Zakupiliśmy wycieczkę z biura podróży Rainbow "Wietnam w samo południe". Tydzień objazd, tydzień wypoczynek. Koszt wycieczki 3600 za osobę. Nasza cena była o kilkaset złotych niższa dzięki temu, ze mój wspaniały małżonek wyczytał, ze można zrezygnować z wizy, którą oferuje biuro podróży i wykupić samemu. Pomimo tego, że na stronie nie było możliwości rezygnacji z niej, na infolinii bez problemu udało się pozbyć niechcianego dokumentu, choć uprzejmy doradca informował, ze będziemy mieć problemy na lotnisku w Sajgonie. Wspomniał również, że w przypadku problemów, grupa nie będzie na nas czekać, gdyż biuro podróży wykupuje promesy, z którymi nigdy nie ma problemu. Oczywiście okazało się to nieprawdą, ale o tym później.To co nas najbardziej przerażało, to lot. Wprawdzie bezpośredni, ale jednak 11 godzin robi wrażenie. Jak tu usiedzieć w samolocie? Podczas lotu (przewoźnik LOT) otrzymaliśmy od biura podróży dwa darmowe posiłki oraz do posiłku kawę, herbatę bądź wodę. Lot dreamlinerem byłby całkiem przyjemny, gdyby oczywiście nie czas spędzony w samolocie. Każdy pasażer miał swój ekran na którym mógł oglądać darmowo filmy oferowane przez linie lotnicze, słuchać muzyki albo posłuchać audiobooka. Po 11 godzinach lotu w końcu lądujemy na lotnisku w Ho Chi Min. Na lotnisku przewodnik zbiera dokumenty oraz wypełnione formularze do wiz, tymczasem my udajemy się od razu do okienka. Ursyn przechodzi przez przejście od razu, u mnie oczywiście musi być jakiś problem. Nie chcą mnie puścić. Miły pan Wietnamczyk prosi mnie abym przeszła do drugiego okienka. po pięciu minutach sprawdzenia, udało się. Przechodzę :) Już nie ma obawy, ze będę uwięziona jak Tom Hanks na terminalu :D Na podziwianie widoków mamy około dwóch godzin. Bo tyle czekamy na naszą grupę, która musi wyrobić papiery umożliwiające opuszczenie lotniska. Tak więc to co mówił na infolinii uprzejmy doradca, okazało się totalną bzdurą. Kiedy już wszyscy się zebrali, udaliśmy się autokarem na chwilę do hotelu aby się odświeżyć.
Następnie ruszyliśmy z naszą sympatyczną panią przewodnik o imieniu Asia, na zwiedzanie. Może na wstępie coś na temat nazwy miasta. Nie jestem geograficznym ignorantem, jednakże miasto w moim życiu zawsze funkcjonowało pod nazwą Sajgon. Okazuje się jednak, ze żyłam w błędzie, gdyż jest to dawna nazwa miasta. Do 1976 roku nosiło nazwę Sajgon (od nazwy miasta pochodzi słynne polskie określenie "sajgon" w przypadku zamieszania). Następnie nazwa ta, została zmieniona na pseudonim słynnego komunistycznego przywódcy Cho Hi Minh'a. Nie znam się na historii, więc nie będę nikogo zanudzać tym na czym się nie znam. Powiem za to, to co przeczytałam w trakcie wycieczki oraz to co usłyszałam od naszej pani przewodnik.
Cho Hi Minh był komunistycznym przywódcą walczącym o niepodległość swojego kraju. Założyciel partii komunistycznej za młodu wyjechał za granicę. Mieszkał w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Niemczech, ZSRR i Francji. Pracował jako pomoc kuchenna. Zainspirował go Lenin. Doszedł do wniosku, że komuniści pomogą mu wyzwolić jego kraj. Po powrocie z zagranicy, w trakcie drugiej wojny światowej trafił do więzienia. Po długich perturbacjach zostaje prezydentem Wietnamu. Jego głównym mottem było zjednoczenie narodu. Nie chciał podziału północ południe. Dążył do tego aby w Wietnamie była tylko jedna partia, do której należą wszyscy mieszkańcy. Cho Hi Minh był bardzo skromnym człowiekiem. Nie żył wystawnie. Ubierał się skromnie. Nie chciał być władcą absolutnym. Zapewne dlatego ludzie go tak kochali i kochają. Wujaszek, jak go nazywają jest na każdym banknocie. Jego podobizna wieńczy nie jeden budynek, Śpiewa się o nim piosenki, tworzy wiersze. W szkole dzieci uczą się o wujaszku. Wietnamczycy darzą go ogromny szacunkiem. Nawet Ci co nie są komunistami.
Zaczynamy zwiedzać miasto. Już na wstępie powala różnorodnością. Ta "inność" widoczna jest na każdym kroku. Architektura, ludzie, sklepy, bary, porządek na ulicy i ruuuuuuchhhh!!! W styczniu, czyli w okresie w którym my byliśmy, panuje pora sucha. Utrzymuje się ona mniej więcej od grudnia do kwietnia. Oznacza to, że jest gorąco, ale mało opadów. Tak więc jak widać na załączonych zdjęciach spodenki, bluzka na ramiączka. Super pogoda w styczniu :D i dosyć duszno. Przyjechaliśmy sporo popołudniu, więc pierwszego dnia nie zwiedzamy zbyt dużo. Jedziemy autokarem zobaczyć pomnik Wujaszka, który stoi przed ratuszem, kościół katolicki wzorowany na katedra Sajgon Notre-Dame oraz budynek poczty.
Na jednej z ulic w Sajgonie
Pomnik wujaszka Ho Chi Minh'a. w tle ratusz.
Budynek poczty, w środku którego oczywiście mozemy spotkać podobizny uwielbianego Wujaszka.
Po zwiedzaniu z naszą wycieczką wybraliśmy się już we dwójkę zwiedzić sąsiednie uliczki, spróbować lokalnej kuchni oraz uderzyć na bazar podróbek :D Tak, tak, wiem, ze nie powinnam tego pisać, ale prawda jest taka, że każdy chce kupić coś taniej. Bazar Ben Thanh Market, to symbol miasta. Usytuowany niedaleko naszego hotelu. Można na nim zakupić nie tylko podróbki, ale wszelkiego rodzaju słodycze wietnamskie, owocki, przyprawy, ciuchy nieoryginalne, również te tradycyjne wietnamskie, buty, kawy, herbaty, przedmioty do domu, pamiątki... Jest tego cała masa!! Ale ale posłuchajcie mnie i nie popełniajcie tego samego błędu. Nie kupujcie na nim za dużo. Ostrzegam, gdyż w Sajgonie absolutnie WSZYSTKO jest dużo droższe aniżeli w innych miastach, miasteczkach. Pomijam ciuchy, bo tych za dużo nie widziałam. Ale wszelkiego rodzaju produkty, które wymieniłam wcześniej, można kupić nawet dwa razy taniej. Ja sie oczywiście napaliłam, i co? masz babo placek. Nie żałowałam, ale można było taniej... No ale jak to mówią, kto bogatemu zabroni... Albo jak ja to mówię, kto biednemu zabroni udawać bogacza... :D
Pierwszego dnia nie udało nam się dotrzeć na bazar, bo co? Abo zabłądziliśmy...
Bazar Ben Thanh Market
W czasie kiedy my byliśmy, Wietnamczycy przygotowują się do Nowego Roku. Zasadniczo to oni obchodzą dwa nowe roki, jeden zgodnie z kalendarzem gregoriańskim, czyli naszym, drugi zgodnie z kalendarzem księżycowym. Ten drugi obchodzony jest oczywiście bardziej hucznie. Wietnamczycy uwielbiają miksować różnego rodzaju religie, tradycje. Dlatego pomimo, że nie są chrześcijanami (w większości, choć zdarzają się oczywiście i tacy), ubierają choinki, zakładają wszędzie lampki, przystrajają bombkami. Ale powracając do wątku New Year... Wietnamczycy obchodzą go pod koniec stycznia, początek lutego, w zależności jak przypadnie. Dlatego też, wszystkie główne ulice przystrojone były przeróżnymi, kolorowymi światełkami, kwiatami, figurami. Wszystko wyglądało naprawdę przepięknie.
Ale, żeby nie być gołosłowną, to zobaczcie sami...
Drugi dzień, zbiórka jak dla mnie z samego rana :D (8-9 godzina), wsiadamy w autokar i udajemy się w kolejne przewspaniałe miejsca :)
Choć może to miejsce nie jest aż tak wspaniałe jak wszystkie inne, ale równie ciekawe. Odwiedzamy słynne partyzanckie tunele Cu Chi, które są symbolem walki Vietcongu, głównie z Amerykanami. Chyba każdy z nas słyszał o wojnie w Wietnamie. Przez wiele lat tak naprawdę większości ludziom Wietnam kojarzył się tylko z wojną no i może Rambo :D, który de facto jest zakazany na terenie tego kraju, gdyż nie zapominajmy, że jest to państwo komunistyczne. Tak, dalej państwo w którym panuje komuna, ale o tym za chwilę.
Powracając do Rambo. Wiele filmów w Wietnamie jest zakazanych, tak samo jako i wiele książek.
Wietnam w XX wieku podzielony był na północ (komuniści) i południe. Amerykanie obawiając się, że komunizm obejmie swoimi mackami również Wietnam (mieliśmy już przykłady innych państw komunistycznych, chociażby Rosja), postanowili wysłać swoich żołnierzy do Wietnamu. Niestety bazy wojskowe Amerykanów zostały przez nich ulokowane w lasach, pod którymi rozciągała się olbrzymia sieć tuneli, gdzie Wietnamczycy schronili się aby walczyć ze swoimi przeciwnikami. W tunelach toczyło się tak naprawdę "normalne" życie. Ludzie tam spali, mieszkali. W tunelach znajdowały się magazyny, szpitale, składy broni itp itd.
Nie chcę was zanudzać historią, bo tak jak wspomniałam wcześniej, nie znam się na niej. Jednakże zimna wojna raczej nie jest dla nikogo tajemnicą, każdy o niej słyszał.
Powracając jeszcze do tuneli... Na potrzeby wysokich turystów zostały powiększone i odrobaczone. Oryginalne tunele były wielkości przeciętnego Wietnamczyka, czyli zmieścił się tam człowieczek mający około 160cm wzrostu... Masakra. Mi było ciężko się przez nie przeciskać, a Ursyn ledwo co przechodził przez nie. A i tak zostały powiększone!!
Wokół tuneli mogliśmy obejrzeć również pułapki, które Wietnamczycy przygotowali dla Amerykanów. Kto oglądał Rambo to wie, że Wietnamczycy byli bardzo okrutni w stosunku do swojego wroga. Potrafili umęczyć nie tyle fizycznie co psychicznie.
To mój tyłek :D wstawiam żebyście mieli ogląd jak wyglądają tunele.
Ursyncio wychodzący z tunelu w ziemi :)
Kolejnym przystankiem jest świątynia Tay Ninh wyznania Cao dai, czyli kaodaizmu. Religia dosyć nowa, trochę wzorowana jeżeli chodzi o liturgię na katolicyzmie. Trochę czerpie z buddyzmu, konfucjanizmu, taoizmu. Tak więc widzicie, ze religia jest bardzo uniwersalna. Świątynie są przepiękne. Niezwykle barwne. Kolory biją po oczach. Oczywiście obowiązują długie spodnie zarówno u mężczyzn jak i kobiet, zakryte ramiona. Obecnie religia ma około 2,5 miliona wyznawców w samym Wietnamie. Na czele "kościoła" stoi papież, struktura organizacyjna wzorowana jest jak liturgia na katolicyzmie.
A ten pierdzielony małpiszon mnie ugryzł!! Tak właśnie! Ugryzł mnie. Ursyncio podszedł do tej małpki szwendającej się kolo świątyni, tymczasem kiedy ja podeszłam małpa mnie ugryzła. Rzuciła się na mnie dwa razy. Być może dlatego, ze miałam długa niebieską sukienkę, którą trzymałam w rekach a ona powiewała na wietrze. W każdym razie całe szczęście, że niczym mnie nie zaraziła. Takich małpek wokół świątyni było pełno.
A tu drugie podejście, już do innej małpy. Udało się zrobić zdjęcie, ale dosyć bojaźliwie...
Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do jednej świątyni. Niestety nie pamiętam jak się nazywała, ale przyznajcie, że jest przepiękna.
Bardzo podobała mi się pomysłowość naszej chińskiej pani przewodnik, która oczywiście podążała z nami na każdą wycieczkę. Mogliśmy się zatrzymać w samym polu, albo w lesie na krótki przystanek, ale tuż za rogiem okazywało się, że stoi jakiś Wietnamczyk np ze straganem pełnym owoców. Mogliśmy skosztować za darmo tego co oferuje jego stoisko. Oczywiście to za darmo zapewne było wcześniej opłacone. Niekiedy widzieliśmy, ze pani pilotka dawała jakąś gotówkę przed konsumpcją. Mimo to było to bardzo fajne doświadczenie. Samemu ciężko byłoby zorganizować tego typu inicjatywę.
Poniżej zdjęcia z jednego takiego zatrzymania się na ulicy, pośród lasu. Kauczukowy las. Po dotknięciu substancji wypływającej z drzewa, okazało się, że śmierdzi niemiłosiernie jak stara skarpeta.
A wieczorkiem udaliśmy się coś zjeść. Chcieliśmy spróbować czegoś bardzo egzotycznego np wąż, szczur, krokodyl, albo jakieś dziwne żyjątka wodne. Natrafiliśmy na street food, który serwował jedzenie pod gołym niebem. Niestety udało nam się upolować tylko żaby. Ale wrażenie i tak było niesamowite.
Następnego dnia, po śniadaniu, ruszamy do delty Mekongu. Pierwsze co nas czeka to rejs po rzece Mekong. Rzeka ma masę odnóg, kanałów, jezior i wysp na których mieszkają ludzie. Życie toczy się właśnie na rzece. Ludzie na niej mieszkają, żyją, handlują najróżniejszymi rzeczami. Wzdłuż rzeki stoją świątynie, szkoły. Niejednokrotnie można na niej spotkać pływający bazar. Chcesz coś kupić? Oczywiście nie schodzisz na ląd. Wszystko dzieje się na łodzi. Rzeka jest olbrzymia i rzeczywiście robi wrażenie. Aczkolwiek sprawiała wrażenie bardzo brudnej, zamulonej. Wietnamczycy nawet piorą w niej swoje ubrania, załatwiają się... Niestety później następuje połów ryb. A później oczywiście trafia ona do nas na talerz. Jak się tak zastanowić głębiej, to trochę to przerażające, ale ale nie ma co myśleć za dużo. Wietnamczycy żyją po prostu w innym świecie niż my. Dla Europejczyka to co zobaczy może być szokujące. Brud, olbrzymie hałdy śmieci, ludzie żyjący na łodziach, nie mający domów takich jak my. Ale to co inne nie oznacza, ze jest złe. Oczywiście nie pochwalamy śmieci, fekaliów wpływających do rzeki, ale nie zapominajmy, ze jest to zupełnie inna kultura i inny klimat. U nas się to by nie sprawdziło, w Azji tak po prostu jest (pomijam Japonię i Koreę Północną).
Oczywiście wycieczka nie kończy się na rejsie. Po zejściu na ląd udajemy się do wytwórni alkoholi i kosmetyków, między innymi z kawy i miodu. Widać, ze miejsce jest już lekko skomercjalizowane. Ale rozumiem również, że każdy chce zarobić. Jeżeli chodzi o mnie, to nie jest to mocno nachalne. Pani przewodnik opowiada nam w kilku słowach jak wygląda produkcja, następnie dostajemy "darmowy" poczęstunek, który zapewne był wcześniej opłacony przez biuro podróży. Możemy posmakować kandyzowanych owoców, które są bardzo popularne w Wietnamie, lokalną whisky z miodu oraz herbatę - chyba jaśminową.
Oczywiście obowiązkowo wietnamska czapka :) wykonana z liści palmowych.
Sok z kokosa spożywany na rzece Mekong.
Pomnik zmarłego.
Następnie udajemy się do kolejnej małej wytwórni, ale już na bazie kokosa. Na początek prezentacja przez pana, który rozbija maczetą kokosa, następnie następuje przemiał w maszynie wiórków, po czym po obróbce trafia wszystko do małej manufaktury w której robione są kosmetyki, alkohole oraz słodycze. Mieliśmy okazję spróbować wódki z węży, która podobno jest polecana mężczyznom na potencję :) Wypiłam również i ja :D Smak? Lepszy niż nasza wódka. Bardziej delikatny, nie śmierdzi.
No i na deserek Ursyncio z bananowym Boa. Ja się nie odważyłam. Brrrr nienawidzę węży!
I kolejny "darmowy" poczęstunek pod palemkami, składający się z owoców i przepysznej herbaty. Do poczęstunku grały i śpiewały przemiłe pięknie wyglądające panie w tradycyjnych strojach.
"Domek" dla kur :D
Zwieńczeniem wycieczki jest obiad, na szczęście na lądzie, w restauracji po palemkami. Oczywiście koszt wliczony w wycieczkę. My nic nie płaciliśmy.
Przepiękna pani Wietnamka z naszej palemkowej restauracji w tradycyjnym wietnamskim stroju.
Dużo czasu spędzaliśmy w autokarze, jednakże nie było to bardzo uciążliwe. Nasza pani pilotka starała się nam tak urozmaicić czas, że nim się obejrzeliśmy już byliśmy na miejscu. Dodatkowo autokar bardzo dobrej jakości. Widać, że nowszy model. Klimatyzacja, wygodne siedzenia. Naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Jednym z takich urozmaiceń było zwiedzanie centrum laki. Zupełnie nieplanowane miejsce. Centrum laki to nic innego jak żywica, którą można pokryć wiele tworzyw. Tu mieliśmy do czynienia akurat z drzewem. Technika jest bardzo pracochłonna. Widzieliśmy jak pracownicy centrum kilkakrotnie pokrywają farbą powierzchnię, oczywiście wszystko ręcznie malowane. Następnie pokrywają lakierem i ponownie malują. Proces powtarzany jest wiele razy. Jest wiele technik stosowanych. Jedną z nich jest wyklejanie motywów na obrazach skorupkami jajek, które po wykończeniu zupełnie nie wyglądają jak skorupki. Byliśmy niezwykle zaciekawieni ile może kosztować taki mebel z laki. Ceny są kosmiczne. Komoda, która poniżej załączę na zdjęciu 12 tysięcy!!!! Będąc na Ben Thanh Market zakupiliśmy obraz oraz podkładki pod szklanki w przepięknym opakowaniu. Rzekomo z laki. Czy tak jest? Nie wiem, ale wygląda jak laka, choć nasza pani pilotka wspominała, ze jest dużo podróbek. Obraz-tryptyk kosztował koło 100zł, podkładki chyba koło 30zł.
To własnie ta baaardzo tania komódka....
Aaaaaa i bym zapomniała. Wspominałam o ruchu w Wietnamie. Poniżej załączam zdjęcie ulicy, na której widzimy chmarę skuterów. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam. Wietnamczycy jeżdżą praktycznie tylko na skuterach. Są oczywiście również samochody, ale jest ich niewiele. Po pierwsze: są zbyt drogie dla mieszkańców. Przeciętny Wietnamczyk na samochód musi pracować około 20 lat. Dodatkowo są bardzo mało użyteczne. Zbyt duże, nieporęczne, ciężko zaparkować. Skutery są podstawowym środkiem lokomocji nawet tych bogatych mieszkańców. Na większości blogów czytałam, że jazda skuterem jest bardzo polecana. My się jednak nie skusiliśmy. Przy takim ruchu jazda to prawdziwy hardcor. Kierowcy nie przestrzegają zupełnie zasad ruchu. Jeżdżą jak chcą. Często nie mają nawet prawka. Nasza wietnamska pani przewodnik opowiadała, że nie posiada prawka, pomimo, ze jeździ od kilkudziesięciu lat. Jeżeli zatrzyma ją policja, to po prostu ma w dwóch kieszeniach przygotowaną łapówkę. W lewę o większym nominale, w prawym o o mniejszym. Najpierw jest ściema, że zapomniała dokumentów z domu, a tu śpieszy się ... i tu wymyślone historie... gdzieś tam. Następnie proponuje policjantowi łapówkę z jednej z kieszeni, wcześniej oceniając sytuację jaka będzie potrzebna. Jeżeli zbliżają się święta, to oczywiście łapówka musi być stosunkowo większa, gdyż policjant chce przynieść więcej gotówki do domu. Straszne to, ale nie zapominajmy, ze Wietnam to państwo w którym rządzi partia komunistyczna. Dziwny to trochę kraj, gdyż funkcjonuje tu prywatny biznes. Więc jak w państwie komunistycznym może funkcjonować kapitalizm?? Przedziwne zjawisko, ale o tym trochę później...
Już samo przejście przez ulicę jest bardzo dużym wyczynem, gdyż kierowcy nie zatrzymują się aby przepuścić pieszego. Musisz lawirować pomiędzy jadącymi skuterami, które ciągle trukają, dlatego w mieście jest tak głośno. I nie robią tego aby ochrzanić, że źle przechodzisz czy też źle jedziesz. oni po prostu ostrzegają Cię, że są na drodze, widzą cię. Jeżeli przechodzisz przez ulicę absolutnie nie możesz się zatrzymywać, nawet jeżeli widzisz, ze jedzie na ciebie setka skuterów. Po prostu przechodzisz. Absolutnie nie wykonuj gwałtownych ruchów. Po prostu idź. Kierowcy wcześniej oceniają czy wziąć cię z przodu, czy od tyłu :) trochę śmiesznie to zabrzmiało... Jadąc na skuterze trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Zasada jest taka, ze większy ma zawsze pierwszeństwo.
Widziałam na rondzie dziewczynę, która jechała na skuterze, zatrzymała się na rondzie aby... porozmawiać przez telefon!! I tak sobie tam stała, tymczasem wielka chmura skuterów ją po prostu omijała.
Kaski, które widzicie na zdjęciach, to często zwykłe wydmużki, albo po prostu kapelusze. Będąc kierowcą trzeba koniecznie posiadać nakrycie głowy, jednakże nikt nie zwraca uwagi, czy ten kask zrobiony jest z dosłownie z papieru, czy też jest to zwykły kapelusz.
Dodatkowo Wietnamczycy są mistrzami przewożenia wszystkiego na skuterach. Widzieliśmy przewożone zwierzęta w klatkach, drzwi, szklane płyty, olbrzymie kartony, karton gips... można by wymieniać bez liku. Naprawdę nie wiem jak oni to robią.
Na skuterach przewożą całe rodziny trzy, cztero, pięcio osobowe.
Nie zdecydowaliśmy się na przejazd tym wspaniałym środkiem lokomocji, gdyż pani pilotka opowiadała nam, że miała wypadek na skuterze. Trafiła do wietnamskiego szpitala, który pozostawał wiele do życzenia. Nie przemyli jej rany, tylko od razu zabandażowali bandażem, który wcześniej był uprany, gdyż pełnił funkcję opatrunku u kogoś innego. Nie otrzymała zastrzyku przeciw tężcowi. Długo by opowiadać... Jednakże historia naprawdę nie była miła.
ZAPRASZAM DO CZYTANIA KOLEJNEJ CZĘŚCI O PRZYGODACH W WIETNAMIE - WIETNAM - PART II

























































































