Czemu naszym celem stało się akurat Grodno na Białorusi? Większość z Was pewnie powie, że nie ma tam nic ciekawego. Bieda i kult Łukaszenki, który jest poplecznikiem Putina. Kto mnie zna, wie, że uważam, że w każdym miejscu jest coś ciekawego do zwiedzania. Trzeba tylko potrafić to dostrzec. Poza tym, wujek Łukaszenka otworzył granice dla zewnętrznego świata. Tak wiec, podobnie jak z Kalinigradem, postanawiamy odhaczyć na mapie świata również Grodno.
Aby wjechać na teren Białorusi od tego roku,nie musimy już mieć wizy. Jednakże jest kilka warunków. Pierwszym z nich jest wejście na stronę, gdzie należy wypełnić wniosek, który kryje się na samym dole pod nazwą "zgłoś bezwizowy wyjazd". Klikamy na pierwszy kafelek "Otrzymać dokumenty błyskawicznie" i przechodzimy do wypełnienia wniosku. Należy przygotować dane paszportu, wskazać dokładną datę wyjazdu, adres i nazwę noclegu. Nie ma potrzeby dołączania fotografii. Wypełnienie wniosku jest bezpłatne. Odpowiedź przychodzi dosłownie w ciągu kilku minut na podany adres @. Podczas wypełnienia wniosku musimy wybrać obowiązkowo 3 usługi, które zrealizujemy na terenie Białorusi. W Grodnie może to być np muzeum Orzeszkowej, wejściówka do Nowego Zamku, muzeum historii i religii, zoo, wejście do klubu nocnego Baza bądź Gentlemen's Club Relax, park rozrywki, obejrzenie makiety miasta, bądź muzeum Kanału Augustowskiego. Są jeszcze atrakcje w innych miastach. Po kliknięciu na stronie w linka, pokaże nam się pełna lista. Obowiązkową atrakcją z której nie można zrezygnować, był przejazd taksówką. Trzecią usługą, którą my wzięliśmy było ubezpieczenie, które i tak wykupujemy w Polsce, więc w sumie nie robiło to zbyt dużej różnicy. Pierwszy raz się spotykam z czymś takim. No ale jak trzeba, to nie ma wyboru.
Kolejnym warunkiem, który trzeba spełnić, jest posiadanie przy sobie minimum 93 zł w dowolnej walucie na jedną osobę i jeden dzień pobytu. My byliśmy tam trzy dni, więc musieliśmy pomnożyć kwotę razy liczbę dni i liczbę osób. Pieniądze nie mogą być na koncie. Musi być to koniecznie gotówka. My przekraczaliśmy granicę samochodem. Jednak w pieniądze ubezpieczyliśmy się wcześniej. Przy przejściu granicznym Kuźnica-Bruzgi nie było żadnego bankomatu. Niby nikt nie sprawdzał stanu gotówki przez nas posiadanej, ale chyba nie ma co ryzykować. Jeżeli przekraczacie granicę samochodem konieczne jest wypełnienie deklaracji celnej. Można to zrobić online bądź już na samej granicy. Jeżeli ktoś chce wypełnić przez internet, to po wypełnieniu wniosków personalnych, pojawi się informacja o wypełnieniu deklaracji na auto. Całość deklaracji wypełnia automat, poza oczywiście danymi samochodu. Wniosek online jest po polsku, po zatwierdzeniu wniosku (trwało to kilkanaście minut), otrzymujemy komunikat o zgodzie i wypełniony wniosek w języku naszego wujka Łukaszenki. Wszystkie dokumenty trzeba koniecznie wydrukować. Chyba nie muszę przypominać, że podczas przekraczania granicy należy przy sobie mieć paszporty, zaakceptowane wnioski oraz dokumenty samochodu.
To tyle z formalności. Więc teraz szybki kurs zasad dotyczących poruszania się po Białorusi.
Na tych dokumentach możemy poruszać się jedynie w obrębie strefy Parku „Kanał Augustowski”, miasta Grodno, obszaru rady wiejskiej w Sopoćkiniach, obszaru rady wiejskiej w Podłabieniach i obszaru rady wiejskiej w Odelsku. Nie można wyjechać poza powyższe tereny np do Mińska, gdyż tam jest konieczna wiza, której nie mamy.
I jeszcze przed opisywaniem samej wycieczki, parę słów na temat granicy. Niby nie ma strasznie dużej kolejki, ale na granicy stoimy około 3h. Nie stawajcie na pas gdzie ustawiają się same tiry, gdyż to nie jest pas dla osobowych samochodów. Tak więc omijamy kolejkę i ruszamy dalej. Białorusini nie robili nam raczej problemów. Grodno od granicy znajduje się około 20 km. Wyjechaliśmy po pracy, więc tego dnia nie mamy już czasu na zwiedzanie (docieramy późnym wieczorem).
Nocujemy w Tavlya Apartment (Tavlya Street 82). Koszt 342 zł za wynajęcie dwupokojowego mieszkania z łazienką i kuchnią na trzy noce. Mieszkanie mieści się bloku. A właściwie to w wysokim wieżowcu. W prawdzie mieszkanie wygląda trochę jakby zatrzymało się na wybuchu Czarnobyla, ale jest całe tylko dla nas i mimo wystroju, całkiem wygodne. Nas i tak nie ma przez cały dzień, więc nie interesuje nas drogie lokum z wypasionymi usługami. Przyjechaliśmy tu zwiedzać a nie siedzieć w mieszkaniu. Poniżej załączam zdjęcia naszego lokum.
Następnego dnia z samego rana, udajemy się oczywiście na bazar. Kto czytał wcześniej mojego bloga, wie, że uwielbiamy bazary. Można tam poczuć klimat lokalnej społeczności, poobserwować ludzi, posmakować wielu ciekawych rzeczy, zakupić przyprawy, owoce, gifty i wiele innych rzeczy. Tak więc ruszamy na największy bazar w mieście Rynek Skidelski (Palihrafistaŭ 4). Pierwsza część bazaru, to zadaszona hala, gdzie wystawiane są głównie starocia. Kiedy przejdziemy dalej zobaczymy dosłownie wszystko. Buty, ciuchy, torebki, spożywcze artykuły, chemia... Tu zakupimy "markowe" obuwie czy ciuchy w cenach śmiesznie niskich. Buty adidasa czy innych słynnych firm, kosztują tu nawet 30 zł. I muszę powiedzieć, że wyglądają tak samo solidnie jak te w Polsce. Moda jest tu podobna jak u nas. Naprawdę myślałam, że będzie gorzej. Tymczasem ciuchy są naprawdę bardzo ładne. Można wyhaczyć wiele tanich rzeczy. I nie mówię tylko o tych "markowych". Np swetry z wełny można zakupić już za 30 zł. Byłam nawet lekko zdziwiona poziomem różnorodności towarów. Głównie oczywiście ciuchów bo to mnie najbardziej interesowało.
Cały targ jest bardzo rozległy. Na początku myślałam, że jest tam niewiele straganów. Jednak to wrażenie potęgowane jest przez ogrom całego placu. Na terenie obiektu są również hale z nabiałem, pieczywem i mięsem. Można tu również zakupić przepyszne miodki za śmieszne ceny. Polecam. Są bardzo dobre. My przywieźliśmy zarówno sobie jak i znajomym. Trzeba tylko pamiętać aby nie przekroczyć dozwolonej pojemności. O ile dobrze pamiętam to celnik, wspominał coś o 20 litrach, ale proponuję wcześniej sprawdzić.
Bazar teoretycznie otwarty jest od 8, ale kiedy my byliśmy koło 9, dopiero się rozkładali. Czynny od wtorku do niedzieli do 16 godziny. W poniedziałek jest zamknięty, zresztą jak większość obiektów na wschodzie. Proponuję sobie zarezerwować trochę więcej czasu. My chodziliśmy chyba ze cztery godziny.
Na bazarze spotkaliśmy panie, które były Polkami mieszkającymi na Białorusi. Kiedy zapytałam się czy czują się Polakami, panie odpowiedziały, ze jak najbardziej. Ich dzieci w prawdzie nie nie mówią po polsku, ale one w dalszym ciągu utożsamiają się z naszym narodem. Zapytałam je czy mają paszport polski i czy bywają w Polsce. Ponownie odpowiedź negatywna. Bywały wcześniej, szczególnie we wschodnich miastach, jednakże teraz wymagane są dokumenty (wizy), których oni nie posiadają. Panie handlowały na bazarze kilkunastoma swetrami. Tak naprawdę to u nas w kraju taki handel nie miałby najmniejszego sensu. No , ale jesteśmy na Wschodzie...
Bazar zlokalizowany jest tuż przy torach, wiec przy okazji można podziwiać urokliwe widoki.
Takich widoków u nas już raczej nie ma. Panie handlujące na ulicy czym popadnie. Kilka ząbków czosnku z ogródka, trochę wina, czy też bimbru i można handlować na chodniku.
A to hale gdzie można zakupić nabiał, mięso, pieczywo i miody.
Poniżej plastry miodu. Stanowisko to mieści się na samej górze hal.
Po zwiedzaniu bazaru ruszamy na miasto. W centrum, na Placu Sowieckim, z daleka podziwiamy Teatr Dramatyczny (Mostowa 35). Budynek kształtem przypomina koronę albo jak niektórzy mówią tort. Pomimo swojej fikuśności, ewidentnie kojarzy się z komunistycznym budownictwem.
A tuż na przeciwko teatru stoi czołg, który jest Pomnikiem Wyzwolenia Białorusi.
Zaraz po przeciwnej stronie, mamy kolejną atrakcję jaką jest Kościół Pod Wezwaniem Znalezienia Krzyża Świętego. Świątynia wybudowana na początku XVII wieku. Budowa została zatwierdzona przez króla Zygmunta III Wazę, który wsparł budowę 3200 florenami (złote monety, bite przez Florencję od XIII wieku). Świątynia przez lata była wielokrotnie przebudowywana. Podobno jeden z takich remontów został sfinansowany przez żołnierzy wracających z wojny polsko-rosyjskiej pod Smoleńskiem w 1611 roku. Kościół podobno ściśle nawiązuje do świątyni bernardynów, która znajduje się w Lublinie. Z ciekawostek dodam, że to tu odbył się ślub Elizy Orzeszkowej ze Stanisławem Nahorskim.
Wnętrze kościoła jest niewątpliwie ładne, aczkolwiek widziałam zdecydowanie ładniejsze (np we Włoszech).
Grodno nie jest dużym miastem, bo ma zaledwie 370 tysięcy mieszkańców. Samochód pozostawiamy na jednym z parkingów i praktycznie przez cały czas chodzimy piechotą. Wszędzie jest blisko, więc nie dziwi mnie fakt, że tuż obok jest kolejne miejsce, które mieliśmy w planach odwiedzić. Mianowicie bardzo ładną z zewnątrz niebiesko-białą Katedrę św Ksawerego. Pierwotnie był to kościół jezuitów, natomiast od 1782 roku kościół farny. Od 1991 roku katedra diecezji grodzieńskiej. Pierwotnym sponsorem był Stefan Batory, który czynił starania by sprowadzić Jezuitów do Grodna. Docelowo miało to być, podobnie jak nasz Wawel, miejsce pochówku króla. Niestety nie dożył końca budowy. Zmarł kiedy była ona w połowie. Katedra ta jest jedną z największych świątyń barokowych na terenie dawnej Rzeczypospolitej. Ciężko jest objąć ją od placu Sowietów.
Świątynia jest naprawdę bardzo ładna. Polecam zwiedzić.

A parę kroków dalej znajduje się najstarsza apteka na Białorusi, która funkcjonuje do dnia dzisiejszego. Apteka Jezuicka założona w 1687 roku, początkowo mieściła się w budynku kolegium jezuickiego. W 1709 roku została przeniesiona do budynku z poniższego zdjęcia. Aktualnie przylega do klasztoru jezuitów. Apteka funkcjonuje do dziś. Można wejść do środka (za darmo). Poza normalnymi lekami, możemy zakupić domowej roboty kremy czy też inne specyfiki. Robienie zdjęć w środku jest płatne. Nie pamiętam dokładnie ile kosztuje, ale nie była to duża kwota. W aptece jest w zasadzie tylko jedno pomieszczenie ze starymi półkami na których stoją stare przedmioty. Więc stwierdziłam, że nie ma sensu kupować biletu na zdjęcia.
