Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

wtorek, 2 lipca 2019

W KRAJU WIATRAKÓW, TULIPANÓW I SERÓW



Tym razem poniosło nas do Holandii. A konkretnie do Eindhoven. Czemu? Abo bilet kosztował zaledwie 122 w dwie strony. Może Eindhoven to nie jest Amsterdam (odzywały się takie głosy wśród znajomych "a co wy tam będziecie robić jak tam nic nie ma"), ale również warto je zwiedzić, ponieważ uważane jest za miasto innowacji i technologii. O Eindhoven bardzo często mówi się również, że jest to miasto niezwykle dizajnerskie. Dobra, ale przejdźmy do rzeczy. O ciekawostkach na temat Eindhoven i samej Holandii będę pisała na końcu posta. 

Lot mamy bardzo wcześnie rano (6:25) z Modlina (całe szczęście, bo przynajmniej blisko). Lecimy jakąś 1 godzinę i 50 minut. Lotnisko nie jest zbyt duże. Szybko się przemieszczamy do autobusu nr 401, który odjeżdża z przed lotniska (trzeba kierować się po wyjściu na prawo). Bilety kupujemy zaraz przy przystanku, gdzie znajduje się biletomat (można płacić również kartą). Koszt biletu jednorazowego to 4.24 euro. Na Eindhoven przeznaczyliśmy sobie wieczór i pół następnego dnia. Tak więc z autobusu kierujemy się na dworzec kolejowy z którego udajemy się do Hertogenbosch (w skrócie Den Bosch). Nadmienię tylko, że z Eindhoven jest bardzo blisko do Amsterdamu (100km), do granicy z Belgią lekko ponad 30 km, do granicy z Niemcami około 50 km (niedaleko jest Düsseldorf - jakieś 110 km). Tak więc Eindhoven moze być po prostu bazą wypadową. 
Ale do rzeczy. Bilet  na pociąg kupujemy w automacie na dworcu. Koszt w jedną stronę to 6,70 euro. Przejazd jest bardzo krótki, bo trwa zaledwie 20 minut. Kiedy wychodzimy z dworca naszym oczom ukazuje się przepiękne, urokliwe miasteczko (może trochę przesadzam z tym miasteczkiem, bo mieszka tam około 100 tysięcy mieszkańców), z bardzo ładnymi, równymi kamieniczkami, zbudowanymi z tej samej równie ładniej cegiełki. 





Jedna z wąskich uliczek, pełna restauracji i oczywiście ludzi. Akurat była sobota, tak więc miasto było bardzo zatłoczone. 


Pierwsze co robimy, udajemy się potwierdzić i opłacić naszą rezerwację za przejazd kanałami. Rezerwacji dokonaliśmy jeszcze w Polsce za pośrednictwem maila (algemeen@kringvrienden.nl). Jeżeli ktoś byłby zainteresowany, to na tej stronie może się wszystkiego dowiedzieć www.dagjedenbosch.com. Biuro znajduje się przy ulicy  Parade 12, tuż zaraz obok tego pięknego mostu, który pokazałam na poprzednim zdjęciu. Mamy potwierdzoną rezerwację na godzinę 13, tak więc ruszamy na miasto. 
Kierując się cały czas w stronę centrum, ponieważ za cel obraliśmy najpierw katedrę, trafiamy na lokalny bazar (znajdował się zaraz na przeciwko ratusza). Nie wiem czy jest on codziennie, my akurat byliśmy w sobotę, więc bardzo prawdopodobne, ze jest tylko w ten dzień. Jednakże jeżeli będziecie mieli okazję się tam udać, koniecznie z niej skorzystajcie. Bazar był naprawdę fantastyczny. Od razu można zaopatrzyć się gifty. Targowisko oferuje mnóstwo serów, pieczywa (pyszne! szczególnie te na słodko), kwiatów, przekąsek i jedzenia na wynos. Musicie wiedzieć, że Holendrzy przyzwyczajeni są do jedzenia na mieście, ale w street foodach, a nie w restauracjach. Restauracje są dla obcokrajowców. Holendrzy za to kupują w budce jedzenie i od razu spożywają je na stojąco przed stoiskiem.







Po obejrzeniu lokalnego targu, udajemy się do Katedry św. Jana (Torenstraat 16). Katedra ma taką rangę jak Notre Dame we Francji. A skoro jest tak znana, to nie może dziwić, ze jest taka ładna. Koronkowa fasada - w dosłownym znaczeniu tego słowa, wystarczy spojrzeć na poniższe zdjęcia - sprawia, że rzeczywiście jest jedną z piękniejszych katedr jakie widziałam. 
Podobnie jak wszystkie tego typu przybytki (np Duomo w Mediolanie, Katedra w Kolonii, Katedra w Wiedniu), wznoszona była przez kilka wieków, a dokładnie trzy (budowa zaczęła się w 1220 a skończyła koło 1550 roku). I to jest kolejna katedra, która przypomina mi min tą w Kolonii i Wiedniu. Zastanawiałam się nawet czy przypadkiem to nie był ten sam architekt, ale to niemożliwe, ponieważ budowane były w innych latach.
Dziwne bardzo, bo o katedrze wiele w Internecie nie wyczytamy, a jest naprawdę bardzo ładna. Wydaje mi się, że nawet ładniejsza zewnątrz niż wewnątrz. W środku znajdują się chyba największe organy jakie dotychczas widziałam (naprawdę piękne) oraz przepiękne kolorowe witraże. Oczywiście każdy jest inny. To co udało mi się znaleźć w Internecie na temat tej katedry, to min to, że jedna z rzeźb, która jest aniołem, rozmawia rzekomo przez telefon komórkowy. Przyznam się, ze nie widziałam jej podczas zwiedzania. Rzeźba została zbudowana w 2010 roku, więc mógł być to psikus budowniczego...




















Katedrze ciężko jest zrobić zdjęcie. Jest bardzo wysoka, więc to już mówi samo przez się. Dodatkowo z niektórych stron zasłaniają ją albo drzewa albo budynki. Jednakże można ją obejść z kilku stron. Na zdjęciach widzicie z różnych perspektyw. 





A tu przed jakimś sklepem, fajna ozdoba. Oczywiście rower i tulipany. Dwa symbole Holandii. Szkoda, że były sztuczne, ale na zdjęciu przecież nie widać. 


W centrum znajduje się fajny sklep, gdzie można kupić mnóstwo słodyczy i pianek. Jest to raj dla słodyczomaniaków. Słodycze w kształcie jajka sadzonego, w kształcie piłki nożnej, długie pałki, węże... Wszystkiego cała masa. Byle tylko zęby zdrowe były. 






W centrum znajduje się również najstarszy murowany dom w Holandii de Moriaan. Dom zbudowany został w XIII wieku. Aktualnie mieści się tam sklep z pamiątkami i informacja turystyczna. W środku widzimy piękne oryginalne belki z drewna. 




W sklepiku wisi olbrzymi obraz bosche bollen, ale o co to jest?  O tym później...


Oczywiście w sklepiku można kupić magnesy w kształcie holenderskich domków i wiatraków.  Nie wiem czemu tak jest, ale zarówno w Den Bosch jak i Eindhoven nie ma praktycznie żadnych sklepików z pamiątkami. Wszędzie gdzie byliśmy, była cała masa różnych pamiątek. Tymczasem tu, jedyny sklep w którym były jakieś durnostojki, w tym magnesy, to właśnie sklepik w tym  najstarszym domku. Tak więc, jak ktoś chce przywieźć jakiegoś magneska, to brać tu, bo nigdzie indziej nie uświadczycie (ewentualnie jeszcze na lotnisku).


Zbliża się 13, więc trzeba uderzać powoli nad kanały, bo czeka nas wcześniej wspomniany rejs. Na bilecie macie napisaną stację. Zresztą widać ją nad naszymi głowami (Molenstraat 15a). Należy być przynajmniej 15 minut wcześniej. Pan sprawdza listę obecności, wyczytując nazwiska osób, które dokonały rezerwacji oraz liczbę biletów jaką dana osoba zakupiła. 
Kanały stanowią olbrzymią atrakcję turystyczną. Miasto dzięki nim wygląda jak Wenecja. Kanały przepływają pod murowanymi domami. Mieszkańcy mają nad nimi bardzo często usytuowane tarasy, balkony a nawet pokoje. Przepiękne kamieniczki dodają uroku całej wycieczce. W niektórych miejscach kanały są tak wąskie, że ledwo co się mieści łódka. Pan przewodnik opowiada dużo ciekawych rzeczy, ale niestety tylko dla Holendrów, ponieważ mówi po niderlandzku. Plus jest taki, że dostajemy na początku wycieczki wydrukowane kartki, z ciekawostkami o kanałach, oczywiście po polsku.
Kiedyś w kanałach pływały fekalia. Plaga szczurów i odór spowodowały, że po wojnie część z nich została zasypana. W latach 70 XX wieku, stwierdzono, że kanały mogą stanowić wielką atrakcje turystyczną, w związku z tym postanowiono, że należy je odbudować i oczyścić. Wydano setki tysięcy na ich odbudowę, ale jak widać - opłaciło się. Kanały stanowią największą atrakcję turystyczną miasta i okolic. 








Poniżej ratusz. Nie znam się na stylach, ale podobno wybudowany w stylu holenderskiego klasycyzmu. Ten ciemny kamień sprawia wrażenie trochę przytłaczającego.


Dziwność nad dziwności. Woda w kartonie...


A może Tyskie? Na pewno nie wiedzieliście, ze nasze piwo dociera tak daleko.


Z ciekawostek, to piwo ma aż 12%! Nie wiem jak się znalazło w Holandii, gdyż Holendrzy z natury piją słabe piwa. Ten miód ma moc!


I oczywiście pasy w  kolorze tęczy. Widać, ze jesteśmy w Holandii. Tolerancja pełną gębą. 


Powoli zbliża się wieczór, więc czas powrócić do Eindhoven. Jeszcze tego wieczoru, postanawiamy zaliczyć jedno ze słynniejszych miejsc, którym są rozrzucone olbrzymie kręgle. Niby nic, a takie ciekawe...


Takiej nowoczesnej architektury jest w Eindhoven sporo. 
Poniżej zdjęcie kolejnego budynku, który składa się jeszcze z kilku podobnych do siebie budowli. Czy to jakiś biurowiec albo budynek rządowy? Nie! To po prostu politechnika. Cały kampus wygląda naprawdę bardzo przyjemnie. Aż chciałoby się tam uczyć. Szkoda, że w Polsce mamy bardzo mało takich ośrodków. A na kampusie darmowe źródełko wody dla studentów. 



Miasto szkła i metalu ma wiele ciekawych budynków. Jednym z nich jest De Blob. W budynku mieści się... sklep!







W Eindhoven nie ma jako takiej starówki. Centrum miasta, to po prostu małe, eleganckie domki/kamieniczki, pomalowane na kolorowo. Ponadto miasto ma zaledwie 220 tysiące ludności (taki nasz Toruń). Tak więc po mieście poruszamy się piechotą. 




W centrum miasta znajduje się kościół świętej Katarzyny. Z zewnątrz budowla wygląda bardzo ciekawie. Niestety jak się okazuje, jest zamknięty... Tak wiec zwiedzamy tylko z zewnątrz. Kościół zbudowany w drugiej połowie XIX wieku. Na zdjęciu widać dwie wieże, które mają imiona!. Jedna to Dawid, druga Maria. 



Do hotelu udajemy się piechotą, gdyż jest to zaledwie 20 minut drogi od centrum. Nocleg mamy zarezerwowany w guesthousie. Koszt za dobę za cztery osoby wynosi 647 zł ze śniadaniami 9za osobę koło 161 zł). Jeżeli ktoś zainteresowany podaję nazwę - Guesthouse Living & Sleeping Eindhoven (ulica Tongelresestraat 496). Jak widać na zdjęciach, pokoje bardzo czyste, ładnie urządzone. Minus to łazienka na korytarzu. Aczkolwiek są dwie, więc aż tak strasznie nie było. 



Po drodze mijamy piękne holenderskie domy, z czerwonej cegły. Jest to pewnego rodzaju atrakcja, gdyż u nas domy wyglądają zupełnie inaczej. Inny typ budowy, inne okna - tu bardzo niskie, często tuż przy ulicy i do tego brak firan i zasłon, brak płotów, czasami niski murek, albo tak jak poniżej rzeczka oddzielająca posiadłość od chodnika. W Holandii chyba nie istnieje coś takiego jak prywatność. Ludzie są przyzwyczajeni do tego, że zaglądają sobie w okna. Ponadto jest to bardzo mały kraj, który na małej powierzchni mieści sporą populację. Holendrzy wręcz wydzierają ziemie morzu i bagnom, budując tamy i osuszając tereny, które pozwolą na zasiedlenie. 






Już następnego dnia (w niedzielę), udajemy się do muzeum samochodów marki Daf (Tongelresestraat 27). W oczekiwaniu na otwarcie (od 10 godziny), siadamy nad okolicznym kanałem. Od razu rzuca się nam w oczy dziwna figura wystająca z wody. Co autor miał na myśli? Wygląda trochę jak odwrócony rower...



Muzeum Daf ma naprawdę wiele do zaoferowania. Za 9 euro (tyle kosztuje wstęp), można chodzić po muzeum nawet 3 godziny. Jest cała masa samochodów i autobusów, do których można wsiąść - nawet do Tira! Muzeum to po prostu wielki hangar, coś ala warsztat samochodowy. Przede wszystkim obiekt ma ducha. Daf produkował nie tylko wielkie samochody ciężarowe, ale również czołgi, motocykle, samochody osobowe, w tym samochody z wiklinowymi siedzeniami na plażę, a nawet spadochrony!
Podobno muzeum projektowane było przez pracowników firmy. Nie żadni tam marketingowcy, tylko zwykli ludzie z pasją. I trzeba powiedzieć, że im się udało. Muzeum znajduje się na dole oraz na podwieszanych pod sufitem platformach. W środku znajduje się również spora restauracja gdzie można zjeść ciastko, napić się kawy, herbaty. 










No i Ursyncio nie byłby sobą gdyby nie odwiedził stadionu PSV Eindhoven. Niestety nie można było wejść do środka, tak więc zwiedzamy stadion jedynie z zewnątrz. 


Co jeszcze można zwiedzić w Eindhoven?
Muzeum Philipsa, muzeum archeologiczne, dom rysownika Toma Smits'a, Evoluon (budowla na kształt spodka, mijamy ją po drodze na lotnisko), Zoo Dierenrijk, Muzeum Van Abbe.

Koniecznie chciałabym jeszcze wspomnieć rowerach i o kulturze jazdy na rowerze, gdyż dla nas Polaków może się to wydać bardzo dziwne. Przede wszystkim na ulicach zobaczycie pełne parkingi rowerów. Tak jak w Wietnamie widziałam chmarę skuterów, tak tu są wszędzie rowery. Jeszcze nigdy nie widziałam aż tylu bicykli. '
Rowery mają swój pas na drodze. Nie jeżdżą chodnikiem jak u nas. Może być dla samochodu jeden wąski pas, ale rower musi mieć koniecznie przynajmniej jeden, a często nawet dwa pasy. Po pasach dla rowerów jeżdżą również skutery. I nikogo to nie dziwi. Przecież to też jednoślad. 
Rowerzyści nie mają kasków ani ochraniaczy. I nie muszą mieć. Każdy samochód przepuszcza rowerzystę. Jednoślady maja pierwszeństwo nawet na pasach dla pieszych. Tylko dla rowerów budowane są specjalne wiadukty. Nawet pracownicy wysokiego szczebla jeżdżą na rowerach. Czasami w garniturze, a czasami z garniturem przewieszonym przez ramę, a czasami w krótkich spodenkach i koszulce.







CO TRZEBA ZJEŚĆ KONIECZNIE  W HOLANDII 

Zastanawiałam się czy pisać na ten temat, gdyż Holandia nie ma jakiejś znanej kuchni. Co sprowadza się do tego, że nie jest ona również specjalnie interesująca. Holendrzy jedzą podobnie do Polaków. Czytaj tłusto. Ich kuchnia słynie z kiełbas, w każdej potrawie musi być mięso (bardzo często zmielone). Potrawa wegetariańska również składa się z mięsa. Są to po prostu np warzywa z ... oczywiście mięsem. Jednakże znalazło się kilka takich rzeczy, które chciałam posmakować. Polecam spróbować kanapkę z rybą albo z owocami morza czy też z krabem. My jedliśmy z krabem i była wyśmienita. Niby zwykła kanapka a jednak smakuje zupełnie inaczej.



Kolejnym specjałem, który trzeba spróbować są oczywiście frytki. Jeżeli ktoś był w Belgii i próbował tamtejszych, to mogę powiedzieć, że są tak samo pyszne. No ale nie ma się co dziwić, bo przecież kiedyś Belgia i Holandia były jednym krajem. Frytki są bardzo mięsiste, grube i polane sosem, który sobie możemy oczywiście wybrać z pośród wielu oferowanych. W smaku frytki nie przypominają tych naszych suchelców, które ociekają tłuszczem. 



Napaliłam się koniecznie na śledzia surowego. Serwowane najczęściej z surową cebulką i piklami. Podobno Holendrzy łapią go za ogon i za jednym zamachem połykają całość.  Jeżeli ktoś nie lubi takich atrakcji, można po prostu zamówić go w kanapce albo w kawałkach na talerzyku. Niestety nie było mi dane zjeść. Pozostawiam na następną wizytę.
Podobno wafle słodkie z syropem (takie składane, często spotykane również w Polsce) pochodzą właśnie z Holandii. Kiedyś nawet nie można było ich nigdzie indziej dostać. Dopiero po jakimś czasie zagościły na całym świecie. 
Bardzo dobre również są chleby i bułki. Jest ich cała masa. Na słodko, na słono. Polecam spróbować te na słodko. Smakują zupełnie inaczej niż nasze. 



No i oczywiście sery. Jest ich cała masa. I muszę powiedzieć, że nigdzie takich dobrych nie jadłam. My zakupiliśmy trzy sztuki różnych serów po 200 gram każdego. Nawet jeżeli macie mały bagaż, to i tak nie ma problemu aby kawałek pysznego serka zakupić. Jeżeli chodzi o ceny, to widać na poniższych zdjęciach. Niektóre 1,79 euro za 100 gram, inne prawie 3. Jednakże uwierzcie mi, że warto wydać te pieniądze. Nie mówię aby kupować kilo, ale 100 gram na spróbowanie w zupełności wystarczy a majątku nie wydamy.




Polecam spróbować jeszcze kibbeling. Są to kawałki smażonej ryby podawane z sosem. Rodzaj ryby oczywiście wybieramy sami. Nie powiem aby mi to nie smakowało, jednak nie jestem zwolennikiem smażonych potraw na głębokim tłuszczu.



Niektórzy polecali surową kiełbasę zwaną ossenworst, która przypomina nasz tatar. Nie miałam okazji spróbować. Również polecana była zupa serowa, która przypomina nasze kremy bądź zupę grochową, która również ma konsystencję kremu. 
Będąc w Den Bosch, z deserów trzeba koniecznie spróbować bossche bollenSą to ala nasze duże pączki, oblane czekoladą, natomiast w środku mają krem podobny do bitej śmietany. Są naprawdę bardzo dobre. Choć nie wiem czemu, ale ciężko je dostać. My swoje kupiliśmy w sklepie spożywczym, ale na pewno są w cukierni po prawej stronie od dworca. Widziałam również w niektórych cukierniach na mieście. 



I już ostatnią rzeczą, którą chcę opisać odnośnie jedzenia są słone, słodkie i ostre przekąski, które można zakupić na targu. Są wśród nich coś ala pieczone warzywa w skorupce, orzechy, rodzynki w czekoladzie i wiele wiele innych. Niektóre były po 2 euro (duża paczka), albo 3 za 5 euro. 




CO PRZYWIEŚĆ Z HOLANDII


  • cebulki tulipanów z których słynie Holandia. Szczególnie popularnością cieszą się czarne tulipany. Choć może ktoś skusi się na białą Marię Kaczyńską 😅
  • oczywiście sery o których pisałam powyżej
  • pieczywo, szczególnie te z nutą słodką. Smakuje zupełnie inaczej niż nasze
  • Słone, ostre i słodkie przekąski, które można zakupić również na bazarze
  • oczywiście magnesy
  • czytałam, że w sklepach jest bardzo duży asortyment gadżetów rowerowych. Widziałam jak pani jechała z osłonką plastikową znajdującą się za fotelikiem dziecka, który ma osłaniać od błota
  • słodycze np ze sklepu jamin 


CIEKAWOSTKI NA TEMAT HOLANDII

  • Tak naprawdę Holandia nazywa się Królestwo Niderlandów. Nazywanie Holandii Holandią jest w pewnym stopniu błędem, ponieważ Holandia Północna i Południowa to tylko dwie z kilkunastu prowincji. Po angielsku możemy spotkać się z obydwiema nazwami. Również sami mieszkańcy Niderlandów wiele razy mówią o swoim państwie po prostu: Holland. 
  • Urzędowym językiem jest niderlandzki.
  • Holendrzy bardzo dobrze mówią po angielsku. Często wiele ulic ma również nazwy angielskie. Dzieje się tak dlatego, że język niderlandzki jest bardzo podobny do języka angielskiego (również do niemieckiego). Wiele słów jest zapożyczonych z angielskiego. A wiemy, że zawsze szybciej jest nauczyć się języka z tej samej grupy.  Ponadto Holendrzy od małego oglądają angielską telewizję, która jest dostępna w pakiecie  telewizyjnym zupełnie za darmo.
  • Pomarańczowa marchewka została wyprodukowana w Holandii. Obywatele tego kraju są strasznie zafiksowani na punkcie koloru pomarańczowego. Dlatego też, marchewka została zmodyfikowana i jej kolor z fioletowego i kremowego zrobił się dzięki Holendrom własnie pomarańczowy.
  • Holandia leży poniżej poziomu morza. Grozi jej praktycznie zalanie
  • W Holandii jest więcej rowerów niż samochodów. Na jednego mieszkańca przypadają dwa rowery.
  • Jest duża szansa, że kiedy podejdziemy do grupki rowerzystów i krzykniemy "oddaj mój rower", przynajmniej jeden z nich rzuci się do ucieczki
  • Holendrzy pracują średnio 5 godzin tygodniowo. 
  • Podatki i składki pochłaniają 2/3 pensji Holendra. 
  • W niedzielę wszystkie sklepy są zamknięte. 
  • Big Brother został wymyślony w Holandii.
  • Holendrzy do pracy chodzą ubrani w koszulkach, jeansach, krótkich spodenkach. Często spotyka się ich również w klapkach. Nawet pracownicy wysokiego szczebla często nie chodzą w garniturach. 
  • Prostytutki w Holandii są zawodem usankcjonowanym prawnie. Oznacza to, że prostytutka może pójść na chorobowe, macierzyńskie czy też po prostu na urlop.
  • W Holandii jest dostępna powszechnie eutanazja. Nie trzeba mieć do tego wielkich przesłanek. Znana jest historia trzydziestoparoletniej kobiety, która miała depresję. Nie chcąc się dłużej męczyć, postanowiła zakończyć swoje życie.
  • Powszechnie znane są sytuacje, że dzieci mogą zostać odebrane rodzinie i oddane pod opiekę np dwóch lesbijek. 
  • Miękkie narkotyki w państwie Niderlandów są dozwolone. Można je zakupić w tzw coffeshopach.
Takich ciekawostek jest cała masa. Jeżeli ktoś jest zainteresowany zgłębieniem wiedzy na temat kraju, jego mieszkańców oraz ich przyzwyczajeń, polecam przeczytać dwie książki, które pokazuję poniżej. Nie są przewodniki. Bardziej książki poznawcze. Bardzo dobra literatura!

Ben Coates - Skąd się biorą Holendrzy


Rodney Bolt - Poradnik ksenofoba. Holendrzy

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU