Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

sobota, 8 sierpnia 2020

Indie - kompendium wiedzy. Co kupić, co jeść, krowy i inne sprawy...



W prawdzie w Indiach byliśmy w styczniu 2020 roku, jednak przez wzgląd na zupełny lock down, nie miałam za bardzo chęci na publikowanie tego posta. Czemu? Przytłoczyło mnie zamknięcie granic oraz brak perspektyw na kolejny wyjazd. Jednak wzięłam się za siebie, bo i tak mam duże zaległości, dlatego poniżej - nareszcie! - nasze wrażenia z tego barwnego kraju, w którym nie opisuję gdzie byliśmy, co widzieliśmy (do tego służy inny post). Ten, jest zbiorem najważniejszych informacji, które na pewno przydadzą się Wam jeżeli będziecie chcieli kiedyś tam się udać. Wiem, że jest to bardzo odległa perspektywa (ze względu na pandemię), jednak jeszcze kiedyś będzie pięknie... tak jak kiedyś...


KROWY

Zaczynamy więc, od jednego z ważniejszych tematów w Indiach, którym są tytułowe krowy. Wszyscy na pewno słyszeli, ze w Indiach chodzące po ulicy krowy to normalność. Podczas całego naszego pobytu doświadczaliśmy wiele takich widoków. Krowy tak naprawdę są wszędzie. Kiedy idą środkiem ulicy, samochody je omijają. Kierowcy są cierpliwi, nie używają klaksona. Pytaliśmy jednego z kierowców taksówki co one jedzą i czy ktoś o nie dba, czy ktoś je doi. Usłyszeliśmy, że jedzą wszystko co znajdą na ulicy, chodniku, w śmietniku. Jeżeli ktoś ma potrzebę to po prostu podchodzi i odciąga mleko. Nikt się nimi nie zajmuje. Chodzą po całym mieście i podobne ze snem, robią to gdzie popadnie. Aby zrozumieć logikę tego podejścia, trzeba trochę sięgnąć do dawnych wierzeń hindusów, gdzie tuż za sklepieniem nieba żyła sobie niebiańska krowa. Ów zwierzę traktowane jest jako jedna z siedmiu matek człowieka. Czemu? Bo daje mleko, którym się żywi człowiek. Wbrew powszechnemu przekonaniu, które utarło się u nas w kraju i na świecie, krowa nie jest czczona przez Hindusów. Hindusi otaczają je specjalną opieką, jednak ich nie czczą. Nie modlą się do nich. Nie składają im ofiar. W większości regionów jest zakaz spożywania ich mięsa. Można zabijać jedynie stare krowy, które są już u schyłku swojego życia. Zabicie sprowadza złą karmę. Oczywiście powoli się odchodzi od tej tradycji. Gdzieniegdzie serwują dania z wołowiną, widziałam nawet reklamy restauracji, jednak nie jest to powszechne.  Więc kiedy zobaczycie krowę wyjadającą warzywa z czyjegoś straganu, nie bądźcie zdziwieni kiedy właściciel straganu jej nie wygoni. W prawie świeckim są specjalne zapisy dotyczące traktowania bydła. Jeżeli dopuścimy się jakiegoś nieakceptowalnego czynu wobec krowy, możemy za to trafić nawet do więzienia. I dotyczy to również turystów. Należy więc bardzo uważać, szczególnie jeżeli ktoś ośmieli się prowadzić auto czy też skuter. A jeżeli chcecie powiedzieć komplement kobiecie, idealnym będzie powiedzenie, że ma oczy jak krowa.


TUK TUK

Nieodłącznie z Azją kojarzą nam się tuk tuki. Nowocześniejsza wersja rikszy, która kiedyś prowadzona była przez silnych mężczyzn, teraz została zastąpiona malutkim pojazdem z napędem takim jak skuter. Z przodu miejsce dla kierowcy, z tyłu zmieszczą się 3 osoby, choć są również które mogą gościć w swoich progach nawet sześć osób. Bardzo często tuk tuki nie są właścicielami motorikszarzy. Czasami jest to po prostu praca "etatowa" (w cudzysłowie bo nie sądźcie, że mają odprowadzane składki), jak każda inna. Wtedy właścicielem  jest osoba, która ma swoją sieć tuk tuków. Czasami motorikszarze pracują latami aby zakupić swoje auto. 
Praca kierowcy tuk tuka w Indiach to przynajmniej dwa etaty. Rozmawialiśmy z młodym chłopakiem, który był ciekaw naszego życia i wyjazdów. Kiedy zapytaliśmy go co robi w wolnym czasie, powiedział, że on nie ma wolnego czasu. Nie ma urlopu. Jego całym życiem jest praca. Dodał, że my Europejczycy, jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami. 
Tuk tuk jest najtańszym środkiem lokomocji w Azji. Zawiezie wszędzie i w każdą pogodę. Targowanie się z kierowcą jest nawet konieczne, ponieważ zawsze dostaniemy przynajmniej dwa razy większą cenę niż powinniśmy. Choć ciężko też ta prawdziwą cenę ustalić. My najpierw pytaliśmy o cenę, następnie zwykle obniżaliśmy ją często nawet o sto procent. Jeżeli kierowca nie chciał się zgodzić, pytaliśmy kolejnego. Jeżeli ten się nie chciał zgodzić, pytaliśmy trzeciego. Jeżeli  trzech nie przystało na naszą ofertę, oznaczało, że jest za niska. Najlepiej ściągnąć sobie mapę offline, która pokaże nam trasę. My przeliczaliśmy sobie kilometry na kwotę. 5-6 kilometrów za 150 rupii to była dobra cena. Jeżeli chciał więcej, oznaczało, że z nas zdziera. I ważne jest to aby wsiadać do tuk tuka dopiero wtedy kiedy mamy ustaloną kwotę. W innym przypadku zostaniemy oszukani. 
Któregoś razu wsiedliśmy do tuk tuka, który miał nas zawieźć do hotelu (najlepiej pokazywać im na mapie na telefonie miejsce docelowe, bo często nie wiedzą gdzie co jest i wywiozą nas nie wiadomo gdzie). Po kilku minutach okazało się, że kierowca jest pijany. Nie wiedział zupełnie dokąd jedzie. Trzeba było mówić mu gdzie ma skręcać. Ponadto co chwilę chciał nas wieźć gdzieś, gdzie sprzedają wódkę, whisky albo inne europejskie alkohole. Przez całą jazdę, mówiliśmy mu chyba ze dwadzieścia razy, że nie jestesmy zainteresowani. Trzeba również uważać, kiedy motorikszarz twierdzi, że zawiezie nas na bazar, gdzie kupimy wszystko co chcemy. Ten bazar zawsze okazuje się zwykłym sklepem, który często wygląda dosyć luksusowo jak na warunki hinduskie, tymczasem asortyment to najczęściej pierdoły, które się tylko kurzą a kosztują olbrzymie sumy. Dla przykładu za jakiegoś małego słonika z kamienia, sprzedawca chciał od nas około 100 zł. Nie dajcie się nabrać, że są ręcznie robione, że nigdzie takich nie kupicie. Ceny niektórych rzeczy nie są droższe o sto procent, ale często o pięćset, sześćset procent niż na zwykłym hinduskim bazarze. Daliśmy się raz nabrać na coś takiego. Kątem oka obserwowałam co robi kierowca tuk tuka. Kiedy weszliśmy, on usiadł na ławce w przedsionku sklepu i czekał na swoją prowizję od tego co kupimy. Tak więc jak widzicie, jest to zorganizowana szajka, której nie można ufać. 

