Kolejny dzień zaczynamy od śniadania w naszym hotelu w Sajgonie. Była to ostatnia noc w Ho Chi Minh. Następny przystanek to Dalat. Trasa około 600 kilometrów. Ale ale tak jak pisałam wcześniej nasza pani pilotka Asia oraz wietnamska pani przewodnik potrafią nam urozmaicić czas, więc po drodze zatrzymujemy się w przeróżnych miejscach. Autokar nagle staje na środku drogi. Nie nie, nie wywieźli nas w pole :) tylko... na plantację kawy! Mamy chwilę dla siebie, możemy się przejść, zerwać kilka ziarenek. No i oczywiście posłuchać co ciekawego ma do powiedzenia pani pilotka.
Widok z tarasu, gdzie spożywaliśmy śniadanie.
a to plantacja kawy, na której się zatrzymaliśmy podczas jazdy do Dalat
Żeby nie było nudno, pani pilotka załatwiła nam kolejny ciekawy przystanek :) Wzdłuż jezdni Wietnamczycy rozkładają na olbrzymich płachtach ziarenka kawy, które się suszą, a następnie poddawane są kolejnej obróbce.
Tak się złożyło, ze koło plantacji kawy, pani hodowała również papaje. I tu chciałabym wspomnieć o wielkiej uprzejmości mieszkańców. Nam, zadufanym w sobie Europejczykom, wydaje się, że jesteśmy lepsi od Azjatów. W Polsce Wietnamczyków traktujemy gorzej aniżeli swoich rodaków. Może dlatego, że Ci co mieszkają u nas, kojarzą nam się z hałasem, bazarem, taniością, natarczywością i ciągłym wciskaniem. Tymczasem tu mieszkańcy są bardzo sympatyczni, uśmiechnięci. Pani, która hodowała papaje na tej plantacji kawy, zerwała dwie sztuki i za darmo oddała nam owoce. Nie chciała żadnych pieniędzy. I z tego co mówiła pani pilotka, nie była to sytuacja "nagrana". Oni po prostu tacy są. Pomimo wojny, nie żywią urazy do Amerykanów, czy też białych. Wszystkich uwielbiają.
Jedną taką papaję dostaliśmy z Ursynciem. Wprawdzie oblazła robactwem i była pokryta jakąś wydzieliną kleistą od robaków :D, ale nie wypadało odmówić. W smaku?? Przepyszna. Inna zupełnie niż w Polsce, ale była tak duża, że męczyliśmy ją kilka dni :D
I kolejny przystanek, tym razem w "sklepiku" pod palmami. Takie sklepiki na powietrzu są tutaj normalnością. Oczywiście asortyment pozostawia wiele do życzenia, ale nam potrzebny był tylko napój w kokosku oraz wietnamska kawa czyli cafe syda, która podawana jest z kondensowanym mlekiem. Niebo w gębie. Piliśmy ją na każdym przystanku.
Jedna z ulic
Domki na wodzie, w których mieszkają Wietnamczycy.
Odwiedzamy przepiękny Wodospad Datania, do którego zjeżdżamy saneczkową kolejką. Kolejka podobnie wyglądająca jak w Zakopanem. Jednakże zdecydowanie bardziej bezpieczna, gdyż ograniczają ją rusztowania, które nie pozwalają wypaść z toru. My oczywiście musieliśmy zjechać więcej niż raz. Pierwszy przejazd wliczony w cenę wycieczki, za drugi trzeba było zapłacić. Nie pamiętam już ceny, ale nie była zbyt wygórowana. My praktycznie w ogóle nie hamowaliśmy, a przynajmniej za pierwszym razem. Za drugim niestety przyblokowały nas dwie Azjatki, które co chwilę robiły sobie selfi...
A to już Dalat, leżące 1500 metrów nad poziomem morza. Miasto wiecznej wiosny, gdyż temperatura rzadko przekracza tam 22 stopnie. Dlatego na zdjęciach zobaczycie mnie w długiej bluzie i rajstopach. Miasto słynie z przepięknych kwiatów, którymi nie tylko ozdabia się całe miasto. Kwiaty tu mają bardzo dobry klimat, w związku z tym hoduje się się na sprzedaż.
Miasto jest zupełnie inne niż Sajgon. Panuje tu porządek. Nie widać na ulicach śmieci, przepiękne domy, zupełnie inne niż w Sajgonie, bardziej europejskie. Niektórzy uważają, ze miasto jest kiczowate, gdyż odnajdujemy w nim miniatury słynnych budowli, chociażby takich jak wieża Eiffela. Na mnie sprawiło bardzo dobre wrażenie.
Następnie udajemy się do "Szalonego Domu". Surrealistycznej budowli, którą zaprojektowała córka byłego sekretarza komunistycznej Partii Komunistycznej. Podobno był to projekt jej pracy dyplomowej, która jak się łatwo domyślić, studiowała architekturę. Dom wygląda jak widać na poniższych zdjęciach, dosyć dziwnie, momentami jakby był lekko pijany, trochę jak z koszmaru. Dom posiada wiele grot, tuneli, schodów. Wygląda trochę jak domek na drzewie, albo domek Baba Jagi z drzewa...
Podobno przypomina trochę dom Gaudiego w Barcelonie. Nie miałam jeszcze okazji zwiedzić Barcelony, wiec ciężko mi porównać. Ale wszystko przed nami :)
Przedziwny dom nie służy tylko do oglądania. Można w nim wynająć pokój za około 35 dolarów za nocleg. Dużo? Mało? Po dzisiejszym kursie (03.04.2018) jest to jakieś 120 zł.
Jeden z pokoi do wynajęcia
Ołtarzyk ze zdjęciami zmarłych oraz ofiarami, które składają najbliżsi
Kolejny pokój do wynajęcia.
Następnego dnia udajemy się do zabytkowego dworca, który został wybudowany w 1932 roku przez francuskich architektów.
Kolejnym przystankiem jest przepiękna pagoda Thien Vuong Co Sat.
Wycieczka nie byłaby kompletna gdybyśmy nie odwiedzili lokalnej społeczności, której głową jest wódz :) Tak dobrze usłyszeliście. Wódz studiował za granicą, z tego co pamiętam chyba w UK. Bardzo dobrze potrafi mówić po angielsku. Ale w związku z tym, ze czuł głęboką więź ze swoją społecznością, postanowił wrócić.
Zostaliśmy ugoszczeni przez "lokalsów" muzyką, śpiewem, wspólnymi tańcami, oraz... wódką ryżową sake :) Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy, postawiono przed nami dwa wielkie gliniane dzbany wypełnione alkoholem. Dostaliśmy przestrogę. Nie możemy opuścić wioski dopóki nie opróżnimy dzbanów. Wspominałam, ze "lokalsi" śpiewali, prawda? My też :) Oni nam zaśpiewali swoją piosenkę, a my piosenkę "naszej społeczności" czyli "Hej sokoły" :D za co otrzymaliśmy gromkie brawa.
A na koniec fotka z wodzem :)
Tańce z założycielami miasta Dalat, czyli społeczność Lat.
pijąc sake
Pijąc sake z wodzem społeczności Lat :)
Po drodze do kolejnej pagody, wstępujemy na lokalny bazar, na którym możemy zaopatrzyć się w różnego rodzaju produkty spożywcze zaczynając od kaw, herbat a kończąc na przyprawach, ciuchy jak ktoś lubi, a nawet mięso.
A to miejscowa "kawiarnia" na bazarze. Oczywiście zamawiamy naszą ulubioną wietnamską kawę cafe syda.
Poniżej ceny produktów, oczywiście wszystko w wietnamskich dongach.
I nareszcie jesteśmy w przepięknej pagodzie Linh Phuoc. Pagoda jest przepiękna. Robi niesamowite wrażenie. Obiekt składa się z kilku budynków wolno-stojących. Budowa została wzniesiona w latach 1949-1952, tak wiec stosunkowo nowy obiekt. Wewnątrz znajduje się pięciometrowy posąg buddy. Smok, który przylega do pagody pokryty został szkłem z butelek po piwie. Niecodzienne rozwiązanie, ale efekt jest niesamowity.
Co ciekawe na terenie obiektu zostało zbudowane tzw niebo oraz piekło. Tak własnie. Nie przeczytaliście źle. Jako ciekawscy grzesznicy chcieliśmy najpierw zobaczyć piekło. Okazało się, ze jest ono bardzo podobne do naszego wyobrażenia. Ciemne lochy, mnóstwo krzyków, płacz, kraty...
A niebo?
Cóż za absurd. Nie zdążyliśmy do niego dotrzeć. Zabrakło nam czasu. Zaczęliśmy wchodzić do pagody, w której na samym szczycie znajdowało się niebo, oczywiście bez butów - trzeba było je zostawić na samym dole, ale niestety zbyt wysoko, zbyt dużo schodów, a czasu mało. Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie wypytali naszej pani pilotki. Okazało się, ze na samym szczycie znajdował się jedynie budda oraz piękny widok... Trochę rozczarowujące prawda? No ale jak widać, niebo i tak nie było nam dane...
I piekło...
I kolacja w wersji street food. Płacisz raz, jesz ile chcesz. Wszystko jest surowe. Każdy otrzymuje swój własny grill, na którym się pitrasi. Czasami podchodzi sympatyczny pan, który pomaga, mówi ile się powinno trzymać na grillu.
A co podają? wszystkie wspaniałości oceanu :)
Skorupki wrzuca się się do wiaderek stojących pod stolikami.
I na koniec dnia morze, czyli to co Ursyncio lubi najbardziej :)
Już następnego dnia Nha Trang zwiedzamy kolejny kompleks świątynny Cham Panagar, zbudowany przez cywilizację o takiej samej nazwie. Oczywiście nogi muszą być zakryte jeżeli chcemy wejść do świątyni. Buty zostawiamy na zewnątrz.
Załapujemy się na "koncert" w wykonaniu miejscowych.
Pagoda Long Son
Aby wejść na piętro gdzie się znajduje Budda, musieliśmy pokonać wiele schodków. Nie pamiętam ile ich było, ale zadyszki można dostać. Na górze możemy podziwiać przepiękna panoramę miasta oraz cmentarz. Niestety jest bardzo zaniedbany, miejscami porozbijany. Wietnamczycy nie dbają o miejsce pochówku, gdyż zmarłych czczą za pośrednictwem ołtarzyków, które znajdują się u nich w domach.
I kolejny przystanek formacja skalna Hon Chong.
I kolejne targowisko, Dam.
Ten kolczasty to durian, śmierdzący owoc, nie wolno z nim wchodzić do hoteli, restauracji, autobusów. Smakuje jak budyń, ale śmierdzi niemiłosiernie. Można pakować go w kilka reklamówek. I tak to nic nie da.
Mydła w kształcie kwiatów. Przepięknie pachnące. Trzy sztuki kosztowały około 10 zł. Próbowałam się targować, niestety nie udało się. W związku z tym uniosłam się honorem i co? Nie kupiła. A później żałowałam, bo już ich więcej nie widziałam...
Na kolację chcemy spożyć coś ekstra, dlatego szukamy w restauracjach znajdujących się wzdłuż morza krokodyli, węży, szczurów, dziwnych morskich żyjątek. Udaje nam się wyłapać restaurację, w której płaci się raz, a je się ile chce. No i oczywiście jest!!! Wąż i krokodyl!!!
Wąż okropny, gumiasty, nie da się go przeżuć. Krokodyl przepyszny. Smakuje lepiej niż kurczak. Mięsko delikatne, białe i niskokaloryczne.
ZAPRASZAM DO PRZECZYTANIA KOLEJNEJ CZĘSCI O PRZYGODACH W WIETNAMIE. WIETNAM - PART III
































































































































