Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

niedziela, 5 maja 2019

ŁOTWA - RYGA


Czemu Ryga? Trafiły się akurat tanie bilety, bo kosztowały tylko 300 zł od osoby w dwie strony. A że w każdym miejscu jest coś ciekawego do zwiedzania, to czemu nie. Postanowiliśmy wziąć wolne w piątek w pracy, wiec mamy na zwiedzanie trzy dni. Zanim przejdę do opisywania miejsc, które zobaczyliśmy, chciałabym napisać parę ciekawostek na temat  Łotwy, o których wie bardzo mało z nas. Czemu? Bo nasze oczy skierowane są bardziej na Zachód aniżeli na Wschód. 

Łotwa ma zaledwie niecałe 2 miliony mieszkańców. Tak, tak. Nie pomyliłam się. Mówię cały czas o państwie, nie stolicy. Dla porównania nasza stolica Warszawa ma prawie 1,8 miliona. Natomiast w Rydze mieszka około 650 tysięcy osób - czyli tak nasz Wrocław. 
Kraj ten swoją niepodległość odzyskał zaledwie w 1991 roku. W 2004 roku przystąpili do Unii Europejskiej. A już w 2014 roku przyjęto euro. Średnia pensja na Łotwie wynosi 3127 zł (733 euro). Dla porównania w Polsce wynosi 5275 zł brutto (dane na 2019 r. - zdaję sobie sprawę z tego, że znacznie zawyżaj ją stolica). Jednakże ceny w sklepach są nieco wyższe niż w Polsce. 

Przejdźmy do noclegu. Kto czyta mojego bloga, wie, że nie wybieramy miejsc cztero/pięciogwiazdkowych. Staramy się szukać czegoś najtańszego, ale unikamy raczej nocowania w jednym pokoju z kimś kogo nie znamy. Tym razem zdecydowaliśmy się na wynajęcie pokoju w Antik Hotel (ulica Merķeļa iela 8),  Może hotel to za dużo powiedziane. Mały budyneczek w podwórku (w którym niestety lekko śmierdziało), przylegający do innego budynku. Starsza pani, która się opiekuje trzema pokojami (bo tyle zauważyłam) okazała się bardzo sympatyczną i dystyngowaną osobą. Tacy ludzie to rzadkość. Pokój trochę rzeczywiście jak nazwa - antyczny - ale nie o to chodziło. Ważne, że czysto, nie jakaś speluna, tanio (247 zł za dwie osoby, dwie noce) i przede wszystkim bardzo dobra lokalizacja. Miejsce znajdowało się tuż obok hal targowych, dworca kolejowego oraz autobusowego.

Poniżej wrzucam zdjęcia pokoju. Sami oceńcie czy warto za te pieniądze korzystać z tegoż przybytku. Jeżeli chodzi o mnie to, pomimo wystroju, polecam. Czemu? Abo lokalizacja idealna. Obok hale, dworzec i ... McDonald 😄do którego chodziłam non stop na kawę. My tak naprawdę chcieliśmy mieć lokum jedynie do spania i wykąpania się. I tak cały dzień spędzaliśmy na zwiedzaniu.






Po porcji ciekawostek, zapraszam do zwiedzenia pierwszego miejsca, które odwiedziliśmy.  Central Market (Centraltirgus) znajdujący się przy ulicy Negu iela 7, to olbrzymie hale targowe. Kiedyś produkowano tam  niemieckie sterowce. Dziś jest to miejsce w którym możecie zakupić bardzo dużo ciekawych i pysznych rzeczy. Każda hala to inny sektor. Jest tam sektor mięsny, sektor rybny, serów, słodyczy, przekąsek, restauracji... Jest tego cała masa. Na szczególną uwagę zasługuje hala z rybami. Dla mnie, osoby, która uwielbia ryby, był to prawdziwy raj. Nie widziałam jeszcze tylu rodzajów. Można oczywiście kupić surowe, ale również takie, które są gotowe do spożycia. Postanowiliśmy, że nie będziemy stołować się na mieście, tylko kupimy sobie na kolację i śniadanie po porcji. Szczególnie polecam wędzonego tuńczyka i łososia. Niestety minusem jest cena, gdyż za kilo można zapłacić nawet 130 zł. Jednakże myślę, że warto kupić sobie kawałek takiej rybki, która smakuje zupełnie inaczej niż ta kupiona w sklepie. 
W tygodniu miejsce to, może nie tętni jakoś strasznie życiem. Owszem jest sporo ludzi, ale to co zobaczyliśmy w weekend, to był tłum. Hale restauracyjne, zamieniają się w prawdziwy Street food. Nagle wyrastają stoliki, ławki gdzie można przysiąść, wypić piwo i zjeść coś dobrego. 
Na zewnątrz przed halami, każdego dnia, znajduje się bazar z ciuchami, butami, warzywami, owocami i różnymi innymi rzeczami. Jeżeli chodzi o odzież, to nie spodziewajcie się fajerwerków. Wzory trochę jak u nas za komuny. 











Spróbowaliśmy tych łakoci, ale muszę powiedzieć, że były takie sobie. Można było wybrać te wytrawne np ze szpinakiem, albo na słodko np kokosowe. 


Przepyszne rybki o których wspominałam wcześniej. Ceny na zdjęciu.



Nie ma to jak fotka przy mięsie...Zrobiona na specjalne życzenie.


Jednym z miejsc sakralnych, które odwiedziliśmy był kościół św. Piotra. Wstęp niestety płatny. 3 euro kosztuje zwiedzanie kościoła, 9 euro wejście na wieżę. Wieża droga, dlatego z niej rezygnujemy. Postanawiamy zwiedzić tylko kościół. No i cóż... Lekkie rozczarowanie. Czemu? Bo widzieliśmy ładniejsze obiekty, które były darmowe. Nie ma ławek. Za to są ustawione krzesełka. Co dziwne, w nawach bocznych znajdowała się galeria obrazów! Dziwne to trochę. Pierwszy raz widziałam coś takiego w kościele. Podobno w kościele odbywają się koncerty ze względu na dobrą akustykę wnętrza. Godziny otwarcia 10-17, ale za to bez poniedziałków. Wtedy jest zamknięte. 








Drugą budowlą sakralną do której chcieliśmy zajrzeć była Katedra (ulica Herdera laukums 6). Tym razem protestancka świątynia. Z zewnątrz zbudowana z czerwonej cegły. Wysoka, majestatyczna. Kiedy weszliśmy, okazało się, że... we wnętrzu znajduje się kasa! No nie. Słabe to jest trochę. Tym bardziej, że cena biletu wynosiła 5 euro. Ponownie rezygnujemy. Przecież jest tyle ciekawych miejsc za darmo, albo takich gdzie można zapłacić mniej. Słyszałam, że katedra nie jest specjalnie ciekawa, ale nie namawiam aby się mnie słuchać. Pozostawiam do indywidualnej oceny. Jeżeli ktoś chce odwiedzić, to obiekt otwarty w godzinach 10-17, poza sobotą. Wtedy czynne od 14 do 16.30. W niedziele, poniedziałki, środy, od 12 do 12.20 odbywa się koncert Piccolo. 




Bardzo mnie zdziwiło, że przed katedrą na placu, znajdowały się figurki z mosiądzu różnych zwierząt. Szukałam jakiejś wzmianki w internecie czemu one tam są, ale niestety nic nie znalazłam. 
Były tak urokliwe, że nie mogliśmy sobie nie zrobić przy nich fotek.





Po drodze mijamy Dom Bractwa Czarnogłowych. Bractwo to, skupiało podobno bogatych i nieżonatych kupców pochodzenia niemieckiego, którzy mieli znaczący wpływ na miasto. Przepiękna budowla znajdująca się obok Ratusza. Na samej górze znajdują się cztery figurki min rzymskich bogów: Neptuna, Merkurego, oraz alegorię Pokoju i Zgody. Jeżeli się przyjrzymy dobrze, zauważymy również figurki Króla Artura oraz Św. Jerzego. Wyczytałam, że budynek ten nazywany był dawniej Dworem Artusa. 
Budynek jest naprawdę piękny. Robi ogromne wrażenie. 
Nie zwiedzaliśmy go wewnątrz, więc nie opowiem jak było w środku. Wstęp kosztuje 3 euro. Otwarte w godzinach 11-18, poza poniedziałkiem. Wtedy jest zamknięte. 



Przechadzając się po starówce, takie oto urokliwe uliczki nas spotkały. Wzorowane na stary styl. W środku karczmy, które niestety trochę sobie liczyły za posiłek (12, 16 euro i więcej...). 







I tu kolejna karczma w bardzo starej kamienicy. Przepiękne malunki, przepiękny budynek. Nie mogłam się oprzeć. Musiałam mieć fotkę. 



Na początku robiłam zdjęcie praktycznie każdej napotkanej kamieniczce, gdyż były tak piękne, że nie mogłam oderwać od nich wzroku. Ale jest ich tak wiele, że nie sposób było robić zdjęcie wszystkim napotkanym. Do tego te wąskie uliczki, które stwarzają bardzo intymną atmosferę. Starówka jest spora. Można łazić cały dzień. 








Przechadzając się po starówce, przez przypadek trafiliśmy do pięknego katolickiego kościółka Matki Boskiej Bolesnej (ulica Pils iela 5). Z zewnątrz wygląda jak mały zameczek. To chyba ten jasny kolor potęguje takie wrażenie. Wstęp darmowy. 
Wewnątrz równie ładny jak na zewnątrz. Utrzymany w tonacji elewacji budynku. Bardzo ładny ołtarz. 






I zaraz niedaleko znajdują Trzej Bracia (ulica Mazã Pils). Jest to kompleks trzech połączonych ze sobą kamienic. A skąd taka nazwa? Podobno miała to być analogia do Trzech Sióstr znajdujących się w Tallinie. Nie można zwiedzać w środku. Podziwiamy jedynie na zewnątrz. 


Nieopodal znajduje się Katedra św. Jakuba (ulica Jēkaba iela 9). Katolicka budowla, charakterystyczne wnętrze. Nawa główna plus nawy boczne. Gotyckie wnętrze, ale nie jakoś mocno przytłaczające. Może to przez te białe ściany. W mojej ocenie fajerwerków nie ma. Ot taka sobie budowla. Wstęp darmowy.







Po takim długim chodzeniu zasłużyliśmy na odpoczynek. Postanawiamy wypić herbę i zjeść łakocia w bardzo klimatycznej kawiarence Vilhelms Ķuze (ulica Jēkaba iela 20/22). Przypadkiem napotkana kawiarenka okazała się bardzo smacznym i sympatycznym miejscem. Na oknie leżała księga do której można było wpisać swoje pozdrowienia. A jakże wpisałam!


Śmieszny zaparzacz, któremu musiałam zrobić zdjęcie. 




A oto mój wpis :) Jeżeli ktoś będzie w tej kawiarence - dajcie info w komentarzu 😃


Nie lubię takich miejsc, ponieważ nie znoszę niczego co kojarzy się z wojną. Jednakże muzeum było darmowe. o Czym mówię? O Latvian War Museum (ulica Smilshu iela 20). Poza tym przekonał mnie Ursyncio. Co mogę powiedzieć na temat tego miejsca. Budynek ma kilka pięter i całkiem niezłe wyposażenie. Widzimy jak wyglądało wyposażenie wojska za czasów I wojny oraz aktualnie.  Mundury, broń, wyposażenie. Wszystko to możemy obejrzeć w tym budynku. Cofamy się też trochę do średniowiecza. Godziny otwarcia 10-17. O dziwo czynne również w poniedziałek. 





Po wyjściu z muzeum udajemy się do Domu Kotów (ulica Meistaru iela 10/12). Ja jako miłośnik i posiadacz jednego z tych czworonogów, nie mogłam nie odwiedzić tego miejsca. Co to w ogóle jest i czemu tak się nazywa? 
Otóż jest to zwykła kamienica. Ale jest jedna rzecz niezwykła. Mianowicie figurki kotów znajdujące się na wieżyczkach budynku dachu. Kicie mają wypięte grzbiety i uniesione ogony. Czemu? Legenda mówi, że wygięte grzbiety zwrócone były pierwotnie w stronę budynku bogatych niemieckich przemysłowców. Była to pewnego rodzaju zemsta, ponieważ do ich znamienitego kółka nie został przyjęty właściciel tego budynku. 
Budynek do zwiedzania tylko z zewnątrz. 


Chciałam Wam pokazać fajne centrum handlowe. A czemu jest takie fajne? Zobaczcie na zdjęcie poniżej. Pasaż niczym z Mediolanu. No prawie... Ktoś po prostu połączył sobie ulicę w jeden budynek i stworzył z niego zwykłe centrum handlowe, gdzie znajdują się różne sklepiki, również sieciówki. 


Drugiego dnia postanawiamy udać się nad Bałtyk. Tak wiec wsiadamy w pociąg na dworcu kolejowym, który oddalony jest od naszego lokum o zaledwie kilka minut. Pociągi odchodzą co 30-60 minut. W zależności od godziny. Bilet kosztował 1,40 euro Do nadmorskiej miejscowości o nazwie Jurmala, jechaliśmy około 30 minut. 
Chciałam Wam jeszcze pokazać jakim super pociągiem jechaliśmy 😁 Jeszcze niedawno takie pociągi jeździły u nas. Stare, zrupieciałe tzw "żółtki", które miały grzejnik pod siedzeniem. Parzył niemiłosiernie 😂

Dworzec kolejowy i autobusowy w Rydze.