CENY

Ceny w Indiach to jest rozdział szeroki jak rzeka. Z jednej strony są bardzo niskie. Przykładowo jedzenie uliczne jest tanie jak barszcz. Za potrawkę na ulicy zapłacimy 2/3 zł. Obiad w ulicznym barze kosztuje mniej więcej od 100 rupii (około 5 zł). Porcje są bardzo duże. Niestety w zachodnich restauracjach nie jest już tak przystępnie. W KFC czy sieciówce Costa, za kawę zapłacicie tyle ile w Europie. Pomimo, ze na ulicy kawę sprzedają za 2 zł. Wszystko co zachodnie ma swoją cenę, która zawsze jest wysoka. W centrum Delhi jest pasaż z zachodnimi sklepami, w większości drogich projektantów. A tuz przed sklepem stoi uliczny handlarz, który sprzedaje np podrobiony pasek Gucci, który po wytargowaniu zakupimy za 10 zł. Absurd prawda? 

Ceny na bazarach są, podobnie jak jedzenie, bardzo przystępne. Oczywiście wszędzie trzeba się targować. Niestety przez to nie jesteśmy w stanie stwierdzić ile dana rzecz jest warta. Ale z drugiej strony, jeżeli wytargujemy tanio, mamy satysfakcję. Trzeba uważać na wyzyskiwaczy o których wspominałam już trochę wcześniej przy okazji tuk tuków. Wszystkie sklepy na modę zachodnią, ZAWSZE mają wysokie ceny. Nawet jeżeli coś wytargujecie, ona i tak będzie wysoka. Proponuję więc udać się na bazary. A o nie w Indiach nie jest trudno, bo całe Indie to jedno wielkie targowisko. Na bazarach kupicie wszystko co lokalne lub pochodzące z Indii. Jeżeli chcecie skorzystać z dobrodziejstw sklepów spożywczych, to oczywiście takowe również się tam znajdują, jednakże ceny są adekwatne do kontynentu z którego przybyły. Wszystkie co zachodnie jest drogie, albo chociażby w cenach podobnych do tych polskich. Zrobiłam krótki przegląd produktów, które wybrałam losowo ze sklepu. I tak np:
herbata Dilmah kosztuje więcej niż w Polsce. W rupiach indyjskich zapłacimy 250. Po przeliczeniu na polskie to około 13 zł.


Herbata tetley zielona 145 rupii (około 7,5 zł). 


Herbata Twinings 285 rupii (około 14,5 zł).


Może nie są to jakieś olbrzymie kwoty, jednak chcę Wam pokazać, że jak na Indie są to bardzo wysokie ceny. Paczkę herbaty indyjskiej (w której jest kilka sztuk) na bazarze zapłacicie 2-3 zł. Więc jeżeli chcecie robić zakupy, to tylko na ulicznych straganach.

KOBIETY

Przechodzę do jednego z najtrudniejszych tematów. Zacznijmy może więc od początku, czyli od metra do którego wsiedliśmy zaraz po wylądowaniu. Kiedy zajęliśmy miejsca w wagonie, zauważyłam, że jestem tu jedyną kobietą. Dodatkowo wszyscy mężczyźni świdrowali mnie wzrokiem. Po głośnych sprawach związanych z molestowaniem kobiet (zarówno Hindusek  jak i tych przybywających z za granicy), wszędzie pojawiły się odrębne wejścia dla pań, odrębne szatnie, odrębne przedziały, odrębne przejścia... I tak można by wymieniać.  Czasami w metrze widziałam panie, które wsiadają wraz ze mną do przedziałów ogólnych, jednak były to pojedyncze sytuacje. Przyznam się szczerze, że nie korzystałam z nich nigdy. Pomimo świdrujących spojrzeń, czułam się bezpieczniej w towarzystwie moich towarzyszy płci przeciwnej. Jednak molestowanie oraz przemoc względem kobiet i dzieci, w Indiach to rzecz naturalna z którą większość społeczeństwa nie widzi niczego dziwnego. Gdzieś w internecie przeczytałam, że kobiety na ulicy są gwałcone, podczas gdy przechodnie nagrywają filmiki i robią zdjęcia. Oczywiście to są jakieś skrajne sytuacje, jednak nagabywanie i molestowanie jest tu wszechobecne, więc trzeba na siebie uważać.

Kiedy rodzi się córka, rodzina płacze. Kiedy rodzi się syn, to czas na świętowanie. Bardzo często, tuż po urodzeniu, pozbywa się córki. Jak? Istnieje wiele sposobów. Można ja udusić, wrzucić do rzeki, czy też można użyć jakiegoś specyfiku aby ją otruć. Ci co są bardziej majętni, jeszcze przed urodzeniem, korzystają z aborcji. Niestety bardzo często mordercą jest nie tylko ojciec, ale również i matka. Popularne w Indiach jest powiedzenie "Obyś była matką tysiąca synów". Syn to inwestycja na przyszłość. To syn zarabia i później opiekuje się matką i ojcem. 

Na ulicznych straganach osobami, które gotują, podają, sprzątają, sprzedają są tylko mężczyźni. Naprawdę bardzo rzadko można zobaczyć kobietę. Rolą kobiety jest siedzenie w domu, gotowanie, sprzątanie i wychowywanie dzieci. Wszystko musi być zgodne z tradycją. Wielu mężczyzn uważa, ze ujmą dla niego jest to, ze kobieta pracuje, ponieważ oznacza to, że nie jest w stanie utrzymać swojej rodziny. 

W niektórych punktach usługowych, w metrze, w ochronie, w muzeach czy tez placówkach bankowych możemy zauważyć zatrudnione panie. Szczególnie tam, gdzie przestrzegane są restrykcje dotyczące podziału mężczyzna-kobieta. Oczywiście wszystko to po to aby uniknąć spekulacji na temat molestowania. W Indiach oczywistym jest, że kobiety nie może przeszukiwać mężczyzna. Jednak na wsiach płeć piękna nie ma już tak łatwo. Jedyną możliwością zarobku jest praca naw własnym poletku ewentualnie na plantacji kawy czy też herbaty. Podobno ręce kobiety są bardziej delikatne niż mężczyzny, dlatego liście herbaty najczęściej zbierane są przez panie. W slumsach sytuacja jest z goła inna. Tam nie mają zbyt wielkich szans na wyrwanie się. Tym bardziej, że w Indiach cały czas duże znaczenie ma przynależność do kast. 

Pomimo tego, że w Indiach znajdują się jedne z największych miast świata, większość ludzi mieszka na wsiach. Podobno jest to około 65 procent społeczeństwa. My Europejczycy, czy też ogólnie mówiąc, ludzie Zachodu, uważamy, że nawet takie miasto jako New Delhi jest zacofane. Tymczasem życie na wsiach wygląda jeszcze inaczej. Dla nas - gorzej, ale czy dla nich również? 

Wiele małżeństw jest dalej aranżowanych. Kobieta nie ma wyboru. Musi się poddać woli rodziców. Od początku jej celem jest urodzenie dzieci, dbanie o męża oraz o dom. Podobnie jak jej matki, babki, prababki itd. Często są to rodziny wielopokoleniowe, stłoczone na małej przestrzeni. 
Podobnie jest ze strojem. Bardzo ciężko jest zlokalizować kobietę, która ubrana jest w coś innego aniżeli sari.  Dlatego ja, w swoim typowo europejskim stroju, białych  albo mocno kolorowych spodniach i takim samym kapeluszu z szerokim rondem, wzbudzałam niemałe zainteresowanie, zarówno u kobiet jak i u mężczyzn. Niektórzy mężczyźni brali mnie za osobę medialną. Twierdzili, że wyglądam jak gwiazda Bollywood, co jest trochę śmieszne, bo to był zupełnie normalny strój europejski, który niczym nie zachwycał. 


WARUNKI ŻYCIA, HIGIENA, ŚMIECI, ULICE, BIEDA


Indie rządzą się swoimi prawami. Nie są podobne do żadnego kraju europejskiego. Więc nie dziwi mnie, ze bardzo dużo ludzi przeżywa szok kulturowy. W zasadzie to ja sama byłam w szoku. Wycieczka do tego kraju jest propozycją hardcorową. Myślę, ze Ci co jeżdżą zwykle do hotelu all inclusive, wypoczywać przed basenem, nie nadają się do tego rodzaju "wypoczynku". 
Pierwsze co mi się rzuca w oczy już w Dehli, to wszechobecne śmieci, dziury w drodze, często brak chodników oraz ludzie żebrzący na ulicy. Jednak to co zobaczyłam w Agrze, przechodzi wszelkie wyobrażenia. Dodam jeszcze, że Agra ma prawie 1,3 mln mieszkańców. Jeżeli na ulicy jest asfalt, to cud. Droga przez środek miasta, usypana jest ze żwiru, w którym jest pełno wyboi. Praktycznie nigdzie nie ma chodników. W Dehli, tak jak pisałam wcześniej, jest trochę lepiej, choć z naciskiem na tylko trochę. Gdzieniegdzie pojawia się się asfalt - zwykle na głównych ulicach. Jednak kiedy skręcimy w boczną uliczkę, zobaczymy piach, dziury i kamloty. W zasadzie mogłabym powiedzieć, że infrastruktura tu nie istnieje.

Wszędzie widać wiszące kable, jednak nie robi już to na mnie wrażenia, gdyż jest to widok charakterystyczny dla całej Azji. Ważne, ze oni się w tym jakoś odnajdują - albo i nie... Mojej uwadze nie uchodzą zgliszcza budynków, które są zamieszkane przez ludzi. Aż trudno mi w to uwierzyć, ale rzeczywiście tak jest. Rudery nie mają ścian. Walają się obok gruzy, nie mają okien ani drzwi. Tam, gdzie czegoś brakuje, przykryte jest brezentem, folią albo jakimś kawałkiem materiału. Takie budynki są praktycznie na każdym kroku w obydwu miastach. Jednak bieda najbardziej rzuca się w  Agrze oraz po drodze do miasta. Jadąc pociągiem widziałam całe osiedla, które składały się z wbitych w ziemię kilku palików. Za ściany i drzwi robił jakiś kawałek szmaty. Na tych "osiedlach" toczy się życie. Mieszkają tu tysiące osób.  Wychowują się dzieci. Jak? Pytam. Nie wiem...

W zasadzie to w takich warunkach nie ma mowy o higienie. No bo jak ją zachować skoro nie ma domu, nie ma prądu, dostępu do wody? Ludzie żyją w strasznych slumsach. To co widzieliśmy w filmie "slumdog" w stu procentach odzwierciedla ten klimat. Któregoś razu zaatakowały nas biedne dzieci. To był prawdziwy horror. Te dzieciaki były strasznie agresywne. łapały nas za ciuchy, szczypały, ciągnęły za kieszenie. Wyrywały torebkę i portfel z kieszeni. Staraliśmy się je ignorować, ale nie było takiej szansy. Byliśmy wręcz nagabywani przez te dzieciaki. Okoliczni straganiarze próbowali odgonić je od nas. Jednak one, zawzięte, nie dawały za wygraną. W końcu podjechał tuk tuk. Wsiedliśmy do niego mówiąc żeby jechał gdziekolwiek... I ktoś może powiedzieć: głupki. Bali się dzieciaków. Jednak one zachowywały się jak z horroru. To było jedno z najgorszych przeżyć w Indiach. Przez około 15 minut próbowaliśmy się od nich opędzić. Jedną z dziewczynek, przykro mi to stwierdzić, ale uderzyłam po rękach. Z frustracji, ponieważ szczypała mnie w rękę a Piotrasa łapała za kieszeń w której miał portfel. W efekcie zniszczyła mi kurtkę skórzaną. Cała popękała.  Nie zrozumcie mnie źle. Wiem, ze dla nich to jest walka o przeżycie. Co tam jakaś kurtka. Jednak z perspektywy człowieka Zachodu jest to bardzo szokujące. No nie da się wszystkich nakarmić. Po prostu się nie da...

Poniżej parę zdjęć jak wyglądają mieszkania większości ludzi w Indiach...
Jedna z ulic Delhi
Wydaje się, że w stolicy ludzie nie biedują. Załączony poniżej obrazek, przeczy wszystkiemu. Bieda w całym kraju jest tak ogromna, że przyprawia o ból serca. Niedaleko jednej ze świątyń, widzimy zgrupowanie ludzi, mieszkających na ulicy. "Szałasy" - bo inaczej nie mogę ich nazwać, znajdujące sie na chodniku, przykryte są kawałkiem materiału. Poniższe zdjęcie może Wam zobrazować poziom ich biedy. Ojciec z dzieckiem, gotujący na ulicy...
jeden z chodników Delhi. 
Jedno z dzieci żebrzących na ulicy
I wszędzie wszechobecne krowy. Wyjadają nawet warzywa i owoce z okolicznych straganów. Nikt ich oczywiście nie przegania, bo są traktowane w wyjątkowy sposób. 
Temat śmieci, który już kilkakrotnie poruszałam.  I nie jest ważne czy jest to stolica czy Agra. Oczywiście w Agrze jest ich zdecydowanie więcej.  Aż wydaje się nieprawdopodobne, że 1,3 milionowe miasto wygląda jak wioska albo wysypisko śmieci. I to nie jest kilka papierków walających się po ulicy. To są po prostu tony śmieci. W jednej z książek przeczytałam, ze Indie to najbrudniejszy kraj na świecie. Podobno trafia tu 80 procent odpadów z całego globu. Jednak nie tylko inne kraje przykładają rękę do tej dewastacji, ale również sami mieszkańcy. Wyrzucają wszystko na ulicę. Odpady z jedzenia, brudną wodę po myciu garnków z ulicznych restauracji, czy po prostu zwykłe śmieci. Część z nich ląduje w rzekach. Nawet w świętej dla hindusów Yamunie. Następnie później w tej samej rzece, idą się kąpać, albo myć garnki, w których przygotowywana jest żywność. Dlatego tak często ludzie z zachodu mają dolegliwości żołądkowe., pomimo dbania o higienę rąk, czy stosowania się do zasady picia wody tylko z butelek oryginalnie zakręconych. Jestem daleka od potępiania tych ludzi. Sądzę że gdybym sama nie miała co włożyć do garnka, również nie zachowywałabym się pro ekologicznie. Problem jest zdecydowanie głębszy niż nam się wydaje. Wszystko leży u podłoża władzy, która jest mocno skorumpowana. W tym kraju nie przestrzega się praw człowieka. Nie dba się o zdrowie i życie mieszkańców. W jednym z najbardziej przeludnionych krajów świata, kilkadziesiąt albo nawet kilkaset tysięcy ludzi, to kropla w całym oceanie. Problemem jest również cały czas trwające przekonanie o kastowości społeczeństwa. W kaście w której się urodziłeś, musisz umrzeć... Nie ma awansów społecznych.
Higiena w street-food'owych restauracjach też niestety pozostawia wiele do życzenia. Większość z nich stoi po prostu na chodniku bądź na ulicy. Wystarczy kawałek blatu (niekoniecznie czystego), kilka garnków, ogień, patelnia i już jest restauracja. W prawdzie w wielu krajach azjatyckich również funkcjonuje taki model, jednak w Tajlandii wszystko to sprawiało wrażenie dużo czystsze, bardziej uporządkowane i zorganizowane. Tymczasem tu jest typowo na dzikiego. Dziś restauracji nie ma, jutro już jest.  Żaden sanepid tam nie wpadnie. Nie zweryfikuje warunków.Często bary nie mają nawet stolików. Po prostu siadasz na krawężniku i jesz. Często te bary nie mają nawet dostępu do bieżącej wody. Nawet te, które zlokalizowane są w budynkach jak na poniższym zdjęciu. Przynoszą ją z jednego źródła ogólnego w wiadrach, które zlokalizowane jest zwykle gdzieś na środku placu.

Jednak chcąc poznać lokalną kulturę, do tego za małą kwotę, trzeba się przełamać. Nie chcieliśmy korzystać z drogich, europejskich restauracji, bo nie po to tu przyjechaliśmy. Chcieliśmy zobaczyć prawdziwe Indie. Bez zbędnego ubarwiania. Dlatego tak ważne jest aby mieć ze sobą zawsze płyn do dezynfekcji, bądź chusteczki antybakteryjne, butelkowaną wodę, która jest oryginalnie zapakowana (nie pijemy z kranu), bierzemy probiotyk oraz leki na wszelkiego rodzaju dolegliwości żołądkowe, czy to biegunka czy wymioty. Jeżeli ma nas dopaść (tak jak nas), to i tak dopadnie, ale można przejść chorobę w łagodniejszy sposób. Trzeba również pamiętać aby nie jeść owoców, które nie są umyte. Nie spożywamy posiłków do momentu kiedy nie umyjemy i nie zdezynfekujemy rąk.

Uliczny street-food to skupisko całych rodzin. W jednej restauracji pracuje ojciec, brat, syn, wnuk, dziadek. Oczywiście w większości są to mężczyźni. To oni gotują, podają, sprzątają. A kobiety? Zajmują się domem i dziećmi.

jedna z ulicznych restauracji
Jedna z ulicznych restauracji

Poniżej już prawdziwy hardcor. Uliczna restauracja. Za piec tandori stanowi stara beczka po oleju. Ale jest obok garnek, stolik, kuchenka. Jest i danie. I to całkiem niezłe. Szczególnie chlebek naan wypiekany z tej beczki.  

NATARCZYWOŚĆ, BIAŁY = BANKOMAT

W Indiach najbardziej irytowała mnie wszechobecna obłuda. Każdy widział w nas bankomat. Nawet wtedy kiedy pozornie twierdził, ze nic nie chce. Nie dajcie się wiec nabrać na zagrywki w stylu; "szkolę swój angielski", "jestem lokalnym nauczycielem", "nic od Ciebie nie chcę, chcę tylko pomóc". Zapewne niektórzy się na mnie za to oburzą, jednak powiem to. Jest to totalny bulshit. Wszyscy coś od Was chcą. Czemu? Bo jesteście biali. Biała gęba musi zawsze zapłacić więcej. Biała gęba to gwarancja kasy. Niestety, ale będąc w Indiach nie doświadczyłam ani razu życzliwości ze strony hindusów. Być może miałam pecha, albo po prostu nie wydarzyło się nic takiego co mogłoby tą życzliwość spowodować. Nie chcę zostać odebrana jako szowinista, bo szanuję każdy naród. I każda kultura jest dla mnie fascynująca. Jednak pragnę Was przestrzec, że musicie bardzo uważać. 

Tak naprawdę to w każdym miejscu w którym byliśmy, oczekiwano od nas, że zapłacimy dodatkowo za ... no własnie, tak naprawdę to nie wiem nawet za co. Po prostu zapłacimy. Płacenie za pilnowanie butów, których nikt nie pilnuje to już standard. Przed wejściem do każdej świątyni, siedzi koleś, który każe zostawić buty przed wejściem. I trzeba mu za to zapłacić. W jednym z mauzoleów w Agrze, zostawiłam buty z dala od pilnującego chłopaka. Kiedy wracałam po nie, zażądał abym zapłaciła mu za to, że leżały 4 metry od niego. Oczywiście wyśmiałam go. On za to mnie zbeształ.  

Jeżeli chcielibyście zapytać kogoś o drogę. Oczywiście powie Wam, ale musisz za to zapłacić. Będąc w Agrze, w Baby Taj Mahal, wzdłuż muru, zauważyłam biegające dzieciaki.  Kiedy nas spostrzegły, podbiegły pod mur i zaczęły prosić mnie abym zrobiła im zdjęcie. Widząc, że chłopaki nawet przybrali pozy, mówię sobie, dobra, chcą to cyknę im fotę. No i wtedy się zaczęło. Od razu usłyszałam żądanie aby im zapłacić. Kiedy je wyśmiałam, dzieciaki biegły za mną wzdłuż muru, krzycząc, że je oszukałam. W pewnej chwili podszedł do nich jakiś mężczyzna. Myślałam, że może upomni dzieciaki, za to, ze mnie nagabują. Jednak on, skierował swój gniew na mnie, krzycząc bezczelnie, że powinnam im za to zapłacić. Osłupiałam. Gdyby nie ten wysoki mur, który mnie od nich oddzielał, prawdopodobnie doszłoby do szarpaniny. Wystarczyło, że ledwie się wychyliłam za murek, a dzieciaki ponownie biegły po kasę...

to horror a nie dzieciaki. Chłopcy żądający ode mnie pieniędzy za zdjecie

Biała rasa cieszy się ogromną popularnością wśród hindusów. Praktycznie w każdym miejscu w którym byliśmy, wszyscy chcieli sobie robić z nami zdjęcia. Na początku było to całkiem miłe, jednak po dwudziestym razie, stało się strasznie uciążliwe. Były takie momenty, ze nie byłam w stanie opędzić się od ludzi (głównie mężczyzn), którzy ustawiali się do mnie w kolejce. W jednej ze świątyń, spotkaliśmy całą, kilkunastoosobową rodzinę. Kiedy nas zobaczyli, poprosili o wspólne zdjęcie. Wcisnęli mi nawet dziecko w ramiona. Jeszcze będąc w Indiach, zaczęłam szperać w internecie, o co chodzi z tymi zdjęciami z białymi? Okazało się, że jesteśmy dla nich gwarantem powodzenia. Podobno przynosimy im bogactwo i szczęście. Mieć w znajomych osobę białą, jest bardzo pożądane w hinduskim społeczeństwie. Nawet na weselach, matki, bardzo często wynajmują białe aktorki, które odgrywają rolę najlepszej przyjaciółki córki. Jeżeli biały chciałby grać w bollywodzkich filmach, szybko znajdzie się dla niego rola. Niektórzy mężczyźni, noszą ze sobą zdjęcia, spotkanych przypadkowo osób o jasnej karnacji, aby mieć możliwość pochwalenia się komuś, że jest to jego najlepszy przyjaciel/przyjaciółka, który mieszka w Europie czy USA.
W jednym z artykułów, które znalazłam w internecie, przeczytałam, że niektórzy mężczyźni wstawiają na portale społecznościowe zdjęcia z białymi kobietami, informując przy tym, ze np z nią spał. Po przeczytaniu takich wzmianek, jak ktoś podchodził do mnie z prośbą o wspólne zdjęcie - odmawiałam.

Stojąc na ulicy, nie będziesz mógł się opędzić od ludzi. Każdy chce Cię gdzieś podwiesić, coś Ci zaoferować. Odmówisz raz? Podejdą kolejne 15 razy, I to nie jest wyolbrzymianie tematu. Jednemu taksówkarzowi odmawialiśmy chyba ze dwadzieścia razy. Po kilkunastu razach odmowy, byliśmy tak wkurzeni, że zaczęliśmy krzyczeć na tego taksówkarza. Myślcie, ze dał nam spokój? Oczywiście, że nie. Przechodząc koło straganów, szczególnie w miejscach turystycznych, podbiegną do Was wszyscy straganiarze z prośba abyście do nich zajrzeli. I powiedzą Ci, że nie musisz niczego kupować. Tylko przyjdź ich odwiedzić i popatrzeć. Kiedy do nich zajdziesz, zaczną Ci wciskać dosłownie wszystko. Nie potrzebujesz kamiennego słonika?  Już potrzebujesz! On Cię o tym zapewni. A może chcesz kupić durnostojkę w postaci kolorowego kieliszka? Myślisz sobie: "to tandeta, ale kupię od niego aby się odczepił". Tymczasem on zabija Cię ceną: 2 tysiące rupii! (czyli jakieś 100 zł ten badziew). Szukają naiwniaka, który nie będzie się targować. Ale pamiętaj. to jest Azja. Tu trzeba się targować o wszystko. Inaczej w najtańszym kraju świata wydasz 2 tysiące przez 3 dni. Trzeba się targować nawet w sklepie, gdzie są podane ceny. W żadnym kraju azjatyckim nie spotkałam się z taką natarczywością. Nawet w Tajlandii. 

Jednak najbardziej chyba przeszkadzały mi natarczywe spojrzenia mężczyzn. Były strasznie obcesowe i wulgarne. Patrzyli się dosłownie wszyscy. Po prostu stawali na chodniku i bezczelnie świdrowali wzrokiem. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z czymś takim. Nawet jak wyszłam na ulicę dziwnie ubrana. Kobiety robiły to bardziej subtelnie, uśmiechając się przy tym. Tak naprawdę towarzyszyły mi wszędzie gdzie się nie ruszyłam. Czasami czułam się jak żyrafa w cyrku. Nawet siedząc w pociągu mężczyźni momentami po prostu przystawali aby sobie na mnie popatrzeć. Dzieci pokazywały mnie palcami. Przedziwne uczucie. 

To co jeszcze mi się rzuciło w oczy, to brak pomocy ze strony kogokolwiek. Przykładowo jednemu z pasażerów spadła w pociągu na podłogę poduszka. Wszyscy przechodzili przez nią, albo po niej. Nikt nie chciał jej podnieść. Jedyną osobą, która to zrobiła, byłam ja. Podobna sytuacja miała miejsce w Taj Mahal. Małemu dziecku, które matka niosła na rękach, spadł bucik. Chłopczyk płakał, jednak rodzice uznali to za zwykłe marudzenie. Wszyscy na około przechodzili. Nikt go nie podniósł poza mną. 

KUCHNIA

To jest chyba jeden z najciekawszych tematów. Kuchnia indyjska jest tak różnorodna jak cały kraj. W zależności od tego czy pójdziecie w kierunku kuchni muzułmańskiej czy też hinduskiej, napotkacie zupełnie inne składniki i przyprawy. Również ma znaczenie region w którym się aktualnie znajdujecie. Zatem ciężko mi tak w paru zdaniach nawet podsumować ten temat. Tym bardziej, że byłam tylko w Agrze i Delhi. Skupię się zatem na kilku podstawowych potrawach i składnikach, które miałam okazję spróbować. 
W większości kuchnia indyjska jest kuchnią wegetariańską. Jednak konsystencja i przyprawy, które są dodawane, sprawiają, że ciężko jest wyczuć, ze nie ma tam ani grama mięsa. Brak tego składnikach w potrawach spowodowany jest głównie zakazem religijnym, który nie pozwala spożywać wołowiny. Nawet popularne sieciówki takie jak McDonald's musiały dostosować swoje menu do miejscowych upodobań. 
Głównymi składnikami w kuchni indyjskiej to oczywiście przyprawy. Dzięki nim dania są bardzo aromatyczne. W zasadzie jest to chyba najbardziej aromatyczna kuchnia, która miałam okazję kosztować. Może konkurować chyba jedynie z kuchnią arabską. Przyprawami górującymi są przede wszystkim, imbir, curry, chili, kardamon, kolendra, kmin, mieszanka przypraw garam masala, kurkuma, sumak. Oczywiście nie wyczerpałam całego tematu przypraw, bo jest ich cała masa. Jednakże możemy uznać, że jest to podstawa.

Poniżej zamieszczam potrawy, które miałam okazję skosztować w Indiach.

Butter chicken - kto nie zna tej potrawy? W internecie jest cała masa przepisów. Potrawę tą spotkamy również w wielu restauracjach, nie tylko indyjskich. Bardzo często możemy również spotkać gotowe sosy o tej nazwie. Butter chicken to nic innego jak udka kurczaka, zatopione w gęstym, kremowym, pomidorowym sosie. W Delhi i Agrze podawany na bardzo ostro. W innych regionach można spotkać łagodniejsze wersje. Ja nie lubię udek z kurczaka, więc danie mnie nie powala. 

Tikka masala - marynowane kawałki kurczaka, które podawane w sosie śmietanowo-pomidorowym. W zasadzie to przypomina w smaku butter chicken.

Thali - to raczej sposób podania aniżeli potrawa. Podawane na metalowej tacy, z kilkoma przegródkami. W głównej przegródce znajduje się najczęściej ryż z dahlem, natomiast po bokach, w mniejszych przegródkach znajdują się gotowane na parze lub smażone warzywa oraz ostry sos. 

mango lassi - napój przyrządzany z czegoś na podoba jogurtu naturalnego, wody oraz przypraw. Zatrzymam się jeszcze przy jogurcie. Jego konsystencja podobna jest trochę do maślanki. Napój jest dosyć zawiesisty. Tradycyjne lassi często przyprawia się solą, chilli, ale także kardamonem i owocami. Ja, najczęściej piłam te z mango, bo polecił je Piotras i muszę powiedzieć, że to był strzał w dziesiątkę/ Jeżeli nie lubicie mango, możecie spróbować tylko lassi, czyli typowo jogurtowe, albo np truskawkowe czy też jeszcze z innego owocu. 


dahl - po indyjsku oznacza coś co jest strączkowe. I nie chodzi tu tylko o fasolę i groch ale również soczewicę, bób, ciecierzycę. Dahl podawany jest osobno lub z warzywami, zmielony lub taki gdzie pływa groch, soczewica, ciecierzyca czy też inny strączkowy składnik. Dahl jest bardzo bogaty w  białko oraz błonnik, dlatego często spożywają go wegetarianie. Gęsta, zawiesista konsystencja sprawia, ze dahl jest bardzo sycący. I do tego mocno rozgrzewa. W zasadzie to nie ma jednego przepisu na dahl. W zależności od głównego produktu, przybierze też różny kolor. Czerwona soczewica da nam kolor lekko pomarańczowy, zielona soczewica - zielony, podobnie zresztą jak fasola i bób. Ciecierzyca za to szary. Jest to bardzo proste danie. Często robię je w domu na obiad. Wystarczy dodać trochę orientalnych przypraw takich jak kmin, imbir, kolendra czy też kardamon. Przepisów jest cała masa. 

Indyjski dahl z czerwonej soczewicy
Bhatura - są tu okrągłe, napompowane białe chlebki, które w środku są puste. Smażone na głębokim tłuszczu. Podawane z ostrym sosem. Jak dla mnie nic specjalnego. 

czaj masala - Jest to przepyszna herbata, która składa się z mieszanki różnych przypraw, również tych ostrych. Bo masala w języku hindi to właśnie mieszanka przypraw. Smak, w zależności na którym straganie kupujemy herbatę, może się różnić. Podobnie zresztą jak ze wszystkim. Jednak podstawą jest zawsze czarna, mocna herbata, mleko, miód, lub cukier, lub  melasa, oraz przyprawy min takie jak kardamon, imbir, często chili, pieprz, kolendrę czy też goździki. Trochę przypomina bawarkę, jednak jest zdecydowanie bardziej aromatyczna. Czasami przypominała mi kawę bądź czekoladę. W Indiach nie pije się raczej normalnej kawy. W niewielu lokalach można było ją dostać. Dlatego piłam ją zwykle jako substytut kawy. Na straganach można zakupić gotowe mieszanki. Przywiozłam ze sobą kilka sztuk w dużych opakowaniach. I muszę powiedzieć, że smakuje prawie identycznie jak wa w Indiach. Hindusi kupują często w malutkich paczuszkach, które są gotowe do spożycia po zalaniu wrzątkiem. Te paczkowane, które zakupiłam, wymagają przygotowania. 
A jak przygotować herbatę? Gotujemy mleko, wodę oraz przyprawy około 15 minut. Możemy w tym momencie dodać również miód. Po tym czasie dosypujemy czarną herbatę. Gotujemy około 5 minut, mieszając aby herbata wydala swój aromat. Następnie przecedzamy do dzbanka. I gotowe. Kolejny must have. Napar jest przepyszny. 

naaan - chlebek z ciasta drożdżowego, który wypiekany jest w piecach tandoor. Z wyglądu zupełnie nie przypomina naszego chleba. Przede wszystkim jest płaski jak naleśnik. Rozmiar również bardzo zbliżony do naszego naleśnika. Podawany w różnych smakach. Najczęściej jako garlic, z serem albo butter. Ja pokochałam ten maślany. Jest po prostu przepyszny. I jest to kolejny must have. Zwykle podawany jako dodatek do innych dań. Jeszcze spieszę z wyjaśnię co to jest piec tandoor. Otóż jest to gliniany piec, zwykle w kształcie dzbana. Poniżej na zdjęciu, panowie maja trochę innego typu piec, ponieważ w zasadzie siedzą na nim. Ciasto na chleb jest wcześniej przygotowywane, po rozwałkowaniu (choć panowie robili to rękoma) przykleja się go do ściany pieca. Po kilku minutach, metalowym kilofem wyjmuje się gotowy chlebek.

Piec tandoor
chlebek naan
samosa - są to pierogi smażone na głębokim tłuszczu. Rozmiary są przeróżne. Jadłam zarówno te małe jak i duże. Różnią się również nadzieniem. Tradycyjnie podawane z ziemniakami i groszkiem. Jednak jadłam również takie, które były nadziewane zielonym curry. Mogą być ostre ale również i łagodne. W zasadzie nie ma tu reguły. Czasami podawane solo, a czasami z ostrym sosem. Zjecie je również na Sri Lance. Bardzo dobre. Danie mus have. 

sprite z lodami - czegoś takiego nie piłam jeszcze nigdy. Jest to najzwyklejszy sprite do którego wrzuca się lody śmietankowe. Fenomen. Bardzo dobre. Spróbujecie je jedynie w McDonald's. Nie jest to tradycyjna potrawa, ale wrzucam jako ciekawostkę.


Poniżej zamieszczam menu kilku ulicznych restauracji w którym mieliśmy okazję jeść. 




Ziemniaki z przyprawami i niewielką ilością sosu, podawane na tacy thali. Po prawej chleb naan. Na górze pomidory oraz jogurt naturalny.


Po prostu ryż. Nie wiem jak inaczej określić to danie. Gdzieniegdzie widać małe kawałki warzyw. Ryż był smażony na patelni.


Poniżej menu w jednej z restauracji którą napotkaliśmy po drodze z Tadz Mahal. Ceny są śmiesznie niskie. Ryż smażony zakupimy za zaledwie 50 rupii (około 2,5 zł). Decydujemy się skosztować chlebków naan z masłem oraz czosnkiem, zamawiamy również jakąś zieloną zupę z kiełkami, szczypiorkiem i wydaje mi się, że z pociętym bakłażanem (oczywiście vege), która miała dosyć osobliwy smak, dahl zrobiony z czerwonej soczewicy - był przepyszny, oraz mango lassi.
Jak widać po zdjęciach, lokal nie przypomina tych u nas. W Polsce byłaby to podrzędna speluna. A w Indiach? Super restauracji. I do tego pyszna i tania. 




chlebek naan
jakaś zielona zupa ze szczypiorkiem, kiełkami i bakłażanem
Zakupiliśmy te mini przekąski na ulicznym stanowisku z myślą, ze jest to potrawa na ostro. Po lewej to co wygląda jak ciasto, było jakąś zbitką czegoś co było chyba zrobione z maki kukurydzianej. Nie smakowało mi to zupełnie. O dziwo, mało przypraw, nie słone. Bez smaku. Po prawej, zapewniam Was, że nie widzicie kiełbaski. Nie wiem czy przypadkiem nie był to gulab jamun, czyli ala kiełbaski smażone na głębokim tłuszczu, ulepione z masy mlecznej, która powstaje w wyniku gotowania mleka do momentu kiedy odparuje woda. Po dodaniu mąki, formuje się kulki albo takie kiełbaski jak poniżej, smaży się na głębokim tłuszczu, następnie oblewa się słodkim syropem. Jeżeli mam być szczera, to dla mnie był to ulepek. Nie smakowało mi to zupełnie.



Przez krótką chwilę zastanawiałam się co to jest. Wygląda fenomenalnie i kosztuje dosłownie parę groszy (kilka złotych). Dopiero jak pan, który sprzedawał zaczął przygotowywać dla nas posiłek, zorientowaliśmy się co to jest. ot po prostu cytryna z ziemniakami. Niby nic, a uwierzcie mi, że jest przepyszne. Koniecznie musicie spróbować. 


CO PRZYWIEŚĆ Z INDII

Indie to pozornie to szał zakupowy. Jest tu cała masa wszystkiego. Jednak aby wybrać to co rzeczywiście potrzebujemy, musimy być bardzo odporni na wszystko to co widzimy na ulicy. Ta feeria barw sprawia, że można naprawdę wpaść w szał zakupoholizmu. Poniżej lista tych rzeczy, które według mojej oceny, mogą być fajną pamiątką dla bliskich bądź dla siebie. Oczywiście wszystkich nie zakupiłam.
  • rzeźbione przedmioty w piaskowcu bądź marmurze - jest tego cała masa. Zaczynając od figurek, poprzez szkatułki ozdobne, a kończąc na wazonach. Są naprawdę bardzo ładne. Jednak trzeba uważać aby nie zapłacić za nie krocie. Wiele razy słyszeliśmy cenę 100 zl za małego słonika. Nie dajcie się omamić. Słonika możecie kupić za 5 zł, a szkatułkę za parę  złotych więcej. Najtańsze oczywiście są na stoiskach bazarowych w mieście. Najdroższe w miejscach turystycznych. I nie dajcie się przekonać, ze nigdzie takich nie kupicie. Jest ich cała masa dosłownie wszędzie. A w miejscach turystycznych oszukają Was, ze są to ręcznie robione i do tego przez ich rodzinę. 
  • ozdobny papier czerpany - powinnam zacząć od tego co to jest papier czerpany? Byłam lekko wkurza kiedy wszędzie na blogach czytałam, ze warto przywieźć papier czerpany. Ale co to jest, to nikt już tego nie wyjaśnił. Śpieszę więc z definicją dla laików. Jest to nic innego jak papier, który wytwarzany jest bez drzewa. Wytwarzany ręcznie. Posiada nierówną powierzchnię. Sprawia wrażenie starego, takiego papieru jak to by powiedziała moja siostra, z duszą. papier nie jest biały jak z drukarni. Jest sztywny i ma się wrażenie jakby przeleżał ileś lat w księgarni. Pięknie pachnie - przynajmniej dla tych co lubią książki. Ten papier to istna perełka. Szczególnie, ze jest jeszcze pięknie zdobiony. Można zakupić go w różnych wersjach. I tak np w formie papieru do pisania listów, jako papier do wizytówek, bądź jako notatnik czy też kalendarz. Dostępny w rulonach, książkach, zeszytach czy że w normalnej papeterii. Dziwi mnie to, że taki fanatyk papieru jak ja, nie zakupił żadnej sztuki...


  • kadzidełka - jest ich cała masa. najlepiej kupować na bazarach. Spotykane chyba we wszystkich zapachach. I nie pachną tak jak nasze kadzidełka kupione w marketach. Przede wszystkim nie duszą. Można zakupić w mniejszych bądź większych paczkach. Kosztują dosłownie parę groszy (1, 2, 3 zł) Do kadzidełek można zakupić od razu fajne, drewniane naczynko, w które wkłada się kadzidełko, dzięki temu spadający popiół nie brudzi nam blatu. Nawet jeżeli nie lubicie kadzidełek, proponuję abyście spróbowali jeszcze raz. I zacznijcie od tych delikatnych np jaśminowych, różanych.
  • olejki eteryczne - nie widziałam ich jakoś dużo na bazarach, jednak być może nie byłam na nie zafokusowana. Swoje zakupiłam na jednym z bazarowych stoisk. powinnam Wam też wyjaśnić czym się różnią olejki zapachowe od olejków eterycznych. Olejki eteryczne są całkowicie naturalnymi wyciągami roślinnymi., natomiast olejki zapachowe to połączenie olejków eterycznych z olejkami syntetycznymi. Czyli olejki sztuczne zmieszane z naturalnymi.  Jednak mogą mieć w składzie wzmacniacz zapachu. Przydadzą się do kąpieli, jako  perfumy, do masażu, bądź jako wkład do zapachu odświeżającego salon. Kosztują 1, 2 zł za buteleczkę. 
  • naturalne perfumy z olejków - fajny, orientalny prezent. Szczególnie dla tych co lubią naturalne perfumy. podobnie jak w przypadku olejków eterycznych, kosztują 2,3 zł. 
  • herbaty - nie muszę wspominać, że jest ich strasznie dużo? Do wyboru, do kolory. Na stoiskach bazarowych napotkacie herbaty pakowane po kilka sztuk. I zdecydowanie nie kupujcie w sklepach spożywczych, które przeznaczone są dla zachodnich turystów. No bo po co Wam herbata dilmah, którą kupicie w Polsce w podobnej cenie? Bierzcie wszystko co indyjskie. Herbatę możecie zakupić za zaledwie 3,4 zł. Paczkowane po kilka sztuk. A im więcej kupicie u tego samego sprzedawcy, tym większy rabat dostaniecie. Na wielu stronach przeczytałam, że herbata organic india, jest bardzo dobra i koniecznie trzeba ją zakupić. Jeżeli mam doradzić Wam coś szczerze, to nie smakuje jakoś specjalnie orientalnie, a jest droższa niż tradycyjne herbatki pakowane bez nazwy w kolorowe opakowania. Jeżeli chcecie, kupcie jedno opakowanie, a resztę przeznaczcie na zwykłe herbatki z bazaru no name... Herbata kolorowa, liściasta, owocowa np z liczi, czy też z granatu, za 100 gram zapłacimy trochę więcej, bo około 10 zł. 

Ot zwykłe herbatki, zapakowane w piękny, kolorowy materiał. Idealne na prezent. koszt 3-4 zł
Herbata zapakowane w piękne drewniane, rzeźbione opakowanie, Kosztowała zaledwie 4-5 zł.
  • czaj masala - na straganach sprzedają gotową mieszankę przypraw do czaj masala. I ta mieszanka jest naprawdę bardzo dobra. Wystarczy do czarnej, mocnej herbaty dodać mieszankę przypraw i juz mamy pyszną indyjską masala chai. Koszt to 2,3,4 zł w zależności od torebki. Ja za mieszankę pół kilogramową dałam 200 rupii, czyli około 10 zł. 
  • przyprawy - można zakupić zapakowane w piękne rzeźbione, drewniane pudełka. patrząc po nazwie, jest ta  na pewno chilli.Przyprawy można zużyć, piękne pudełko zostanie na lata.  Oczywiście zakupiłam kilka sztuk dla swojej rodziny. Koszty? 3-4 zł. W zależności co wynegocjujecie. 
  • Buty, torebki - buty są specyficzne. Nie są o zwykłe buty jakie nosi się w Europie. Są lekko ekstrawaganckie. Kolorowe. Całkiem w moim stylu, bo nie jestem stu procentowo europejska. Jednak nie kupiłam żadnych i dlatego bardzo żałuję. Buty są kolorowe, skórzane i mocno orientalne. Głównie letnie. Bez pięt. Koszt 20-30 złotych. Jeżeli chodzi o torebki, to myślę, że prędzej dla siebie coś wybierzecie. Oczywiście wszystkie są kolorowe (jak wszystko w Indiach). Większość z nich jest skórzana. Są bardzo fajne, jednak nie spodziewajcie się takiego wykonania jak w polskim sklepie z torebkami skórzanymi. Nie zrozumcie mnie źle. Nie wyglądają tandetnie. Nie są też słabej jakości. Jednak przy bliższym przyjrzeniu, widać różnicę. W Indiach zakupiłam sobie jedną torebkę. I jestem z niej bardzo zadowolona. Nie pęka, nie farbuje. Za swoją dałam o ile pamiętam coś koło 60 zł. 





  • Koce - trochę może Was to zdziwić, bo kto przywozi koc z tak dalekiej podróży? We wcześniejszym poście pisałam, że byłam zmuszona zakupić koc, ponieważ, jeszcze będąc w Agrze, w hotelu było strasznie zimno, a niestety dostaliśmy tylko jeden koc i do tego śmierdzący na 3 osoby oraz prześcieradła, które zastępowały kołdrę. Koce są po prostu przepiękne. Kolorowe, w przeróżne wzory. Różnej wielkości. I do tego bardzo bardzo tanie. Ja zakupiłam w rozmiarze 160x200 za cenę około 20 zł. Bez problemu zmieścił mi się do dużej walki. A najśmieszniejsze jest to, że kiedy byłam w Indiach, siostra zadzwoniła do mnie, że kupiła mi piękny, pomarańczowy koc, trochę większy niż ten mój. Udało się jej go wyhaczyć na jakimś lokalnym bazarze. Dała za niego tylko 100 zł. Co i tak mnie zdziwiło, bo w sklepie za taki koc trzeba zapłacić ze 300 zł. Kiedy wróciłam do Polski, zobaczyłam, że na metce napisane jest made in India...
  • Przyprawy - Idealny prezent chyba dla wszystkich. Wspaniały i bardzo aromatyczny kardamon, który najczęściej można kupić w ziarkach podobnych wielkością do dyni. Kurkuma i curry, które w przyprawach indyjskich są chyba podstawą. Chili w kawałkach albo w przyprawie znajdziecie na każdym straganie. Cena śmiesznie niska, bo parę złotych za opakowanie . Polecam również te paczkowane, zapakowane w piękne drewniane szkatułki. Wyżej na zdjęciach są widoczne.

  • Biżuteria - nie widziałam srebrnej ani złotej. Jest to raczej robiona z jakiegoś stopu metali. Jest bardzo wystawna. Mnóstwo świecących elementów. Bardzo dużo kolorów. Znajdziecie również charakterystyczne dla tego kraju kolczyki w kształcie dzwonków. Można je często zobaczyć w filmach hinduskich. Koszt takich kolczyków to około 2 zł. Generalnie jak wszystko w Indiach, tak i biżuteria jest bardzo tania. Ja osobiście nie znalazłam niczego ciekawego dla siebie. Liczyłam na jakąś ręcznie robioną. Niestety takiej nie widziałam.
  • Szaliki - piękne i kolorowe. Różne wzory i kolory. Również różne tkaniny. Jeżeli chodzi o cenę to wszystko zależy od negocjacji. Myślę, że dobrą ceną może być kwota kilku złotych. Oczywiście trzeba się targować.

  • Sari - jest to tradycyjna część garderoby kobiet na półwyspie indyjskim. Kobiety chodzą w nim na co dzień. Są bardzo strojne, kolorowe i bardzo piękne. Jednak mam wrażenie, ze ładnie wyglądają tylko na hinduskach. Jednak jeżeli chcecie, możecie zakupić sari na lokalnych bazarach. Ich koszt jest bardzo różny. Można kupić takie za kilkadziesiąt złotych, ale również takie za kilka tysięcy złotych.

Hinglih

Hinglish to mieszanka języka angielskiego oraz hindi. W zasadzie jest to hybryda tych dwóch języków, która została stworzona przez samych mieszkańców. Indie zamieszkują ludzie, którzy posługują się tysiącami przeróżnych dialektów, jednak tylko w języku angielskim są w stanie się zrozumieć. Słowa najczęściej zaczerpnięte są z języka angielskiego, jednak konstrukcja zdania zupełnie odbiega od angielskiego. Zbliżona bardziej do hindi. W języku hinglish bardzo często połykane są końcówki wyrazów, bądź wyrazy miksowane są z innymi. Ta hybryda używana jest praktycznie przez wszystkich. Im się wydaje, ze mówią do nas czystym angielskim, tymczasem my nic nie rozumiemy z tego bełkotu. Bardzo dziwne dla nas może być to, że nawet w hinduskich filmach aktorzy mówią w języku hinglish. Miałam okazję oglądać jeden z takich filmów. Oczywiście głównym tematem (jak w większości filmów wyprodukowanych w Bollywood), była miłość bogatej dziewczyny oraz chłopaka pochodzącego z klasy średniej. I co ciekawe, dziewczyna, mówiła w języku hinglish, chłopak w hindi. Miało to na celu podkreślenie jej wysokiego statusu. 

INDIE NASZYMI OCZAMI

Indie są bardzo trudnym kierunkiem. Wszystkie zasady i standardy, które znamy z Europy, tu nie istnieją. Trzeba przygotować się na prawdziwy szok kulturowy. Bieda, góry śmieci, brak higieny  - wszystko to mrozi krew w żyłach. Większość z nas nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić, ze tak można żyć. Jednak pomimo tego, jest jedno z ciekawszych miejsc w jakim byliśmy. Ilość kolorów, smaków i zapachów bije na głowę większość państw, które mieliśmy okazję odwiedzić. Kuchnia jest po prostu przepyszna. Różnorodna, kolorowa jak całe Indie, niezwykle aromatyczna. Zapachy kurkumy, kminu i kardamonu obecne są na każdej ulicy. Mając tą wiedzę, którą mam, czy wybrałabym sie tam ponownie? Zdecydowanie tak. Czy chciałabym tam mieszkać? Zdecydowanie nie. Mogłabym zaakceptować zamieszkanie tan na jakiś krótki okres, jednak na pewno nie jest to miejsce moich marzeń. Obraz tej biedy i ubóstwa jest tak przytłaczający, że chyba nie byłabym w stanie psychicznie poradzić sobie z biedą tych ludzi. Szczególnie dzieci, które nagabują turystów. Wiesz, że dając im pieniądze, pomagasz im tylko na chwilę. Jednak za chwilę zbiegnie się do Ciebie całe miasto po pomoc. Nie da się im wszystkim pomóc, póki rząd nie zmieni nic w swojej polityce.

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU