Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

środa, 1 maja 2019

LEPRECHAUN, KONICZYNA I ŚWIĘTY PATRYK - IRLANDIA W KILKU SŁOWACH



Wielokrotnie byliśmy w Dublinie. Odwiedzamy go często, ponieważ mamy tam przyjaciół, których uważamy za rodzinę. Ten post będzie kumulacją kilku wycieczek. Możemy się z Ursynciem spokojnie pokusić o stwierdzenie, że widzieliśmy więcej miejsc właśnie w stolicy Irlandii aniżeli w stolicy Polski. Tak więc miejsca, które zamieszczam poniżej, są ułożone losowo. Nie sugerujcie się kolejnością jak planem wycieczki. Po prostu polegajcie na moich opiniach miejsc, które widzieliśmy na przestrzeni tych kilku lat. 

Chciałabym jeszcze wspomnieć na temat biletów. Niestety nie są zbyt tanie. Kosztują 600,700 zł od osoby w dwie strony. W zależności jak się uda znaleźć. Choć my jednego razu złapaliśmy je jeszcze taniej. Niestety linie są cwane, ponieważ wiedzą, że bardzo dużo Polaków mieszka w Irlandii. Stąd takie wygórowane ceny. 
Zanim przejdę do opisywania miejsc, pragnę napisać parę słów o samej Irlandii. Niestety niewiele z nas wie, że mamy do czynienia z trzema Irlandiami. Pierwsza z nich to wyspa Irlandia. Ta zawiera dwie Irlandie. Jedną Północną ze stolicą w Belfaście, która wchodzi w skład Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii. Głową państwa jest oczywiście Królowa Elżbieta.
I ta trzecia o której chcę pisać, to własnie Irlandia obejmująca południową część wyspy - Republika Irlandii ze stolicą w Dublinie. Funkcjonuje jako oddzielne państwo, tak jak Polska, czy inny kraj. Językiem urzędowym jest język angielski i irlandzki, który już powoli zanika. Niewielu Irlandczyków zna język irlandzki, którego podstawy wpajane są jeszcze w szkole. Ulice w Dublinie są dwujęzyczne. Po angielsku i oczywiście po irlandzku. Ruch tak jak w Wielkiej Brytanii - lewostronny. Irlandia jest jednym z młodszych krajów Europy, bo odłączyła się od Wielkiej Brytanii w 1921 roku. Należy do Unii Europejskiej, jednakże nie należy do strefy Schengen. Oznacza to, że jeżeli się tam wybieracie, należy przejść przez kontrolę graniczną. Tak więc na lotnisku, należy podejść do okienka gdzie siedzi pracownik straży granicznej i okazać dokument tożsamości. 

W tytule posta napisałam dziwne słowo leprechaun. Co to w ogóle jest? Zapewne wielu z Was kojarzy takiego małego, magicznego, zielonego ludka w kapeluszu. To własnie on - leprikon. Szewc, noszący złachmanione, niemodne ciuchy i zielony kapelusz z koniczynką. Nie są zbyt uprzejme, a nawet wręcz humorzaste. Niektóre legendy wspominają o wielkim metalowym garncu, w którym leprikon trzyma swoje złoto. Inne legendy wspominają, że w jednej kieszeni trzyma złote monety, w drugiej srebrne. Złota sakiewka służy do dawania łapówki tym, którzy go złapią, po przekazaniu nowemu właścicielowi zmienia się w popiół. Za to srebrna służy do płacenia za wszelkiego rodzaju towary i usługi. Po zapłaceniu pieniądze znikają z kieszeni nowego właściciela i pojawiają się ponownie w kieszeni leprikona. Jedna z legend mówi, że jeżeli ktoś złapie leprikona, spełni on jego trzy życzenia. Skrzacik ten, często występuje w bajkach, grach magicznych (np heroes). 

Irlandia kojarzy się również, a chyba nawet przede wszystkim, z dniem świętego Patryka, który jest patronem Irlandczyków. Dzień ten obchodzony jest 17 marca. Praktycznie w każdym państwie, najsłynniejsze obiekty podświetlane są na kolor zielony. Irlandczycy świętują hucznie imieniny swojego patrona, które są tak naprawdę dniem jego śmierci. Na całym świecie, a szczególnie w Irlandii odbywają się na ulicach parady z ubranymi na zielono Irlandczykami. W tym dniu większość Irlandczyków ma wolne. A skąd się wziął kult Patryka? Obecny patron schrystianizował w V wieku wyspę. A zielona kończyna, która przypisywana jest patronowi, użyta była przez niego do wyjaśnienia mieszkańcom wyspy pojęcia Trójcy Świętej, której nie rozumieli. Patryk wytłumaczył im bowiem, że tak jak kończyna ma trzy listki, które łącza się w całość, tak są Trzy Osoby Boskie, które są zarazem jednym Bogiem. 
Kolor zielony kojarzony jest nie tylko z kończyną, leprikonem ale i całą Irlandią, która jest piękną zieloną krainą dzięki częstym deszczom a co za tym idzie strefie w której się znajduje, co widać zresztą na poniższym zdjęciu.



Pierwszym miejscem, które pragnę Wam pokazać, a które jest mi bliskie ze względu na fascynację Japonią, to Ogród Japoński w Kildare. Przepiękne miejsce, które nie jednego zachwyci. Wyczytałam, że ogród projektował jeden z najlepszych japońskich ogrodników. Tych co znają Japonię nie zdziwi stwierdzenie, że ogród został zaprojektowany w taki sposób aby obrazował wędrówkę życia. Miejsca są podpisane. Brama zapomnienia, ścieżka życia, most małżeństwa... My Europejczycy nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiej sztuki.








A teraz przejdźmy trochę do samego miasta. Poniżej jedna z ulic Dublina. W tle Katedra świętego Patryka.




Chyba sama bym nie poszła do takiego miejsca, ale chciał Ursyncio... Kilmainham Gaol (adres Inchicore Road, Kilmainham, Dublin D08 T2X5) - byłe brytyjskie więzienie. Przeokropne miejsce, tym bardziej jeżeli się słyszy, że osadzeni byli tam również niewinni ludzie, którzy w czasach wielkiego głodu kradli drobne rzeczy aby wyżywić siebie i swoją rodzinę. I to było ich przewinienie. Najpierw osadzani w więzieniu, później zsyłani do Australii, która podobnie jak kiedyś Islandia, była miejscem wygnania i kary dla przestępców. Oczywiście miejsce służyło również do osadzania ludzi, którzy walczyli o niepodległość Irlandii. I głównie z tego powodu słynie. Osadzane tam były również kobiety i dzieci. Wszyscy przebywali w tych samych celach, które dodatkowo były przepełnione. Korytarze wyglądają jak studnie. Dzięki temu strażnicy mogli swobodnie z dziedzińca obserwować osadzonych. Jak to w więzieniu, szczególnie osiemnastowiecznym, zimno, ciemno i niebezpiecznie. Wąskie korytarze, które potęgują strach. Na schodach trzeba bardzo uważać, gdyż można po prostu z nich zlecieć. Jeżeli ktoś lubi zwiedzać takie miejsca, to to jest idealne aby poczuć klimat. 


Zwiedzamy tylko z przewodniem. Trzeba być przynajmniej 15 minut wcześniej. Kupno biletów tylko on-line. Koszt biletu 8 euro.








Bardzo fajnym miejscem szczególnie dla dzieci, jest Irlandzkie Muzeum Narodowe (National Museum of Ireland - Natural History ulica Merrion Street). Dwukondygnacyjny budynek, który ma sporo ciekawych eksponatów. Dużo szkieletów zwierząt, sporo wypchanych w gablotach. Kręgowce, bezkręgowce i cała masa innych. Ktoś napisał w jakiejś opinii, że nie mógł znieść zapachu. No cóż, zapach rzeczywiście jest dosyć specyficzny. Nawet ciężko mi go określić. Takie stare meble zmieszane z farbami, lakierami i formaliną. Ale miejsce ciekawe. warto tam zajrzeć tym bardziej, że jest darmowe. Muzeum zwykle otwarte od godziny 10 do 17 z wyjątkiem poniedziałków i niedziel. W tych dniach czynne od 13 do 17.












Poniżej bardzo urokliwe wejście do innego muzeum. Tym razem National Museum of Irleand – Archeology, Kildare St, Dublin 2. Oczywiście wstęp darmowy. Przepiękne wnętrze. Wspaniałe posadzki ułożone w przeróżne wzory. Poznajemy początki Irlandii. Witamy się z wikingami, dobrze zachowanymi mumiami, podziwiamy eksponaty ze złota. 











A ta ulica mnie urzekła. Niby nie ma na niej niczego ciekawego, ale ta kamienica z czerwonej cegły i te kolorowe, charakterystyczne dla Irlandii drzwi. 


A tu przepiękna kamienica, w której znajdowała się restauracja. Oczywiście bardzo droga. 



Znajomi zaprowadzili nas do jednego z centrów handlowych. I nie byłoby w tym nic dziwnego, że był to drugi dzień świąt Bożego Narodzenia!  Ale zacznijmy od początku. Irlandia jest w większości krajem katolickim. W wigilię wszyscy udają się do pracy. Nie jest ona celebrowana aż tak jak u nas. Irlandczycy bardziej obchodzą pierwszy dzień świąt, czyli Boże Narodzenie. Podczas wigilijnej kolacji spożywa się nie ryby (chyba, że jest to Polska rodzina), ale olbrzymiego indyka z jabłkami. Pamiętam, że byłam strasznie tym zdziwiona, jednakże jeszcze przed wylotem, znajomi zapytali nas czy chcemy mieć jedzenie polskie czy irlandzkie. Zgodnie odpowiedzieliśmy, że to drugie. Lubimy poznawać nowe smaki i kultury, więc czemu nie. Pamiętam, że znajoma wspominała o christmas cake i christmas pudding. To pierwsze to śliwkowe ciasto, to drugie to coś podobnego do naszego keksa, tylko, ze mocno wilgotne, bo z alkoholem. Można kupić gotowe, ale oczywiście można również przygotować samemu. Pudding podobno trzeba przygotować na kilka tygodni przed świętami. Niektórzy zasiadają do świątecznej kolacji, inni nie. Pierwszy dzień świąt jest dniem najważniejszym dla Irlandczyków. Pozamykane są wszystkie puby, sklepy, ludzie spędzają czas z rodziną. 

Drugi dzień świąt nazywany jest St. Stephen's Day (dzień świętego Szczepana). Irlandczycy wybierają się w tym dniu do znajomych albo po prostu do pubów. Wszystkie sklepy są otwarte. Jest mnóstwo przecen. Wyprzedaże sięgają 70-80 procent. I właśnie tego dnia znajomi zabrali nas do tego przepięknego centrum handlowego, które mnie strasznie urzekło. Musicie przyznać, że nie przypomina "normalnych" marketów? Iście irlandzka ulica handlowa!



A teraz coś, co mnie zachwyciło. National Botanic Gardens (Botanic Road Glasnevin, Dublin 9) - przepiękne szklarnie, które wyglądają jak te u Pani Sprout w Harry'm Potter'ze. Każda szklarnia to inny klimat. W jednej jest wilgotno, za chwilę przechodzimy przez szklane drzwi i czujemy suszę. Za chwilę kolejne drzwi i kolejny zupełnie inny mikroklimat. No coś wspaniałego! Rośliny pod sam szklany dach. Bananki, awokado czy inne rajskie owoce. Piękne kwiaty i mięsożerne rośliny...A na zewnątrz? Piękny park, warzywnik i zielnik. A wejściówka? Darmowa!!! Polacy, uczmy się od naszych przyjaciół Irlandczyków!



















A to drzewo/krzak (nie wiem, jak to nazwać, ale przypomina mi kamień wystający z wody na Wyspie Jamesa Bonda w Tajlandii....






Absolutny must have, to Museum Guinnes'a (ulica St James Gate, Dublin 8, Irlandia). Bardzo żałuję, ze tak mało zdjęć zrobiłam w muzeum, gdyż obiekt był naprawdę wspaniały. Cały budynek jest interaktywny. Naszpikowany komputerami, tabletami, technologią... W muzeum możemy zobaczyć jak kiedyś było produkowane piwo, zobaczymy stare maszyny, zobaczymy zboże, reklamy piwa, wielkie kapsle piwa na których można przysiąść i odpocząć. Muzeum ma aż siedem pięter!! To naprawdę potężny obiekt. Można tam spokojnie spędzić 3-4 godziny. Wstęp kosztuje 16 euro. Czy dużo? No dla jednych kwota będzie duża, dla drugich nie. Dla mnie było to sporo, jednakże uważam, ze warto je wydać. Tym bardziej, że w cenie mamy degustację dwóch piw (jasne i ciemne) na najwyższym piętrze budynku, gdzie znajduje się restauracja z przepiękną panoramą na miasto. 






Interaktywny obraz, który mówił kiedy się podeszło bliżej. 





Fajne przestrzenne zdjęcie. Wystarczy tylko usiąść na stołku :)


Wspomniana wcześniej restauracja na najwyższym piętrze budynku, gdzie degustujemy darmowe piwo. 




Widok z restauracji na fabrykę Guinness. 




Byliśmy już w miejscu rozpusty i grzechu słynącym z piwa, więc teraz trzeba trochę zejść ze ścieżki zła i udać się do miejsca świętego. A gdzie najlepiej nabyć lepszych nawyków jak nie w Katedrze św. Patryka (Christchurch Place, Dublin 8)? Podobno katedra została nazwana jego imieniem, ponieważ kiedyś znajdowało się tu źródło w którym został ochrzczony. Z zewnątrz kościół wygląda jak angielski pałac. 







Zwiedzając inny, równie znany kościół - katedrę Christ Church - proponuję zajrzeć do Dvblinii, która znajduje się tuż obok katedry. Łączy je zaledwie kamienny, zabudowany mostek znajdujący się nad ulicą. Wystawa pokazuje jak wyglądało życie w średniowiecznej Irlandii. Muzeum jest bardzo bardzo zabawne. Widzimy manekina siedzącego w drewnianym  wychodku. Kiedy do niego podchodzimy, zaczyna wydawać dźwięki jakby się załatwiał. 









Po chatynkach przyszedł czas na zamek. Uderzamy do Dublin Castle (Dame St, Dublin 2). Kiedyś była to warownia, później siedziba brytyjskiego namiestnika oraz brytyjskiego urzędu. Aktualnie w tym miejscu podejmowani są przywódcy różnych innych państw. I w sumie nie ma się co dziwić, bo wnętrze jest naprawdę pałacowe. Olbrzymi przepych, piękne ściany, starodawne, złocone meble. Pałac pełną gębą. Z zewnątrz wygląda jak typowa angielska budowla. Ładny, ale skromny i dobrze ułożony angielski ogród. Wstęp dosyć drogi, bo aż 12 euro. Jeżeli miałabym wybierać - wolę Guinnessa. 










Ale powróćmy trochę do tematu rozpusty. Przenosimy się na Temple Bar. Przez długi czas zastanawiałam się co to jest. Bar? Lokal? Nie. Jest to dzielnica wypełniona barami, restauracjami, teatrami, sklepami i przeróżnymi lokalami. Wąskie, kamienne uliczki o każdej godzinie wypełnione są ludźmi. Pamiętam, że nawet jak byliśmy w zimę, to widzieliśmy "kuso" ubrane dziewczyny bez rajstop, w krótkich, skąpych topach. A skąd nazwa? Przeczytałam, że Temple, to od nazwiska sir Williama Temple, który kupił ten teren na początku XVII wieku. A słowo "bar" to po prostu "ścieżkę nad rzeką". Z czasem powstało tu miejskie centrum handlu i rzemiosła. 
Poniżej zdjęcia na Temple Bar.




Wspomniane wcześniej roznegliżowane dziewczyny. Przypominam, że była to zima!!




Chciałam jeszcze parę słów wspomnieć o irlandzkich barach. Znajomi zabrali nas którego wieczoru do jednego z takich przybytków. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie byłam w takim głośnym miejscu (no może tylko Khao San w Tajlandii jest głośniejsze). olbrzymi hałas, mnóstwo ludzi, piwo leje się z beczek. Choć muszę przyznać, że atmosfera była bardzo miła, poza tym, ze nie mogliśmy swobodnie rozmawiać. A Irlandczycy? Wręcz przeciwnie. Śmiali się, rozmawiali, jakby byli zupełnie z innej planety. Co mnie również zdziwiło, to dzieci. Nikt się nie czepiłam małych dzieciaczków siedzących przy rodzicach. Nawet zauważyłam siedzenia dla maluchów. Irlandczycy uwielbiają w nich przesiadywać całymi dniami a często i nocami. Nie należą również do abstynentów. W pracy bardzo często przechwalają się kto ile wypił.


Podobno bary irlandzkie słyną z głośności i niezwykłej atmosfery. I muszę się z tym zgodzić. 

Z wycieczek za miastem znajomi zabrali nas do Glendalough. Jest to dolina położona w górach Wicklow. Przepiękne widoki. Wszędzie soczysta zieleń. Patrząc na te wspaniałe wzgórza ma się wrażenie, ze za chwilę pojawi się magiczny ludek leprikon. Poniżej kamienny kościół św. Kevina.  Miejsce to, wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. O ile dobrze pamiętam, to w Brukseli, w miasteczku miniatur gdzie znajdowały się najbardziej znane zabytki wszystkich państw Unii Europejskiej, min ten kościółek oraz wieża reprezentowały Irlandię. 






Poniżej wieża, która pełniła kiedyś funkcję min magazynu oraz funkcję orientacyjną dla podróżników. W tle również cmentarz celtycki, z charakterystycznymi celtyckimi krzyżami. Miejsce piękne i jednocześnie tajemnicze. Czuć celtyckiego ducha. 






I dolina Glendalough...







Kolejnym miejscem za miastem, które odwiedziliśmy, a które mnie zachwyciło było Wicklow. Przepiękne góry, które może nie nalezą do strasznie wysokich (najwyższy szczyt 926 m n.p.m.), ale są zdecydowanie warte obejrzenia. Znajduje się tam min wcześniej wspomniana dolina Glendalough. Przepiękne zielone pagórki, które zapierają dech... Spójrzcie na poniższe zdjęcia. Chyba nie muszę nic więcej pisać...






Poniżej widok roztaczający się z miasta Bray w hrabstwie Wicklow. 



I ostatnie miejsce, które chciałam Wam pokazać to półwysep Howth. Miasteczko oddalone o jakieś 15 kilometrów od Dublina z portem w tle. Wzdłuż wybrzeża znajduje się bardzo dużo restauracji, które serwują przepyszne świeże rybki. Przepiękne klify. Piękne widoki. Wiało niemiłosiernie, ale warto było. 








Miejsca, które opisałam powyżej, to tylko namiastka tego co udało nam się zobaczyć. Jednakże przeglądając po jakimś czasie zdjęcia, zorientowałam się, że nie były one tak dobre aby wstawić je na bloga (często zamazane). A to wszystko przez kiepski -wtedy - aparat. A opisywanie miejsca bez zdjęcia, to dla mnie prawie zbrodnia. 

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU