Gruzja marzyła się nam już przez długi czas. Pragnęliśmy tam jechać nie tylko ze względu na krajobrazy, cudowne położenie kraju, ale również ze względu na bardzo gościnnych ludzi i pyszne jedzenie. Gruzja to wolność, to klimatyczne państwo, to pyszne tanie jedzenie i wino. Ale o tym dalej. Przejdźmy na razie do konkretów. Naszym celem jest Kutaisi. Trzecie co do wielkości miasto w Gruzji, choć ma zaledwie około 140 tysięcy mieszkańców. Porównać można je do naszej Zielonej Góry.
Bilety kupujemy za 156 zł za osobę w dwie strony (Wizzair).
Lot trwał jakieś 3,5 godziny w jedną stronę. Po przylocie, na lotnisku, wita nas taki oto piękny widok. Kaukaz pełną gębą.
Pierwszą rzeczą, która mnie zszokowała, pomijając widok (ale to pozytywnie), to masakryczna ilość bezdomnych psów przed lotniskiem (to już niepozytywnie). Na początku nie wiedziałam o co tu chodzi. Psy niby nie wyglądały na zaniedbane, jednak żaden ze stojących nie wyglądał na ich właściciela, a kiedy zobaczyły u kogoś jedzenie, natychmiast przybiegały by następnie błagać o kawałek naszego posiłku. Pieski były na tyle kulturalne, że żaden z nich nie wszedł do busa. Nawet jak wyjmowaliśmy jedzenie. Owszem były nachalne tym swoim błagającym wzrokiem, jednak żaden z nich nie zaszczekał, nie rzucił się na przechodnia. Zauważyłam u niektórych żółty kolczyk w uchu, który wyglądał jak czip. Zapytałam się z ciekawości naszej pani gospodyni o co tu chodzi. Okazało się, że niektóre z nich łapane są z ulicy i przywożone do klinik weterynaryjnych, które je szczepią i badają a następnie wypuszczają z powrotem. Chyba nie ma tu takiej instytucji jak schronisko. Na lotnisku widziałam ich może z dziesięć. Jednak na mieście jest ich po prostu cała masa. Przez cały wyjazd przepuściłam chyba ze 150 zł na ich karmienie. Kiedy tylko jakiś piesek poczuł, że niesiesz jedzenie, to od razu przybiegał i szedł za nami dopóki go nie nakarmiliśmy. A kiedy daliśmy jednemu, za chwilę zlatywała się ich cała masa. Wiedziałam oczywiście, że wszystkich nie nakarmię, jednak serce mnie bolało kiedy widziałam takie biedaki. Choć muszę przyznać, że niektóre z nich były naprawdę bardzo dobrze utrzymane. Niektórzy mieszkańcy je dokarmiają, inni je odganiają. Szczególnie na bazarach. Pewnego razu zobaczyłam jednego biedaka, który był strasznie poraniony i zabiedzony. Postanowiłam mu kupić bułkę z parówką na jednym z okolicznych stoisk. Kiedy pani sprzedająca zauważyła, że oddaję ją biednemu psu, zaczęła mnie głaskać po ramieniu, chwalić i opowiadać swojej sąsiadce co zrobiłam. Ludzie na ulicy uśmiechali się do mnie kiedy oddawałam psom jedzenie z restauracji, które dostaliśmy na wynos. Ale to co jest godne uwagi to to, że psy są naprawdę bardzo spokojne i nieagresywne. One są jak przylepy. Chodzą za Tobą, ale absolutnie Cię nie ugryzą. Dla miłośników zwierząt dodam, że te psy, które widziałam w Kutaisi są naprawdę tłuste w porównaniu do tych, które spotkacie na wsi. U tamtych można policzyć każde żebro. Były tak chude, że zjadały nawet orzeszki, bo tylko akurat to mieliśmy w plecaku.
Jeżeli chodzi o lotnisko, to leży ono około 14 kilometrów od miasta. Aby dostać się do Kutaisi już w Polsce Ursyn zamówił bilety na Georgian Bus. Koszt w dwie strony 9 lari od osoby. Stanowiska znajdują się tuż po lewej stronie po wyjściu z portu. Busy mają fajną opcję door to door, co oznacza, że zawiozą Was bezpośrednio pod drzwi Waszego hotelu. Niestety jest jeden minus tej firmy. Busa powrotnego na lotnisko można zamówić tylko przez telefon. Firma nie ma opcji rezerwacji przez internet ani przez Fb. Trzeba zadzwonić na infolinię podaną na stronie, poinformować z jakiego miasta w Gruzji chce się odbiór, następnie podaje się ulicę oraz datę, godzinę odlotu oraz dokąd się leci (jakie miasto w Polsce). My nie zakupiliśmy karty telefonicznej, więc mieliśmy problem ze skontaktowaniem się z infolinią. Na szczęście telefonu użyczyła nam pani z naszego guesthouse. Panie odbierajace infolinię mówią po angielsku i po rosyjsku.
Nocleg mamy zarezerwowany w miejscu Guest House Fiendly (Anton Katalikosi 13). Link do hotelu na booking tu. Za cały pobyt, czyli trzy noce dla dwóch osób płacimy 119 zł. Pokój całkiem wygodny. Dwa łóżka, ładna łazienka przy pokoju. Wspólny salon z dużym TV i duża kuchnia, która była bardzo dobrze wyposażona. Na górze mieszkają właściciele, którzy korzystają z tej samej kuchni co goście. Zresztą państwo bardzo mili i pomocni. Naprawdę spokojnie mogę polecić to lokum.
Poniżej widoki z autobusu.
Jeżeli chodzi o lotnisko, to leży ono około 14 kilometrów od miasta. Aby dostać się do Kutaisi już w Polsce Ursyn zamówił bilety na Georgian Bus. Koszt w dwie strony 9 lari od osoby. Stanowiska znajdują się tuż po lewej stronie po wyjściu z portu. Busy mają fajną opcję door to door, co oznacza, że zawiozą Was bezpośrednio pod drzwi Waszego hotelu. Niestety jest jeden minus tej firmy. Busa powrotnego na lotnisko można zamówić tylko przez telefon. Firma nie ma opcji rezerwacji przez internet ani przez Fb. Trzeba zadzwonić na infolinię podaną na stronie, poinformować z jakiego miasta w Gruzji chce się odbiór, następnie podaje się ulicę oraz datę, godzinę odlotu oraz dokąd się leci (jakie miasto w Polsce). My nie zakupiliśmy karty telefonicznej, więc mieliśmy problem ze skontaktowaniem się z infolinią. Na szczęście telefonu użyczyła nam pani z naszego guesthouse. Panie odbierajace infolinię mówią po angielsku i po rosyjsku.
Nocleg mamy zarezerwowany w miejscu Guest House Fiendly (Anton Katalikosi 13). Link do hotelu na booking tu. Za cały pobyt, czyli trzy noce dla dwóch osób płacimy 119 zł. Pokój całkiem wygodny. Dwa łóżka, ładna łazienka przy pokoju. Wspólny salon z dużym TV i duża kuchnia, która była bardzo dobrze wyposażona. Na górze mieszkają właściciele, którzy korzystają z tej samej kuchni co goście. Zresztą państwo bardzo mili i pomocni. Naprawdę spokojnie mogę polecić to lokum.
Poniżej widoki z autobusu.
Nasz lot był o bardzo wczesnej godzinie, więc w Gruzji jesteśmy w południe. Nie tracimy dnia. Pozostawiamy nasze bagaże i ruszamy na miasto.
Kutaisi ma bardzo ciekawe położenie. Leży nad przepięknie wijącą się rzeką Rioni. Część miasta leży na kamienistych wzniesieniach, które są naprawdę bardzo strome. Chyba jeszcze nie widziałam miasta o takim położeniu. Widoki są naprawdę przepiękne. Niestety minus jest taki, że nasz hotel jest chyba w jednym z wyższych punktów miasta, tak więc oznacza to ciągłą wspinaczkę. Na szczęście, zupełnie przez przypadek, Ursyn znalazł taksówki zwane Bolt. Nie są to licencjonowane taksówki. Kiedy zamawiasz pojazd, na ekranie pokazuje się nam cena, którą zapłacimy za dany przejazd. Po kliknięciu zgody tj rezerwacji, otrzymujemy informację o modelu samochodu oraz imieniu kierowcy. Byliśmy w niezłym szoku, kiedy okazało się, że cena, która wyświetliła się nam pierwotnie na ekranie smartfona jest wyższa niż ta, którą płacimy rzeczywiście. Tak naprawdę kwoty przejazdu były tak śmiesznie niskie, bo płaciliśmy po 2, 3 zł za przejechanie trasy 2 czy 3 km, że po prostu każdemu kierowcy dawaliśmy zawsze więcej. Szkoda nam ich było. Do dziś sie zastanawiamy jak im się to opłacało, skoro cena paliwa za litr wynosiła 2,80 zł. A jak zamawialiśmy taksówki nie mając internetu? Albo ze swojego guesthouse, albo z restauracji w których akurat jedliśmy. A jeżeli już nie jedliśmy, to podchodziliśmy blisko restauracji aby złapać internet na haśle, korę zapisaliśmy podczas wczesniej spożywanego posiłku. Niestety akurat w McDonald's w centrum internet nie działał. Chwilowa, weekendowa awaria.
Poniżej droga do naszego guest house. Zobaczcie jak mocno kieruje się w dół a następnie w górę. Właśnie dlatego cały czas jeździliśmy boltem. Dodatkowo przez cały wyjazd strasznie wiało. Ostatniego dnia zapytaliśmy naszego przewodnika czy tu zawsze tak jest, Odpowiedział, że tak. Ten wiatr chyba u nich stał się już przedmiotem żartów...
Ruszamy najpierw na Green Bazar, który znajduje się w samym centrum, na skrzyżowaniu dwóch ulic Shota Rustaveli Ave i Tsisperi Kantselebi. Wejść jest wiele, zawsze się gdzieś można przecisnąć, jednak najbardziej charakterystycznym jest chyba to przy poniższym budynku, który, przyznajcie, że wygląda dosyć ciekawie.
Ruszamy najpierw na Green Bazar, który znajduje się w samym centrum, na skrzyżowaniu dwóch ulic Shota Rustaveli Ave i Tsisperi Kantselebi. Wejść jest wiele, zawsze się gdzieś można przecisnąć, jednak najbardziej charakterystycznym jest chyba to przy poniższym budynku, który, przyznajcie, że wygląda dosyć ciekawie.
Tak naprawdę ten bazar nie ma początku i końca. Wchodzisz w jakiś zakamarek, myślisz, że to już koniec, tymczasem dalej kolejne stoiska. Są momenty, że nie ma praktycznie w ogóle ludzi i myślisz, że to już koniec, a tu niespodzianka. Dalej kolejne stoiska.
To miejsce to wybuchowa mieszanka smaków i woni. Kupicie tu warzywa, owoce, przyprawy, sery, kawę, herbaty, słodycze, wino i czaczę. Niech Was nie zdziwi widok wina w plastikowych butelkach po coli. Jest to domowej roboty trunek, przelewany do tego co jest pod ręką. Tu można próbować wszystkiego za darmo. Ludzie są tak sympatyczni, że dadzą Wam nawet napić się wina z plastikowego korka. Niektórych to może obrzydza, ale taka jest właśnie Gruzja. Dzika i gościnna. Panie wkładają nam do reklamówek jakieś gifty za darmo. To dorzucą trochę więcej pomarańczy, to jedno kaki. Idziesz po kilka rzeczy, wracasz po kilku godzinach z całą siatką. Ludzie tu są niezwykle gościnni. Chcą dzielić się tym co mają. My przychodziliśmy tu codziennie, głównie po dostawy wina, owoców i serów, więc niektóre panie traktowały nas już jak stałych bywalców. Uśmiechały się, zagadywały.
Nie wiem co to jest, ale nie kupujcie tego. Jest obrzydliwe. Twarde i kwaśne.
Jeden z bardziej reprezentacyjnych budynków miasta. O ile dobrze pamiętam mieści się tu jakaś placówka urzędowa.
A tu już zwyczajna ulica. Ładne kamieniczki, niestety bardzo obdrapane.
Bardzo ładny budynek teatru, który znajduje się w samym centrum, tuż na przeciwko fontanny. Zwiedzamy tylko z zewnątrz.
Takie samochody jeżdżą jeszcze w Gruzji. Zresztą jak się jedzie z lotniska, można zobaczyć wiele "warsztatów", które wyglądają jak złomowiska, a przed nim stoją rozwalone samochody, bez kół, masek, dachów, szyb i wielu innych części. U nas taki samochód to szrot. Tymczasem tam zostanie on "wyremontowany" i sprzedany aby dalej mógł pełnić swoją funkcję...
Naszym celem, jak większości turystów przybywających do Kutaisi, była Katedra Bagrata (ulica Bagrati). Katedra znajduje się na wzgórzu, na które trzeba się oczywiście wspiąć. Podejście dosyć strome, bo świątynia znajduje się chyba w najwyższym punkcie miasta. Tak wiec trochę się zgrzejecie. Podejście z centrum zajmie Wam jakieś 30 minut. A poniżej widok na miasto, ale jeszcze nie z katedry.
Katedra Bagrata, a właściwie Katedra Zaśnięcia Bogurodzicy, zbudowana w XI wieku za panowania króla Bagrata III. Czasy w których została wybudowana katedra, uważane są za złoty wiek dla Gruzji. W 1692 roku świątynia została zniszczona przez Turków w wyniku czego zawaliła się kopuła i strop. Później w XVIII wieku wojska rosyjskie zniszczyły kopułę katedralną, okna i kolumny. Od 1952 roku rozpoczęły się prace, które miały na celu odbudowanie katedry. W 1994 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Niestety wnętrze zostało odbudowane niezgodnie z pierwotnym zamierzeniem. W wyniku czego katedra została skreślona z listy UNESCO. I chyba najbardziej z tego słynie. Kiedy wchodzimy do środka, widzimy wszystko doszczętnie zniszczone. Nie ma tam zupełnie nic do oglądania. A pierwsze co rzuca się nam w oczy to przeokropne metalowe, plastikowe i aluminiowe zbrojenia i kolumny, które podtrzymują strop. Wygląda to naprawdę bardzo źle i nie dziwię się, że została wykreślona.
Z zewnątrz wygląda wygląda naprawdę bardzo ładnie. Obok katedry stoi wieżyczka, która podobno kiedyś pełniła funkcję mieszkalną. Jak ludzie tam żyli? Nie mam pojęcia.
Proponuję się zbliżyć do zbocza i podziwiać widoki. Naprawdę przepiękne. A w oddali widoczny Kaukaz...
Widok na miasto z Bagrati.
Schodząc z Bagrati przyglądałam się gruzińskim domom. Wszystkie wyglądają praktycznie tak samo. Kwadratowe, najczęściej jednopoziomowe, niskie daszki. Posiadają bardzo duże tarasy, na których bardzo często mieszkańcy suszą przeróżne owoce np kaki, które później sprzedają na targu. Pan przewodnik, podczas wycieczki do kanionów (o tym później), opowiadał nam, że Gruzini praktycznie wszystko hodują za domem. Sadzą wszystko co tylko mogą. pomidory, paprykę, ogórki, kapustę, kake i inne owoce czy warzywa. Czemu tak robią? Ponieważ bardzo mało zarabiają. Matka naszego przewodnika pracuje w jednej z ulicznych piekarenek. Pracuje od poniedziałku do niedzieli, od 7 do 15, ma tylko jeden dzień wolny w roku, którym jest Nowy Rok i zarabia około 200 euro miesięcznie. I nie zarabia jakoś mało. Jest to standardowa pensja Gruzina. Tymczasem już jego ojciec, wykonuje zawód nauczyciela akademickiego. Jego pensja jest zdecydowanie wyższa, bo aż 1000 euro. Jednakże stanowiska nauczycielskie traktowane są jako praca dla państwa. A praca dla państwa jest bardzo dobrze płatna. Dodatkowo "urzędnicy państwowi", bo tak są traktowani, mają inne ulgi i bonusy, chociażby w postaci urlopu. Niestety takie posady są ciężko dostępne. Pan przewodnik tego nie powiedział, ale mam wrażenie, że chodzi tu cały czas o kwestie korupcyjne.
Szkolnictwo w Gruzji jest bezpłatne. Jednakże nie wszystkie studia są opłacane przez państwo. Są takie kierunki jak np stosunki międzynarodowe za które student musi zapłacić z własnej kieszeni. Czemu? Ponieważ nie jest to kierunek przydatny dla państwa w rozumieniu dosłownym. Bezpłatne są min kierunek medyczny, nauczycielski, prawniczy. Przewodnik wspominał o dosyć drogim i ubogim życiu Gruzinów. Pisałam wcześniej, ze Gruzini w swoich ogródkach hodują wszystko co mogą zjeść. Niezbyt często kupują produkty w sklepach. Pomimo, że dla nas jest wszystko tanie, przy ich skromnych pensjach, ceny wypadają blado.
Służba zdrowia jest bezpłatna.
Szkolnictwo w Gruzji jest bezpłatne. Jednakże nie wszystkie studia są opłacane przez państwo. Są takie kierunki jak np stosunki międzynarodowe za które student musi zapłacić z własnej kieszeni. Czemu? Ponieważ nie jest to kierunek przydatny dla państwa w rozumieniu dosłownym. Bezpłatne są min kierunek medyczny, nauczycielski, prawniczy. Przewodnik wspominał o dosyć drogim i ubogim życiu Gruzinów. Pisałam wcześniej, ze Gruzini w swoich ogródkach hodują wszystko co mogą zjeść. Niezbyt często kupują produkty w sklepach. Pomimo, że dla nas jest wszystko tanie, przy ich skromnych pensjach, ceny wypadają blado.
Służba zdrowia jest bezpłatna.
A poniżej trochę bardziej nowoczesny, ale również utrzymany w gruzińskim klimacie.
Zaczęłam od tradycyjnego budownictwa a skończyłam na sytuacji społecznej Gruzinów. Powróćmy więc na chwilę do budownictwa. Kutaisi nie jest miastem reprezentacyjnym. Nie wygląda jak wymuskane Tibilisi czy tez inne większe miasta europejskie. Ale nie oznacza to, że, jak to piszą niektórzy, miasto słynne jest jedynie z lotniska. Budownictwo może nie zachwyca (poniżej zdjęcia), widać, że miasto jest zaniedbane, jednak czuć tu taką azjatycką dzikość pomieszaną z lekką nuta europejskości. Wijące się kable na ulicach ewidentnie przypominają mi Wietnam albo Tajlandię. Jednak budownictwo, wygląd mieszkańców i ich mentalność jest bliższa Europie niż Azji. A gościnność i serdeczność mieszkańców jedyna w swoim rodzaju. W żadnym państwie europejskim takiej nie doświadczyliśmy. Smaczku dodaje jeszcze zupełny brak zasad, co jest przeciwieństwem Europy i oczywiście bardzo niskie ceny.
A poniżej pomnik z mężczyzny z kamerą, który znajduje się koło małego centrum handlowego w centrum.
Następnego dnia pierwszym miejscem na naszej liście jest ponownie bazar. Przy czym nie udajemy się na ten co poprzednio, tylko na Grand Mall (ulica Chavchavadze Street). Bazar mieści się w dużym szklanym budynku, ale również do okola niego. Jest to bardzo rozległy teren. Często zdarza się, że stoisko przy stoisku nie stoi. Wygląda jakby rynek się skończył. Jednak kiedy przejdziemy dalej, znowu zobaczymy tłumnie rozstawione straganiki. W środku szklanego budynku od razu rzucają się nam olbrzymie schody jak w Belwederze. Cały bazar to trochę pomieszanie typowego targowiska z galerią handlową.
Jeżeli chodzi o zakupy, to kupicie tu wszystko co na małym bazarze, który odwiedziliśmy pierwszego dnia oraz dodatkowo ciuchy, buty, torebki. I muszę powiedzieć, że tutejsza moda nie jest daleko za murzynami. Można się tu zaopatrzyć w naprawdę fajne i modne rzeczy. Ceny są różne. Trzeba po prostu chodzić i pytać. Można przepłacić i kupić po cenie polskiej, ale można pochodzić, popytać i wyhaczyć coś taniej.
I taka ciekawostka. Łazienka. Jesteśmy na Wschodzie, więc niech Was nie zdziwi toaleta w podłodze. Jak się załatwiamy? Kucamy twarzą do drzwi, nie siadamy!! Niestety pozycja niezbyt wygodna, ale podobno dobra dla naszego organizmu. Tu akurat był papier, jednak często go nie ma. Niestety w tych łazienkach nigdy zapach nie jest zbyt przyjemny.
Po zwiedzeniu bazaru ruszamy na wycieczkę za miasto. Czekają na nas monastyry. Pierwszy, który odwiedzamy to Monastyr Gelati, znajdujący się jakieś 9 kilometrów od Kutaisi. Naszym środkiem lokomocji jest Bolt, czyli wcześniej wspomniana taksówka za którą płacimy około 10 lari. Przed wejściem do świątyni zaczepia nas łamaną polszczyzną pan, który oferuje, że za około 10 lari oprowadzi nas po obiekcie. Pomimo, że pan nie mówi zbyt dobrze po polsku, decydujemy się skorzystać z jego usług. Ewidentnie widać, że robi to bez żadnych papierów. Kiedy zadaję mu proste pytanie po polsku, nie za bardzo rozumie co do niego mówię i płynnie przechodzi do innego tematu. Mimo wszystko nie uważamy aby był to czas stracony, gdyż widać, że pan posiada sporą wiedzę na temat obiektu i dodatkowo w miarę potrafi ją przekazać po polsku. Kiedy pytam gdzie nauczył się mówić w naszym języku, odpowiada, że na potrzeby turystów, sam. Po jakimś czasie przyłącza się do nas para, która pochodzi jeszcze z innego kraju. Nasz przewodnik oczywiście mówi również w ich języku. Dzięki niemu, mogliśmy wejść do komnat, które były zamknięte a które byśmy pominęli podczas zwiedzania, gdyż zwyczajnie byśmy nie wiedzieli, że można je zwiedzić.
Świątynia została ukończona 1130 roku, ufundowana przez króla Dawida IV Budowniczego, który, jak głosi legenda, sam uczestniczył w budowie. Niestety władca zmarł przed jej ukończeniem. Miejsce to miało pełnić nie tylko funkcję świątyni, ale również akademii. I tak też się stało. Była to jedna z pierwszych uczelni na świecie. Nazywana nawet kolejnymi Atenami. Wykładały tu najbardziej światłe umysły tamtych czasów. Kiedy wchodzimy do budynku uczelni widzimy jedną wielką halę z ławkami. Oczywiście mam świadomość, ze w tamtych czasach tak było. Nie spodziewałam się wielkiego, kilkupiętrowego gmachu. Przecież to był XII wiek.
Monastyr Gelati miał pełnić również funkcję takiego naszego Wawelu, na którym pochowane są głowy państwa. I tu własnie spoczęło ciało Dawida Budowniczego. Na jego grobie widnieje napis „To jest moje miejsce wiecznego spoczynku. Moim życzeniem jest zostać tutaj”.
W skład kompleksu wchodzi Kościół Maryi Dziewicy z XI wieku oraz kościoły św. Jerzego, św. Mikołaja z XIII wieku, dzwonnica oraz oczywiście wcześniej wspomniana akademia. Niestety główna świątynia jest bardzo zniszczona w środku. W zasadzie to została jedynie namiastka pięknych fresków. Na jednej ze ścian widnieje portret Dawida Budowniczego.
Cały obiekt wpisany jest na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Budynek akademii. W tej sali odbywały się wykłady.
Gdyby nie pan przewodnik, przeszlibyśmy koło tych dołów bez ani jednego spojrzenia. Tymczasem okazało się, że w tych dołach mnisi chowali wina.
Kiedy kręciliśmy się po monastyrze, zobaczyliśmy w pewnym momencie parę młodą, która miała za chwilę wstąpić w związek małżeński. Świątynia nie jest już może zbyt reprezentatywna wewnątrz, jednak jest bardzo ważna dla Gruzinów. Wchodząc do cerkwi, każda kobieta, powinna mieć zakrytą głowę oraz ramiona. Nawet panna młoda. Niesamowicie wiało, więc zdziwiłam się, że panna młoda nie ma żadnego okrycia wierzchniego. Przez cały nasz pobyt miało być dosyć ciepło, nawet 15 stopni. Jednak po wylądowaniu okazało się, że w Kutaisi strasznie wieje. Tak wiec temperatura odczuwalna wynosiła chyba z 7 stopni. No, ale czego się nie robi dla piękna.
Widoki z monastyru są po prostu przepiękne.
Dzwonnica.
W tym skromnym budyneczku, tuż przy zboczu, mieszka pop.
Czy to kamień? Nie. To olbrzymi, drewniany silos. Z zewnątrz wygląda jakby był zabetonowany.
Wnętrze Cerkwi św. Jerzego na terenie monastyru Gelati.
A tu taka niespodzianka. Zaraz po wyjściu z Cerkwi św. Jerzego, stała przywiązana do drzwi owieczka. Czekała na swojego właściciela. Była strasznie przestraszona. Ale dała się pogłaskać.
Tuż koło monastru, stoją małe straganiki, gdzie może zakupić bardzo ładną i ciekawą biżuterię za dosłownie parę lari. Nie jest ona srebrna, jednak za te przysłowiowe parę groszy szkoda mi było jej nie kupić. Tak więc zaopatrzyłam się w dwie dla siebie oraz dwie na prezenty. Z wdzięczności pani sprzedająca podarowała nam kilka rzeczy gratis. Byłam jej bardzo wdzięczna. Aczkolwiek po kilku dniach przestało mnie to już jakoś strasznie dziwić, gdyż Gruzini tacy już są. Nie mają zbyt wiele, ale nie przeszkadza im to aby dać komuś coś więcej za darmo.
Chcieliśmy się przemieścić do Monastyru Motsameta. Niestety okazało się, że przed świątynią Gelati nie stoją żadne taksówki, pomimo, że rano była ich cała masa. A do marszrutki trzeba zejść do głównej drogi. Nie mieliśmy niestety zakupionej gruzińskiej karty, więc nie mogliśmy zarezerwować bolta. Przysiedliśmy na chwilę na murku aby spożyć posiłek. Niestety podczas 20 minutowego postoju żadna taksówka nie podjechała. Ursyn postanowił zagadać do pani u której kupowaliśmy wcześniej podarki i zapytać jej czy pozwoli nam na chwilę skorzystać z internetu. Kiedy wyjaśnił jej o co chodzi, właściciele straganików zadzwonili po swojego znajomego, który prywatnym samochodem zawiózł nas do drugiego monastyru, który oddalony był od tego o jakieś 6 kilometrów. Za kurs zapłaciliśmy około 20 zł. W tej cenie kierowca obiecał, że zaczeka na nas 30 minut przed monastyrem Motsameta abyśmy mogli go zwiedzić, następnie zawiezie nas z powrotem do Kutaisi. I jak tu nie skorzystać? Dodatkowo kiedy zaproponowaliśmy, że zapłacimy mu połowę wcześniej, on stwierdził, że nie ma takiej potrzeby. Zaczeka na nas pół godziny, a swoją zapłatę odbierze od nas już w Kutaisi. Byłam w szoku. W Polsce nikt by na coś takiego się nie zgodził.
Monastyr oddalony jest od głównej drogi o jakieś 5 minut piechotą. Wiedzie do niego przepiękna, kamienista, biegnąca w dół alejka. Na jej końcu, na zakolu rzeki Ckalcitela, znajduje się przepięknie położony na klifie klasztor. Nazwa Motsameta w tłumaczeniu to miejsce męczenników. Nawiązuje ona ściśle do legendy. Podobno bracia Dawid i Konstantyn W VIII wieku zorganizowali bunt przeciwko Arabom, którzy okupowali kraj. Niestety zostali pojmani. Arabowie obiecali im łaskę jeżeli przejdą na islam. Bracia nie zdecydowali się wyrzec swojej religii, w związku z tym Arabowie ich torturowali a następnie zabili i ciała wrzucili do rzeki za klasztorem. Stąd wzięła się nazwa Ckalcitela, która oznacza czerwoną wodę. Według legendy ich szczątki znalazły lwy, które przeniosły je na wzgórze, na którym aktualnie znajduje się monastyr. Oczywiście bracia zostali ogłoszeni świętymi. Podobno między monastyrem Gelati i Motsameta wiedzie tajemne przejście.
Niewątpliwie monastyr jest przepięknie położony. Widok na góry i doliny jest po prostu pocztówkowy. Już sama alejka do monastyru jest bajkowa. A im dalej tym lepiej. Drużka tylko dla pieszych.
Niewątpliwie monastyr jest przepięknie położony. Widok na góry i doliny jest po prostu pocztówkowy. Już sama alejka do monastyru jest bajkowa. A im dalej tym lepiej. Drużka tylko dla pieszych.
Przepięknie zdobiona klatka w krużgankach monastyru.

Wnętrze monastyru bardzo ciężko było zwiedzić ze względu na ciągłe śluby, które odbywały się jeden za drugim. Jest weekend, wiec podobnie jak monastyr Gelati, i ten cieszy się olbrzymią popularnością. Zapewne nie tylko ze względu na historię, ale również na położenie. W środku kościółek wydawał się niewielki, a ludzi cała masa. Nie dało się swobodnie oddychać. Nie za bardzo chcieliśmy się wpychać, gdyż nie chcieliśmy przeszkadzać w obrządku. Pop nawijał jak szalony. Przypominał mi tych co prowadzą licytację. Później wkładał młodym korony, przewiązał ich jakimś łańcuchem, następnie trzymając się za ręce, chodzili w kółko przed ołtarzem, z popem na czele.
Jak widać na poniższym zdjęciu, niektóre kobiety nie miały nakryć głowy. Po krótkiej obserwacji stwierdziłam, że to raczej te młodsze nie stosują się do tradycyjnych zasad.
Jeżeli chodzi o ubiór kobiet, to w porównaniu do naszych ślubów, wyglądają bardzo podobnie. Panna młoda ma białą suknię ślubną, welon, bukiet. Gości ubiór również nie wygląda inaczej niż u nas. Kobiety w eleganckich sukniach, na obcasach. Dziwiłam się jak dziewczyny dają radę przejść na wysokich szpilkach po tej ścieżce do monastyru. Niektóre podpierały się na ramieniu towarzyszących im mężczyzn. Współczułam im. No ale chciały wyglądać pięknie, to muszą cierpieć.
Po powrocie do Kutaisi, jeszcze tego samego dnia ruszamy na miasto. Chcemy udać się do kolejki linowej, która zawozi turystów na wzgórze, gdzie jest mini park rozrywki. Po drodze mijamy piękne i kolorowe murale, które znajdują się tuż obok łuków.
I jesteśmy. Poniżej budynek kolejki. Niestety okazało się, że była nieczynna pomimo, że godziny wskazywały, że powinna być otwarta. Godziny otwarcia podane były od 14 do 19. Bilet 2 lari. Czekaliśmy jakieś 15 minut. Nic się nie wydarzyło, więc pokręciliśmy się chwilę po parku i ruszamy dalej.
Po drodze mijamy jedne chyba z ładniejszych kamienic w mieście. Niespodziewanie, po prawej stronie zauważamy ciekawe pomniki.
Pomniki ku chwały pracy. Ukończone w 1981 roku.
A tuż obok pomników znajdowała się placówka urzędowa. A przy niej znaki z miastami partnerskimi i ich odległościami. Polskim miastem partnerskim Kutaisi jest Poznań.
I spacerkiem powracamy do centrum, na plan Agmaszenebeli gdzie znajduje się słynna Fontanna Kolchidy. Cała fontanna składa się z figurek pomalowanych na złoto, które przedstawiają zwierzęta. Figurki te, to mocno powiększone repliki tych znalezionych podczas wykopalisk archeologicznych w całej Gruzji. W mitologii greckiej Kutaisi występuje jako Ai, do którego wybrał się Jazon i Argonauci po złote runo. A co to była Kolchida? Jest to historyczna kraina, która leżała u wybrzeża Morza Czarnego. Podobno złote przedmioty, które zostały znalezione podczas wykopalisk, to złote skarby z mitycznej Kolchidy.
Fontanna nie jest taka stara, bo pochodzi z 2011 roku. Jednak patrząc na nią, wygląda jakby lata świetności miała już za sobą. Złoto, które nie jest złotem, wygląda trochę staro. Mimo to, fontanna jest bardzo ciekawym obiektem, który warto zobaczyć.
Fontanna nie jest taka stara, bo pochodzi z 2011 roku. Jednak patrząc na nią, wygląda jakby lata świetności miała już za sobą. Złoto, które nie jest złotem, wygląda trochę staro. Mimo to, fontanna jest bardzo ciekawym obiektem, który warto zobaczyć.
Kolumnada znajdująca się zaraz na przeciwko Kolchidy.
A tu taka niespodzianka. Zaraz koło McDonald's, który jest na przeciwko fontanny, możemy zobaczyć cały mur z kolorowymi muralami, które nawiązują do restauracji. Naprawdę ktoś miał świetny pomysł. Warto się przejść na około Maca aby je zobaczyć.
I jeden z pomników zaraz niedaleko McDonald's.
Kutaisi może nie jest zbyt reprezentatywnym miastem, jednak władze miasta starają się upiększyć jak mogą. Jednym z pomysłów jest podświetlanie budynków i roślin światłami w różnych kolorach. Kiedy zboczycie po zmroku w centrum w jedną z uliczek zobaczycie takie oto widoki.
Nawet Kolchida jest podświetlana.
Trzeci dzień naszej wycieczki postanawiamy przeznaczyć na zwiedzanie miejsc poza miastem. Wykupujemy wycieczkę w lokalnym biurze podróży Budget Georgia. Link tu. Jest to jednodniowa wycieczka do Okatse canyon, Martvili canyon oraz Prometheus cave. Koszt wycieczki za jedną osobę to 13 Euro w miesiącach kwiecień - październik, oraz 16 euro od listopada do marca. Wycieczka trwa około 10 godzin. Dużo czasu zajmują przejazdy busem. Nie ma zbyt wiele do chodzenia. W cenie mamy zapewniony transport i przewodnika. Trzeba mieć ze sobą pieniądze na wejściówki, które niestety są płatne oraz za obiad, który spożyjemy po zwiedzeniu pierwszego miejsca. Od razu mówię, ze nie ma gdzie wypłacić. Choć w wielu miejscach można zapłacić kartą.
Zbiórka przed biurem podróży, które znajduje się przy ulicy Tsisperi Kantselebi 5. W @ potwierdzającym rezerwację jest informacja o godzinie wyjazdu. Wycieczkę należy opłacić z góry.
Pierwszym miejscem które odwiedzamy to Jaskinia Prometeusza. Jaskinia ma prawie 2 kilometry długości i znajduje się jakieś 40 metrów poniżej poziomu morza. Część trasy jest wspólna dla wszystkich. Co do drugiej części, należy się zdecydować tuż przed wejściem do jaskini, jak chcemy ją odbywać. Czy pieszo czy łodzią. Bilet kosztuje 23 lari dla obcokrajowców. Obywatele Gruzji oczywiście mają niższą cenę. Jeżeli ktoś chce pokonać cześć trasy łódką musi dopłacić 17,25 lari do ceny biletu. Cennik tu. My zdecydowaliśmy się na wycieczkę pieszą, gdyż przejazd łodzią trwa dosyć krótko a trochę za niego trzeba zapłacić. Poza tym nie można się samemu zatrzymać i eksplorować.
Kiedy jechaliśmy do jaskini busem, bardzo często na drodze mijaliśmy swobodnie chodzące świnie. Samochody po prostu je omijały. I nie trąbiły. Dla nich taki widok był po prostu naturalny. W pewnym momencie zobaczyliśmy, jakby to napisać elokwentnie, jak knur uprawiał seks z świnią. A co zrobił nasz bus? Po prostu ich ominął... Kiedy więc wysiedliśmy z busa tuz przed jaskinią, nie byliśmy zdziwieni kiedy zobaczyliśmy chodzące samopas olbrzymie włochate świnie. Niektóre z nich miały taki gąszcz włosów jak dzik. Oczywiście Ursyncio nie byłby sobą gdybym nie usłyszała od niego "Eljociku zrób mi zdjęcie ze świnką". Świnie nie były w ogóle agresywne. A przynajmniej nie do ludzi. Chcieliśmy nakarmić biednego i bardzo, bardzo, bardzo chudego psa (uwierzcie mi, ze takich w Kutaisi nie widziałam). Niestety nie mieliśmy ze sobą praktycznie zupełnie jedzenia, poza orzeszkami, które zakupiliśmy na bazarze. Jednak piesek był tak godny, że zjadł nawet orzeszki. Kiedy jednak świnia zobaczyła, że go karmimy, od razu podbiegła i zaczęła niebezpiecznie chrumkać na psa i go atakować, kradnąc przy tym ten ochłap, który dostał od nas. Piesek był tak przestraszony, że nie był w stanie nawet podejść do orzechów na metr. Musiałam wkroczyć do akcji. Zaczęłam nogą pod ryjem świni stukać w ziemię. Ta chrumkając na mnie, wkurzyła się, ale to pozwoliło pieskowi posilić się trochę.
Zejście do Jaskini Prometeusza.
Jaskinia Prometeusza nazywa się tak naprawdę Kumistavi. Przewodnik przyznał, że związek z Prometeuszem jest czysto marketingowy. Odkrycie jej nastąpiło w latach 80 XX wieku, kiedy to jeszcze za czasów Sowietów szukano miejsc na schrony przeciwatomowe. Temperatura w środku utrzymuje się całym rokiem w granicach 14 stopni.
Długość jaskini to 11 kilometrów. Jednak zwiedzać możemy zaledwie lekko ponad 1 kilometr. Wolny spacer zajmuje nam chyba około 30 minut. Przystosowanie dla turystów zaczęto w 1985 roku. W 1989 roku zbudowano chodnik i schody. W 1990 roku, z powodu upadku ZSRR projekt został zamknięty. Podobno jeden z mieszkańców z sąsiedniej wioski, po zamknięciu projektu, chronił jaskinię przed wandalizmem. Kiedy wyjdziemy z jaskini możemy podziwiać jego podobiznę zrobioną z metalowych części. Odważnemu panu towarzyszy równie odważny pies. I tak dopiero w 2010 roku, prezydent Micheil Saakaszwili postanowił powrócić do tematu jaskini. W tym czasie powstała również nowa nazwa, mocno marketingowa, Jaskinia Prometeusza. Choć ze słynnym Prometeuszem nie miała nic wspólnego, pomimo, że gdzieś tam możemy przeczytać, że Prometeusz został przykuty do skały w tej właśnie okolicy. O tym, że to bajka przeczytałam nie tylko w internecie, ale również usłyszałam od naszego przesympatycznego pana przewodnika.
Niektóre miejsca w jaskini podświetlane są lampami w różnych kolorach. A grająca przy tym muzyka sprawia, że miejsce staje się jeszcze bardziej magiczne. Tak więc nie dziwi mnie jakoś specjalnie informacja, że można tu wziąć ślub cywilny. Koszt takiej imprezki to 100 lari. Można również wynająć tu salę konferencyjną za którą również zapłacimy 100 lari. Jest jeszcze opcja nurkowania za 150 lari.
A jakie wrażenia na temat jaskini? Jest po prostu cudna. Woda i wiatr przepięknie rzeźbiły skały przez lata. Wystające stalagmity i stalaktyty, skalne wodospady, podziemne jeziora... Poniższe zdjęcia są jedynie namiastką tego widoku, którego my mieliśmy przyjemność doświadczyć.
Niektóre miejsca w jaskini podświetlane są lampami w różnych kolorach. A grająca przy tym muzyka sprawia, że miejsce staje się jeszcze bardziej magiczne. Tak więc nie dziwi mnie jakoś specjalnie informacja, że można tu wziąć ślub cywilny. Koszt takiej imprezki to 100 lari. Można również wynająć tu salę konferencyjną za którą również zapłacimy 100 lari. Jest jeszcze opcja nurkowania za 150 lari.
A jakie wrażenia na temat jaskini? Jest po prostu cudna. Woda i wiatr przepięknie rzeźbiły skały przez lata. Wystające stalagmity i stalaktyty, skalne wodospady, podziemne jeziora... Poniższe zdjęcia są jedynie namiastką tego widoku, którego my mieliśmy przyjemność doświadczyć.
Trochę przerażający ten widok ale jednocześnie fascynujący. To jest właśnie podobizna jednego z mieszkańców, który postawił sobie za punkt honoru chronić jaskinię przez ludzką dewastacją. Figura zrobiona ze starych metalowych części.
Po zwiedzaniu jaskini jedziemy na posiłek do lokalnej "restauracji". Jest to mały budyneczek przy drodze, gdzie obok znajduje się dom właścicieli. Tak jak wspominałam wcześniej, za wszystko trzeba samemu zapłacić. Aczkolwiek jak widać na poniższym menu ceny nie są zbyt wygórowane. Płatność tylko gotówką.
Ja zdecydowałam się na zupę Xharcho za 8 lari. Polecam naprawdę bardzo dobra. Pożywna i dosyć gęsta. Podawana z wołowiną. Ursyn zamówił chinkali.
Piękny pióropusz przed restauracją. Nie mogłam się oprzeć, wiec zrobiłam zdjęcie.
Po obiedzie wyruszamy do kolejnego miejsca którym jest Kanion Martvili. Bilet wstępu kosztuje 17,25 lari. Oczywiście obywatele kraju i rezydenci płacą mniej. Dodatkowo do tej kwoty trzeba dodać 15 lari za przepłynięcie łódką po kanionie. Ponton jest zupełnie bezpieczny. Wsiadamy po 5 osób. Chłopaki dostają wiosła i płyniemy.
Zdjęcia mi jakoś takie mało urokliwe wyszły ze względu na światło. Jednak kanion jest naprawdę bardzo ładny a woda bardzo, bardzo czysta. Poziom rzeki jest niewielki. Przejażdżka pontonem trwa zaledwie 15 minut, jednak po przybiciu do brzegu mamy jeszcze do zwiedzania tereny parkowe z tarasem widokowym. Miejsce naprawdę przepiękne.
Po wyjściu z kanionu jedziemy do Okatse Canyon. I to jest ostatni punkt naszej wycieczki. Wejściówka kosztuje nas 17,25 lari od osoby. I podobnie jak przy wcześniejszych miejscach, tak i tu obywatele i rezydenci mają niższe ceny. Przesiadamy się z busa do drugiego samochodu należącego do lokalnego kierowcy, który zawiezie nas na miejsce. Nie jest on opłacony, tak wiec musimy za niego zapłacić 10 lari od osoby. Ewentualnie można się przejść piechotą. Trasa jakieś 3 kilometry. Sama droga już jest prawdziwą frajdą. Jedziemy po tak strasznych wertepach, że wszyscy podskakują w samochodzie, pomimo, że samochód jest terenowy! Zwykła osobówka nie dałaby tu rady.
Muszę powiedzieć, że to było idealne zwieńczenie całej wycieczki. Kanion to tak naprawdę taras widokowy nad przepaścią. Właściwie to najpierw idziemy bardzo długim, wąskim przejściem zawieszonym na metalowych prętach umocowanych do stromego zbocza. Pod nogami, w niektórych miejscach mamy prześwitującą kratę. tak więc jeżeli ktoś ma lęk wysokości może mieć problem w tym miejscu. Niekiedy wysokość dochodzi nawet do 100 metrów. Na samym końcu znajduje się olbrzymi taras widokowy. My odwiedzamy kanion w listopadzie a i tak jest pięknie. Jednak wiosną czy też latem widok musi być jeszcze lepszy.
No i tyle ile schodzimy, niestety musimy tyle samo wejść do góry. Tak więc proponuję założyć wygodne buty.
No i już na koniec zdjęcie z busa. Parlament w Gruzji wybudowany w szczerym polu, który, jak mówił nasz przewodnik, już podobno nie pełni funkcji rządowej.
Przez chwilę zastanawiałam się czy wkupić tą wycieczkę. Zniechęciło mnie to, że tak naprawdę za wszystko trzeba płacić. Jednak muszę przyznać, że była ona strzałem w dziesiątkę. Przepiękne widoki, niezapomniane wrażenia.
A sama Gruzja jaka jest? Dzika, nieprzewidywalna, bez zasad, ale równie pyszna i bardzo gościnna. Gruzja to cudowny i piękny kraj. Wspaniali ludzie i niezapomniane wrażenia. Jeden z lepszych wyjazdów jaki doświadczyliśmy.
A jeżeli chcecie poczytać o jedzeniu i o tym co przywieźć z Gruzji, zapraszam do przeczytania kolejnego posta.







































































































































