To miejsce Ursyn wybrał specjalnie dla Merc, która jest lekko nawiedzona jeżeli chodzi o takie rzeczy. Muzeum osobliwości istnieje przy Uniwersytecie Medycznym. Eksponaty, choć ciężko je tak nazwać, zbierane były od 1958 roku. Można tu obejrzeć zniekształcone płody dzieci zatopionych w płynie z formaliny. Na etykietach przed eksponatem, znajduje się informacja na jaka chorobę chorowało dziecko. Widok jest naprawdę straszny. Dzieci zrośnięte brzuchami, głowami, z wodogłowiem, bez rąk, bez nóg, z jednym okiem.
Wstęp płatny. Niestety nie pamiętam dokładnie ile, ale to było chyba coś koło max 10 zł. Muzeum znajduje się przy ulicy Karola Marksa 1. Jeżeli będzie zamknięte, to trzeba wejść w drzwi obok, gdzie siedzi pani, która zawoła drugą panią, która otworzy nam drzwi.
Grodno jest bardzo czystym miastem. Przez cały wyjazd zdziwiona byłam, że nie napotkałam ani jednego papierka. A do tej czystości zachęcają przepiękne kosze wykonane z metalu. Piękne i dystyngowane. Niektóre na kapelutkach mają napisane dziękuję również po polsku. Ktoś miał fantazję. Każdy kosz jest inny. Nie będę Wam mówić gdzie się znajdują. Szukajcie aż znajdziecie... Poniżej zdjęcia. Dajcie znać przy jakiej ulicy je znaleźliście.

To co mi się jeszcze rzuciło w oczy to całe mnóstwo przedziwnych kwietników oraz metalurgicznych rzeźb. W lato miasto musi wyglądać naprawdę bardzo pięknie.
I jedna z głównych ulic na rynku. Tak naprawdę Grodno nie ma czegoś takiego jak starówka. Nie ma tu zabytkowych kamienic. Centrum to w zasadzie jedna długa ulica ciągnąca się od placu Sowietów przy której znajduje się naprawdę niewielka ilość sklepików i kawiarenek. Byłam bardzo zdziwiona, że nie ma tu butików odzieżowych. Zwykle przy głównej ulicy jest tego cała masa. Tymczasem Grodno stwarza wrażenie takiego małego, bardzo kameralnego i spokojnego miasteczka.
Fajnym sklepem w którym można zakupić regionalne ciekawostki i pamiątki jest sklepik artystyczny Cudounia (ulica Kirova 3). Sporo tu rzeczy ręcznie robionych. Miejsce ma fajny klimat.


Jak to na Wschodzie, tak i tu można spotkać na swojej drodze pomnik Lenina (plac Tyzenhauza). Przypomina mi trochę ten w Naddniestrzu. Nawet z tyłu budynek podobny. Niestety w Grodnie żyje sporo zwolenników systemu komunistycznego. Nawet podczas świąt zbierają się pod pomnikiem aby złożyć kwiaty w hołdzie przywódcy.
Poniżej plac przy którym znajduje się pomnik Lenina.
Ursyncio nie byłby sobą gdyby nie zrobił sobie zdjęcia przy napisie miasta. Napis znajduje się w parku tuż zaraz pomniku Lenina.
W tym samym parku znajduje się Pomnik Nieznanego Żołnierza z wiecznie płonącym ogniem. Sam park jest bardzo urokliwy. Oczywiście jak całe miasto zadbany.
Jeden z komunistycznych symboli w parku...
Na przeciwko wyjścia z parku znajduje się pomnik Giuseppe de Sacco. Byl to włoski architekt, który większość swojego życia spędził w Warszawie i Grodnie. Od polskiego przewodnika, którego spotkaliśmy przez przypadek usłyszeliśmy, że ludzie go głaszczą po nosie, ponieważ podobno przynosi to szczęście. Zresztą widać poniżej na zdjęciu, że nos jest jedną z niewielu części tej rzeźby, która nie zrobiła się czarna.
Kiedy pójdziemy prosto od pomnika (w przeciwną stronę do centrum), dojdziemy do Muzeum Elizy Orzeszkowej (ulica Elizy Ažeška 17). Tak naprawdę mało osób wie, że słynna pisarka, urodziła się w miejscowości niedaleko Grodna. W tym mieście mieszkała prawie całe swoje życie. Dla tych co nie wiedzą, przypominam, że w czasach kiedy urodziła się pisarka, Grodno należało do Polski. W muzeum pani przewodnik opowie nam trochę o życiu pisarki ( po polsku).
Muzeum nie jest zbyt duże. Zresztą jest to dom drugiego męża Elizy. Na górze mieści się biblioteka. Natomiast na dole znajdują się dwa pokoje w których będziemy słuchać opowieści.
Eliza w wieku 17 lat wyszła za mąż za Piotra Orzeszkę. Jednak po jakimś czasie unieważniła małżeństwo. W 1894 roku Orzeszkowa wyszła ponownie za mąż za Stanisława Nahorskiego, który był jej wieloletnim przyjacielem. Dwa lata później Nahorski zmarł w wyniku ataku serca. Dowiemy się również, ze Orzeszkowa była dosyć kochliwą kobietą. Pałała uczuciem nie tylko do swojego drugiego męża. Ale o tym opowie pani przewodniczka... I taka ciekawostka na koniec. Najlepszą przyjaciółką Elizy była inna znana pisarka, Maria Konopnicka.
Minusem obiektu jest cena. Jeżeli chcemy wejść w grupie zorganizowanej, jest w miarę tanio, bo płacimy praktycznie tylko za bilet. Jeżeli nie mamy aż tak dużej grupy, musimy zapłacić za bilet (3 ruble) i za przewodnika (25 rubli). Można ewentualnie spróbować podejść do pani bibliotekarki, która oprowadza po obiekcie (siedzi na górze) i zapytać czy można się podpiąć pod jakąś grupę (my tak to zrobiliśmy). Minus jest taki, że trzeba na nich czekać. W prawdzie pani powie o której zaczyna się tour, jednakże nasza grupa jechała z Polski, mieli lekkie opóźnienie, dodatkowo ich przewodnik był gadułą, więc w efekcie do muzeum robiliśmy aż trzy razy podchody. Obiekt jest czynny od 10 do 19. Oczywiście o 19 nie wpuszczają już żadnej wycieczki. Jeżeli mam być szczera, to jakoś nie zachwycił mnie ten domek. Fajnie było trochę posłuchać o naszej rodaczce, która gdyby urodziła się teraz, nie byłaby już Polką. Jednak 30 minut słuchania i dwa pokoiki do zwiedzenia, to trochę mało. Szczególnie jak trzeba jeszcze zapłacić za przewodnika.
Tak mi się rzuciła w oczy ta ściana, więc musiałam ją uwiecznić.
Docieramy do Cerkwi Katedralnej pod wezwaniem Opieki Przenajświętszej Bogurodzicy. Z zewnątrz cerkiew wygląda jak pastelowy pałac. Trochę mi przypomina Sobór Wasyla Błogosławionego w Moskwie. Czyli tą słynną cerkiew z kolorowymi kopułkami wyglądającymi trochę jak budynek z Disneylandu. Świątynia nie taka stara, bo zbudowana w 1907 roku ku czci poległych żołnierzy w wojnie rosyjsko-japońskiej. Jak dla mnie lepiej wygląda z zewnątrz aniżeli wewnątrz. W środku, w porównaniu do innych prawosławnych świątyń, naprawdę nic specjalnego. Wstęp darmowy.
Eliza Orzeszkowa była silnie związana z tym miastem, tak więc nikogo nie dziwi pomnik pisarki w mieście. A tuż przed nim, kwiaty z czerwono-białym akcentem.
W Grodnie jest bardzo ciekawe miejsce, które trzeba koniecznie odwiedzić. Jest nim Muzeum Historii Grodna Janusza Parulisa (ulica Lermontowa 25). I to nie jest zwykłe muzeum. Cały obiekt znajduje się na prywatnej posiadłości Pana Janusza. Na początku rzuca się nam w oczy stary, malutki domek oraz podwórko, które z daleka może wyglądać jak złomowisko. Kiedy zbliżymy się do posiadłości, zobaczymy, że na podwórku znajduje się cała masa przeróżnych sprzętów i przedmiotów, które prawdopodobnie większość z nad wyrzuciłaby na śmietnik. Są rzeczy, które moim zdaniem nie mają żadnej wartości. Jednakże są również takie, za które Pan Janusz mógłby całe swoje życie spędzić na Karaibach. Na podwórku oglądamy całą masę szklanych butelek i wazonów, stare, metalowe sprzęty, resztki po jakimś urządzeniu. Gospodarz mógłby opowiadać całymi godzinami. Jednak podwórko to nie wszystko, ponieważ do zwiedzania mamy jeszcze dwie, sporej wielkości szopy. To co zobaczymy w środku, może niektórych przerazić. Jeszcze nigdy nie widziałam tylu przedmiotów. One nie stoją wyeksponowane na półkach jak w typowym muzeum, tylko leżą jeden na drugim, przykryte trzecim i czwartym. Trochę mam wrażenie, że Pan Janusz sam nie wie co tam dokładnie ma za skarby. Niektóre z nich są warte kupę pieniędzy. Widzimy stare, XX wieczne mundury, obrazy z tego samego wieku, meble, przedmioty domowego użytku, figurki ala durnostojki. Wymienić to wszystko nie sposób. Kiedy pytam kustosza czy nie chciał sprzedać ich do muzeum, odpowiada sympatycznie, ale trochę z irytacją, że to jest muzeum. Pokazuje nam książkę z sesją fotograficzną, do której użyczał mebli. Wspomina, że niektóre meble znajdujące się w wielu obiektach muzealnych w Grodnie, pochodzą własnie od niego. Stara się nam powiedzieć parę słów na temat niektórych przedmiotów. Aby było łatwiej, wskazuje je nam długim kijem. Podczas chodzenia trzeba uważać aby nic nie potrącić, bo tego jest cała masa. Wspomina, że ma greckie i polskie korzenie. Kiedy pytam kim się czuje, odpowiada, że oczywiście Polakiem. Na wspomniane wcześniej przeze mnie Karaiby, odpowiada, że tu jest jego dom i jego Karaiby. Pan bardzo sympatyczny. Niezbyt pochlebnie wypowiada się na temat carycy Katarzyny, Putina i innych prorosyjskich polityków. Widać, że ma po prostu dosyć całego tego rosyjskiego bajzlu. Pomimo, że nie są to już tereny polskie, on cały czas traktuje to miasto jak swoją małą ojczyznę.
Na koniec dodam, że wstęp kosztuje 9 rubli. Zwiedzać można praktycznie o każdej godzinie, gdyż Pan Janusz mieszka ze swoją małżonką w małym domku obok. Jednak proponuję to zrobić po jasnemu, gdyż niestety na podwórku nie ma światła, a w szopach jest bardzo słabe. My musieliśmy świecić latarkami w telefonie. Miejsce jest naprawdę niezwykłe. A pan tak sympatyczny i serdeczny, że musicie je koniecznie odwiedzić.
Pan Janusz pozwala wszystkiego dotknąć. Przymierzamy więc typowo wschodnie, wysokie czapki.
Rysunek przedstawiający gospodarza. Dokładnie tak wygląda Pan Janusz.
Ponieważ mój szwagier, który był z nami jest strażakiem, bardzo chcieliśmy zwiedzić remizę strażacką (Zamkowa 19). Niestety okazało się, że rezerwacji można dokonywać jedynie przez telefon. Nie ma możliwości ot tak po prostu przyjść i zwiedzić obiektu. No cóż, my nie zakupiliśmy karty, więc nie mamy jak zadzwonić. Podziwiamy więc budynek z zewnątrz.
Od razu rzuca się nam w oczy olbrzymia wieża oraz freski na łuku, które przedstawiają pracujących strażaków. Wtedy kiedy my byliśmy, budynek był akurat remontowany, tak więc być może kiedy Wy będziecie, wygląd jego będzie już zupełnie inny.
Tuż obok straży mieści się synagoga żydowska (ulica Vialikaja Trajeckaja 59A). Budynek pomimo, że wygląda na nowy, wcale taki nie jest. Jej budowa została zakończona w roku 1905. Wcześniej stała tu również synagoga, która spłonęła. Podczas II Wojny Światowej jej wnętrze zostało zniszczone. W późniejszym czasie wykorzystywana jako magazyn. Na tym terenie mieściło się wtedy getto. W 1991 roku została ponownie oddana Żydom. Synagoga jeszcze niedawno dalej niszczała. Kiedy my byliśmy, częściowo została już wyremontowana. Przede wszystkim zmieniła się zupełne jej fasada, a przynajmniej od strony straży. Z tyłu elewacja nie została odnowiona, więc można zobaczyć jak wyglądała wcześniej. W środku wygląda bardzo ciekawie. Wysokie sklepienia, pomalowane na biało, delikatne, ażurowe zdobienia. Jest jeszcze dużo do zrobienia, ale już widać, że niewątpliwie będzie to bardzo ładny obiekt. Tuż przy schodach namalowane freski przedstawiające społeczność żydowską oraz inne synagogi. Wstęp niby jest darmowy, ale przy wejściu znajduje się informacja aby pozostawić ofiarę nie mniejszą niż kwota podana (nie pamiętam już jaka to była suma, ale w okolicach kilku rubli). Jeżeli chodzi o godziny otwarcia, to czynna jest od 10 do 18. Jednakże my byliśmy o równej 10 i dalej była nieczynna, pomimo, że ktoś się tam kręcił. Kolejne podejście zrobiliśmy kilka godzin później.
Przy ulicy Zamkowej 16 mieści się Muzeum Historii Religii. Bilet wstępu kosztuje 3,5 rubla. Była jeszcze jedna wystawa dodatkowo płatna, jednakże nie zdecydowaliśmy się jej oglądać. Obiekt można zwiedzać codziennie od 10 do 18.
Nie porwało mnie to muzeum. Nie była może to strata czasu, jednakże nie było też żadnego wow. Muzeum w swojej ofercie, jak nazwa wskazuje, posiada dużo przedmiotów sakralnych. Zaczynając od starych ksiąg poprzez przedmioty kościelne, ikony i obrazy. Niektóre wystawy jak dla mnie nie nawiązują do religii. No bo czy wystawa porcelany kojarzy się Wam z sakralną sferą? Chyba, ze pił z niej kapłan... Trochę to naciągane, więc porzucam temat. Idziemy dalej.
I przy tym miejscu zatrzymamy się na dłużej. W realu nawet chyba na 3 godziny. Tuż przy Muzeum Religii, mieści się przedziwne miejsce, które zwane jest Muzeum Żelazek, a właściwie to na szyldzie napisane było Ciekawe Muzeum (ulica Zamkowa 18). Obiektem opiekuje się bardzo sympatyczna i dystyngowana starsza pani, która ma tak niesamowicie dużą wiedzę na temat żelazek. Może opowiadać nawet pół dnia. Kiedy wchodzimy do środka, widzimy dwa nieduże pomieszczenia. W jednym z nich znajdują się różnego rodzaju starodawne, domowe przedmioty takie jak radia w różnych kształtach (np puszka coli, stary samochód, czy draże M&Ms, Myszka Miki), stare telefony, maszynki do mięsa i wiele innych rzeczy. W drugim pomieszczeniu, od którego zresztą zaczynamy, mieszczą się praktycznie same żelazka. Od tych najstarszych na węgiel, poprzez takie, które mają w środku kamień, aż do tych elektrycznych. Niektóre są proste, inne przepięknie zdobione. Zobaczymy tam maleńkie żelazka, które zmieściłyby się na dłoni kilkuletniego dziecka. Niektóre są tak ciężkie, że nawet chłopakom podniesienie ich sprawia trudność. Pani sama nas prosi o to abyśmy dotknęli, wzięli do rąk, sprawdzili. Tak wiec zdecydowanie nie jest muzeum gdzie będziecie mogli tylko patrzeć. Gospodyni jest tak czarującą osobą, że z wielkim żalem opuszczamy to miejsce. Pani mówi po rosyjsku, ale zna trochę słów po polsku. Jednakże dzięki Ursynowi, który tłumaczył nam co pani mówi, wizyta stała się jeszcze bardziej przyjemna. A to czego nie zrozumieliśmy, pani po prostu pokazała na migi, wydając dźwięki albo na zasadzie skojarzeń. Zapytaliśmy pani skąd ma taką ogromną wiedzę. Odpowiedziała, że cały czas się doszkala. Chodzi na kursy, które pozwalają ją uzupełniać. Dodam, ze pani ma tak na oko z 70 lat.
Bilet kosztuje 5 rubli. Czynne od 9:30 do 18:30. Kiedyś muzeum mieściło się przy ulicy Sowieckiej (na tripadvisor widnieje pod nazwą Museum of Iron). Na wielu portalach ulica nie jest jeszcze zmieniona. Jednak informuję: muzeum tam już nie ma.
Bilet kosztuje 5 rubli. Czynne od 9:30 do 18:30. Kiedyś muzeum mieściło się przy ulicy Sowieckiej (na tripadvisor widnieje pod nazwą Museum of Iron). Na wielu portalach ulica nie jest jeszcze zmieniona. Jednak informuję: muzeum tam już nie ma.
Jednym z obowiązkowych miejsc, które musieliśmy odwiedzić ze względu na wymóg podczas wykupowania wizy, był Stary Zamek (ulica Zamkowa 22), Za nim wejdziemy na obiekt, poniżej widok na rzekę Niemen ze wzgórza zamkowego.
Cały obiekt był akurat remontowany. Pierwszym właścicielem był Stefan Batory. I w tym miejscu dokonał swojego żywota. Podobnie zresztą jak Kazimierz Jagiellończyk. W tym miejscu obradował sejm Rzeczypospolitej. Rezydencja, która była świadkiem tylu ważnych wydarzeń z historii naszego państwa, po prostu niszczeje. Właściwie to ona już jest zniszczona i żaden remont nie jest w stanie przywrócić jej nawet minimum z tej świetności którą kiedyś miała. Remont zaczął się w 2018 roku. Miał doprowadzić wygląd zamku do takiego jak za czasów panowania Stefana Batorego. Niestety ktoś podjął inne decyzje, gdyż wyburzono część górną bramy oraz sklepienie bramę i pałac.
W środku ze Starego Zamku nie zostało po prostu nic. Ściany są otynkowane i pomalowane na biało. Podobnie sklepienia. Nie ma to zupełnie uroku. A już na pewno nie przypomina pałacu z XVI wieku. Podłoga stara, skrzypiąca i zniszczona. Zapach, który unosi się w powietrzu też nie jest zbyt zachwycający. Jeżeli chodzi o wystawy to nie mogę powiedzieć, że nie są one ciekawe. W sumie to jest ich bardzo dużo, bo i rezydencja spora. Tematyka ich jest różna. Przedmioty domowego użytku, mundury, tematyka wojenna, zwierzęta, wystawa motyli, ptaków i wiele innych. Trochę taki miszmasz. A na szczególną uwagę zasługują łazienki. Wszystko się rozlatuje. Obite ściany, stare kabiny. Wygląd jak w horroru. Zresztą poniżej zdjęcia. Zobaczcie sami.
Jeżeli wybierzecie tą atrakcje przy wizie, trzeba wziąć ze sobą potwierdzenie aby pokazać w kasie.
W środku ze Starego Zamku nie zostało po prostu nic. Ściany są otynkowane i pomalowane na biało. Podobnie sklepienia. Nie ma to zupełnie uroku. A już na pewno nie przypomina pałacu z XVI wieku. Podłoga stara, skrzypiąca i zniszczona. Zapach, który unosi się w powietrzu też nie jest zbyt zachwycający. Jeżeli chodzi o wystawy to nie mogę powiedzieć, że nie są one ciekawe. W sumie to jest ich bardzo dużo, bo i rezydencja spora. Tematyka ich jest różna. Przedmioty domowego użytku, mundury, tematyka wojenna, zwierzęta, wystawa motyli, ptaków i wiele innych. Trochę taki miszmasz. A na szczególną uwagę zasługują łazienki. Wszystko się rozlatuje. Obite ściany, stare kabiny. Wygląd jak w horroru. Zresztą poniżej zdjęcia. Zobaczcie sami.
Jeżeli wybierzecie tą atrakcje przy wizie, trzeba wziąć ze sobą potwierdzenie aby pokazać w kasie.
Wspomniane wcześniej toalety. Czuję się tu jak w starym szpitalu psychiatrycznym z amerykańskich trillerów.
Tuż obok starego zamku, znajduje się Nowy Zamek. Wybudowany za zlecenie króla Augusta III Sasa w latach 1737-142. Zamek wybudowany w stylu barokowym w celach reprezentacyjnych. To tu zatwierdzono II rozbiór Polski. W czasach rozbioru w tym miejscu mieściły się koszary oraz szpital. Podczas II Wojny Światowej zamek został zniszczony podczas bombardowań. W późniejszych latach odbudowano go. Na szczęście z lepszym efektem niż Stary Zamek.
Nie zwiedzaliśmy go w środku. Tak więc nie powiem jak wygląda wewnątrz.
Cena biletu 5,5 rubli.
Ze wzgórza zamkowego możemy zobaczyć bardzo nietypowy kościół do którego za chwilę się udamy. Cerkiew Świętych Borysa i Gleba jest najstarszą cerkwią w Grodnie i w Europie. Zbudowana przy ujściu Horodniczanki do Niemna. Pierwsza wzmianka o cerkwi podobno pochodzi z 1138 roku. W 1853 roku osunęła się część skarpy, w wyniku czego zawaliła się południowa strona cerkwi. Po tym wydarzeniu została przeniesiona do klasztoru benedyktynek wybudowanego nieopodal. Cerkiew została odbudowana w dosyć nietypowy sposób. W połowie drewniana, w połowie murowana. W środku cerkiewka jest dosyć niewielka. Widać umocnienia stropów z metalu. Ołtarz nie należy może do najciekawszych, jednak zewnątrz świątyni rekompensuje wnętrze.
Do cerkwi "dwie twarze" idzie się przez początek urokliwego parku na Kołoży. Park jest przepiękny. pomimo, ze jesteśmy tu podczas jesieni, wszystko wybucha czerwonymi kolorami. W samym środku znajduje się pomnik "dwie twarze". Z jednej strony mężczyzna, z drugiej strony kobieta.
I ostatnia atrakcja tego dnia to park rozrywki. Jest on w prawdzie jeszcze w budowie. Diabelski młyn nie jest jeszcze uruchomiony. Został tylko podświetlony w różnych kolorach. Ale efekt jest bardzo fajny. Podświetlenie w przeróżnych kolorach. Można skorzystać jeszcze z innych atrakcji. Dla dorosłych mamy coś ala amerykańska kolejka. Bardzo fajna zabawa. Kolejka jedzie dosyć szybko. Jest kilka momentów gdzie zjeżdża z górki. dosyć szybka, ale nie aż tak dla typowych pasjonatów kolejek. Jednak Merc na niej wymiękła co oznacza, że jest za szybka dla osób, które preferują samochodziki na karuzelach.
Poza tym dla dorosłych mamy jeszcze ala ponton, który się huśtał w powietrzu i dodatkowo się kręcił. Ja na to nie wsiadłam, choć teraz trochę żałuje. Zdecydował się tylko Ursyn i Maniek. Myślę, że to trip dla dla zaawansowanych.
Diabelski młyn był jeszcze w budowie, tak więc nie można było skorzystać z tej atrakcji. Ale za to można było podziwiać go z zewnątrz dzięki temu, że był pięknie oświetlony.
Ceny biletów poniżej na zdjęciu. Od 2,5 rubli do 4,5. Śmiesznie niskie.
Ala amerykańska kolejka...
Przygoda z Grodnem się zakończyła, ale na szczęście nie z Białorusią! Została nam jeszcze połowa dnia do powrotu do Polski. Ruszamy więc nad Kanał Augustowski, który od Grodna oddalony jest o jakieś 30 kilometrów. Po drodze mijamy wioskę zwaną Sopoćkinie, w której mieszkają w większości Polacy. Zauważamy, że przechodnie, kiedy słyszą język polski, przystają na chwilę i przysłuchują się nam. Uśmiechają się do nas. Zagadują. Widać, że cieszy ich spotkanie z nami. Myślę, że zwracamy na siebie uwagę poprzez nasz akcent, który u Polaków na Wschodzie brzmi jak w Kargulu i Pawlaku. Od razu słychać, że my Polacy, ale nie stąd. Kiedy wchodzimy do informacji turystycznej, w drzwiach przepuszcza nas młody chłopak, który zagaduje do nas bez powodu. Mówi czystą polszczyzną. Podobno jest to jedyna miejscowość na Białorusi, gdzie ulice są dwujęzyczne: po białorusku i polsku. Wyczytałam, że na mocy konferencji jałtańskiej, Sowieci zobowiązali się oddać Polsce niektóre tereny, w tym właśnie tą miejscowość, która wtedy zamieszkana była praktycznie przez samych Polaków. Niestety zapadła decyzja o tym, że tereny te zostają w graniach Białoruskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. W 1945 roku mieszkańcy Sopoćkiń utworzyli komitet w którym prosili ambasadę Polski aby wsparła ich w walce o pozostaniu w granicach Rzeczypospolitej. Niestety nie udało się przeforsować tego pomysłu.
W budynku z poniższego zdjęcia mieści się informacja turystyczna, która zaopatrzona jest w sporą ilość informacji na temat Grodna i okolic. Ulotki dostępne są po polsku. A przed budynkiem nie kto inny jak Lenin...
W budynku informacji turystycznej przywitał nas piękny witraż, który pasuje bardziej do sacrum aniżeli do budynku świeckiego...
Trzeba powiedzieć, że miejscowość jest bardzo schludna i ładna. Domki charakterystyczne dla Wschodu. Niska zabudowa, spiczaste dachy. Niektóre ładnie odrestaurowane, choć niestety większość zubożała.
Dojechaliśmy do Kanału Augustowskiego. Pierwsze co się nam rzuca w oczy to wielkie godło naszego kraju na jednej z rozpadających się chatynek. Widać, że mieszkają tu Polacy.
Kanał Augustowski łączy Wisłę i Niemen. Długość całego kanału to 101,2 km. W tym 21,2 km na terenie Białorusi i 79 km na terenie Rzeczypospolitej Polski. W ramach kanału zbudowano 18 śluz w tym 14 z nich znajduje się na terenie Polski, 3 na terenie Białorusi i jedna wspólna na granicy. Pierwszą, którą zwiedzamy to śluza w Dąbrówce. Jest to siedemnasta śluza od strony Biebrzy. Wybudowana w 1829 roku, a w latach 2005-2006 wyremontowana.Gdzieś wyczytałam, że od II Wojny do 2006 roku była zamknięta. Różnica poziomów to lekko ponad 3 metry.
Widok jest naprawdę piękny. Drewniane belki, omszałe, a pomiędzy nimi pluskająca woda. Piękne zielone tereny. Duże połacie. Dalej na polanie widzę ustawiony duży namiot restauracyjny. W zatoczce przycumowane stateczki.
Jednak nas najbardziej interesowała śluza w miejscowości Niemnowo. Jest to ostatnia śluza przed połączeniem kanału z Niemnem. Wybudowana przez polskiego inżyniera w pierwszej połowie XIX wieku. Pierwotnie miała trzy komory, ale ze względu na zmiany w układzie rzeki, w 2006 roku ukończono czwartą śluzę. Różnica poziomów to prawie 10 metrów!!
Widok jest naprawdę bardzo ładny. Przepiękne polany. Piękne krajobrazy. Zdecydowanie miejsce godne obejżenia.
Widok jest naprawdę bardzo ładny. Przepiękne polany. Piękne krajobrazy. Zdecydowanie miejsce godne obejżenia.
A tu już okoliczne domki, które przypominają stare czasy w Polsce...
Podczas krótkiego zwiedzania miejscowości zauważyliśmy figurkę z polskimi napisami. Z jednej strony mnie to lekko zdziwiło, ale później przypomniałam sobie, że te tereny należały kiedyś do Polski. Tu dalej mieszkają Polacy.
JEDZENIE
Bardzo dobrym miejscem do spożywania tanich i dobrych posiłków jest restauracja Bolshoy Buffet (ulica Sovetskaya 18). Restauracja mieści się w niewielkim centrum handlowym na samej górze. Lokal jest naprawdę spory. A i wystrój całkiem ładny.
Jak sama nazwa mówi jedzenie podawane w formie bufetu. Czyli podchodzimy z tacą do lad i nakładamy sobie na plastikowe talerze tyle ile chcemy. Podczas płacenia pani waży każdy talerz. Wybór jedzenia jest ogromny. Przeróżne ryby, sosy, mięso, kotlety, warzywa, zupy, sałatki, desery, kawa, herbata. Nie jestem w stanie nawet polecić konkretnego dania, gdyż codziennie się one zmieniają. A rachunek? Śmiesznie niski. Za obiad dla dwóch osób, kawę, herbatę, sok, płacimy 31 rubli.





Kiedy chodziliśmy po mieście, nie zauważyłam wielu restauracji. Nawet w centrum nie widziałam praktycznie żadnej poza jedną, którą była Bistro Semafor (ulica Soviecka 23). Niestety nie mam o niej zbyt dobrej opinii. Restauracja niby serwuje tradycyjne potrawy, jednak smakowo są takie sobie. Nie są one złe, ale nie ma fajerwerków. Jednak jeżeli ktoś chce skorzystać z gościnności tej restauracji, zamieszczam poniżej kilka stron z menu. Ceny w miarę przystępne. Zresztą widać poniżej. Jednak jest coś co zasługuje na wzmiankę w tym poście. I nie jest to rzecz pozytywna. Obsługa dolicza dodatkowo za każdą rzecz, której nie ma w karcie np cytrynę do herbaty, albo chociażby cukier. Zamówiłam latte. Nie mówiłam czy z cukrem czy bez. Tymczasem została mi przyniesiona kawa z cukrem podanym osobno. Dodam, że za ten cukier została mi doliczona dodatkowa kwota.
Ja zdecydowałam się na pierogi z grzybami. Zostały podane w małym garnuszku z niewielką polewą śmietanki. Jak dla mnie mało przyprawione i niezbyt duża porcja.

I kolejne danie, które wybrałam z karty, to zupa rybna z łososiem. Nie zjadłam jej. Oddałam Ursynowi. Była po prostu obrzydliwa.
I już nie jedzenie, tylko alkohol. Bar Korica (ulica Vilenskaya Ulitsa 6) polecił nam pan Janusz Parulisa. Serwują tam wiele rodzajów piw. Fajna knajpka z ciekawymi muralami w środku.
CENY
Ceny są bardzo przystępne. Celowo zamieszczam zdjęcia poniżej abyście mieli obraz sytuacji.
Cukierki - od 5,9 rubla. Polecam szczególnie spróbować. Bardzo dobre.
Kefir- od 0,97 rubla
Parówki - od 5,85 rubla
GRODNO NASZYMI OCZAMI
Miasto jest bardzo klimatyczne, ciche i kameralne. Mało ludzi, bardzo mało samochodów na ulicach. Drogi praktycznie zupełnie puste. Jeżeli chodzi o ich jakość, to te, które są główne, nie odbiegają od tych polskich. Jednak już drogi wewnętrzne czy też te przy osiedlach domków są w stanie tragicznym. Piaszczyste, kupa dołów, nie da się nimi przejechać. I nie są to drogi przy biednych domkach, tylko w nowoczesnych osiedlach domów jednorodzinnych. I zatrzymajmy się na chwilę przy tychże domkach. Widać, że w Grodnie uchodzą za luksusowe. Tymczasem kiedy porównamy je do tych naszych, powiedzielibyście, że jest to skromny domeczek. U nas się buduje z altankami, tzw kukułkami, powyginanymi daszkami. I jest to normalne budownictwo dla normalnie zarabiających ludzi. Tam luksusowe osiedla prezentują małe, kwadratowe domy z dwuspadowym dachem. Za to przed budynkiem stoi samochód za 100 czy 200 tysięcy złotych.
Bardzo mało tu kawiarenek, sklepików odzieżowych czy restauracji. Jeżeli wyjeżdżamy poza miasto, najlepiej wziąć ze sobą jakiś prowiant. Nie mówię, że zupełnie nie ma sklepów. Jednak nie uświadczycie tu jak u nas marketu na markecie.
Jeżeli chodzi o ludzi, są bardzo uprzejmi. W kontaktach nie ma żadnego problemu. Sporo osób mówi po polsku. A nawet jeżeli nie mówią, to i tak da się dogadać. Zresztą mieszka tu prawie 25% Polaków.
Jak już wcześniej wspominałam, Grodno jest miastem niewielkim, wiec można spokojnie poruszać się piechotą. My tak naprawdę tylko częściowo korzystaliśmy z samochodu. Zwykle parkowaliśmy go i ruszaliśmy w pieszą wędrówkę. Tak naprawdę chyba najdłuższa trasa jaką przebyliśmy samochodem dotyczyła przemieszczenia się z mieszkania wynajmowanego do centrum.
O cenach już wspominałam. Porównując do tych polskich, jest tu trochę taniej. Mówię o sklepach spożywczych czy w restauracjach. Jeżeli chodzi o bazar, o którym zresztą wspominałam już wcześniej, to jest tam BARDZO TANIO. A i towary całkiem przyjemne dla oka. Niejedna miłośniczka ładnych ubrań czy butów znajdzie tu sporo rzeczy dla siebie.
Nasze ogólne wrażenia na temat miasta są bardzo pozytywne. Jak najbardziej jest to miejsce, które jest godne odwiedzenia. Nie tylko przez swoją historię, która związana jest silnie z Polską. Poza pomnikami Lenina, które są bardzo charakterystyczne w wielu wschodnich państwach, nie zauważyliśmy tu jakiejś specjalnej obsesji na temat Putina czy Łukaszenki. Jedynym minusem jest sama granica, która zarówno po stronie polskiej jak i białoruskiej jest po prostu bardzo problematyczna. Długo trzeba czekać, urzędnicy, również po stronie polskiej, nie są zbyt uprzejmi, stwarzają problemy. Komunistyczna biurokracja jest tu dalej obecna wraz z nadętym i nieprzyjemnym wyrazem twarzy.
CO PRZYWIEŹĆ, ZJEŚĆ NA MIEJSCU
- miody - są po prostu przepyszne. Zakupicie je na bazarze. Trzeba tylko pamiętać, że nie można przekroczyć określonej ilości jeżeli chcecie przewieźć przez granicę
- nabiał - ale tylko do spróbowania na miejscu. Jesteśmy poza UE więc nie można przywozić produktów pochodzenia zwierzęcego. Proponuję skosztować serów białych zakupionych na bazarze. Nie są to nasze twarogowe sery.
- słodycze szczególnie cukierki - bardzo tanie i bardzo dobre. Polecam kupować cukierki na wagę.
- wódka i inny alkohol - ceny są sporo niższe niż w Polsce. Pamiętajcie tylko o pilnowaniu ilości na osobę.
- ciuchy, buty, torebki - na bazarze jest tego cała masa i to w bardzo przystępnych cenach.
- regionalne przedmioty - w sklepiku Cudounia jest ich cała masa. Również można tu dostać naturalne kosmetyki.
- kosmetyki naturalne - można zakupić w Aptece Jezuickiej czyli najstarszej aptece na terenie Białorusi. Różne kremy naturalne, olejki, mydełka. Ceny różne ale niezbyt wygórowane.
- magnesy - wspominam o nich ponieważ nie jest łatwo je dostać. Jest bardzo mało kramików z durnostojkami. Magnesy na pewno są w sklepiku Cudounia.









































































































































































