Pociągi stare, ale dworzec kolejowy naprawdę bardzo ładny. Zbudowany w 1977 roku.



Jurmala, to nadmorskie miasto, położone kilkanaście kilometrów od Rygi. Podobno jest to drugie miasto na Łotwie co do wielkości. Ale państewko malutkie, więc wcale mnie to nie dziwi. W lecie jest tu cała masa turystów. Szczególnie tych z Rosji - choć ich jest naprawdę wszędzie cała masa. Szczególnie pełno było ich w Wietnamie. W zimę miasto powraca do swojego spokojnego trybu. Trochę niczym Sopot w Polsce. 



Miasto jest bardzo piękne. Przepiękne domki w starym stylu, dodają tej miejscowości charakteru. Takich domków jak poniżej, jest cała masa. Oczywiście są to bardzo często domki mieszkalne albo po prstu małe hoteliki pod wynajęcie. 








Zaraz za tym wzgórzem znajduje się Bałtyk. 


Żółw stoi tu od 1995 roku. Ot po prostu tak sobie stoi. Olbrzymi - widać proporcje na poniższej fotce, mosiężny. Nie wnosi nic co naszego życia, ale fotka musi być.



Nie jesteśmy zwolennikami Bałtyku - wolimy ciepłe kraje i przede wszystkim inne klimaty. Ale przyznacie, ze nasze morze całkiem ładnie wyszło. Szukaliśmy bursztynów i oczywiście żadnego nie znaleźliśmy. 



Po spacerze nad Bałtykiem postanowiliśmy udać się do letniego domku znanej w całej Łotwie poetki Aspazji (ulica Plieksana iela 5/7). Domek jest prześliczny. Przypomina mi trochę ten z "Ani z Zielonego Wzgórza". Poetka mieszkała w tej samej miejscowości, jednakże jej główny dom znajdował się zaraz obok dworca kolejowego. A co ciekawego zobaczymy? Obejrzymy cały dom. Widzimy jak poetka mieszkała. Podziwiamy starodawne meble. Niestety nie możemy wchodzić do pokoi. Oglądamy je zza linki. Wejściówka o ile dobrze pamiętam - 3 euro. 








A teraz najbardziej beznadziejne miejsce, które widziałam podczas całego wypadu. Jurmala City Museum (ulica Tirgoņu iela 29). Muzeum znajdujące się bardzo blisko dworca, jest zarazem informacją turystyczną skąd można pobrać mapki i wskazówki co zwiedzać. Jak widać na poniższych zdjęciach, jest to marnotrawstwo przestrzeni. Ładny budynek, duża powierzchnia a nic tam nie ma. Dobrze, ze chociaż było darmowe. 




W tle piękny budynek hotelu Majori.


Wspominałam o domu poetki. Poniżej zdjęcia z zewnątrz i z wewnątrz muzeum. Równie piękny budynek jak domek letniskowy. Dwukondygnacyjny, z białą i błękitno-zieloną elewacją. Kiedy wchodzimy do budynku słyszymy miauczenie kotów. Szukałam ich i szukałam, aż w końcu Ursyncio pokazał mi jednego pod ławką. Tymczasem okazało się, że był to hologram! W dwóch pokojach możemy spotkać również samą poetkę (też hologram) z kolejnym kotem. Bardzo przyjemne miejsce. 
Wstęp darmowy. 





Hologram poetki. A pod spodem kicio 😁




Po powrocie z nadmorskiej Jurmali, postanowiliśmy wysiąść przystanek wcześniej (bilet już trochę tańszy, bo 1 euro) i udać się do Biblioteki Narodowej (ulica Mūkusalas 3). Jednakże nie jest to ot jakaś tam biblioteka. Jest to olbrzymi gmach nad rzeką Dźwiną. Budynek posiada chyba z 10 pięter. Jest naprawdę przeogromny i bardzo nowoczesny. Wygląda jak jakiś budynek rządowy. W budynku znajduje się min restauracja i sala koncertowa. Masa schodów i masa książek za szkłem! Na każdym piętrze znajdują się czytelnie z książkami z dedykowanych działów. Można wejść, pooglądać. Chwile przysiąść na fotelach przy oknie, podziwiać widok. 
Biblioteka przeniosła się do tego budynku w 2014 roku.
Wspominałam wcześniej, że w gmachu jest restauracja. Warto z niej skorzystać, gdyż ceny jak dla studentów - czyli bardzo przystępne. Można zjeść coś pożywnego, ale i słodkiego. Napić się herby i kawy.
Wstęp darmowy. Trzeba tylko zostawić wszystkie rzeczy w szatni. Dostaje się identyfikator gościa i do przodu!










Widok z jednej sal biblioteki.




A tuż obok biblioteki znajduje się Muzeum Kolejnictwa (ulica Uzvaras bulvāris 2a). Kolejki częściowo stoją na powietrzu, częściowo w budynku. To co na powietrzu można zwiedzić za darmo. Wejście do budynku 2,5 euro. Niektóre kolejki bardzo śmieszne. Wyglądały jak samochodziki małe. 








A taki oto osobliwy pomnik znajduje się przed biblioteką. Najpierw siedzimy koło małego ludka...


A później mały ludek zmienia się w dużego.


I ostatni, tj trzeci dzień naszej wędrówki po Rydze postanawiamy udać się do Łotewskiego Muzeum Etnograficznego, które znajduje się kilka kilometrów za Rygą. Od naszego hotelu jest to jakieś 11 kilometrów. Do muzeum dojeżdżamy busikiem miejskim 206 albo 1. Jeżeli wpiszemy w Google trasę, to wujek Google nam wszystko objaśni. Całe szczęście skończyły się czasy, kiedy trzeba było planować wycieczkę z mapą. 

Muzeum jest na otwartym terenie. Jego powierzchnia to aż 87 hektarów! My spędziliśmy tam ponad 3 godziny, jednakże nie zwiedziliśmy całego obiektu, gdyż mieliśmy zaplanowane jeszcze inne miejsce w Rydze, a lot powoli się zbliżał. Tak naprawdę można spokojnie przyjechać tu na cały dzień. Wziąć koc, książkę, jedzenie, termos z kawą i zrobić sobie piknik.

Po wejściu na teren muzeum, to co ukazuje się naszym oczom to mnóstwo starych, ludowych chatynek, zbudowanych z drewna. Najstarsze budynki pochodzą z XVI wieku. Podziwiamy nie tylko architekturę, ale również wnętrze niektórych chatynek. Niestety w związku z tym, ze był to kwiecień, część z nich była zamknięta. Widzimy stare przyrządy rolnicze, przedmioty codziennego użytku. Budynki nie stały tu od początku. Zostały przeniesione z różnych miejsc z całego państwa łotewskiego.

Muzeum jest o tyle fajne, że organizowane są tam przez cały rok różne imprezy i wystawy. Specjalnie wzięłam kalendarium aby kilka z nich opisać. Ostatnio była na Wielkanoc. Można przyjechać tu na weekend majowy, w czerwcu, w lipcu, wrześnio. Tak naprawdę w każdym miesiącu coś jest.

Ale to co nas najbardziej zaskoczyło, to stary ewangelicki, osiemnastowieczny kościółek, w którym odprawiana była msza. Z ciekawości weszliśmy na chwilę do środka. Naszym oczom ukazało się piękne wnętrze z malunkami na suficie. 
Wstęp kosztował nas trochę mniej niż w sezonie. Koszt biletu 2 euro - sezon zimowy (1 października - 30 kwietnia). W Sezonie letnim (1 maja - 30 września), koszt biletu to 4 euro. Przyznacie, że są to śmieszne pieniądze?

Poniżej mapa całego obiektu. Przyznacie, ze jest imponująca?







A to już wystawa sani.

















Po powrocie ze skansenu udajemy się starówką do kolejnego punktu naszej wycieczki. po drodze mijamy Pomnik Wolności - symbol niepodległości państwa łotewskiego. Na samej górze znajduje się figura Piotra Wielkiego, a jego stóp symboliczne rzeźby Strażników Wolności.



Zobaczcie, czyż ta starówka nie jest przepiękna? Gdzie nie pójdziemy znajdują się piękne, stare kamienice. W niektórych z nich mieszczą się ambasady i inne placówki urzędowe.




Początkowo myślałam, że to kościół. Jednakże okazało się, ze ejst to po prostu szkoła medyczna. Budynek imponujący.


A to ambasada rosyjska...



No i jesteśmy w miejscu naszego przeznaczenia. Muzeum Historii Medycyny (ulica Antonijas 1). Budynek podzielony jest na kilka części. Praktycznie każde piętro przedstawia inne czasy. Najpierw przenosimy się do czasów czarownic, akuszerek, szamanów. Im wyżej, tym bliżej naszych czasów. Jednakże XXI wieku niestety w muzeum nie ma. W sumie to się nie dziwię, bo nowoczesne sprzęty kosztują masę pieniędzy. 
Zobaczymy wiele przedmiotów, narzędzi, starych maszyn, eksponatów, które wykorzystywane były w medycynie w danym czasie. Nie podobało mi się to, że nie było objaśnień w  języku angielskim. 
Wstęp 2,5 euro. Można łazić i łazić. My spędziliśmy tam ponad 2 godziny. 
Poniedziałki zamknięte. Zwykle czynne od 11 do 17. Czwartek od 11 do 19, w niedzielę od 11 do 16.








I coś co mnie przeraziło. Sowieccy naukowcy, na początku XX wieku, zaczęli eksperymentować z przeszczepami. Poniżej macie efekty tych eksperymentów. Mała głowa psa, wszczepiona w ciało innego, większego zwierzęcia. Widok jest straszny. Wyczytałam, że psy przeżyły operację, ale  podobno żyły tylko kilka dni. Zaczęłam trochę zgłębiać temat i natrafiłam na różne inne eksperymenty sowieckich naukowców. Inne odcięte głowy psów, które wszczepione zostały w ciało innego psa. Oglądałam nawet filmik, w którym pokazana była odcięta głowa psa, która utrzymywana była przy życiu za pomocą krążenia pozaustrojowego. Pies oddychał, ruszał oczami, pyskiem...

Zaraz obok dwugłowego psa, wisiał monitor na którym można było obejrzeć operację amputacji nogi z początku XX wieku. Pokazane wszystkie szczegóły... Nie będę opowiadać, bo nie należy to do przyjemnych... 



Po drodze do muzeum medycyny minęliśmy przepiękną cerkiew. Katedralna Cerkiew pod wezwaniem Narodzenia Pańskiego (ulica Brīvības bulvāris 23), wygląda naprawdę okazale. Niestety jak to w cerkwiach, nie można było robić zdjęć, stąd tylko dwa z wnętrza, zrobione po kryjomu. Zawsze jest w nich bardzo dużo starszych, pilnujących pań, które obserwują czy przypadkiem ktoś nie wyciąga aparatu.








I już tak na koniec, coś co każdy z Was powinien poznawać. Łotewski Pałac Kultury 😄. Stalin stawiał taki pałac w każdym państwie, które było pod panowaniem ZSRR. Ten w Polsce był rzekomo darem od narodu rosyjskiego dla Polaków. Wszystkie pałace, inspirowane były "Trzema Siostrami", wieżowcami, które znajdują się w Moskwie. 


To i owo na temat Rygi

  • Podsumowując: bilet lotniczy kosztował nas 300 zł od osoby w dwie strony. Nocleg za dwie osoby i dwie noce łącznie 247 zł ze śniadaniami. 
  • Prawie cała trasa jaką pokonaliśmy przez te 3 dni, to piesza wędrówka. Ryga jest tak małym miastem, tak więc nie ma konieczności kupowania karnetu na komunikację miejską. Zdarzyło nam się zaledwie kilka razy kupić bilet na kilka przejazdów, ale spowodowane to było również dojazdem na lotnisko oraz do biblioteki, która znajduje się po drugiej stronie rzeki. Należy wiedzieć, że jeden bilet, nawet na kilka przejazdów, nie uprawnia dwóch osób do przejazdu na tym samym bilecie. 
  • Po Rydze kursują małe minibusiki, które funkcjonują jak miejskie autobusy. O ile dobrze pamiętam, to widziałam dwa kolory busików: pomarańczowe i niebieskie. Nie każdy bilet uprawnia do przejazdów danym autobusem. Chyba to spowodowane jest strefa miejską i podmiejską. Nie wnikaliśmy. Można kupić go po prostu u kierowcy. 
  • Co przywieźć z Rygi? Można skusić sie na biżuterię z bursztynu (ale jak to biżuteria, trochę droga), przepiękne magnesy z bursztynem w środku, serki podwędzane, które wglądają jak gruba kiełbasa (naprawdę bardzo dobre). miód, słodycze firmy Lime, podobno sa naprawdę bardzo dobre.
  • Ceny produktów spożywczych są nieznacznie wyższe aniżeli w Polsce. Poniżej załączam Wam zdjęcia kilku rzeczy wraz z ich cenami.




POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU