Bilety jak zwykle zostały przez nas zakupione kilka miesięcy przed wyjazdem, z jednej przyczyny. Były po prostu tanie. Koszt biletu w jedną stronę do okolicznego Charleroi wyniósł nas 75 PLN. Śmieszna cena prawda? Często płacimy tyle w Polsce za normalny bilet, a tu za samolot... Oczywiście tanie przewoźnik, to tanie linie lotnicze Rayan Air. Wylot z Modlina około godziny 9.
Tak więc w połowie sierpnia, w piątek, ruszamy na parking koło Modlina, aby zostawić nasze autko na czas pobytu w Brukseli. Nie ma sensu fatygować rodziny i znajomych, gdyż koszt na 5 dni wynosi zaledwie kilkadziesiąt złotych. Na lotnisku o dziwo kontrola przy bramkach, przyczepia się do mojego płynu do soczewek, który oczywiście ma max 100 ml. Dziwne.. Po sprawdzeniu okazuje się oczywiście, ze nie mam zamiaru wybudować bomby na pokładzie samolotu - idziemy dalej. potraktujcie to jako żart, bo oczywiście jestem za tym aby kontrolować wszystko co dziwne.
Po zaledwie 2 godzinnym locie, wita nas belgijskie Charleroi. Mój mąż nie byłby sobą, gdyby nie sprawdził wszelkich dostępnych środków dojazdu do naszego punktu przeznaczenia. Lotnisko znajduje się około 50 km od stolicy, więc musimy złapać jakiś środek transportu. Już wcześniej mieliśmy zarezerwowane bilety na bus, który odjeżdża bezpośrednio z pod lotniska. Bilet na Brussels City Shuttle) można zakupić przez internet. Bilet kosztował nas w jedną stronę 14 euro. Podróż trwa około jednej godziny. Busy kursują mniej więcej co 30 minut. Zdecydowaliśmy się na bus, gdyż mamy po prostu bliżej do miejsca zakwaterowania. Z dworca mamy do hostelu jakieś 15 minut drogi spacerkiem.
Nasz hostel Galia mieści się w starej kamienicy przy ulicy 15 Place du Jeu de Ball. Kwota, którą płacimy za 4 noce to 200 euro (za dwie osoby ze śniadaniami) + podatek miejski.Fajny, starodawny wystrój. Na ścianach wiszą stare ramy bez obrazów, wystrój trochę przypomina mi korytarze Harry'ego Potter'a. Winda masakryczne wolna i niebezpieczna. pomimo, ze mieszkamy praktycznie na najwyższym piętrze, w czasie pobytu w ogóle z niej nie korzystamy. Jazda nią dostarcza trochę emocji :D Wspominałam wcześniej, ze jest to hostel, nie hotel, ale pomimo to, są w nim pokoje do wynajęcia dwuosobowe. W sumie tylko takie nas interesowały. Pomieszczenie nie jest duże, ale widać, że zadbane. Świeżo odmalowane, całkiem ładne wnętrze, duże łóżko – choć niestety niezbyt wygodne, gdyż okazało się, że są to zsunięte ze sobą dwa łóżka, które się rozjeżdżały w nocy. Łazienka strasznie maleńka. W dosłownym znaczeniu tego słowa. Miała może metr na metr. Sedes praktycznie wchodził w prysznic. Takie łazienki spotykało się w szatniach piłkarskich, które zbudowane były w kontenerach przy boiskach. Ale nie spodziewałam się hotelu Sobieski. Ważne, ze tanio, czysto, jest łóżko i jest własna toaleta. Całkiem niezłe, darmowe Wi-Fi. Nic więcej nie potrzeba :)
![]() |
| Stołówka hotelowa |
![]() |
| Korytarz rodem Harry'ego Potter'a. Tylko gdzie się podziały postacie z ram? |
![]() |
| nasz pokój w hotelowy |
Niestety pogoda nie sprzyja nam. Mam
wrażenie, że znajduję się w Irlandii a nie w Belgii. Leje niesamowicie. Szkoda
nam tracić czasu, wiec ruszamy pomimo to na miasto. Ku mojemu zaskoczeniu,
młody chłopak w recepcji proponuje nam pożyczenie parasolek, które umieszczone
są zaraz obok wejścia. Parasoli jest sporo, więc widać, że są specjalnie
umieszczone tam dla gości. Miły gest.
Pierwsze co robimy, to uderzamy na
starówkę. Wielki Plac jest naprawdę wielki i przepiękny. Chyba najpiękniejszy jaki
widziałam. Zbiega się przy nim siedem ulic. Na placu znajduję się
min innymi ratusz zbudowany w stylu gotyckim oraz muzeum Miasta, w którym
znajduje się część zbiorów sikającego chłopca - Manneken Pis.
Przechadzając
się po wąskich uliczkach docieramy do muzeum czekolady, które znajduje się przy ulicy Rue de la Tete d'Or 9/11, co jest
praktycznie zaraz przy Wielkim Placu. Muzeum jest małe, więc nie spodziewajcie
się fajerwerków, ale za to co kilkadziesiąt minut jest pokaz. Przesympatyczny i
prześmieszny pan pokazuje jak się robi czekoladę. Oczywiście nie omieszka
podkreślić, że biała czekolada, TO NIE JEST CZEKOLADA! tylko tłuszcz
(najczęściej olej palmowy), mleko i cukier. Pokaz odbywa się w języku
angielskim i francuskim. Pan najpierw tłumaczy po angielsku, później tą samą
treść na francuski. Każdy może po pokazie spróbować za darmo (oczywiście
trzeba zakupić bilet) przepysznej czekoladki. Proponuje koniecznie spróbować tą
z chilli. Na początku nic nie czuć, po kilku sekundach całe gardło zionie :D Dodatkowo przy
kuchni, gdzie prezentowany jest pokaz, znajdują się w pojemniczkach czekoladki
do degustacji. Oczywiście przy każdej napisane jest, ze możesz wziąć only
one :D i oczywiście każdy bierze więcej niż only one :D Nie tylko Polacy :)
Po muzeum czekolady
skierowaliśmy się w kierunku pasażu świętego Huberta. Tak naprawdę nie ma
tam co zwiedzać. Oczywiście miejscówka fajna i warto ją zobaczyć, gdyż
sprawia niesamowite wrażenie, ale jedyne co warto zobaczyć to sam budynek. Fajna
atmosfera, piękny szklany dach i ... baaardzo drogie sklepy znanych marek.
Nawet słodycze są droższe niż na mieście. Ale ale atmosferka fajna, więc
warto tam zajrzeć.
Jeden ze sklepów ze słodyczami na pasażu świętego Huberta. Wspaniała belgijska czekoladka w pięknej oprawie :D tylko kupować :D

![]() |
| I małżonek zadowolony z łakociami :) |
Kolejnym miejscem do którego się udajemy jest Mannekin Pis. Fontanna sikającego chłopca umiejscowiona jest na
skrzyżowaniu ulic Rue Du Chene oraz Rue De I'Etuve. Czemu sikający
chłopiec jest taki sławny?? Chyba nikt tak naprawdę nie wie. Oczywiście jest
również legenda, która opowiada o małym chłopcu żyjącym bardzo dawno temu, ale
tak naprawdę nikt chyba nie wie skąd wziął się ten bum wokół tej figurki. Tym
bardziej, ze zupełnie niedaleko znajduje się figurka sikającej dziewczynki Janneke Pis (Rue Des Bouchers), która aż takiej popularności nie zyskała. Oczywiście ją również odwiedzamy. Jeszcze wracając do naszego małego kolegi... Co jakiś czas figurka jest ubierana w wyjątkowe stroje, które pochodzą z rożnych część świata. Ale pozwólcie, że wspomne o tym później aby zachować chronologię wycieczki :)
MANNEKEN PIS
JANNEKEN PIS
Na naszej trasie znalazła się również katedra św. Michała znajdująca się przy Place Sainte-Gudule. Wstęp darmowy.
Ostatni punkt zaliczony w pierwszym dniu, to bar Bear Tap House znajdujący się tuż zaraz koło Mannekin Pis.
Znajdziecie w nim masę różnych piw z całego chyba świata, a przynajmniej
Europy. Fajne klimatyczne miejsce, Głośnie, choć nie tak jak bary w
Irlandii. Zawsze jest tam masa ludzi. Piwo kosztuje od 3 euro (szklanka około
250ml) 6 euro duża szklanka.
![]() |
| Bear Tap house |
Mieliśmy zaledwie pół dnia, ale jesteśmy z siebie zadowoleni. Sporo zaliczyliśmy miejsc z naszej listy. Bez pędu, którego nie znosimy. Na spokoju można było się zatrzymać na dłużej w każdym miejscu. Tak więc nadszedł czas na posiłek. Nie zdecydowaliśmy się jeść na mieście, gdyż ceny nie były zachwycające, ponadto nie mogliśmy się zdecydować na konkretną restaurację. Tak więc, decydujemy się udać na zakupy do lidla, który znajduje się zaraz obok naszego hostelu.
A jakie ceny są w Brukseli? Oto niektóre produkty z naszego paragonu:
opakowanie salami 50g - 1 euro
Bagietka - 0,79 euro
Woda - 0,80 euro
Serki activia 4x125g - 2.20 euro
serki owocowe typu danio - 0,75 euro
parówki 250g - 2 euro
Ceny w chińskiej restauracji
Drugi dzień naszej wycieczki po stolicy Europy zaczynamy od parlamentu znajdującego się przy ulicy Rue Wiertz 60. Wstęp jest bezpłatny. To co trzeba zrobić, to jedynie przejść przez kontrolę . Należy pamiętać aby wziąć ze sobą dokument tożsamości. Przed bramkami bezpieczeństwa, znajduje się pokój, w którym możemy zrobić sobie zdjęcia na kilku dostępnych komputerowo tłach. Po zrobieniu zdjęcia wpisujemy adres @ i mamy już swoją foteczkę :D
Wrażenia są nieziemskie. Wspaniałe, interaktywne muzeum. Audio przewodniki dostępne są we wszystkich językach państw członkowskich. Poznajemy historię UE od samych początków. Dowiadujemy się czemu powstała i jakie państwa, w jakich latach, wchodziły do UE. Muzeum jest niesamowicie interaktywne. Na szczególną uwagę zasługuje wielka mapa Europy, znajdująca się na podłodze w jednej z sal. Mapa w kolorze zielonym przedstawia wszystkie kraje UE. Najeżdżając na dany kraj olbrzymim panelem, dowiadujemy się o inicjatywach, które mają miejsce w państwie w którym aktualnie jesteśmy - oczywiście wirtualnie :D
Zielona interaktywna mapa Europy. Wnętrze muzeum.
A to nasze życzenia wyświetlane na interaktywnej tablicy.
Next step na naszej liście, to Muzeum Nauk Przyrodniczych, które znajduje się przy Rue Vautier 29, Bilet 7 euro dla dorosłych. Na obiekt trzeba przeznaczyć około 3h. Sporo zwiedzania. Bardzo dużo ciekawych eksponatów, szczególnie olbrzymich szkieletów różnych dinozaurów. Znajdziemy tam również inne zwierzęta takie jak słonie, lwy, małpy, ptaki itd. Ale muzeum to nie tylko zwierzęta. To również zbiór kamieni oraz wystawa poświęcona ewolucji człowieka.
Zupełnie przez przypadek trafiliśmy do House of European History, które znajduje się przy ulicy Rue Belliard 135. Muzeum, jak wszystkie obiekty unijne, jest darmowe. W muzeum znajdziemy wszystko co jest związane w europejskim domem w różnych okresach. Muzeum jest ogromne. Posiada kilka poziomów. Na początku zwiedzaliśmy wszystko po kolei, dokładnie. Jednakże musieliśmy się spieszyć gdyż, obiekt był w niedługim czasie zamykany. Myślę, że przebywaliśmy tam przynajmniej 3 godziny, a i to było za mało aby zwiedzić cały obiekt. Wrażenia super! Zdecydowanie polecam.
I ostatnia już miejscówka do której uderzyliśmy drugiego dnia to Łuk Triumfalny. W skład tego obiektu wchodzi olbrzymi park oraz wcześniej wspomniany olbrzymi łuk z półkolistą fasadą. W obiektach przylegających znajdują się trzy muzea: motoryzacji, Królewskie Muzeum Sił Zbrojnych i Historii Militarnej oraz część Królewskiego Muzeum Sztuki i Historii. Żadna tematyka mnie nie interesowała, więc zrobiliśmy przechadzkę po parku, zaliczyliśmy foteczkę przy łuku i...? W drogę na słynne belgijskie fryty :P
Odpoczywając na pobliskich leżaczkach taki oto obraz nam się ukazał...
No i nareszcie są nasze wymarzone frytki :) Wrażenia? Pyszne!
Smakują zupełnie inaczej niż w Polsce. Są bardziej chrupiące, nie są suche i dodatkowo podawane są z przeróżnymi sosami, które sprawiają, ze ich smak jest jeszcze lepszy.
A tu drugi obrazek jednej z belgijskich ulic... Niezbyt ładnie wyglądający. Niestety taki widok jest na porządku dziennym.





















































