Ramówka2

Ramówka2

Lista rozwijalna 1

niedziela, 4 sierpnia 2019

MAŁA ROSJA - NADDNIESTRZE - PAŃSTWO, KTÓRE OFICJALNIE NIE ISTNIEJE


Będąc w Mołdawii, postanowiliśmy jeden dzień poświęcić na zwiedzanie Naddniestrza. Wiedza o tym rejonie Mołdawii jest zwykle niewielka. Kiedy na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych sprawdzicie tereny, do których nie jest zalecany wjazd, Naddniestrze będzie jednym z nich. Region ten formalnie należy do Mołdawii (tereny położone na lewym brzegu Dniestru oraz prawobrzeżne miasto Bendery), jednakże tereny te, oddzieliły się od Mołdawii w 1990 roku, kiedy to mieszkańcy (głownie Rosjanie i Ukraińcy) zadeklarowali, że chcą zostać przyłączeni do Związku Radzieckiego. Mołdawia za to opowiada się bardziej za Europą Centralną i Zachodnią (czytaj UE). 
Naddniestrze to tereny ciągnące się przez około 200 kilometrów i średniej szerokości około 15 kilometrów. Tak więc jest to niewielkie terytorium.
Oficjalnie Naddniestrzańska Republika Mołdawska nie istnieje.
Żadne państwo na świecie jej nie uznaje. Akceptują ją jedynie dwa inne separatystyczne, również oficjalnie nieistniejące państwa, takie jak Abchazja i Osetia Południowa. Pomimo, że kraj nie jest uznawany na arenie międzynarodowej, posiada stolicę w Tyraspolu i własną walutę, którą kupujemy drożej niż mołdawskiego leja. Walutę można oczywiście zakupić jedynie na terenie Naddniestrza. Nie można jej wymienić w Mołdawii. Na terenie nieistniejącego państwa funkcjonują rosyjskie jednostki. Rosja wspiera "separatystów", ale nieoficjalnie. Otrzymują zarówno wsparcie finansowe jak i zbrojne. Naddniestrze wyraziło chęć przyłączenia do Rosji, jednakże Rosja miała na ten temat inne zdanie. Dziwny układ, bo skoro maja wsparcie finansowe i militarne od nich i chcą być jej częścią, to czemu Rosjanie nie chcą ich u siebie? Myślę, że to trochę taka gra pozorów. Na arenie międzynarodowej nie wyglądałoby to dobrze, a nieoficjalnie i tak Putin oddelegowuje swoich zwolenników na wysokie stanowiska polityczne do nieistniejącego państwa. Otrzymują taki angaż w nagrodę. 
Jeżeli postanowicie odwiedzić Naddniestrze, należy wiedzieć, że będziemy przekraczać granicę tak jakbyśmy wjeżdżali do innego kraju. Koniecznie trzeba wziąć ze sobą paszport. 

Na stronie MSZ czytamy: "(...) Polacy, którzy na terenie tej separatystycznej republiki wejdą w kolizję z tamtejszym wymiarem sprawiedliwości praktycznie nie mogą liczyć na pomoc i opiekę konsularną polskiej placówki w Kiszyniowie. Polska uważa Naddniestrze za integralną część Mołdawii, natomiast władza Republiki Mołdawii nie rozciąga się na obszar tej prowincji. Naddniestrzańskie służby graniczne i celne pod byle pretekstem wymuszają od cudzoziemców opłaty za rzekome naruszenia tamtejszych przepisów. Władze Mołdawii nie mają możliwości reagowania wobec takiej samowoli naddniestrzańskiej policji, służb celnych i granicznych (...)"
Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że absolutnie nic złego nas tam nie spotkało. Celnicy nie robili problemów. Po ulicach nie chodzą ze zbyt dużą częstotliwością, uzbrojeni żołnierze. A przynajmniej nie częściej niż w Brukseli. Nie ma absolutnie żadnych demonstracji. Ludzie żyją spokojnie, tak jak wszędzie. Handlują, pracują, robią zakupy, chodzą do cerkwi. 

Ale może zacznijmy od samego początku. Marszrutka do Naddniestrza (konkretnie do Tyraspolu), odjeżdża z dworca w Kiszyniowie. Trochę problematyczne było dla nas znalezienie miejsca odjazdu pojazdu, gdyż tak jak wspominałam we wcześniejszym poście o Kiszyniowie, dworzec to jeden wielki chaos. Mnóstwo stojących busów, sporo stanowisk, dużo ludzi, straganów. Marszrutka odjeżdża z tyłu dworca. Trzeba wejść od głównej ulicy na dworzec. Poniżej umieszczam zdjęcie wejścia do budynku. Uwierzcie mi. Przyda się Wam. Przechodzimy przez dworzec i wychodzimy na drugą stronę. Widzimy ulicę i stanowiska autobusowe. Bilet kosztował około 35 leja  (jakieś 7 zł). Nie można zakupić go w dwie strony, ponieważ zwyczajnie nie sprzedają ich. Bilet powrotny możecie kupić jedynie w Naddniestrzu. Dodatkowo może kosztować więcej niż ten pierwszy. 



Jedziemy jakieś dwie godziny. Trasa jest masakryczna. Straszne dziury, droga podziurawiona jak sito. Nie można było nawet przejrzeć spokojnie FB. Kiedy dojeżdżamy do granicy, wszyscy musza wysiąść z pojazdu. Udajemy się do przejścia granicznego, gdzie celnik pyta w jakim celu przyjechaliśmy i na ile. Oczywiście mówi jedynie po rosyjsku. Odpowiadam po angielsku - niestety nie rozumie. W końcu Ursyn podpowiada celnikowi, że jesteśmy turystami i że wyjeżdżamy wieczorem. Dostajemy glejt z dokładną datą i godziną do której musimy opuścić teren państwa. Pamiętajcie aby jej nie zgubić, gdyż w innym wypadku możecie mieć problem podczas wyjazdu.
Przeczytaliśmy w internecie, że na terenie Naddniestrza nie można nocować. Trzeba koniecznie wyjechać jeszcze tego samego dnia. Chyba, że mamy zaproszenie od mieszkańca państwa, bądź rezerwację w hotelu. Nie jestem pewna tej informacji, ponieważ kiedy zapytałam Romana, który jest rodowitym Naddniestrzaninem  (czy ja dobrze to napisałam?), wyjaśnię później kto taki, odpowiada, że nie jest to prawda. Tylko w sumie jeżeli to nie jest prawda, to czemu wbijają dokładną datę wyjazdu? Sprawdzanie pozostałych pasażerów idzie bardzo szybko (kilkanaście minut), po czym wracamy do pojazdu i ruszamy dalej. 

Kiedy dojeżdżamy do Tyraspolu, wysiadamy na przeciwko wielkiego, zadaszonego targu (zielony duży budynek). Czas wymienić kasę w kantorze (znajduje się przy bazarze). Kurs naddniestrzańskiego rubla to 0,22 (tymczasem lej mołdawski stał wtedy jakieś 0,20 groszy). To o czym chciałabym jeszcze wspomnieć, to lokalne "monety", które wyglądają jak żetony do gry planszowej. Są w kolorze różowym i niebieskim. Wyglądają dosyć zabawnie, ale są naprawdę bardzo ładne. Bardzo często wydają resztę w papierkowych pieniądzach. Te żetonki dostaliśmy dopiero w barze CCCP, ale o tym później...
Jakiś czas temu miał miejsce skandal z udziałem mennicy polskiej, gdyż wybili monety (nie te poniżej) dla państwa naddniestrzańskiego. Po czym zrobiło się w mediach głośno, że Polska wspiera separatystów. Mennica szybko wycofała się z tego niechlubnego kontraktu, informując, że miały to być monety kolekcjonerskie... Ale wiemy przecież wszyscy jak było naprawdę... Niedouczenie i głupota... 
Dostajemy ładne pieniążki i ruszamy na targ, bo targ pozwala poczuć klimat lokalnej społeczności...



Bazar dosyć spory. Cała masa owoców, warzyw, orzechów, herbatek i mięsa. Postanawiamy zakupić kilka herbatek do domu oraz dla znajomych i rodziny. Kiedy podchodzimy do jednej z pań handlujących na bazarze i prosimy o sześć paczek, po krótkiej wymianie zdań skąd jesteśmy, pani pyta się czy w Polszy nie mamy trawy, że kupujemy tu... Trochę nas rozśmieszyła ta sytuacja, jednakże należy pamiętać, ze 95% mieszkańców Naddniestrza, nigdzie nie wyjeżdża. Dlatego dziwne jest dla nich to, że obcokrajowcy kupują jakieś tam lokalne herbaty. W pierwszej chwili pani wzięła nas za Amerykanów (nie wiedzieć czemu), pomimo, ze rozmawialiśmy po polsku... 






No i coś co Ursyn lubi oglądać najbardziej na bazarze. Mięso. Dla mnie ten widok jest zawsze straszny, tym bardziej, że za nim nie przepadam. Tymczasem Ursyn lubi oglądać wszelkiego rodzaju głowy, oczy, uszy, tusze... Zapach był okropny. Szłam wpatrzona w swoje buty, byleby nie oglądać tych wszystkich części zwierząt. Oczywiście zawsze Ursyn prosi mnie abym fotografowała te najbardziej drastyczne widoki... Tak więc poniżej ryjki i uszy...



Tuż zaraz za bazarem i za wybetonowanym placem, znajduje się jedna z głównych i bardzo szerokich ulic Tyraspolu. Przeczytałam na jakimś blogu, że miasto wygląda jak wymarłe. Puste ulice, stare samochody. Moja opinia jest zgoła inna. Miasto już na pierwszy rzut robi dosyć dobre wrażenie. Dużo kwiatów, drzew, czysto. Po ulicach jeździ sporo ładnych, nowych samochodów. Oczywiście widzimy pewną przepaść pomiędzy Polską a Naddniestrzem. Jednakże ta przepaść jest dosyć subtelna. O ile w ogóle mogę tak powiedzieć. Tak jakby czas płynął tam bardzo, bardzo wolno.

Poniżej bardzo urokliwa ławka a obok stoi... automat do kawy! Tak, w tym pięknym ala dzbanuszku możemy zakupić kawę za dosłownie parę rubli.



Tuż przy samym placu znajduje się jeden z budynków urzędowych a przed nim pomnik jakiegoś rosyjskiego bohatera. W tle powiewające flagi państw zaprzyjaźnionych. Może państwa to za dużo powiedziane, bo flagi należą do innych krajów, które nie są uznawane na arenie międzynarodowej oraz... oczywiście Rosji...


No i oczywiście sierp i młot. Symbol komunistyczny, który aktualnie jest zabroniony w całej Unii Europejskiej. Sierp symbolizował władzę chłopów, młot robotników. Znak pojawiał się na wielu flagach. Do niedawna również na fladze mołdawskiej. 


To co mnie zadziwiło, to bardzo szerokie ulice. Podpytywałam Romana (tak, tak, pamiętam aby później wyjaśnić kto to) i dowiedziałam się, że są tak szerokie ze względu na min parady wojskowe, które się tu odbywają. Podobnie jak zresztą w Rosji. W paradach uczestniczą żołnierze z obydwu tych państw. 


Zaraz przy samym placu (tylko po przeciwnej stronie ulicy, znajduje się mała, ale bardzo ładna cerkiewka (kaplica św Jerzego). Oczywiście widzimy charakterystyczne złote kopułki i biały kolor elewacji. Niestety cerkiew była zamknięta. 



Tuż obok cerkwi stoi czołg T34, który został przywieziony z Węgier.


Cały plac to Pomnik Chwały Wojennej, który upamiętnia walki pomiędzy Kiszyniowem a Tyraspolem (lata 1990-1992) oraz pomnik żołnierzy radzieckich, którzy polegli podczas drugiej wojny. Jak widać rosyjskość jest tu bardzo ważna. Plac kiedyś był skwerem. Dopiero później postanowiono, że musi pełnić funkcję upamiętniającą. Dziś znajdują się tam nie tylko pomniki i tablice, ale także szczątki poległych żołnierzy, które zostały tu przeniesione z innych rejonów.



Jeżeli pójdziemy prosto, dojdziemy do budynku Siedziby Rządu i Rady Najwyższej, przy której stoi pomnik Lenina. Lenin niczym Batman z powiewającą peleryną, dumnie stoi  na tle budynku rządowego. Nas to nie dziwi. Widzieliśmy już sierp i młot, więc czemu nie Lenin?



Tyraspol nie jest zbyt dużymi miastem, bo posiada zaledwie 150 tysięcy mieszkańców, więc nie dziwi nas, że tuż za rogiem placu znajduje się most prowadzący nad rzekę Dniestr. A tuż obok mostu oczywiście butka z kwasem. Próbujemy czy smakuje tak samo jak w Kiszyniowie.


Ursyncio nie byłby sobą gdyby nie chciał się wykąpać w rzece. Tak więc uderzamy na plażę. Plaża może nie jest zbyt duża, rzeka również nie jest strasznie szeroka, lecz niech pozory Was nie zmylą. Ja się nie kąpałam, jednakże Ursyn po dogłębnych oględzinach stwierdził, że jest głęboka. Ale nie to jest najbardziej niebezpieczne. Chodzi tu o szybki spadek zbocza pod wodą. W jednej chwili stoisz normalnie, za chwilę dajesz krok i już Cię nie widać. Ponadto ma dosyć wartki nurt. 
Widać, że ludzie przychodzą tu aby wypocząć. Jest to tak naprawdę bardzo często jedyna ich rozrywka, gdyż około 95 procent Naddniestrzan nigdzie nie wyjeżdża. Choć mimo wszystko nie ma tu tłumów. 
Jestem lekko zaskoczona widokiem koryta rzeki, które wygląda jakby było wybetonowane. Nie wiem czy tak rzeczywiście jest. W sumie by mnie to wcale nie zdziwiło, przecież jesteśmy w małej Rosji...




Po kąpieli i krótkim opalaniu ruszamy dalej. Idziemy wzdłuż rzeki. Jak widać na poniższych zdjęciach, wszystko jest wybetonowane albo obłożone starymi, rozwalającymi się płytami. Oczywiście krawężniki wybielone, nierówne podłoże. Trochę to przypomina Polskę dwadzieścia lat temu.


Idziemy dalej... 
Od razu rzuca nam się w oczy olbrzymi, szklany sklep o nazwie Szeriff. Sklep w którym kupisz wszystko czego Ci potrzeba... Dla niewtajemniczonych - wyjaśniam o co chodzi z tym Szerffem. Prezydentem Naddniestrza jest Wadim Krasnosielski, który reprezentuje również interesy "lokalnego" holdingu jakim jest firma Szeriff. W Polsce byłoby to nie do pomyślenia, gdyż zwyczajnie jest to konflikt interesów. Szeriff to praktycznie wszystko co otacza mieszkańców. Sklepy spożywcze, przemysł tekstylny, sieć komórkowa, piłka nożna (jakiś czas temu było głośno o klubie Szeriff, który pokonał Legię), siłownie, stadion, handel, przemysł alkoholowy (słynny koniak Kvint) i wiele wiele innych gałęzi przemysłu. Krasnosielski działa za cichym przyzwoleniem Rosji, choć oficjalnie nie przyznaje się do tego. Podobno Matka Rasjia finansuje nawet przemysł zbrojeniowy (czytaj handel bronią).  



Powoli kierujemy się w stronę eparchii tyraspolskiej i dubosarskiej. Zapewne zastanawiacie się co to jest. Spieszę z wyjaśnieniem. Jest to cerkiew, w której urzęduje metropolita czy też biskup. Jest to taki odpowiednik naszej diecezji. Nazwa charakterystyczna dla wschodniego chrześcijaństwa. Rozwiewam wątpliwości tych, którzy myślą, że mają do czynienia z osobą o szerokiej wiedzy. Nie, nie jestem taka mądra. Po prostu staram się czytać o tym co zwiedzam, często post factum. 
Ale wracając do tematu. Diecezja obejmuje cały teren Naddniestrza. Cerkiew nazywana jest Soborem Narodzenia Pańskiego. Oczywiście budowę świątyni finansował nie kto inny jak słynny Szeriff. Budynek jest dosyć nowy, bo wybudowany w latach 1999 roku. Tuz obok znajduje się bibilioteka i baptysterium.
Jeżeli chodzi o cerkiew, to nie wchodziłam do samego środka, a szkoda, ponieważ zwykle nie przejmuję się tam jakimś dziwnym prawem, tylko biegam z ukrycia z aparatem. Moje opory wynikały z krótkiej spódniczki, choć widziałam, już po tym jak wyszliśmy, wchodzącą dziewczynę, która była w podobnie krótkiej spódniczce jak ja. 
Tak więc poniżej zdjęcia z zewnątrz oraz z wejścia cerkwi. Wstęp oczywiście darmowy.






I teraz jest czas na Romana. Kiedy zastanawiamy się co robić dalej, a właściwie co zwiedzać, widzimy naszych nowo poznanych kolegów z Polski (dwóch Adamów - wspominałam o nich w poście o Kiszyniowie), którzy wsiadają do autobusu na sąsiednim przystanku. Krzyczą do nas, ze jeżeli chcemy jechać do zamku w Benderach to jest to własnie ten autobus (właściwie to trolejbus). Z Tyraspolu do Bender można dojechać komunikacją miejską. Miasta mają bardzo dobre połączenie.
Tak więc, dzięki podpowiedzi kolegów, spieszymy do pojazdu (z biletami nie ma problemu, po autobusie chodzi pani, która zbiera kasę i wydaje ticket). Wydaje mi się, że gdyby nie komunikatywny Piotras (nasz najlepszy przyjaciel o którym wspominałam już przy kilku wycieczkach min o Tajlandii), nie zawarlibyśmy tak przyjemnej znajomości. Piotras również lubi podróżować po całym świecie, często samotnie i być może właśnie dlatego jest bardziej komunikatywny niż my. Dwa mruki, podróżujące razem nie mogą być dobrym towarzystwem. Tak więc Piotras wdaje się w konwersację z wcześniej poznanymi kolegami. I właśnie dzięki temu poznajemy Romana - tak właśnie to jest ta chwila, wreszcie poznacie Romana! 
Okazuje się, ze Roman jest rodowitym Naddniestrzaninem, który pochodzi z Tyraspolu, ale jest strasznie zafascynowany Polską. Był kilka razy w naszym kraju, języka nauczył się głównie przez internet. Roman pracuje jako przewodnik. Bardzo dobrze mówi po polsku (naprawdę nie zorientujecie się, że nie jest to Polak). Oprowadza turystów po Naddniestrzu. Jeżeli chcecie mieć profesjonalnego przewodnika, zachęcam do zapoznania się z Romana fanpage (na FB Roman Maximov oraz Wycieczki z Romanem - Naddniestrze, Mołdawia). Cena, którą Roman podaje na FB za oprowadzanie to 5h za 150 złotych. To naprawdę nie jest wiele. A Roman? jest spoko gościem, o  bardzo dużej wiedzy o Naddniestrzu jak i również o Polsce. Dodatkowo prowadzi kanał na youtube, który koniecznie!! musicie obejrzeć. Roman uwielbia Polskę, podróżuje po naszym kraju, jest nim zafascynowany. Tak naprawdę to nie wiem czemu, bo każdy z nas narzeka i marzy o tym aby mieszkać gdzie indziej. 

Dzięki Romanowi odkrywamy stary bar, który mieści się na dworcu w Benderach. Nie uwierzycie mi zapewne, ale jest to taki stary rosyjski bar, gdzie widzicie Lenina, stare komunistyczne plakaty na których widnieje sierp i młot oraz  skrót CCCP.  I to nie jest podpucha. Po prostu tak tu jest. Kiedyś unikałam takich miejsc, gdyż uważałam, że szukam lepszego standardu. Dziś? Uważam, ze takie bary  są jak perełki. Dzięki Ci Roman! Za obiad płacimy  8 zł za dwie osoby. Można sobie wybrać kilka rodzajów zup (min chłodnik), surówkę, kaszę oraz mięso, w zależności co lubimy czy to kotlet, czy gulasz. Tak naprawdę  jest klika dań, które warto spróbować i nie jest to restauracja komercyjna. To się dzieje naprawdę.  Z tyłu widzimy plakat Lenina, Związek Radziecki,,,
"Restauracja" znajduje się w budynku dworca autobusowego. Trzeba wejść do środka, widzimy stary, obdrapany budynek. W Polsce byśmy powiedzieli, że jest to rudera. Tymczasem tam, przechodzimy przez wnętrze, które również nie wygląda zbyt ciekawie i wtedy widzimy drzwi, które  prowadzą do tego niepozornego lokalu. 
Najśmieszniejsze jest to, że w telewizji puszczają akurat polskiego "Znachora"... Naprawdę!! 
Poniżej foto dworca. Do naszej "restauracyjki" trzeba kierować się tak jakbyśmy wchodzili na dworzec. 





Dzięki Romanowi poznajemy miejsca do których sami byśmy nie dotarli. Trafiamy do opuszczonego parku rozrywki, o którym nawet Roman mówi, że wygląda jak opuszczone miasto w Czarnobylu. Niektóre z tych atrakcji co jakiś czas są uruchamiane. Jednakże większość po prostu stoi odłogiem i straszy.





Chyba Bendery zwiedzamy w większym stopniu niż Tyraspol. Oczywiście wszystko to dzięki Romanowi, który oprowadza nas po całym mieście. Mijamy budynki kulturalne i rządowe. 



Zatrzymujemy się na chwilę przy bloku gdzie podczas obrony Naddniestrza, zostały oddane strzały, które ostrzelały cały budynek. Jak widać poniżej, cała elewacja jest podziurawiona.


No i oczywiście znowu Lenin...


Spacerujemy po mieście. Trzeba powiedzieć, że Bendery podobnie zresztą jak Tyraspol, są bardzo ładnym, pełnym zieleni miasteczkiem. Poniżej równie ładny budynek teatru. Wchodzimy z Romanem do środka. Naszym oczom ukazuje się piękna sala z olbrzymią rozetą przy suficie. Trąci trochę starością, ale ma swój urok.




Spacerując po mieście trafiamy na dworzec pkp. Budynek równie ładny jak wcześniejsze. Tylko, że opuszczony. Trasa ta łączy Kiszyniów z Odessą. Odjeżdżają stąd również pociągi do Kiszyniowa. Niestety jest ich bardzo niewiele. Można stąd jechać również w paru innych kierunkach, jednakże pociągi zostały wstrzymane. Jak to mówią "zostały odwołane z powodów niezależnych od Naddniestrza". Podobno wybudowano nowe trasy kolejowe, które omijają tereny separatystyczne. Dworzec jest praktycznie przez większość czasu pusty. Kasy nie sprzedają biletów. Wchodzimy do środka. Rzeczywiście, poza nami nie ma tam nikogo. 








Dzięki Romanowi dowiadujemy się, że nie jest to bankomat. Mieszkańcy opłacają tu swoje rachunki. Automat stoi wewnątrz dworca.


Tory kolejowe maja inny rozstaw niż nasze. 




Czym byłaby wycieczka do Naddniestrza, gdybyśmy nie spróbowali lokalnego koniaku? Roman prowadzi nas do baru, który wygląda jak kiedyś nasze za komuny. Za barem stoi  starsza pani w czepku. I to nie jest celowa inscenizacja! Pani nalewa nam do kieliszków kilkuletni koniak Kvint. Płacimy za niego zaledwie parę złotych. Jaki ma smak? Mocny, ale dobry. Nie smakuje jak whisky. Jest mniej intensywny. Ten koniak to duma Naddniestrzańskiej Republiki. Butelkę kilkuletniego koniaku możemy zakupić już za kilkanaście złotych, zarówno tu w Naddniestrzu jak i w Kiszyniowie. Przez granicę nie ma problemu z przewiezieniem butelki alkoholu. Nie znam dokładnych przepisów, jednakże nie sprawdzają podczas wyjazdu.


Praktycznie na każdej ulicy wisi ogłoszenie o pracy w Polsce...


A przy ulicy stare bloki z wielkiej, szarej płyty. A w tle stary trolejbus. Czas się tu trochę  zatrzymał...






Powoli kierujemy się do Twierdzy w Benderach. Niestety nie zwiedzamy jej od środka, ponieważ nie mamy zbyt dużo :czasu. Trzeba się spieszyć na autobus, który odjeżdża około 18:30. 
Twierdza w Benderach została wybudowana w XV wieku, gdzie znajdował się gród warowny. Jest to turecka twierdza wybudowana przez Sulejmana Wspaniałego. Twierdza była wielokrotnie niszczona. Pełniła również funkcję wojskową. Zresztą dzieje się tak podobno nawet do dziś. Można oczywiście ją również zwiedzać. 






I oczywiście zdjęcie z Romanem (jakby ktoś nie wiedział, to ten po prawej 😏). 



Baza wojskowa, która znajdowała się nieopodal zamku. Roman wspomniał, że nie można robić zdjęć (zresztą podobnie jak u nas). Przynajmniej w teorii... Trzeba oczywiście uważać, ponieważ jeżeli ktoś nas zobaczy możemy mieć problem...




Zakupy w lokalnym sklepie. Parówki około 9 zł za kilo, kiełbasa ala krakowska około 17 zł za kilo, batony około 1 zł za sztukę. 



Na koniec parę zdań podsumowujących wycieczkę. Jeżeli zakupicie kartę do telefonu w Kiszyniowie, to internet będzie Wam jako tako działał. Czasami przerywa, ale da się coś sprawdzić. Podobno "państwo" ma swoje karty (lokalny operator oczywiście Szeriff). Jednakże aby działały, mieszkańcy muszą oddać swoje telefony na około tydzień do serwisu. Co oni tam robią? nie mam pojęcia...
Wspominałam już wcześniej, że nie spotkało nas tam nic złego. Czuliśmy się bezpiecznie. Tak więc ostrzeżenia, które umieszczone są na stronie ministerstwa traktujcie z lekkim przymrużeniem oka. Oczywiście strzeżonego Pan Bóg strzeże, wiadomo...
Starałam się trochę podpytać Romana co myślą mieszkańcy o ich aktualnej sytuacji. Niestety odpowiedź była taka jak się spodziewałam - ich oczy skierowane są w stronę Rosji. Szczególnie tych starszych. Takich osób jak Roman, w Naddniestrzu nie m zbyt wiele. Roman jest zafascynowany Polską, Europą. Ma zupełnie inny światopogląd. A to wszystko dzięki temu, że podróżuje. Niestety niewielu mieszkańców wyjeżdża. A jeżeli już to robią, to do pracy i to bardzo często do Polski. 
Praktycznie wszyscy pracują tam na czarno. Nie są odprowadzane żadne składki. Podpytywałam jak wygląda kwestia ze służbą zdrowia w przypadku choroby. Podobno jest bezpłatna.  
Ludzie nie chcą się za bardzo mieszać w politykę. Jednakże to Rosja jest ich oczami na świat...

POPULARNY WPIS

KAC VEGAS W BANGKOKU