Tym razem tanie bilety rzuciły nas do Wiednia. Udało się zarezerwować za zaledwie 78 zł w dwie strony dla jednej osoby. Aż żal nie skorzystać. Tak więc 15 czerwca 2019 roku, ruszamy do do Austrii. Mamy zaledwie 1,5 dnia (17 czerwca w południe powrót), jednakże na podstawowe zabytki czasu starczy, a przynajmniej będzie jeszcze po co wrócić.
W związku z tym, że odwołali nam rezerwację w hotelu kapsułowym, musieliśmy na gwałt szukać innego lokum zaledwie parę dni przed wycieczką. O dziwo, zupełnie przez przypadek, Ursyncio zarezerwował hotel prowadzony przez Polaków. Bardzo sympatyczny pan w recepcji okazał się również Polakiem.
Hotel może nie był zbyt tani (koszt za dwie doby za dwie osoby to 615 zł, rezerwacja wraz ze śniadaniami), jednakże tak jak wspominałam wcześniej, nie mieliśmy zbyt dużego wyboru. Mimo to okazał się bardzo w porządku, choć w sumie trzygwiazdkowy to jaki miał być... Właściciele okazali się na tyle uprzejmi dla swoich gości, że do 22 godziny pozwolili zupełnie za darmo, skorzystać z ekspresu do kawy/czekolady czy herbaty. Śniadania też całkiem przyzwoite. Ot takie zdrowe jedzenie, czyli jasne i ciemne pieczywo, ogórki, pomidory, papryka, kilka rodzajów sera żółtego, wędlina, jogurty. Jeżeli ktoś jest zainteresowany całkiem dobrym hotelem i nie przeraża go kwota, którą wymieniłam to zapraszam do hotelu Donaustadt Kagran (Donaufelder Straße 232). Bardzo dobrze usytuowany. Zaraz przy stacji metra. Mnóstwo lokali obok gdzie można zjeść coś dobrego (również potrawy z innej części świata).
Hotel może nie był zbyt tani (koszt za dwie doby za dwie osoby to 615 zł, rezerwacja wraz ze śniadaniami), jednakże tak jak wspominałam wcześniej, nie mieliśmy zbyt dużego wyboru. Mimo to okazał się bardzo w porządku, choć w sumie trzygwiazdkowy to jaki miał być... Właściciele okazali się na tyle uprzejmi dla swoich gości, że do 22 godziny pozwolili zupełnie za darmo, skorzystać z ekspresu do kawy/czekolady czy herbaty. Śniadania też całkiem przyzwoite. Ot takie zdrowe jedzenie, czyli jasne i ciemne pieczywo, ogórki, pomidory, papryka, kilka rodzajów sera żółtego, wędlina, jogurty. Jeżeli ktoś jest zainteresowany całkiem dobrym hotelem i nie przeraża go kwota, którą wymieniłam to zapraszam do hotelu Donaustadt Kagran (Donaufelder Straße 232). Bardzo dobrze usytuowany. Zaraz przy stacji metra. Mnóstwo lokali obok gdzie można zjeść coś dobrego (również potrawy z innej części świata).
Ale może jeszcze przejdźmy do początku wycieczki, czyli do przylotu i jak wydostać się z lotniska. Lot trwał zaledwie 1 godzinę i 10 minut. Po wyjściu z lotniska kierujemy się do pociągów S-bahn. Dworzec znajduje się pod lotniskiem. Na lotnisku znajdują się oznaczenia jak dotrzeć na peron. Przed wejściem na stację, znajdują się biletomaty (również po angielsku), w których można płacić kartą. Niestety nie jest nigdzie napisane, że musimy kupić dwa bilety. Jeden bilet kupujemy do granic Wiednia (lotnisko jest poza miastem). Stacja graniczna to Wien Kernzonengrenze. Bilet dla dorosłego kosztuje 1,80 euro. Do centrum jedziemy S7. Pociągi kursują dwa razy na godzinę. Zawsze piętnaście po danej godzinie i za piętnaście dana godzina. Drugi bilet na miasto kosztuje 2,40 euro. Niestety biletomaty nie są czytelne, wiec nieświadomie zakupiliśmy jeden bilet, na którym przejechaliśmy całą podróż. Już w hotelu podpytałam pana w recepcji, który nas uświadomił, że powinniśmy zakupić dwa bilety. Z lotniska do s-bahna idzie się jakieś 10 minut, więc musieliśmy się spieszyć aby zdążyć.
CO ZWIEDZAĆ W WIEDNIU?
Na wstępie nadmienię, że kolejność opisana poniżej nie jest przypadkowa. Tak wyglądała nasza trasa podczas wycieczki. więc jeżeli ktoś się zastanawia w jakiej kolejności zorganizować zwiedzanie, można skorzystać z poniższych opisów w takiej kolejności w jakiej występują.
W hotelu jesteśmy około 22 godziny, wiec na zwiedzanie ruszamy następnego dnia. Pierwszy punkt naszej wycieczki to Pałac Schönbrunn słynnej cesarzowej Austrii i królowej Węgier - Sisi, czyli Elżbiety Bawarskiej.
W hotelu jesteśmy około 22 godziny, wiec na zwiedzanie ruszamy następnego dnia. Pierwszy punkt naszej wycieczki to Pałac Schönbrunn słynnej cesarzowej Austrii i królowej Węgier - Sisi, czyli Elżbiety Bawarskiej.
Ale może najpierw o samym obiekcie, ponieważ to nie tylko przepiękny pałac. Można tu spokojnie przyjechać na cały dzień. Na terenie włości pałacowych znajduje się min zoo, ogrody, palmiarnia, muzeum dzieci, teatr marionetek i jeszcze wiele innych atrakcji. Oczywiście wszystkie są płatne, poza ogrodami, ale nie tymi prywatnymi.
Poniżej mapa całego obiektu. Jak widać poniżej, obiektów jest cała masa.
Bilet do pałacu można kupić w wersji combo, czyli na kilka atrakcji. W zależności co chcemy zwiedzać i czy tylko pałac, cena przedstawia się różnie. Poniżej załączam zdjęcia co wchodzi w poszczególne bilety. Jeżeli ktoś chce zwiedzać sam pałac, może wybrać imperial tour - zwiedzamy 22 pokoje kompleksu pałacowego - koszt 16 euro dla dorosłego, bądź grand tour - 40 pokoi - 20 euro. My decydujemy się na Imperial tour, czyli zwiedzanie, które trwać będzie około 40 minut. Należy wiedzieć, że na teren pałacu nie można wnosić plecaków, toreb dużych, jedzenia, napoi. Rzeczy pozostawiamy w szatni przed bramkami, gdzie kasujemy bilet. Nasz się jakoś mocno nie czepili, wiec przemykamy z plecakiem. Zaraz za kasami, znajduje się stanowisko, gdzie za darmo możemy otrzymać audio przewodnik. Również w języku polskim.
To co mi się nie podobało, to to, że w pałacu nie można robić zdjęć, nawet za opłatą. Nie rozumiałam czemu taki zakaz obowiązuje w wielu miejscach. Podrążyłam temat i okazało się, że jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Czemu? Ponieważ należy złożyć podanie, które jeżeli zostanie rozpatrzone, oczywiście będzie wymagać opłaty i to dosyć solidnej. Każde umieszczenie zdjęcia obiektu w internecie, muzeum może zażądać sporej kwoty. No cóż, może mnie potępicie, ale robiłam zdjęcia z ukrycia. Myślę, że nie pociągną do odpowiedzialności zwykłego, polskiego blogeroszaraczka. Po prostu nie mogłam się oprzeć. Takie piękno musi być uwiecznione.
Ale może trochę na temat samego obiektu. W pałacu znajduje się ponad 1400 komnat. Do zwiedzania udostępnionych jest zaledwie 45. Pałac zaczęto budować w XVII wieku. Przez jakiś czas niszczał, ponieważ stał niedokończony. Dopiero córka Karola Habsburga, Maria Teresa, zmieniła ruinę w rezydencję. W rezydencji zamieszkuje syn Marii Teresy, Franciszek Józef, który miał się ożenić z Heleną Wittelsbach, tymczasem jak informuje nas audio book, zakochuje się w jej siostrze - Elżbiecie. Jest wiele filmów na temat Sisi, która przedstawiana jest najczęściej jako piękny podlotek. Rzeczywiście, podobno Elżbieta była bardzo piękna, i to własnie uroda oczarowała Franciszka. Niestety Sisi, nie czuła się dobrze na dworze. Apodyktyczna teściowa, która była przeciwko małżeństwu, sprawiała, że Elżbieta rzadko wychodziła ze swej komnaty. Jedni mówią, że królowa nie należała do zbyt błyskotliwych osób. Podobno nawet jej matka, wiedziała, że córka ma niski iloraz inteligencji, jednakże w związku z tym, że była bardzo piękna, starała się ją uczyć jak o siebie dbać. Inne źródła znowu mówią, że królowa miała brzydkie uzębienie, czego się bardzo wstydziła, dlatego zbyt często się nie odzywała.
Gdzie leży prawda? Ciężko powiedzieć. Jednakże na pewno Sisi chorobliwie dbała o swój wygląd. Bardzo dużo ćwiczyła, uprawiała sporty min jeździła konno, stosowała głodówki (niektórzy nawet twierdzili, że była chora na anoreksję), często omijała celowo posiłki. Jadała tylko raz dziennie. Podobno maksymalnie ważyła 50 kilogramów, przy wzroście ponad 170 cm. Kazała zbudować w pałacu salę gimnastyczną, w której spędzała bardzo dużo czasu.
Wiemy również, że nie była szczęśliwa w tym związku. Jednym z powodów na pewno było odsuniecie jej od jej dzieci. Teściowa nie życzyła sobie aby zajmowała się nimi. Dlatego dzieci wychowywały się z dala od matki. Pomimo, ze mąż ją kochał nad życie, ona wolała spędzać czas na podróżach, bądź przesiadywaniu w swych komnatach. Franciszek Józef przeżył również bardzo śmierć małżonki, która została zasztyletowana w 1898 roku w Genewie przez włoskiego anarchistę, który wbił jej pilnik w serce.
Przechodząc już do pałacu, na zdjęciach, które udało mi się zrobić po kryjomu (a pilnują strasznie), widać olbrzymi przepych. Przepiękne złocone komnaty, z olbrzymimi żyrandolami. Piękne freski na suficie. Pałac po prostu zapiera dech w piersiach. Jest to chyba najpiękniejszy tego typu obiekt w Europie, jaki widzieliśmy dotychczas.
Poniżej pałac od strony ogrodów. Te, które my zwiedziliśmy, były bezpłatne. Jednakże na terenie kompleksu, znajdują się również tzw prywatne ogrody.
Rzeźba z fontanną, która bardzo często występuje na widokówkach z Wiednia. Znajduje się zaraz na przeciwko pałacu od strony ogrodów. Tuż nad słynną Gloriettą.
A to już foto zza fontanny. Widok oczywiście na Pałac Schönbrunn.
Ale co to jest Glorietta? Zrobiłam research w internecie i okazało się, że to nic innego jak osobny kompleks parkowy, usytuwapony najczęściej na wzgórzu, wykonany w formie otwratego pawilonu, z arkadami i kolumnami. Bardzo często stosowana w ogrodach typu francuskiego.
Tak więc, do Glorietty trzeba trochę podejść... Wejście podobne do Gubałówki. Dosyć strome. Wysokość około 60 metrów. Przydadzą się dobre buty - lepiej nie japonki. Wejście po kamieniach. Usytuowanie sprawia, że naszym oczom ukazuje się przepiękny widok, nie tylko na pałac, ale i na panoramę miasta.
W środku znajduje się restauracja. Musze powiedzieć, że dosyć droga, więc na kawę się nie skusiłam. Ale zależy, kto co lubi.
Jeżeli ktoś chce, można wejść na samą górę kompleksu. Koszt wejścia i podziwiania widoku to 4,5 euro.
Poniżej zdjęcie przepysznych torcików, które można zakupić w restauracji w Glorietcie. Ceny widać poniżej, więc nie kłamałam. Kawałek torcika za prawie 5 euro.
Kiedy zobaczyłam te palmiarnie, od razu stwierdziłam, ze muszę tam iść. Ci co czytali wcześniejsze posty, wiedzą, ze mam bzika na punkcie Harry'ego Potter'a i uwielbiam przepiękne cieplarnie pani Sprout. Tak więc, w każdym mieście, w którym się znajdujemy, szukam palmiarni. Na chwilę obecną najpiękniejszymi, które widziałam są te w Dublinie w Irlandii. Jednakże te w Wiedniu są również piękne. Wewnątrz stworzonych jest kilka mikroklimatów. W zależności do której wchodzimy, mamy klimat suchy, albo np wilgotny. Przepiękne rośliny. Piękny obiekt. Dla mnie obowiązkowy do zaliczenia będąc w Wiedniu.
Koszt biletu to 9 euro (palmiarnia + Desert Experience House). Czynna od maja do września od 9.30-18.00, od października do kwietnia otwarta w godzinach 9.30-17.00.
Te ślimaki były ogromne! Prawie jak zaciśnięta pięść.
I coś z czym się już spotkaliśmy w innych krajach. Wielkie akwarium, w którym pływają małe rybki. Kiedy włożysz tam rękę, rybki podpływają całym stadem i podgryzają delikatnie dłoń. Prześmieszne uczucie. Pamiętam, że byliśmy kiedyś w Turcji, i tam za takie obgryzanie nóg trzeba było zapłacić parę euro. Rybki obgryzały martwy naskórek. Taki ala peeling dla nóg. W niektórych ciepłych krajach, rybki same podpływały w morzu. W Tajlandii obżerały Ursynciowi ranę na nodze.
Przed palmiarnią znajduje się przepiękny japoński ogród. Nie jest zbyt duży, ale jak to orientalne ogrody, zadziwia spokojem, harmonią i skromnością.
A te olbrzymie kule znajdują się również przed palmiarnią. Są tak milusie, że musiałam przy nich sobie pstryknąć fotę.
Jest duża to jest i mała :) Do niej też trzeba się przytulić.
Po wyjściu z kompleksu pałacowego (od strony ogrodów), stoi pan z olbrzymimi wiedeńskimi pączkami, strudlami i innymi pysznościami. Wszystko było przepyszne. Koszt - 3 euro.
Z cesarskich włości, uderzamy teraz do sacrum. Kościół Hietzing Mari znajduje się niedaleko pałacu. Przepiękny kościół, który z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie. Wewnątrz piękny ołtarz, z równie pięknymi malowidłami na suficie.
Wiedeń słynie nie tylko z pałacu Habsburgów, ale również z Katedry św. Szczepana (Stephansplatz 3). Już zewnątrz katedra robi wielkie wrażenie. Budowla jest ogromna. Jest to jeden z największych kościołów w Europie. Zbudowana w XIII wieku, później przebudowywana. Katedra posiada cztery wieże. Największa z nich podobno nazywana jest Steffi. Jedna z nich nie została ukończona. Przypomina mi tą w Kolonii. Min. dlatego, że zbudowane są z tego samego materiału, który po latach czernieje, przez to katedra z zewnątrz sprawia dosyć ponure wrażenie.
Podobno w katedrze znajduje się 13 dzwonów. Jeden z nich jest największym dzwonem w Europie.
Wewnątrz widzimy wysokie sklepienia, mnóstwo kolumn, po bokach nawy boczne, w których znajdują się ołtarze.
Niewątpliwie katedra robi wrażenie. Jednakże również to negatywne. Z zewnątrz, na budynku znajdują się olbrzymie reklamy dosyć drogich zegarków. Zajmują bardzo dużą część fasady. W środku, w wejściu znajduje się interaktywny obraz, na którym wyświetla się Jezus na przemian z reklamą wiedeńskiego chleba. Katedrę w wewnątrz można zwiedzać za darmo, ale tylko w kawałku. Jeżeli chcemy przejść do ołtarza głównego, trzeba oczywiście zapłacić. Bilet combo na min katedrę, dwie wieże, skarbiec, katakumby i audio przewodnik, kosztuje 14,90 euro. Wejście tylko do katedry - 6 euro. Nie można zwiedzać podczas mszy. Wewnątrz stoją ochroniarze, którzy nie wpuszczają do środka. Nie da się przemknąć, ponieważ są kraty.
Kolejnym sakralnym przybytkiem do którego się udajemy jest barkowy kościół św. Piotra (Peterspl. 6). Kościół jest naprawdę przepiękny. Kiedy weszłam do środka, dostałam oczopląsu. Nie wiedziałam na co mam patrzeć. Przepiękne zdobione ołtarze, piękne freski, zdobienia. No po prostu perła wśród kościołów. Podobno był ulubionym kościołem cesarzowej Sisi. Wejście jest za darmo. Naprawdę warto go zwiedzić.
Na ulotce, którą wzięłam z kościoła (po polsku), przeczytałam, że co roku kościół spłaca kredyt zaciągnięty na remont oraz ponosi koszty związane z konserwacją w wysokości 120.000 euro!!
Na ulotce, którą wzięłam z kościoła (po polsku), przeczytałam, że co roku kościół spłaca kredyt zaciągnięty na remont oraz ponosi koszty związane z konserwacją w wysokości 120.000 euro!!
.
W Wiedniu jest i polski akcent. W 1902 roku pochodzący z Krakowa Trześniewski otworzył w Wiedniu bar, w którym serwował szybkie i malutkie kanapeczki, które miały służyć normalnym przechodniom, którzy chcą zjeść szybko i smacznie. Dlatego w barze się nie siedziało. Jedzenie spożywało się na stojąco. Trześniewski największą sławę zrobił w latach 70 XX wieku. Obecnie każdy Wiedeńczyk wie kto to był Trześniewski. Po ojcu bar przejęła córka Maria, która wprowadziła kupowanie kanapek na wynos. Po koniec lat 70 bar przejęła spółka handlowa. Aktualnie takich kanapkarni w Wiedniu jest koło 10.
Od razu mogę Wam powiedzieć, że to nie są zwykłe kanapki. Malutkie prostokąciki, na których znajduje się przepyszna pasta jajeczna, paprykowa, z tuńczyka, z trufli, awokado i cała masa innych kanapeczek. W sumie jest ich 25. Każda inna. To miejsce jest obowiązkowe na drodze podróżnika. Koniecznie musicie je odwiedzić.
Kościołów w Wiedniu jest cała masa. Do niektórych np jak katedra, wcześniej zaplanowaliśmy odwiedziny, a znowu do innych trafiamy przez przypadek. I taką świątynią jest kościół, który przedstawiam poniżej na zdjęciach. Niestety nie pamiętam pod czyim wezwaniem był. Jednakże na pewno mijaliśmy go idąc od kanapek Trześniewskiego w stronę Hofburgu.
Kolejna z perełek, które niepozornie wyglądają wewnątrz. Wnętrze naprawdę piękne. Wspaniałe malunki na suficie, dekory, rzeźbienia. Naprawdę jest co podziwiać.
Kolejny punkt naszej wycieczki to Zamek Hofburg (ulica Michaelerkuppel), który jest jednym z największych na świecie kompleksów pałacowych. Kiedyś rezydencja Habsburgów, dziś miejsce w którym mieści się wiele muzeów min muzeum Sisi. Niestety wejściówka dosyć droga, ponieważ kosztuje 15 euro. Jeżeli ktoś chce przewodnika, należy doliczyć kolejne 3 euro. My rezygnujemy ze zwiedzania, jednakże słyszałam, że muzeum jest całkiem ciekawe. Zawiera bardzo dużo osobistych przedmiotów cesarzowej Elżbiety. Głównym motywem muzeum jest podobno życie prywatne Elżbiety, ale nie tylko za czasów kiedy była już cesarzową, ale również widzimy podlotka mieszkającego w rodzinnej Bawarii.
Nawet jeżeli nie chcecie zwiedzać muzeum, można się położyć na trawce przed rezydencją - tak robią wszyscy. Miejsce jest tak urokliwe, że odpoczynek jest wskazany.
Podoba mi się to, że w Wiedniu wzdłuż rzeki ustawione są leżaki na których można przysiąść, odpocząć, napić się kawy czy herbaty. Teren, który w Polsce byłby niezagospodarowany, w Wiedniu tętni życiem. Ściany pokrywają kolorowe murale, wzdłuż rzeki możemy podziwiać nowoczesne rzeźby i figury.
Taki spacerek zrobiliśmy sobie nie na darmo. Na taką zabawę czekaliśmy cały dzień. Prater (Leopoldstadt), to nic innego jak jeden z najstarszych parków rozrywki. Otwarty w 1766 roku dzięki Józefowi II Habsburgowi, który podarował ten teren jako miejsce publiczne do zabaw. To w tym miejscu znajduje się diabelski młyn, z którego słynie Wiedeń.
Wstęp do parku jest bezpłatny. Każda atrakcja jest płatna. Kasy zawsze znajdują się przed danym miejscem. Może nie jest to energylandia, jednakże miejsce jest naprawdę bardzo fajne. Jest oczywiście cała masa atrakcji dla dzieci, ale również dorośli znajdą coś dla siebie. Poniżej przedstawiam kilka zdjęć atrakcji tych dla dorosłych. Wejściówki w zależności od rodzaju od 3 do kilku euro.
Ursyncio poniżej stoi przed diabelskim młynem zakrytym. Jednakże jest również odkryty. Polecam się nim przejechać. Wrażenia lepsze niż w zakrytym.
Coś ala młot. Nie dość, że mocno wybija do góry, to jeszcze siedzenia cały czas się kręcą.
Ta kolejka wygląda bardzo niepozornie, ale taka nie jest... W pewnym momencie szyny wywijają się do góry nogami. Kolejka jest bardzo szybka. Ursyn mówił, że nie wiedział gdzie się aktualnie znajduje, czy na górze czy na dole...
Olbrzymia karuzela łańcuchowa, na którą miałam ochotę ale nie zdecydowałam się ze względu na wcześniejszą kolejkę... Zaczynamy od samego dołu, później karuzela z wirującymi siedzeniami podnosi się coraz wyżej i wyżej... aż dojeżdża do samej góry. Nie muszę chyba wspominać, ze Ursyncio tam był?!
W parku było jeszcze parę kolejek dla dorosłych, podobnych do tej z wagonikami, co się przekręcała. Widziałam na pewno wyrzutnię. Po bokach znajdowały się dwa wysokie pale, na środku krzesełko. Naciągały się po czym wyrzucały krzesełko w górę. W sumie atrakcji dla dorosłych naliczyłam coś koło 15.
Następnego dnia nie mieliśmy zbyt dużo czasu, ponieważ na lotnisku musieliśmy być już o 12. Tak wiec wymeldowujemy się z hotelu i uderzymy na Targ Naschmarkt. podobno jest to najsłynniejszy targ, na którym znajduje się około 120 stoisk i lokali. Targ rzeczywiście jest bardzo urokliwy i do tego te zapachy... Mnóstwo fajnych kawiarenek, w których można zjeść coś dobrego (nawet pierogi) albo napić się kawy. Mimo wszystko targ trochę trąci tymi tureckimi, a to zapewne dlatego, że handluje tam bardzo dużo Turków, którzy zaczepiają podobnie jak u siebie w kraju. Wystarczy, że usłyszą parę słów i już rozpoznają skąd jesteś.
Na targu można zakupić herbaty, kawy, zioła, słodycze, owoce, ciuchy (trochę tandetne), orzechy, suszone owoce, sery i całą masę innych rzeczy. Wbrew pozorom targ nie jest taki duży. Dwie alejki, wzdłuż których znajdują się stoiska.
Po drodze z targu mijamy budynek opery. Wiedeńska opera to jedna z najlepszych scen na świecie. Zresztą sam gmach już zobowiązuje. Niestety do budynku nie możemy wejść, gdyż jest nieczynne. Podałabym Wam dni, ale to bez sensu, ponieważ terminarz był dostępny tylko na czerwiec.
Tuż zaraz obok opery znajduje się Albertina, słynna galeria założona w 1768 roku. Podobno w budynku znajduje się około 50 tysięcy różnych obrazów i 1,5 tysiąca rycin. Muzeum posiada zbiory Rafaela, Rembrandta, Michała Anioła, Leonarda Da Vinci i wielu innych artystów. Bilet niestety bardzo drogi, bo aż 16 euro. Nie zdecydowaliśmy się jej zwiedzić wewnątrz.
A teraz trochę skumuję opiszę kilka miejsc, ponieważ chciałabym wspomnieć o starówce Wiednia. Starówka jest naprawdę przepiękna. Najładniejsza jaką widziałam dotychczas. Każda kamieniczka jest bardzo zadbana, odrestaurowana. Piękne rzeźby, kolumienki... Do tego jest bardzo rozległa, a nie tak jak w Warszawie zaledwie Stare Miasto. Można po niej chodzić i chodzić i się zapomnieć. Zresztą poniższe zdjęcia chyba mówią same za siebie.
Na dziedzińcu ratusza odbywają się bardzo często różne imprezy okolicznościowe.

Kolejna z perełek, które niepozornie wyglądają wewnątrz. Wnętrze naprawdę piękne. Wspaniałe malunki na suficie, dekory, rzeźbienia. Naprawdę jest co podziwiać.
Kolejny punkt naszej wycieczki to Zamek Hofburg (ulica Michaelerkuppel), który jest jednym z największych na świecie kompleksów pałacowych. Kiedyś rezydencja Habsburgów, dziś miejsce w którym mieści się wiele muzeów min muzeum Sisi. Niestety wejściówka dosyć droga, ponieważ kosztuje 15 euro. Jeżeli ktoś chce przewodnika, należy doliczyć kolejne 3 euro. My rezygnujemy ze zwiedzania, jednakże słyszałam, że muzeum jest całkiem ciekawe. Zawiera bardzo dużo osobistych przedmiotów cesarzowej Elżbiety. Głównym motywem muzeum jest podobno życie prywatne Elżbiety, ale nie tylko za czasów kiedy była już cesarzową, ale również widzimy podlotka mieszkającego w rodzinnej Bawarii.
Nawet jeżeli nie chcecie zwiedzać muzeum, można się położyć na trawce przed rezydencją - tak robią wszyscy. Miejsce jest tak urokliwe, że odpoczynek jest wskazany.
Podoba mi się to, że w Wiedniu wzdłuż rzeki ustawione są leżaki na których można przysiąść, odpocząć, napić się kawy czy herbaty. Teren, który w Polsce byłby niezagospodarowany, w Wiedniu tętni życiem. Ściany pokrywają kolorowe murale, wzdłuż rzeki możemy podziwiać nowoczesne rzeźby i figury.
Taki spacerek zrobiliśmy sobie nie na darmo. Na taką zabawę czekaliśmy cały dzień. Prater (Leopoldstadt), to nic innego jak jeden z najstarszych parków rozrywki. Otwarty w 1766 roku dzięki Józefowi II Habsburgowi, który podarował ten teren jako miejsce publiczne do zabaw. To w tym miejscu znajduje się diabelski młyn, z którego słynie Wiedeń.
Wstęp do parku jest bezpłatny. Każda atrakcja jest płatna. Kasy zawsze znajdują się przed danym miejscem. Może nie jest to energylandia, jednakże miejsce jest naprawdę bardzo fajne. Jest oczywiście cała masa atrakcji dla dzieci, ale również dorośli znajdą coś dla siebie. Poniżej przedstawiam kilka zdjęć atrakcji tych dla dorosłych. Wejściówki w zależności od rodzaju od 3 do kilku euro.
Ursyncio poniżej stoi przed diabelskim młynem zakrytym. Jednakże jest również odkryty. Polecam się nim przejechać. Wrażenia lepsze niż w zakrytym.
To jest niesamowity hardcore. Wyrzutnia - bardzo wysoka. Siedzenia dojeżdżają do samego końca. Rusza bardzo niespodziewanie - i właśnie o to chodzi. Później opada do połowy i niespodziewanie się podnosi i opada. Taką rundę robi 4 razy. W pewnym momencie człowiek czuje się jak w kosmosie... Tak tak, przejechałam się tym, ale później nie zdołałam skorzystać już z żadnej atrakcji poza diabelskim młynem...
Coś ala młot. Nie dość, że mocno wybija do góry, to jeszcze siedzenia cały czas się kręcą.
Ta kolejka wygląda bardzo niepozornie, ale taka nie jest... W pewnym momencie szyny wywijają się do góry nogami. Kolejka jest bardzo szybka. Ursyn mówił, że nie wiedział gdzie się aktualnie znajduje, czy na górze czy na dole...
Olbrzymia karuzela łańcuchowa, na którą miałam ochotę ale nie zdecydowałam się ze względu na wcześniejszą kolejkę... Zaczynamy od samego dołu, później karuzela z wirującymi siedzeniami podnosi się coraz wyżej i wyżej... aż dojeżdża do samej góry. Nie muszę chyba wspominać, ze Ursyncio tam był?!
Poniższa atrakcja trochę podobna do tej, którą opisywałam na początku, tylko, że wyższa i nie wznosi się i nie opada. Jest jeden turnus. Wsiadamy, następnie kolejka rusza do samej góry. kręci się powoli na górze. Następnie po jakiś 2 minutach opada na dół.
W parku było jeszcze parę kolejek dla dorosłych, podobnych do tej z wagonikami, co się przekręcała. Widziałam na pewno wyrzutnię. Po bokach znajdowały się dwa wysokie pale, na środku krzesełko. Naciągały się po czym wyrzucały krzesełko w górę. W sumie atrakcji dla dorosłych naliczyłam coś koło 15.
Na targu można zakupić herbaty, kawy, zioła, słodycze, owoce, ciuchy (trochę tandetne), orzechy, suszone owoce, sery i całą masę innych rzeczy. Wbrew pozorom targ nie jest taki duży. Dwie alejki, wzdłuż których znajdują się stoiska.
Po drodze z targu mijamy budynek opery. Wiedeńska opera to jedna z najlepszych scen na świecie. Zresztą sam gmach już zobowiązuje. Niestety do budynku nie możemy wejść, gdyż jest nieczynne. Podałabym Wam dni, ale to bez sensu, ponieważ terminarz był dostępny tylko na czerwiec.
Tuż zaraz obok opery znajduje się Albertina, słynna galeria założona w 1768 roku. Podobno w budynku znajduje się około 50 tysięcy różnych obrazów i 1,5 tysiąca rycin. Muzeum posiada zbiory Rafaela, Rembrandta, Michała Anioła, Leonarda Da Vinci i wielu innych artystów. Bilet niestety bardzo drogi, bo aż 16 euro. Nie zdecydowaliśmy się jej zwiedzić wewnątrz.
A teraz trochę skumuję opiszę kilka miejsc, ponieważ chciałabym wspomnieć o starówce Wiednia. Starówka jest naprawdę przepiękna. Najładniejsza jaką widziałam dotychczas. Każda kamieniczka jest bardzo zadbana, odrestaurowana. Piękne rzeźby, kolumienki... Do tego jest bardzo rozległa, a nie tak jak w Warszawie zaledwie Stare Miasto. Można po niej chodzić i chodzić i się zapomnieć. Zresztą poniższe zdjęcia chyba mówią same za siebie.
Ostatnim miejscem jakim odwiedziliśmy w Wiedniu, był ratusz.
Zwiedzaliśmy go tylko z zewnątrz, choć podobno można wewnątrz zwiedzać z przewodnikiem. Budowa budynku rozpoczęła się w 1872 roku, a zakończyła w 1883. Ratusz wybudowany przez Friedricha von Schmidta, który wybudował również katedrę w Kolonii. Tak myślałam, że coś mi przypomina, ale nie mogłam skojarzyć do. Dopiero kiedy zrobiłam research już po przyjeździe wyczytałam, że to ten sam budowniczy. Ratusz jest naprawdę imponujący. Żadna europejska stolica nie mogłaby się go powstydzić. Wyczytałam, że do budowy zużyto 30 milionów cegieł i 40 000 metrów sześciennych naturalnego kamienia. Dziedziniec ratusza jest jednym z największych w Europie. Wewnątrz znajduje się olbrzymia sala balowa, która mogłaby pomieścić 1500 par (ale przepisy przeciwpożarowe zabraniają). Na dziedzińcu ratusza odbywają się bardzo często różne imprezy okolicznościowe.
CO PRZYWIEŚĆ Z WIEDNIA?
- Słodycze produkowane przez firmę Manner. Są to wafelki, które oczywiście w smaku przypominają te w Polsce, ale są zdecydowanie lepsze. Bardzo delikatne, słodkie, rozpływają się w ustach. Można zakupić je w paczkach. My kupiliśmy osiem sztuk po 3,99 euro. To naprawdę bardzo dobra cena. Sklep znajduje się tuż zaraz obok katedry. Firma produkuje również coś ala wafelki knoppers. Cztery sztuki za 0,99 euro. Oczywiście są różne słodycze tej firmy. Pomimo, że zakupione w sklepie firmowym, cena najlepsza w całym Wiedniu.
Słodki samochodzik firmy Manner.
- Czekoladki i pralinki z wizerunkiem Mozarta
- Różnego rodzaju gadżety z wizerunkiem Mozarta np futerał na okulary

- Porcelana ręcznie malowana
- herbatki również z wizerunkiem kompozytora, choć nie tylko. Jest ich cała masa. Różne smaki i rodzaje.
- Sery. Tak jak herbatek jest ich cała masa. Na targu można zakupić po małym kawałku. Zmieszczą się nawet w plecak.
- Wino - w Wiedeń slynie z produkcji wina, więc jeżeli nie ogranicza Was walizka i mililitry - to nic tylko kupować.
- Jeżeli kogoś stać to zawsze można zakupić biżuterię Svarowskiego, który pochodzi właśnie z Austrii.
CO JEŚĆ W WIEDNIU?
Jeść można naprawdę wszędzie. W Wiedniu bardzo popularny jest street food. Różne kuchnie zaczynając od azjatyckiej, kończąc na tej typowo wiedeńskiej. My jedliśmy bardzo często azjatyckie noodle w budkach na ulicy albo sushi. Kilka ławek, nawet nie trzeba stołu.Kuchnia austriacka jest bardzo ciężka, podobnie zresztą jak polska. Bardzo popularne są kiełbaski z serem żółtym w środku, albo kotlety podobne do naszych schabowych, ale te austriackie robione są z cielęciny.
Oczywiście kultem są już kanapki Trześniewskiego. To jest dla mnie obowiązkowe miejsce. Zresztą już o nim mówiłam wcześniej.
Ze słodyczy trzeba koniecznie spróbować apfel strudel, albo warkocze, no i oczywiście torciki. Niekoniecznie zaraz ten słynny tort Sachera. Takich łakoci jest cała masa. W każdej cukierni za ladą zobaczymy przynajmniej dwadzieścia różnych torcików.
W Austrii oczywiście można zjeść dużo więcej tradycyjnych i być może ciekawszych potraw, jednakże tak jak wspominałam wcześniej, ich kuchnia jest podobna do naszej, a że naszej raczej unikam, bo jest za ciężka, to również jakoś specjalnie nie szukaliśmy tradycyjnych austriackich potraw.
Moja opinia na temat Wiednia.
Wiedeń to przepiękne miasto. My mieliśmy zaledwie 1,5 dnia, trochę mało, ale przynajmniej będzie po co wracać. Wędrując po mieście czuć tę unoszącą się w powietrzu kulturę i sztukę. Wiedeń słynie z całej masy koncertów i imprez kulturalnych, więc fajnie byłoby jakąś zaliczyć. Mnóstwo usianych kawiarenek sprawia, że do każdej chce się wejść i wypić kawę. Niestety Wiedeń nie należy do tanich miast. Za kawałek ciasta płacimy 4 euro, za kawę nawet 8. Oczywiście można wejść do MC i kupić ją za zaledwie 2 euro, jednakże jeżeli mam wybierać pomiędzy Pragą a Wiedniem, zdecydowanie wybrałabym to drugie.No i to co mi się jeszcze podobało, to darmowe dystrybutory wody. Przez cały wyjazd nie kupiliśmy ani jednej butelki.

















































































































































