Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

poniedziałek, 27 maja 2019

MARRAKESZ - CO ZWIEDZAĆ


We wcześniejszym poście, trochę już nakreśliłam Wam jacy są Marokańczycy oraz czego trzeba się spodziewać przyjeżdżając do Maroka. 
Dla tych co nie czytali, przypomnę, że bilet do Maroka zakupiliśmy za 300 zł w dwie strony od osoby. Wiz Air od niedawna zaczął latać do krajów Afrykańskich, wiec postanowiliśmy, że to będzie dobry moment na zwiedzenie tego przepięknego kraju.


Już na lotnisku zakupiliśmy kartę lokalnego operatora Orange (tak, tak, nasze Orange jest również w Maroku, w sumie nie ma się co dziwić, bo to dawna kolonia francuska). 10 GB kosztowało 10 euro. Uzbrojeni w internet, który dzięki wujkowi google, wskazał nam miejsce odjazdu naszego autobusu z lotniska, udajemy się do naszego tureckiego riadu.
Wychodzimy na lewo, idziemy wzdłuż ulicy jakieś 500 metrów i własnie tam znajduje się przystanek (do centrum jedzie na pewno 11 i 12). My płacimy za nasz 4 dirhamy. Spod lotniska (tuż zaraz na przeciwko drzwi), odjeżdża jeszcze inny autobus. Jednakże bilet kosztuje już 40 dirhamów. 
Nie będę ponownie opisywać szczegółowo naszego hotelu (kto jest ciekaw - zapraszam do wcześniejszego posta). Wspomnę tylko, że za hotel w marokańskim riadzie zapłaciliśmy 436 zł za trzy osoby i trzy doby. Bardzo dobra lokalizacja (5 minut od placu). Bardzo klimatyczne miejsce. Typowo marokański dom z patio po środku. Jeżeli ktoś zainteresowany podaję dane hoteliku -  Riad Mamma Hous ulica 18 Derb Raouia, Bab Doukala, Medina Marrakesz.

Nie chcemy tracić dnia, więc jeszcze w dniu przylotu, postanawiamy zwiedzić pierwszy obiekt na naszej liście. Po drodze naszym oczom ukazuje się meczet i przepiękny park. Niestety do meczetu "niewierzący" nie mają wstępu. Kiedyś byłam w meczecie w Kolonii, jednakże takie pozwolenie dostaje się jedynie w krajach europejskich, gdzie muzułmanie zachęcają wręcz do wstąpienia i pomodlenia się. Wiadomo po co... 
Oczywiście piękna pogoda działa na nas jeszcze bardziej pobudzająco. W Polsce 14 stopni, w Marrakeszu 30....

Po kilkunastu minutach drogi jesteśmy na miejscu - Bahia Palace (Avenue Imam El Ghazali). Obiekt zwykle czynny do 17, jednakże w związku z panującym ramadanem, wszystkie obiekty czynne są krócej. Myślę, że na zwiedzanie pałacu trzeba przeznaczyć przynajmniej 1,5 godziny. Bilet wstępu dla dorosłych to 70 dirhamów (około 28 zł). 
To co się nam rzuca w oczy na początek, przed samym wejściem, to po prostu mury, które mogą zmylić nie jedną osobę. W Maroku ze względu na kulturę i religię oraz stosunek do kobiet, wszystko chowane było do wewnątrz. Tak więc po wejściu czeka nas naprawdę perełka, która z zewnątrz nie robi absolutnie żadnego wrażenia. 

Pałac z zewnątrz. Tak jak pisałam wcześniej, ot takie zwykłe mury.



Za to wewnątrz czeka nas przepiękny ogród i prawdziwy oczopląs. Piękne marokańskie mozaiki, w różnych kolorach. Wspaniałe rzeźbienia. Zdobione sufity. To miejsce nie posiada mebli, ale prawdziwą ozdobą są kafelki, zdobione ściany i sufity. Na widok tych mozaik prawie oniemiałam. Marzą mi się takie na ścianie w przedpokoju...
Pałac wybudowano pod koniec XIX wieku, więc jest stosunkowo młody. Został wpisany na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
W pałacu mieszkał wezyr (odpowiednik naszego premiera). Przeczytałam, ze w części gdzie znajdują się mozaiki, przebywał ojciec, natomiast w drugiej części, trochę bardziej nowoczesnej - jego syn. 
Wrzucam sporą ilość fotek z tego miejsca, ponieważ nie jestem w stanie się zdecydować, które Wam pokazać. Najchętniej bym wrzuciła wszystkie. 

Drzewo pomarańczowe w ogrodzie pałacu. 







To nie jest posadzka, tylko... sufit! W każdym pomieszczeniu inny, ale równie piękny.  Przepiękne geometryczne wzory, podobno zrobione z drzewa cedrowego. Sufit mocno koresponduje z mozaiką marokańską na podłodze. Widać, że tworzą spójną całość.





Przepiękne mozaiki. Niesamowicie kolorowe. W każdym pomieszczeniu inna...







A tu już dziedziniec i oczywiście na środku fontanna. Przechadzając się po tym pałacu nie sposób nie widzieć ducha pięknych marokańskich księżniczek, przechadzających się po komnatach niczym ze słynnych arabskich telenowel...









A te piękne światła powstały dzięki kolorowym witrażom. Nie mogłam się oprzeć. Musiałam mieć z nimi zdjęcie!


Udając się do kolejnego miejsca przechodzimy przez Plac Dżami al-Fana. Jest to największy plac w medynie (czyli centrum miasta). Przy tym placu znajduje się absolutnie wszystko. Podobnie jak wcześniej zwiedzany pałac, cały plac wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Przeczytałam gdzieś, że na placu życie zaczyna się dopiero po zmroku. Jest to nieprawda. Oczywiście wieczorem miejsce zyskuje inny klimat, szczególnie podczas ramadanu (po zachodzie słońca Marokańczycy przychodzą tu na posiłki), jednakże przez cały dzień jest cała masa wszystkiego. Tu zjesz ślimaki w rosole (o których wspominałam w poprzednim poście), wypijesz sok naturalny, zjesz tani i dobry posiłek, zrobisz sobie tatuaż z henny, popodglądasz zaklinaczy węży (ja przed nimi uciekałam) i zrobisz zakupy. Na około placu, w wąskich uliczkach mieszczą się kramiki, gdzie możesz kupić absolutnie wszystko co chcesz przywieść z Maroka. 









Ten sam plac już wieczorem...



Od placu odchodzą wcześniej wspomniane wąskie uliczki, w których znajduje się masa straganów na których możecie kupić wszystko czego potrzebujecie. Potrzebne tylko pieniądze i umiejętność targowania.





Przyprawy i herbata.



Skórzane wyroby. W tle widać masę torebek. Głównie z wielbłąda (ma specyficzny, intensywny zapach). 


A tu przepiękne wiklinowe kosze. W Polsce jest na nie teraz moda. Nie zastanawiać się, tylko brać. Można je tu zakupić dużo taniej. 



Kolejnym miejscem, które należy koniecznie odwiedzić w Marrakeszu to Nekropolia Sadytów  (Rue de La Kasbah). My już udaliśmy się do niego następnego dnia.
Bilet wstępu dla dorosłych 70 dirhamów (28 zł). Jak sama nazwa mówi jest to mauzoleum, gdzie chowano pierwotnie władców z jednej z dynastii. Najstarszy grób pochodzi z XVI wieku. 
Takiego cmentarza to ja jeszcze nigdy nie widziałam. Groby znajdują się w komnatach z przepięknymi łukami i rzeźbieniami. Sufity przepięknie zdobione. Posadzka w której pochowana jest marokańska elita, cała pokryta przepiękną, kolorową mozaiką. Wewnątrz mały, ale bardzo ładny dziedziniec z ogrodem. 













Całkiem niedaleko znajduje się kolejne miejsce do którego chcieliśmy koniecznie uderzyć. Miejsce znane również dzięki ... bocianom. Ale zacznijmy od początku.
Bilet kosztował 70 dirhamów (28 zł). Pałac czynny od 9 do 17 godziny (podczas ramadanu 9-15). Pałac El-Badi (ulica Ksibat Nhass) skrywa w sobie nie tylko piękno kultury marokańskiej, ale również bardzo wiele bocianich gniazd, które usiane są po całym dachu. Tak naprawdę trochę to smutne, ponieważ budynek kiedyś był pełnym przepychu pałacem. Zbudował go sułtan Ahmad al-Mansur. Dzięki niewolnikom oraz pieniądzom poddanych, sprowadził najpiękniejsze i najdroższe materiały. Każda z komnat nazywana była od materiału którym został pokryty dach bądź część komnaty. I tak jedna z nich nazywała się kryształowa a jeszcze inna złota. Niestety po śmierci sułtana, pałac nie został ukończony, rozgrabiono to co w nim było, częściowo zburzono. I tak oto pozostały z niego tylko pozostałości rozsypujących się murów, wizualizacje na projektorze, które możemy zobaczyć w jednej z komnat oraz gniazda bocianów. 
Pałac kiedyś wyglądał naprawdę przepięknie. Teraz trzeba użyć sporo wyobraźni aby zobaczyć jak wyglądał kiedyś...
Klasycznie, obiekt otoczony olbrzymim murem. Chyba już nikogo z Was nie powinno to dziwić?








Za plecami Ursyncia znajdowała się część mieszkalna sułtana. Niestety zostało z niej niewiele. Kiedy podchodzimy bliżej, okazuje się, że po komnatach pozostało jedynie miejsce w posadzce. Jednakże na wizualizacji komputerowej w jednej z sal, możemy zobaczyć jak wyglądał kiedyś...




W każdej komacie znajdowała się fontanna, która tworzyła mikroklimat. Dzięki niej było chłodniej i bardziej rześko. Jak widać poniżej, po fontannach pozostało jedynie podłoże. Każda z nich wyłożona oczywiście przepiękną mozaiką. 


Zaraz po wyjściu z pałacu, postanowiliśmy zjeść obiad w restauracyjce, która znajdowała się tuż obok. Wchodzi się po schodach do góry. Bardzo klimatyczne miejsce. Fajny widok na panoramę miasta. Nie będę się rozpisywać na temat jedzenia, ponieważ wszystko to opisywałam w poprzednim poście dotyczącym min jedzenia i sposobu bycia Marokańczyków. Wart o jednak wspomnieć, że jeżeli będziecie w tym miejscu, zamówicie tadzin z mięsem mielonym i jajkiem. Bardzo bardzo dobry. 




A to przepiękny stół - o ile tak mogę powiedzieć, bo chyba spełniał bardziej funkcję ozdobną - z przepięknej mozaiki, którą jestem zachwycona. Do tego te kolorowe szyby...



I wspomniany wcześniej tadzin z mięsem mielonym i jajkiem. 



Po drodze do gaju oliwnego, napotkaliśmy wielbłądy. No i oczywiście Ursyncio musiał spróbować... Przejażdżka 30 minutowa kosztowała 100 dirhamów (około 4o zł).


Siedząc w trawie, W oczekiwaniu na powrót Ursyncia z przejażdżki...


Gaj oliwny jakoś specjalnie do mnie nie przemówił. Może dlatego, że nie przepadam za oliwkami.


Gaj oliwny jest po drodze do Menara Garden. Niestety mimo wszystko od Medyny są one oddalone trochę daleko. Myślę, ze jakieś 2 kilometry - oczywiście to jeszcze zależy z jakiego miejsca startujecie. Idzie się bardzo, bardzo długo wzdłuż ulicy. Z powrotem już nam się nie chciało iść piechotą, więc postanowiliśmy wrócić do medyny autobusem. Oczywiście wujek google wskazał przystanek i numer autobusu (o ile dobrze pamiętam to min 12 i 11). Bilet miejski na autobus kosztował 4 dirhamy.
Jeżeli chodzi o Menara Garden, to nic innego jak bardzo ładne ogrody. Choć muszę powiedzieć, ze jak dla mnie zbyt dużo oliwek, dużo otwartego, wybetonowanego terenu, mało innych roślin. 
Na samym końcu ogrodu znajduje się mały budyneczek z olbrzymim basenem. Budynek bardzo często pojawia się na marokańskich pocztówkach, czy też podczas pokazywania Marrakeszu na folderach. 
Przysiedliśmy na chwilę aby odsapnąć. Po kilku minutach, z pobliskiej szkoły, przyszły dzieciaki w wieku kilkunastu lat (zarówno dziewczyny - w większości ubrane po europejsku - jak i chłopcy). Chłopcy zaczęli wskakiwać do wody. Oni mieli niezwykłą frajdę ze skakania, a my z patrzenia na nich. 



Są jeszcze dwa miejsca, które chcę opisać w tym poście. Pierwsze z nich, to Cyber Park (Arset El Bilk). Postanowliśmy udać się do niego bezpośrednio po zwiedzeniu Menara Garden - był akurat po drodze. Bardzo przyjemne miejsce. Przepiękny, bardzo zaciszny park, pomimo, że niedaleko ulicy. Bardzo zadbany. Zero papierków i śmieci. Na terenie ogrodu, ustawione są interaktywne tablice z których mogą korzystać turyści. Minusem niestety był język... tlko francuski i arabski...




Na koniec postanowiłam zostawić sobie Pałac La Mamounia (Avenue Bab Jdid). W Maroku jest wiele starych przepięknych riadów, które zostały przekształcone w hotele. I tak też jest w tym przypadku. Aktualnie to bardzo wysokiej klasy hotel (noc kosztuje około 1500 zł), który można zwiedzać od poniedziałku do piątku. A no właśnie... My przyszliśmy w niedzielę. I zostaliśmy odprawieni z kwitkiem. Postanowiliśmy uderzyć jeszcze raz we wtorek. I ponownie zostaliśmy odprawieni. Czemu? Bo Ursyn miał klapki... A na teren hotelu nie wpuszczają mężczyzn w sandałach. Kobiety za to tak... Zaraz przy wejściu, zobaczycie bramkę jak na lotnisku, a tuż przy niej, ochroniarza, który będzie Was obszukiwać. Kiedy starałam się wykłócać, że jedna z wchodzących pań miała sandały, pokazał mi zalaminowaną kartkę na której było kilka rzeczy zakazanych. Min klapki, nie wiem czy też nie krótkie spodenki u mężczyzn i butelka wody.

I na koniec dodam, że miejsca, które opisałam powyżej, zwiedzaliśmy dokładnie takiej kolejności w jakiej są opisane. 

Jeżeli ktoś jest chce się dowiedzieć co jeść w Maroku, jacy są Marokańczycy, jak żyją kobiety w Maroku, co przywieść i wiele wiele innych ciekawostek, zapraszam do wcześniejszego posta.

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU