - Kiszyniowem. Choć Kiszyniów jest bardziej dziki, komunistyczny i zdecydowanie mocniej trąci Wschodem (czytaj: jedną z wielu biednych prowincji rosyjskich). Tu nie spotkamy na ulicy babuszek handlujących tym co mają w ogródku przy domu. Nie zobaczymy bazaru na jednej z głównych ulic. Wszystko jest tak jakby uporządkowane, ma swoje miejsce, jest czysto, no właśnie ale... Złażąca zewsząd farba, odpadający tynk, stare obdrapane okna. W centrum miasta stoi ruina, a tuż obok niej wyrasta pięciogwiazdkowy hotel albo nowoczesny, szklany wieżowiec.
Ale czy miasto jest brzydkie? Zdecydowanie nie. Kiedy zagłębimy się mniejsze uliczki, dostrzeżemy przepiękne, unikatowe budynki, które gdyby tylko trochę dostały farby, mogłyby powalić na kolana niejedną europejską stolicę. Nowe autobusy (i do tego polskie!), coraz więcej nowoczesnych osiedli mieszkalnych, zadbane mosty... Określiłabym go trochę jak przyczajonego tygrysa. Niestety ten tygrys musi dostać spory zastrzyk gotówki gdyż w innym przypadku, do końca swojego życia zostanie w tej samej pozycji. 

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU